Dzień 21: Daintree Rainforest

Korzystając z ostatniego pełnego dnia w Queensland postanawiamy się wybrać do największego tropikalnego lasu deszczowego w Australii – Daintree. Pogoda o poranku nie jest zbyt zachęcająca 23C, mokro po deszczu i pochmurno. Co prawda zjeżdżając z gór w stronę Cairns robi się cieplej ale i tak wciąż nie jest słonecznie. Mijamy ciężarówki schlapane błotem po dach, które prawdopodobnie jadą aż z Terytorium Północnego lub kto wie skąd jeszcze.

Momentami droga na północ przypomina Great Ocean Road, ponieważ ciągnie się wzdłuż brzegu, o który rozbijają się burzliwe fale oceanu.

Wjazd do parku jest możliwy po przepłynięciu promem rzeki Daintree (23AUD w dwie strony). Znaki ostrzegające przed krokodylami zamieszkującymi te okolice są bardzo powszechne od pewnego już czasu. Trzeba uważać żeby nie wchodzić w nieznanych miejscach do wody lub uważać chodząc po lesie.

Pierwszym miejscem, w którym zatrzymujemy się i idziemy na przechadzkę po dżungli jest Jindalba Boardwalk. My jednak nie wybieramy normalną ścieżkę, żadnych utwardzeń, umocnień. Jednym słowem „czysta” ziemia, a raczej momentami śliskie błoto.

Ja idę pierwszy, Maciek gdzieś za mną filmuje okolicę, gdy nagle zatrzymuję się jak wryty i szybko robię kilka kroków w tył. Maciek wpada na mnie nie wiedząc o co chodzi. Wskazuję mu chodzącego za drzewem potężnego kazuara, który widać nie przejął się spotkaniem z nami tak jak my z nim. Dziobie sobie spokojnie w ziemi wyszukując pożywienia i tylko czasem, gdy zbliżamy się za bardzo, podnosi głowę i przypatruje się nam. Jest naprawdę ogromny. Ma z 1,8m wzrostu, potężny tułów, masywne nogi i stopy przypominające te u dinozaurów. A poza tym jest bardzo piękny. Na głowie ma stwardniały róg, głowę koloru zielonkawego przechodzącą w niebieską szyję z czerwonymi nalotami.

Mieliśmy tylko jeden problem, ptak spacerował sobie po ścieżce i nie sposób było go minąć. Musieliśmy chwilę poczekać, aż dziobanie w ziemi mu się znudzi i pójdzie sobie dalej.
Spotkało nas dużo szczęścia, zarówno że spotkaliśmy kazuara w jego naturalnym środowisku, jak również, że to spotkanie zakończyło się spokojnie. Ptaki te potrafią być bardzo agresywne i stanowią zagrożenie dla ludzi w bezpośrednim kontakcie. Zdarzały się wypadki śmiertelne.
Jedyną niespodzianką jaka mi się przytrafiła była pijawka, którą odkryłem dopiero w samochodzie.

Jadąc dalej zatrzymujemy się w fabryce lodów oferującej prawie 40 różnych smaków. Wybór był naprawdę trudny.
W kolejnej lodziarni mamy z kolei możliwość obejrzenia wielu owocowych drzew wykorzystywanych do produkcji lodów.

W parku zatrzymujemy się jeszcze kilkukrotnie by wybrać się na spacer po lesie (Dubuji Boardwalk, Marrdja Boardwalk). Kładki prowadzą przez mangrowce, a tabliczki wyjaśniają i opisują życie lasu.

Docieramy do Przylądka Cierpienia (Cape Tribulation), gdzie kończy się asfaltowa droga, choć do Cooktown i najbardziej wysuniętego na północ przylądka Australii jeszcze mnóstwo kilometrów.

W drodze powrotnej mamy okazję raz jeszcze przyjrzeć się kazuarowi, który szybko przemyka się przez jezdnię i znika w zaroślach po drugiej stronie drogi. Spotkanie tych niezwykłych, groźnych i zagrożonych wyginięciem ptaków w ich naturalnym środowisku było chyba jednym z większych przeżyć jakich doświadczyliśmy w Australii.

Zapis śladu trasy z GPS.

Reklamy

Dzień 8 – Sinharaja Rain Forest

O 7:30 przyjeżdża po nas przewodnik by zabrać nas na wycieczkę. Mgła unosi się nad lasem, przez którą prześwieca poranne słońce. W pośpiechu wypijamy herbatę z limonką i jedziemy do lasu deszczowego. Po drodze kupujemy w sklepie woreczek soli, którą posypujemy zmoczone wodą buty i skarpety, co jak się później okazuje, skutecznie odstrasza pijawki.

Po drodze mamy okazję obserwować zimorodki, czaple białe, bawoły, czaple stojące na bawołach, a także ludzi uprawiających ryż. Na jednej z palm ktoś zbiera nektar z kwiatów na miód lub do produkcji alkoholu.

W lesie deszczowym spędzamy parę godzin spacerując ścieżką i obserwując lokalną faunę i florę. Przewodnik ciekawie opowiada i pokazuje różne rośliny, przyprawy i zioła, takie jak cynamon, imbir, kardamon, pieprz, a także wiele drzew. Z jednych z nich można pić wodę po przecięciu, a inne są trujące. Jeszcze inne służą do budowy głównie świątyń, ze względu na szlachetność drzewa, a pozostałe służą do wznoszenia konstrukcji pod lepianki. Ze świata zwierząt mamy okazję zobaczyć m.in. zieloną żmiję – trimeresurus, jaszczurkę zwaną kangurem ze Sri Lanki oraz buszujące nad głowami ogromne wiewiórki. W jednym miejscu napotykamy się na wiszące wysoko na drzewie gniazdo os, osiągające rozmiary około półtorej metra. Użądlenie sześciu os jest równe ugryzieniu kobry. W okolicy można dostrzec małe poletka pustej przestrzeni, pozbawione drzew. To właśnie miejsca, w których tubylcy poszukują w ziemi szafirów.

Wyjeżdżając już z parku dostrzegamy dwa wylegujące się na drzewach kameleony z niesamowicie długimi ogonami, a niedługo później mangusta przebiega nam przez drogę.

Autobus powrotny w kierunku Ratnapury mamy o 15, a o 14:30 jest z przesiadką. Decydując się na ten pierwszy mamy jeszcze trochę czasu by skorzystać z zaproszenia przewodnika i wstąpić do niego do domu w celu odświeżenia się i na mały lunch. Niestety po powrocie na dworzec okazało się, że autobus o 15 w dniu dzisiejszym nie jedzie i pospieszenie zapakowaliśmy się ponownie do busa i zaczęliśmy gonić nasz autobus. Po 30-40 min jazdy wąskimi uliczkami i zwijaniu asfaltu łapiemy autobus na postoju. Nim prawie dotrzemy do Ratnapury czeka nas jeszcze parę przesiadek i parę godzin podziwiania widoków za oknem. A przynajmniej dopóki nie zapadnie zmierzch.

Zapis trasy z GPS’u.