Deportacja z Rosji

Bardzo często mam niesłychane szczęście w różnych sytuacjach, np. zostaję przygarnięty przez jakąś rodzinę gdy jestem chory (Chodżent) lub ktoś mnie podwiezie kiedy cały inny transport zawodzi, a brak sił by iść dalej (stop w Kazachstanie). Przypadków kiedy mogło mi się coś stać, a kończyło się ledwie zadrapaniami jest mnóstwo (wypadek na skuterze w Wietnamie, bycie rzucanym przez fale oceanu po ostrych koralowcach w Indonezji, itd., itp.). Zdaję sobie sprawę także z tego, że jeśli coś ma się przytrafić to przytrafi się właśnie mi. Nie ubolewam z tego powodu, po prostu zdaję sobie sprawę, że im częściej będę wyjeżdżał, tym częściej coś się może zdarzyć. Ot, statystyka.

Z drugiej jednak strony każde takie zdarzenie to kolejne doświadczenie, przygoda, a wiem że moje szczęście i tak sobie z tym poradzi. Tak też było i tym razem. Ale od początku..

Z hostelu na lotnisko wyjechałem około 1 w nocy, mimo że wymeldowałem się już o 10 rano. Jednak właściciel Topchan hostel (warto wymienić tę nazwę) – Roman, był tak sympatyczny, że pozwolił mi zostać ile tylko chcę i nie krępować się. Skorzystałem więc z tego zaproszenia i po powrocie z nad jeziora ułożyłem się na matach i czekałem na odpowiednią godzinę, kiedy to będę mógł wyruszyć na lotnisko. W międzyczasie dostałem wiadomość od Joe i Leo, że są już w Londynie, a przecież rozstaliśmy się zaledwie rano. Joe bez przeszkód powrócił z bazaru i kupił mi papryki.

Na lotnisku ostatnie przepakowanie, zabezpieczenie wszystkiego i udanie się do odprawy. Sprawne przemieszczanie uniemożliwiał mi zestaw do herbaty składający się z glinianego dzbanka, ośmiu czarek i dużej podstawki. Pomimo, że miałem to wszystko bezpiecznie owinięte folią i pianką i tak musiałem nieść to w rękach i dbać jak o jajko. Zakup zrobiłem już w Chiwie i od tamtego czasu chodziłem z tym cały czas w rękach. Nie inaczej było teraz na lotnisku.

Ustawiam się w kolejce do odprawy, podaję paszport, czekam na wydrukowanie kart pokładowych i wtedy pani mówi do mnie, że bagaż mam do odbioru w Moskwie (lecę do Mińska). Odpowiadam, że raczej nie bo bez wizy rosyjskiej nie jestem w stanie tego zrobić. Ona z kolei, że takie są procedury i muszę go tam odebrać. Odbijam piłeczkę mówiąc kolejny raz, że nie ma opcji.

Po chwili prosi mnie o przejście na bok i zaczekanie, aż przyjdzie ktoś z Aeroflotu i rozwiąże moją sytuację. Wiem, że w każdym cywilizowanym kraju (poza USA oczywiście) na tranzycie nie jest potrzebna wiza. Okazuje się, że tutaj jest inaczej i Rosja ma specjalne porozumienie z Białorusią i loty na trasie Moskwa – Mińsk są traktowane jako krajowe więc wymagane jest przejście do terminala krajowego i posiadanie wizy. Mój błąd, nie wiedziałem, nie sprawdziłem, nie domyśliłem się ale i nikt mi nie powiedział.

Chwilę później przychodzi jednak ktoś z linii lotniczej i rozentuzjazmowanym głosem mówi, że nie ma sprawy, wszystko załatwione. Nadadzą z Taszkientu telegram (telegram! Serio) do Moskwy i tam zgłoszę się na tranzycie, powiem że ja to ja i wszystko będzie wiadomo. Odbiorą mój bagaż i nadadzą go w moim imieniu. Super! Zatem lecę, bo przez chwilę obawiałem się jak to się skończy, a co gorsza moja uzbecka wiza kończy się za 20h i jedyny kraj, do którego mógłbym wjechać bez wizy do Kirgistan.

Od zawsze bardzo ceniłem sobie loty Aeroflotem ze względu na komfort podróży i ciepły posiłek na trasach europejskich (3 miesiące później podczas lotu do i z Tokio trochę zmieniłem zdanie) ale ten A330-200 był naprawdę niesamowicie wygodny. Dużo miejsca na nogi, siedzenia oddzielone dużą konsolą, a nie jakimś podłokietnikiem. Prawie całe 5h przespałem.

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku Sheremietievo udaje się na tranzyt po kartę pokładową do Mińska i już po 30 sekundach pani oznajmia mi, że tam to na pewno nie polecę. Sytuacja niejako się powtarza – potrzebuję wizę, której nie mam i nie mogę lecieć tam, dokąd bym chciał. Pani sięga po telefon, wykonuje parę telefonów, a z rozmowy wyłapuję m.in. pytania o wolne miejsca na loty przez Rygę, Warszawę i Kijów. Sugeruję, że mogą mnie wysłać przez jakieś inne miasto lub nawet przez Warszawę, gdzie wysiądę ale odpowiada, że nie jest to możliwe i jeśli chcę lecieć inaczej to muszę kupić nowy bilet. W zasadzie i tak muszę kupić nowy bilet aby wydostać się z tego międzynarodowego terminala. Trochę mi to nie w smak bo dlaczego mam kupować nowy bilet. A co jeśli nie miałbym na to żadnych środków. Oczami wyobraźni widzę siebie jak utykam na tym lotnisku na wieki wieków jak swego czasu bohater grany przez Toma Hanksa w filmie „Terminal”. Obawiam się tylko, że odprowadzając wózki nie nazbieram wystarczającej ilości monet na jedzenie.

W każdym razie biletu nie mam zamiaru kupować i pytam co dalej ze mną będzie. Pani odpowiada, że w takim razie czeka mnie deportacja. W sumie zawsze chciałem to przeżyć i dowiedzieć się jak to jest. Raz nawet miałem pomysł aby z Krymu popłynąć bez wizy do Rosji i spełnić zrealizować ten pomysł. Jak widać co się odwlecze to nie uciecze.

Zostałem poproszony o przejście na bok, oddanie paszportu i zaczekanie. W międzyczasie wpadłem na pomysł aby spróbować skontaktować się z ambasadą ale przed 9 nikt tam nie pracował, a po 9 nie byłem w stanie się dodzwonić. Olałem sprawę i czekałem. Godzinę później przyszła celniczka z dodatkowymi pytaniami typu miejsce zamieszkania, czy byłem w wojsku i czy świadomie przyleciałem bez wizy. Kolejne pół godziny później przyniosła pięć kartek papieru do podpisu (po rosyjsku). Z grubsza streściła mi poszczególne paragrafy, wytłumaczyła, że raz na jakiś czas trafia się im taka sytuacja i na moim miejscu też by wybrała deportację bo to najprostsze wyjście. Bałem się tylko czy trzy miesiące później w drodze do Tokio nie będę miał problemów w Moskwie ale powiedziała, że nie. Dostałem tylko do zapłaty mandat (30$). Miałem na to 60 dni więc tak naprawdę mogłem go wyrzucić do kosza i nigdy więcej nie próbować pojawić się w Rosji. Ale wiem, że pewnego dnia tam trafię, więc lepiej będzie zapłacić. Dodała jeszcze, że Aeroflot za niepoinformowanie mnie o konieczności posiadania wizy dostał także mandat – 700$.

Po wszystkich formalnościach zostałem przeprowadzony przez strefę tranzytową do terminala. Zadano mi pytanie dokąd chcę zostać deportowany. Tutaj miałem mały dylemat bo wahałem się między Vancouver, Seulem i Warszawą. Nie wiem czy by to przeszło ale pewnie gdybym wybrał Londyn bądź Madryt to nie byłoby problemu.

Niestety najbliższy lot Aeroflotu do Warszawy był dopiero za ponad 8h i tyle też przyszło mi czekać w terminalu. Miałem oczywiście swobodę poruszania się jak każdy inny pasażer, nie zostałem zatrzymany, przeszukany ani spałowany. Nie dostałem też żadnych talonów na jedzenie. Znalazłem sobie tylko jakiś koc bo klimatyzacja działała na pełnych obrotach i cierpliwie czekałem na swój lot.

Dzień 1, 2: Berlin – Londyn – Madryt – Gwatemala City

Wcześnie rano w pierwszy dzień Wielkanocy wyjeżdżamy by dotrzeć na popołudniowy samolot z berlińskiego lotniska Tegel, z którego polecimy na londyńskie Heathrow, a następnie do Madrytu. Po drodze zabieramy jeszcze osoby z Katowic, Wrocławia i Legnicy i wspólnie jedziemy przez większą lub mniejszą część drogi.
Tegel położone jest tuż przy autostradzie więc dojazd nie nastręcza problemów. Nieopodal mamy zarezerwowany parking, z którego bezpośrednio na lotnisko dowozi nas już bus. Do odlotu mamy jeszcze trzy godziny ale odprawiamy się w miarę szybko, a następnie korzystając z Priority Pass idziemy do saloniku mieszczącego się na piętrze. Oczekiwanie w cichym i przytulnym pokoju jest zdecydowanie wygodniejsze niż na lotniskowych ławkach bądź krzesłach. Poza tym po wejściu możemy korzystać z napojów i przekąsek.

Startujemy punktualnie o 17, a chwilę po wzniesieniu się na wysokość przelotową załoga serwuje kanapki i napoje. Lot jest krótki i trwa niecałe dwie godziny. Z góry widać, że nad Londynem chwilę wcześniej padało, lecz teraz ponownie wyszło słońce.

Jeśli chodzi o Heathrow to jest ono ogromne. W niedługich odstępach czasu startują samoloty do Los Angeles, Johannesburga, Tokio czy Sydney. Siatka połączeń i częstotliwość samolotów jest wręcz niesamowita. Do tego sklepy, bary, restauracje, które razem tworzą małe miasteczko, szczególnie że z jednego terminala do drugiego jedziemy kilka minut pociągiem.

Podczas przejścia przez tranzyt pani ma problem ze znalezieniem naszej rezerwacji, naszego lotu do Madrytu, a także lotu, którym przylecieliśmy z Berlina. Po chwili przychodzi druga, która pomaga jej rozwikłać sytuację i dostajemy nasze karty pokładowe na dalszy odcinek lotu.

Tym razem lecimy hiszpańską Iberią, a raczej Iberią Express, w której nie serwuje się żadnych darmowych przekąsek. Na lotnisku Madrid Barajas jesteśmy z lekkim poślizgiem, który zwiększa się gdy czekamy przy taśmie na odbiór bagażu, którego nie ma. Idę do biura aby zgłosić ten fakt, po czym dowiaduję się, że nasze walizki zostały zapakowane do innego kontenera i powinny przybyć za 15 minut na inną taśmę. W międzyczasie dzwoni do mnie Karolina z Magdą, które przyleciały bezpośrednio z Berlina i z którymi później wspólnie jedziemy do Hotelu Osuna na nocleg.

Rano pogoda w Madrycie jeszcze gorsza niż wieczór – jest zimno i mocno pada. Przechodzimy do głównego budynku na śniadanie w formie bufetu. Wybór jest imponujący. Owoce, ciasta, pieczywo, jogurty, soki, kawy, płatki i jeszcze parę innych rzeczy, które najwidoczniej nie zwróciły mojej uwagi na tyle, by je zapamiętać.

Na lotnisko odwozi nas bus z hotelu. Podczas odprawy dostajemy oddzielne miejsca, ponieważ najwyraźniej wszystkie są już zajęte i nic nie da się zrobić. Dopiero po wejściu na pokład okazuje się, że każde z nas ma obok siebie przynajmniej jedno miejsce wolne i bez problemu możemy się przesiąść. Tym bardziej ciężko mi zrozumieć brak możliwości przydzielenia wspólnych miejsc przez panią podczas odprawy. Airbus A340-300, którym polecimy do Gwatemali jest już chyba trochę wysłużony, ponieważ nie ma osobistego systemu rozrywki, a jedynie kilka ekranów z przodu i na środku, na których leci odgórnie narzucony film. Dwanaście godzin lotu w ciągu dnia ciągnie się strasznie. Załoga roznosi posiłki. Ja dostaję zamówione wcześniej danie koszerne. Wpierw przychodzi stewardessa z pytaniem czy życzę sobie aby odpakować i odplombować pudełko samodzielnie ale odpowiadam, że może to zrobić za mnie. Później, po podgrzaniu dostaję już gotowe danie wraz z certyfikatem koszerności. W porównaniu do tego, co jest serwowane to moim zdaniem koszerny obiad jest smaczniejszy. Co do napojów to od czasu do czasu załoga roznosi wodę, soki, colę i alkohole ale nie ma problemu by zajść sobie samemu i poprosić o to, na co ma się ochotę.

Wypełniamy deklaracje celne po czym lądujemy pół godziny opóźnieni. Owe deklaracje składają się z dwóch stron – oryginał i kopia, z których jedna część jest odbierana podczas odprawy paszportowej, a druga po odbiorze bagażu. Nas o tę pierwszą nikt nie pytał więc oderwałem i przy wyjściu oddałem tylko stronę żółtą. Odbieramy bagaże, w których ułamane mamy nóżki w walizce i urwane zapięcia od zamków i kierujemy się w stronę wyjścia. Jeszcze tylko jakaś pani sprawdza zawieszki bagażowe i porównuje z nalepkami otrzymanymi podczas odprawy czy aby na pewno mamy swój bagaż.

Przed lotniskiem miał na nas czekać ktoś z wypożyczalni Alamo, która nie ma swojej siedziby bezpośrednio na lotnisku. Nikt jednak nie czeka, a numer telefonu, który mam na potwierdzeniu rezerwacji jest błędny. Dopiero mówiąca po angielsku pani w informacji szuka w książce telefonicznej i dzwoni do siedziby biura ale nikt nie odbiera. Chwilę później dzwoni do niej ktoś z innej wypożyczalni i informuje, że ktoś niebawem się zjawi. Czekamy zatem. Chcemy wymienić walutę ale w ogólnodostępnej części lotniska, już po wyjściu ze strefy odbioru bagażu nie ma żadnego kantoru czy bankomatu.

W biurze Alamo okazuje się, że samochód z ubezpieczeniem jest troszkę w innej cenie niż było to w internecie, ponieważ tamto nie obejmowało uszkodzeń szyb i opon. Cała papierkowa robota zajmuje sporo czasu i w konsekwencji wyjeżdżamy po 18. Dostaliśmy prawie nową Toyotę Yaris w wersji sedan. Wszystkie szyby przyciemniane co trochę utrudnia widoczność, szczególnie po zmroku. W Gwatemala City tworzą się duże korki, a niektóre auta lub motocykle poruszają się na światłach postojowych, które prawie nie sposób zauważyć przez te szyby. Pomimo, że do Antigua jest zaledwie 40km to docieramy do tej dawnej stolicy przed 20. Natykamy się na nieoznaczone progi zwalniające, które tutaj są niebotycznych rozmiarów i trzeba je pokonywać praktycznie zatrzymując się. Później okażą się one zmorą podróżowania samochodem i w wiele z nich zahaczymy podwoziem parokrotnie. Co więcej, w mieście drogi są jednokierunkowe, a oznaczenie informujące o tym znajduje się na murze. Zanim więc orientujemy się w tym wszystkim zdążamy trochę pojeździć pod prąd, co również będzie zdarzało się nierzadko w ciągu następnych kilkunastu dni.

Stosunkowo szybko znajdujemy nasz nocleg u Evelyn i Fernando, gdzie dostajemy własny pokój z łazienką, a gospodarze witają nas bardzo ciepło.

Dzień 24: Melbourne – Abu Dhabi – Dusseldorf – Wiedeń

Wbrew obawom 15 godzinny lot minął szybko, przyjemnie i wygodnie. Jeden film, drugi film, krótka kilka godzin snu i ani się nie obejrzeliśmy, a już byliśmy nad Półwyspem Arabskim. Niestety z powodu mgły (dokładnie tak, mgła nad pustynią!) w Abu Dhabi krążyliśmy w powietrzu przez ponad 30 minut robiąc 300 dodatkowych kilometrów. Przez okna widzieliśmy jak kilka innych samolotów również zatacza kółka w powietrzu. Najpierw opóźniony start, teraz to i w konsekwencji zrobiło się 2h później niż mieliśmy lądować, a samolot do Dusseldorfu tuż tuż. Jednak w systemie rozrywki pokładowej wyczytałem, że większość samolotów odlatujących jest opóźniona także nie ma powodów do paniki.

Wychodzimy spokojnie z samolotu przez rękaw, tzn. na tyle spokojnie, na ile może iść człowiek, który od pół godziny nie pragnie niczego innego jak otwartej toalety w zasięgu wzroku.

Rzeczywistość trochę nas zaskakuje, ponieważ samolot do Dusseldorfu ma właśnie ostatnie wezwanie dwa terminale dalej. Bierzemy nogi za pas i biegniemy przez prawie całe lotnisko z terminala 3 do 1. Okazuje się, że nie jest tak źle, co prawda jesteśmy ostatni ale po przejściu przez bramkę bezpieczeństwa siedzimy w autobusie jeszcze parę minut. Dla pewności pytam dwa razy czy tak krótki czas na przesiadkę wystarczy, by nasz bagaż leciał z nami ale słyszę tylko, że mam się nie przejmować, będzie dobrze.

Samolot – tym razem A330 linii Air Berlin jest ledwie w połowie wypełniony. Nie jest to jakość Etihadu ale na jedzenie i jego ilość nie możemy narzekać. System rozrywki też zdecydowanie uboższy i jakość dźwięku dość niska, że ledwo można słyszeć film.

W Dusseldorfie mamy 3h20min na przesiadkę, a nie jest to zbyt przyjemne lotnisko w moim odczuciu. Co prawda jest darmowe wifi i gniazdka elektryczne ale jakoś tak zimno i ponuro. W miarę upływu czasu robimy się co raz bardziej senni i zmęczeni. W końcu w Australii (Victoria i Nowa Południowa Walia) dochodzi już 3 rano, a my jesteśmy na nogach drugi dzień.

Nad Europę nadciąga orkan Ksawery więc lądowania i starty robią się atrakcyjniejsze i bardziej rozrywkowe. Pomimo tego 1,5h lot do Wiednia przesypiamy w większości, z małą przerwą na kanapkę i herbatę. W sumie cała podróż od wylotu z Melbourne do lądowania w Wiedniu zajęła nam około 30 godzin.

Niestety na lotnisku w Wiedniu okazuje się, że moja walizka nie przyleciała. Zgłaszam ten fakt w odpowiednim miejscu i pozostaje mi tylko czekać na jakieś informacje.

Szczęśliwie piątego dnia od powrotu mój bagaż zostaje mi dostarczony do domu.

Dzień 23: Melbourne

Wymeldowujemy się z „The Nunnery”, bagaże zostawiamy na dole w przechowali i ruszamy na dalsze zwiedzanie Melbourne. Nie uchodzimy nawet pół kilometra i zaczyna padać. Na domiar złego targ jest zamknięty w środy i musimy schować się w restauracji. Dwie godziny później trochę przestaje ale postanawiamy wrócić do hostelu i tam znaleźć sobie jakieś zajęcie, szczególnie że Melbourne nie jest jakoś specjalnie fascynującym miastem jeśli chodzi o zwiedzanie. Popołudniu o dziwo się wypogadza i nawet wychodzi słońce. Robi się ciepło i  kontynuujemy obchód miasta. Docieramy do Royal Botanic Gardens, po których spacerujemy dość chwilę. Niesamowitym jest to, że w całej Australii, w każdym mieście, miasteczku, parku narodowym czy gdziekolwiek indziej mnóstwo ludzi uprawia jakiś sport. Od biegania, po fitness i jazdę na rowerze.

Po 17 wracamy do hostelu po bagaże i kierujemy się w stronę centrum. Niestety tramwaj City Circle nie jeździ już o tej porze i idziemy piechotą. SkyBusem docieramy na lotnisko w 15 minut. Do odlotu mamy jeszcze sporo czasu. Tym razem nie musimy niczego przepakowywać bo limit bagażu 32kg na osobę zdecydowanie nam wystarcza. Wrzucam więc do walizki wszystko to, czego nie mam ochoty nosić przez następne dwadzieścia kilka godzin włącznie z kurtką.

Od początku grudnia linie Etihad na trasie Melbourne – Abu Dhabi wprowadziły nowy, większy samolot – Boeing 777-300ER, który zastąpił mniejszego Airbusa A340. Rzeczywiście obłożenie jest stuprocentowe lub bliskie tego wyniku.

Dzień 5: Melbourne

Nareszcie dotarliśmy do Australii. Piątego dnia od wyjścia z domu. Co prawda nie jesteśmy jeszcze u celu, bo z Brisbane czeka nas jeszcze przelot do Melbourne liniami Virgin Australia. Wpierw jednak musimy przejść kontrolę paszportową, za którą zaraz jesteśmy odesłani na bok i zadawane nam są przeróżne pytania. Między innymi co nas sprowadza do Australii, na jak długo przylecieliśmy, czym zajmujemy się w kraju i tym podobne. Pokazujemy bilety powrotne, potwierdzenie rezerwacji samochodu i po paru minutach jesteśmy wolni. Jeszcze tylko kontrola bagażu, ponieważ zdeklarowaliśmy posiadanie jedzenia i śladów gleby. Musimy więc otworzyć walizki, pokazać jakie mamy jedzenie, wypakować namiot wraz ze śledziami. Wszystko jest w porządku. Konfiskują mi tylko jabłko. Reszta jedzenia w oryginalnych opakowaniach może być bez problemu wwieziona na teren kraju.

Na lot do Melbourne musimy się ponownie odprawić i nadać bagaż. Dostajemy bilet na autobus, który przewiezie nas pod terminal krajowy. Podczas kontroli bezpieczeństwa zostaję wytypowany i zapytany czy wyrażam zgodę na sprawdzenie specjalną szczotką czy nie mam na sobie (kieszenie, buty, plecak) śladów narkotyków lub materiałów wybuchowych.

Sam lot przebiega bez większych wydarzeń. Obsługa w Virgin Atlantic to nie Etihad i dostajemy tylko kawę lub herbatę. Zresztą zmęczenie robi swoje i ja odlatuję jeszcze przed startem.

Na lotnisku w Melbourne zostawiam Maćka z bagażami i idę złapać bus do wypożyczalni samochodów. Tam dostaję kluczyki do nowego Hyundai’a i20 z automatyczną skrzynią biegów i mam jechać. Dopiero jak pani z obsługi odchodzi zdaję sobie sprawę, że muszę to jakoś opanować bo nie dość, że nigdy nie jeździłem automatem, to w Australii obowiązuje ruch lewostronny. Po lewej stronie już jeździłem ale tylko skuterem, a tam jak wiadomo, wszystko jedno, bo kierownica jest i tak na środku. Na szczęście szybko się przyzwyczajam i jazda jest bezproblemowa. Trochę dłużej zajmuje mi przywyknięcie do tego, że kierunkowskaz jest zamieniony z wycieraczkami i parę razy zmieniając pas uruchamiam wycieraczki.

Czekając przed lotniskiem na pojawienie się Maćka muszę zrobić parę okrążeń, ponieważ nie można tam parkować, a tylko wyrzucać lub zabierać ludzi. Jakoś pakujemy to wszystko do bagażnika i na tylne siedzenie i autostradą jedziemy w stronę Great Ocean Road na południe. Dochodzi 17, a słońce świeci wysoko jak u nas w południe.

Wygląda na to, że sezon jeszcze się nie rozpoczął i większość kampingów jest pozamykana. Szczęśliwie udaje nam się znaleźć jeden w Torquay (30AUD).

Dzień 11, 12: Kutaisi i lot powrotny

Czas na powrót do cywilizacji (czyt: Kutaisi). Kolejny raz przybieramy się z wspomianymi już wcześniej Polakami z noclegu u Róży i razem wracamy do Kutaisi. Odkąd w 2010 roku 100 kilometrowy odcinek Zugdidi – Mestia został poszerzony i pokryty asfaltem dojazd zajmuje około 2,5h. W niedalekiej przyszłości planowana jest również utwardzona droga z Mestii do Uszguli z tym, że ma to być rzekomo beton, który oprze się trudnym warunkom atmosferycznym panującym w sercu Kaukazu.
Po drodze zatrzymujemy się by z bliższa zobaczyć zaporę Inguri i jedziemy prosto do Kutaisi.
Nocleg znajdujemy nieopodal katedry. Od razu organizujemy sobie transport na poranny samolot, a jako że jest nas już siedmioro załatwiamy marszrutkę.
Popołudnie spędzamy krzątając się po centrum. Zaglądamy m.in. na targ, w tym przypadku spożywczy. Azjatyckie targi, stragany, stoiska to jedna z rzeczy, które obecnie ciężko spotkać w tak naturalnym wydaniu jak to ma miejsce dalej na wschodzie. Krzątanina ludzi, mieszające się zapachy różnobarwnych przypraw, nierzadko żywe zwierzęta oraz możliwość degustacji przed zakupem i negocjowania cen sprawiają, że są one takie autentyczne. Co więcej, dla mnie osobiście jest to fotograficzny plac zabaw.

Rano samolot mamy już o 6:30, więc noc była bardzo krótka. W terminalu ponownie spotykam się z Elkiem i Kingą. Jest też parę osób, które widzieliśmy gdzieś pod Kazbekiem. Odkąd Wizz Air uruchomił loty z Katowic i Warszawy do Kutaisi dotarcie na Kaukaz stało się znacznie prostrze i tańsze.

Jedynym mankamentem tego nowego lotniska jest brak jakichkolwiek sklepów, barów czy chociażby automatów z napojami lub przekąskami ale to pewnie kwestia czasu i rozbudowy lotniska. Druga sprawa to to, że kontrola bezpieczeństwa jest bardzo szczegółowa, żeby nie powiedzieć upierdliwa. Warto zatem wcześniej dokładnie sprawdzić czy nie ma się przy sobie jakichś rzeczy, które mogłyby zostać uznane za niebezpieczne. Byliśmy świadkami odebrania elektrycznej szczoteczki do zębów, która posiada ostro zakończony szpikulec, na który nakłada się wymienne końcówki. Niestety do wyrzucenia.

Sam lot przebiega bardzo rutynowo i nudno. Po starcie z lotniska imienia Dawida Budowniczego kierujemy się nad Morze Czarne, przelatujemy nad Krymem, Lwowem i niedługo później lądujemy w Katowicach. W porównaniu z upałem, który panował ostatniego dnia naszego pobytu w Gruzji, pogoda na lotnisku w Pyrzowicach nie wita nas radośnie. Temperatura około 11C i deszcz.

 

Podróż na Sri Lankę

Nadszedł czas wyjazdu, lecz zanim znajdziemy się u celu podróży czeka nas dość długa podróż.
Wpierw Kolejami Śląskimi do Katowic, skąd o godzinie 23 jedziemy Polskim Busem, żeby na rano być w Warszawie.
Lot do Paryża jest o godzinie 6:55 i tuż przed wejściem na pokład słyszymy komunikat, że start opóźni się o około godzinę. Już wcześniej zwróciłem uwagę, że następny poranny i popołudniowy lot do Paryża są odwołane. Podobnie Rzym, Londyn, Frankfurt. Siedzimy więc w samolocie i czekamy. Przyczyną opóźnienia są złe warunki atmosferyczne na paryskim lotnisku de Gaulla.
Zamiast planowo lądować o 9:20 lądujemy o 10:30. Lotnisko CDG całe pod śniegiem. Na bagaż czekamy kolejne 50 minut. Wózki z bagażami mają problem z poruszaniem się po płycie, koła się ślizgają i wygląda to jakby bagaże donosili ręcznie, bo tyle to trwa wszystko.
Pogoda naprawdę zimowa. Ciągle sypie śnieg, na ulicach tworzy się wodna breja i nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby nie to, że ubrania i buty mamy typowo letnie.
Po dotarciu do hotelu wychodzi, że przy rezerwacji popełniłem okropny błąd i zamiast na marzec zarezerwowałem pokój na luty w te same dni. Niestety trzeba było ponownie zapłacić za pokój.
W telewizji nieustannie informują jak opady śniegu sparaliżowały północną Francję, zachodnie lotniska (Frankfurt zamknięty) i zastanawiamy się co będzie rano.
A rano wydaje się być już całkiem w porządku. Śnieg przestał padać, na niebie pojawiło się słońce i dopiero po wyjściu z hotelu okazuje się, że chodniki i ulice są całkowicie pokryte lodem i nikt zdaje się tym nie przejmować, a przynajmniej nikt poza zwykłymi obywatelami.
Linia „13” metra całkowicie zapchana i dopiero do trzeciego pociągu udaje nam się wepchnąć. Przesiadka na „2” i jeszcze jedna na Gare du Nord. Tutaj troszkę sprawy się komplikują i pociągi RER linii „B” są poopóźniane. Z wyświetlacza wynika, że ma wjechać za moment, dosłownie za minutę, a owa minuta rozciąga się do kilku, po czym pociąg wypada z rozkładu. Po prostu znika z wyświetlacza i trzeba czekać na następny, którego przyjazd także się rozwleka.
W końcu wtacza się na peron, rozciągając się na całą jego długość. Całe szczęście, że sporo ludzi wysiadło bo udało nam się przypuścić zakończony sukcesem szturm i dostać do środka jako jedni z ostatnich. Fenomenem było to, że plecak praktycznie sam wisiał w powietrzu, a przez pierwszych parę stacji stałem tylko na jednej nodze. Im częściej jednak trzęsło, tym więcej miejsca się robiło w pociągu. Coś jakby potrząsać słoikiem wypełnionym żwirem, który po każdym potrząśnięciu opada na dno i robi się więcej miejsca.
Start samolotu Saudi Arabian Airlines do Jeddah także się przeciągnął i odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Na szczęście mieliśmy duży zapas czasu oraz sporo przestrzeni na nogi w okolicy wyjścia awaryjnego. W ogóle cały Airbus A320 był tak urządzony, że pomiędzy fotelami było ogólnie więcej przestrzeni, za to kosztem mniejszej liczby rzędów. W tym przypadku to nie problem bo samolot miał może 20% wypełnienie. Przed startem wysłuchaliśmy jeszcze słów Mahometa, które zwykł wypowiadać przed podróżą i z tym akcentem mogliśmy się czuć w pełni bezpiecznie skoro prawie sam Prorok leci z nami.
Jako posiłek poza sałatką sezonową i koktajlem krewetkowym dostaliśmy do wyboru rybę/kurczaka z makaronem/strogonow, a także ciasto i napoje.
Im bliżej lądowania byliśmy tym bardziej dało się zauważyć, że część pasażerów zdejmuje normalne ubrania i owija się białymi ręcznikami jakby szli na basen lub do sauny. Przyznam szczerze, że byłem trochę tym zdziwiony i nie mam pojęcia skąd taka zmiana odzieży.
Po sześciu godzinach lotu, już po zmroku wylądowaliśmy w Jeddah. Z początku lotnisko wydawało się bardzo duże, ponieważ jechaliśmy przez nie samolotem jeszcze przez 15 minut, ale budynek terminala przypominał raczej ten spotykany na małych lotniskach na odległej prowincji. Na korzyść jednak przemawiało to, że przy przejściu przez tranzyt dostaliśmy voucher na kolację – kurczak z ryżem, jabłko, bułka, masło i Pepsi. Z kolei wi fi działało jakby korzystali z łączą modemowego. W każdym razie ważne, że było.
Po godzinie 23 wsiadamy na pokład potężnego, czterosilnikowego i dwupokładowego Boeninga 747-400 lecącego do Colombo z międzylądowaniem w stolicy Arabii Saudyjskiej – Rijadzie. Przez niespełna półtorej godziny cieszymy się prawie pustym pokładem i próbujemy choć na chwilę się przespać, co niestety się nie udaje. Najpierw załoga roznosi napoje, później kanapki, a potem to już trzeba się podnieść i zapiąć pasy przed lądowaniem.
W Rijadzie samolot dopełnia się prawie w całości. Ludzie pchają się jakby obawiali się, że nie zdążą wsiąść, a my ze swoich miejsc obserwujemy ten chaos.
Po odlocie dosłownie padam ze zmęczenia i zasypiam budząc się tylko na kolację/śniadanie serwowane o 3 w nocy.