Dzień 7: Mccheta

Będąc w Tbilisi nie sposób nie zwiedzić Mcchety, która znajduje się zaledwie 20 km od stolicy. Dostać się tam można bardzo łatwo – ze stacji Didube marszrutką za około 1,5 lari.

Mccheta jest jednym z najstarszych gruzińskich miast, kolebką chrześcijaństwa w tym kraju, a współcześnie siedzibą gruzińskiego kościoła prawosławnego. Założona około roku 327, choć jej początki datuje się już na 1000 lat przed naszą erą co czyni ją jednym z najstarszych zamieszkanych nieprzerwanie miast na ziemi.

W mieście wpisanym na listę UNESCO znajdują się znajdują trzy kościoły. Zbudowany w 1130 roku kościół Samtavro będący obecnie częścią zakonu, katedra Svetiskoveli pochodząca z XI wieku oraz położony na wzgórzu kościół Jvari.

Zwiedzanie rozpoczynamy od Samtavro, nieopodal którego zatrzymuje się marszrutka z Tbilisi. Żeby wejść do środka należy zakryć kolana i ramiona, a w przypadku kobiet również nałożyć chustkę na włosy co jest standardem w kościołach prawosławnych.

Parę minut spacerem położona jest katedra, w której według legendy znajduje się szata Chrystusa, zakopana gdzieś pod fundamentami. Okoliczny żyd Elioz miał rzekomo być w Jerozolimie w momencie ukrzyżowania Chrystusa i powrócił do Mcchety wraz z szatą. Na skutek tego zdarzenia jego Siostra Sidonia później zmarła z powodu pasji wiary. Szatę pochowano wraz z nią, lata mijały, a ludzie zapomnieli właściwego miejsca spoczynku. Aż do czasu, gdy król Miriam zdecydował w IV wieku zbudować w Mcchecie katedrę i postawić na środku kolumnę, której nie dało się podnieść z ziemi. Dopiero po całonocnych modlitwach kolumna sama przemieściła się na właściwe miejsce – miejsce pochówku Sidonii. Od tamtego czasu kolumnie przypisuje się wiele cudów, a nazwa Svetitskhoveli znaczy „kolumna dająca życie”.

Widoczny w oddali na wzgórzu kolejny kościół to Jvari, do którego najłatwiej dotrzeć taksówką (15 lari, 30 km w dwie strony). W samym centrum kierowca dostaje mandat za omijanie progów zwalniających na linii ciągłej i jedziemy dalej. Razem z nami zabiera się również Peruwiańczyk obecnie mieszkający w Baku – Alvaro. Z pod kościoła rozpościera się widok na całą okolicę, na Mcchetę leżącą u zbiegu rzek Aragvi i Kury i położone za miastem góry.

Po powrocie do stolicy zabieramy bagaże i ponownie wracamy na stację Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do Gori – miasta narodzin Stalina.

W 45 tysięcznym mieście nie jest łatwo znaleźć nocleg ale pomagają nam w tym miejscowi, wykonują parę telefonów, narad i w końcu polecają nocleg u Luki, dokąd prawie z dworca zawozi nas taksówka (1 lari).

Dzień 4: Kazbegi – Meteostacja

Po przebudzeniu pierwsze co zrobiliśmy to wyjrzeliśmy za okno, by spojrzeć położony wysoko w górze kościółek świętej Trójcy, żeby mieć punkt odniesienia co do podstawy chmur.  Niestety nadal wisiały one nisko, na około 2900 m n.p.m. , choć to i tak trochę wyżej niż dnia poprzedniego. Optymistycznie nie nastrajały informacje od osób, którzy powrócili z meteostacji nie zdobywszy szczytu. Na górze rzekomo miało sypać śniegiem, a od przełęczy na szczyt szlak jest nieprzetarty, śniegu po kolana i w ostatnich dniach jakiekolwiek próby wyjścia wyżej kończyły się niepowodzeniem.

Na śniadanie robimy pożywną jajecznicę, w sklepie kupujemy ostatnie zapasy pożywienia na drogę i ruszamy. Pierwotny plan zakłada, że Kinga z Elkiem chcą dojść w okolice meteostacji, a następnie przeznaczyć jeden dzień na aklimatyzacjęi dopiero wówczas ruszyć na szczyt. Ja z kolei planuję wejść na Kazbek już następnego dnia ale tak naprawdę nie wiemy jak się wszystko ułoży i traktujemy nasze plany bardzo luźno.

Do kościółka św. Trójcy (Cminda Sameba) idziemy szlakiem, który w porównaniu z drogą jest bardzo stromy ale jako, że idziemy powoli, wręcz z nogi na nogę aby oszczędzać siły idzie się całkiem przyjemnie, a pogoda na taką wędrówkę jest w sam raz. Jedynym, co spędza mi sen z powiek jest temperatura tam na górze. Chcąc zaoszczędzić na wadze plecaka i zyskać na czasie marszu, a przy okazji trochę źle oceniając możliwe warunki pogodowe biorę zbyt lekkie ubrania tj. kurtkę, buty i rękawiczki.

Pobieżnie zwiedzamy kościółek, robimy parę zdjęć z nim i pasącymi się w pobliżu krowami i maszerujemy dalej. Nie jesteśmy jedynymi, którzy idą w góry, bo przed nami jest spora grupa, która wyjechała sobie autem.

Na widoki nie mamy co liczyć więc zostaje nam podziwianie kwitnących jeszcze rododendronów na wysokości ponad 2900 m n.p.m.

Przejście przez rzekę płynącą od lodowca jest bezproblemowe, choć obawiałem się tego. Pogoda jest pochmurna, więc i śnieg się nie wytapia za szybko i rzeka nie niesie dużo wody.

Na lodowcu Gergeti wchodzimy w chmury, choć momentami na kilkanaście sekund pojawia się słońce. W każdym razie jest tak jasno, że nie sposób iść bez okularów. Na tym odcinku jesteśmy zmuszeni wspomagać się GPS’em by iść zgodnie ze szlakiem.

Po godzinie 16 docieramy do meteostacji. Nie zatrzymujemy się jednak na długo. Chcemy tylko coś zjeść w ciepłym pomieszczeniu i ruszyć dalej, żeby wejść jak najwyżej i znaleźć miejsce pod namiot. Rozbicie namiotu w obrębie meteostacji jest obecnie płatne 10 lari. Z bieżącą, górską wodą, jak i z zasięgiem nie ma problemu. Termometr pokazuje -2C. Od Elka dostaję dodatkowe dwie koszulki, które natychmiast ubieram na siebie.

Idziemy jeszcze może pół godziny, mijamy biały krzyż i kawałek za nim, na śniegu znajdujemy kawałek płaskiego terenu pod namiot. Jest dopiero 18 ale zostawiamy wszystko w namiocie, bierzemy tylko czołówki i raki i idziemy jak najwyżej, żeby się zaaklimatyzować. Nie wybieramy drogi przez lodowiec tylko po kamieniach i piargach wspinamy się mozolnie pod górę jedną. Jesteśmy dokładnie u podnóża Kazbegu.

Z minuty na minutę zaczynam opadać z sił, cienkie rękawiczki nie są w stanie ogrzać mi palców i często przystaję żeby odpocząć i się trochę rozgrzać. Nie przynosi to zbyt wielkiego efektu i zamiast zagrzać dłonie, bardzo szybko tracę ciepło w innych miejscach ciała. Kinga z Elkiem idą jeszcze wyżej, a ja postanawiam wracać jak najszybciej do namiotu, żeby się zagrzać i odpocząć. Jestem tak padnięty, że zasypiam od razu po wejściu do śpiwora i dopiero budzę się po ich powrocie.

Nadal jestem całkowicie bez sił, że nawet ręką nie ruszam, nie mówiąc o tym, żeby coś zjeść, choć pyszne liofilizaty spoczywają w plecaku. Silę się jedynie na kilka łyków herbaty, pod spód ubieram bieliznę termoaktywną, następnie trzy koszulki, sweter puchowy i kurtkę. Nie chcę żeby mi buty zamarzły więc usiłuję się z nimi wcisnąć do śpiwora ale ciągle o coś zahaczam, więc rezygnuję z tego pomysłu w obawie przed potarganiem śpiwora. Zostawiam je po prostu wewnątrz namiotu.

Jeśli chcemy wyruszyć rano na szczyt to czasu na sen i odpoczynek nie zostało zbyt wiele, a ja jestem kompletnie wyczerpany i obawiam się, że za te parę godzin nadal nie będę choćby w połowie swoich sił.

Zapis śladu trasy z GPS’u. Kazbegi – stacja meteo.

Zapis śladu trasy z GPS’u. Od stacji meteo.