Dzień 11: Lago de Yojoa – Gracias

Pobudka o 5:30. Idziemy na obserwacje ptaków nad jezioro. Po drodze wstępujemy do domu przewodnika, z którego zabiera wiosła i częstuje nas świeżą kawą. Dom jako budynek to określenie trochę na wyrost ponieważ chatka jest zbudowana z drewna lecz wygląda jakby każda deska była z innego zestawu. Nawet drzwi nie stanowią jednej całości tylko są poskładane z różnych desek ułożonych każda inaczej.

Po wieczornej ulewie nie ma już śladu i tylko para unosząca się nad lasem i jeziorem przypomina o tym fakcie. Wsiadamy na łódkę i wąskim kanałem powoli wpływamy na jezioro. Z racji wczesnej pory życie na jego brzegach wciąż tętni. Na gałęziach przysiadają ptaki drapieżne, czaple i wiele wiele innych. Z kolei na skałach można dostrzec śpiące nietoperze. Rejs trwa może trochę ponad 2 godziny. Słońce wznosi się wyżej, robi się cieplej i bardziej mglisto. Powoli wracamy.

Zabieramy bagaże z pokoju i jedziemy w kierunku Gracias. Ponownie tą samą drogą co poprzedniego dnia. W miarę zbliżania się do miasteczka nabieramy wysokości, wjeżdżamy w góry, droga asfaltowa jest przerywana odcinkami szutru, a w dodatku zaczyna ulewnie lać, że ledwo cokolwiek widać. Ważne że wycieraczki jeszcze nadążają zgarniać deszcz z szyby.

Po parunastu minutach krążenia po mieście i szukania upatrzonego w przewodniku hotelu i wypytywania o niego przechodniów ktoś w końcu się orientuje i wskazuje nam drogę. Zresztą nie pierwszy raz spotykamy się z sytuacją, że ludzie we własnej okolicy nie mają pojęcia lub sprawiają wrażenie, że nie wiedzą gdzie znajdują się takie miejsca jak plac centralny czy park.

Hotel znajdujemy za 400 HNL/2os z łazienką. Ta ostatnia dogodność jest tym razem bardzo istotna, jako że od poprzedniego wieczora męczy mnie nieustannie jakieś zatrucie. Zaopatruję się w lokalnej aptece o jakieś tabletki ale nie pomagają.

Reklamy

Dzień 11: Copan – Lago de Yojoa

Ruiny Majów w Copan znajdują się zaledwie kilometr lub dwa od miasta o tej samej nazwie i tam też udajemy się zaraz rano. Zaraz za wejściem natrafiamy na kilka czerwonych ar, które są mieszkańcami okolicznych ruin i lasów. Jest to również narodowy ptak Hondurasu. Nieopodal znajduje się centrum rozrodu ptaków, w którym podejmowane są próby zwiększenia populacji tego jak i innych gatunków. Ptaki nie wyglądają na ruchliwe bo częściej widzi się je spacerujące aniżeli latające, a gdy zgromadzi się ich kilka na jednym drzewie to hałas jest niesamowity.

Na środku znajdują się piramidy schodkowe i stele, a dookoła mieściły się tereny mieszkalne. Do dziś nie do końca wiadomo dlaczego te czy inne starożytne miasta Majów zostały opuszczone. Jedno z przypuszczeń dotyczące Copan sugeruje iż wraz z rozwojem miasta zaczęto wycinać coraz więcej drzew na opał i pod uprawę co skutkowało podnoszeniem się temperatury w dolinie, mniejszymi opadami deszczu, a w konsekwencji ubogimi plonami i głodem.

Ruiny Copan nie są duże i obejście wszystkie na spokojnie około dwóch godzin. Robi się też cieplej i upał zaczyna doskwierać. Wracamy jeszcze na chwilę do miasta na śniadanie, po czym jedziemy dalej w kierunku San Pedro Sula, które uchodzi za jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie (przynajmniej według statystyk), a następnie w kierunku największego jeziora Hondurasu – Lago de Yojoa.

Drogi w Hondurasie są gorszej jakości niż te w Gwatemali, jest więcej przerw w asfalcie i dziur ale nie ma tylu progów zwalniających. Kierowcy też jeżdżą mniej spokojnie i czasem trzeba zwolnić, gdy z przeciwka nadjeżdża wyprzedzająca ciężarówka czy autobus, której trzeba ustąpić.  Gdzieś w połowie trasy przytrafiła się nam pierwsza kontrola drogowa. Zarówno w Gwatemali jak i w Hondurasie bardzo często przy drogach stoją policjanci lub wojsko i kontrolują wyrywkowo przejeżdżające samochody. Każdy z nich jest oczywiście uzbrojony i to nie tylko w pistolet ale również i karabiny, które noszą przed sobą, jakby w gotowości do użycia. W każdym razie kontrola ograniczyła się do bardzo pobieżnego przejrzenia dowodu rejestracyjnego i po chwili mogliśmy jechać dalej.

Od San Pedro Sula prowadzi całkiem dobra droga, z początku nawet dwupasmowa. Biegnie ona w stronę stolicy Tegucigalpy.  Po drodze zatrzymujemy się by zobaczyć 43 metrowy wodospad Pulhapanzak. Położony jest on w przyjemnym parku, przez który przepływa spokojnie rzeka, w której można się nawet kąpać pomimo tego, że kawałek dalej nagle się urywa.

Parę minut później zaczyna się prawdziwa ulewa, oberwanie chmury typowe dla krajów tropikalnych. Widać, że pora deszczowa powoli się rozpoczyna.