Dzień 11, 12: Kutaisi i lot powrotny

Czas na powrót do cywilizacji (czyt: Kutaisi). Kolejny raz przybieramy się z wspomianymi już wcześniej Polakami z noclegu u Róży i razem wracamy do Kutaisi. Odkąd w 2010 roku 100 kilometrowy odcinek Zugdidi – Mestia został poszerzony i pokryty asfaltem dojazd zajmuje około 2,5h. W niedalekiej przyszłości planowana jest również utwardzona droga z Mestii do Uszguli z tym, że ma to być rzekomo beton, który oprze się trudnym warunkom atmosferycznym panującym w sercu Kaukazu.
Po drodze zatrzymujemy się by z bliższa zobaczyć zaporę Inguri i jedziemy prosto do Kutaisi.
Nocleg znajdujemy nieopodal katedry. Od razu organizujemy sobie transport na poranny samolot, a jako że jest nas już siedmioro załatwiamy marszrutkę.
Popołudnie spędzamy krzątając się po centrum. Zaglądamy m.in. na targ, w tym przypadku spożywczy. Azjatyckie targi, stragany, stoiska to jedna z rzeczy, które obecnie ciężko spotkać w tak naturalnym wydaniu jak to ma miejsce dalej na wschodzie. Krzątanina ludzi, mieszające się zapachy różnobarwnych przypraw, nierzadko żywe zwierzęta oraz możliwość degustacji przed zakupem i negocjowania cen sprawiają, że są one takie autentyczne. Co więcej, dla mnie osobiście jest to fotograficzny plac zabaw.

Rano samolot mamy już o 6:30, więc noc była bardzo krótka. W terminalu ponownie spotykam się z Elkiem i Kingą. Jest też parę osób, które widzieliśmy gdzieś pod Kazbekiem. Odkąd Wizz Air uruchomił loty z Katowic i Warszawy do Kutaisi dotarcie na Kaukaz stało się znacznie prostrze i tańsze.

Jedynym mankamentem tego nowego lotniska jest brak jakichkolwiek sklepów, barów czy chociażby automatów z napojami lub przekąskami ale to pewnie kwestia czasu i rozbudowy lotniska. Druga sprawa to to, że kontrola bezpieczeństwa jest bardzo szczegółowa, żeby nie powiedzieć upierdliwa. Warto zatem wcześniej dokładnie sprawdzić czy nie ma się przy sobie jakichś rzeczy, które mogłyby zostać uznane za niebezpieczne. Byliśmy świadkami odebrania elektrycznej szczoteczki do zębów, która posiada ostro zakończony szpikulec, na który nakłada się wymienne końcówki. Niestety do wyrzucenia.

Sam lot przebiega bardzo rutynowo i nudno. Po starcie z lotniska imienia Dawida Budowniczego kierujemy się nad Morze Czarne, przelatujemy nad Krymem, Lwowem i niedługo później lądujemy w Katowicach. W porównaniu z upałem, który panował ostatniego dnia naszego pobytu w Gruzji, pogoda na lotnisku w Pyrzowicach nie wita nas radośnie. Temperatura około 11C i deszcz.

 

Dzień 10: Mestia

Ostatniego dnia pobytu w sercu Kaukazu – Górnej Swanetii wybieramy się na małą wycieczkę. Rozważamy spacer w stronę lodowca Chaladi lub Jezior Koruldi. Po zasięgnięciu rady Róży, która sugeruje, że szlak do jeziorek jest ładniejszy, choć bardziej czasochłonny w porównaniu z trasą do czoła lodowca, który prowadzi w większości drogą i pozwala w dużej części na dojazd samochodem.
W związku z powyższym decydujemy się pójść w stronę jezior. Najpierw kierujemy się przez miasteczko w kierunku północnym, po czym w pewnym momencie skręcamy w prawo, bodajże w kierunku regionalnego muzeum etnograficznego. Od tego miejsca szlak pnie się w górę i wiedzie lasem przecinając po drodze ukwiecone łąki. Dotarcie do krzyża górującego nad Mestią zabiera przeszło dwie godziny. Dalej szlak prowadzi łagodniej aczkolwiek ciągle pod górę. Zgubić się trudno ponieważ należy podążać szeroką wręcz drogą. Na tej wysokości (2300 m) nie ma już drzew, jednak nadal kwitną różaneczniki zwane potocznie rododendronami lub azaliami. Na łąkach stoją jeszcze ze trzy małe szałasy pasterskie, a w ich pobliżu pasą się konie i krowy. Popołudniu chmury, które przysłaniały Uszbę znikają i odsłaniają położony dosłownie tuż tuż trudny i niebezpieczny szczyt o dwóch wierzchołkach. Zza pobliskiej grani wyłania się biała kopuła położonego już po stronie rosyjskiej Elbrusa. Pomimo, że szczyt jest oddalony o jakieś 15 km w linii prostej, a przesłaniająca go grań ma przeszło 3000 m n.p.m. to i tak znacząco wystaje ponad nią.
Jeziora Koruldi trochę rozminęły się z moimi wyobrażeniami, ponieważ spodziewałem się czegoś w rodzaju tatrzańskich stawów, a mnie przypominały one wodopoje dla koni, które pasły się nieopodal utworzone z wytopionego śniegu. Z tego powodu nie byłem pewien czy to już tutaj, czy powinienem jeszcze dalej iść. Wyszedłem więc prawie na 3000 m n.p.m. ale nie zapowiadało się, że na zboczu góry będzie jeszcze jakaś woda. Patrząc jednak na nie z góry i sposób w jaki w zielonej wodzie odbijały się okoliczne szczyty, niebo i chmury dodawał im niewątpliwie uroku.
W drodze powrotnej od krzyża postanowiliśmy wracać nie drogą, którą przyszliśmy rano tylko zejść w prawo. Szlak ten okazał się zdecydowanie krótszy (40 min do miasta) ale bardzo stromy i gorzej oznaczony, co może nastręczać pewnych trudności próbując nim podejść. W dodatku już w samej Mestii na odcinku około 100 metrów prowadzi korytem potoku.
Nawet jeśli jeziorka mogą wydawać się nie warte zachodu to widoki i otoczenie wysokich gór sprawia, że widoki są przepiękne, a trasa godna polecenia.

Zapis śladu trasy z GPS’u.

Dzień 9: Uszguli

Po śniadaniu planujemy dostać się do położonej w odległości 50 km od Mesti wioski Uszguli. Ze względu na trudny dojazd, tj. szutrową drogę i nie tyle napęd 4×4 co duży prześwit ceny transportu są bardzo wysokie.

Róża mówi nam, że w przypadku 8 osób jest w stanie zorganizować transport w cenie 100 lari za całość, jednak gdy pojawiamy się w odpowiednim miejscu, notabene u naszego kierowcy z dnia poprzedniego, okazuje się, że cena wynosi 200 lari, a nas jest tylko sześcioro. Na nic zdają się jakiekolwiek formy negocjacji, cena nie spada, a nie jesteśmy w stanie zorganizować dodatkowych osób celem obniżenia kosztów, więc postanawiamy spróbować zebrać więcej ludzi następnego dnia.

Po powrocie na kwaterę okazuje się, że para Polaków, która mieszka w pokoju obok ma wynajęty samochód i możemy zabrać się z nimi na wycieczkę do Uszguli.

Pokonanie odcinka 50 kilometrowej długości zajmuje nam przeszło trzy godziny.
W dodatku jakieś 6 kilometrów przed Uszguli w ciężarówce jadącej przed nami coś się psuje i staje na środku drogi, na wzniesieniu. Nie ma możliwości jej wyprzedzić, a zatem czekamy aż z góry przyjedzie druga ciężarówka i weźmie tą zepsutą na hol.
Dojazd mimo, że czasochłonny to po drodze podziwiamy widoki, które rekompensują trudy podróży. Mijamy również osoby, które cały ten odcinek pokonują czy to piechotą czy na rowerach.

Wioska położona jest na wysokości około 2200 m nad poziomem morza, a przynajmniej tyle pokazuje GPS i jest rzekomo najwyżej położoną zamieszkaną wsią w Europie. Abstrachując od tego, że to Kaukaz oddziela Europę od Azji i Rosja wraz z Elbrusem znajduje się po stronie Europejskiej, natomiast Gruzja należy już do Azji. Przynajmniej geograficznie i w teorii.

Czas spędzamy spacerując po okolicznych pagórkach i łąkach, na których pasą się konie, krowy lub jakaś świnia tapla się w błocie. Z góry obserwujemy malowniczą dolinę, z której wyrastają wysokie wieże obronne – tradycyjne zabudowania w Swanetii. Ich przeznaczeniem było magazynowanie żywności na całą długą zimę, a najwyższy poziom służył celom obronnym. Jeszcze dalej rozciąga się Mur (Ściana) Bezingi (Bezengi) – masyw o długości ponad 11 kilometrów i wysokości prawie 5000 metrów wraz z najwyższym szczytem Gruzji – Shkharą, z pod którego w dolinę spływają szerokie, szaro-niebieskie lodowce.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy jednej z wież obronnych nad rzeką, do której można wejść. Tylko aby dostać się na najwyższy poziom muszę wtargać drabinę ze sobą.

Co do czasochłonnej i całodniowej wycieczki do Uszguli to moim zdaniem jest to miejsce z kategorii absolutnych „must see”. Piękny krajobrazy, soczyście zielone łąki, wąwozy, doliny, rzeki wypływające spod lodowców i najwyższe góry starego kontynentu to wszystko razem tworzy iście sielski widok wart fatygi i zniesienia trudów dojazdu.

Dzień 8: Upliscyche

Bagaże zostawiamy u Luki i idziemy na dworzec złapać marszrutkę do skalnego miasta – Uplistiche. Na jednej z głównych ulic Gori pierwszy raz od ponad tygodnia pobytu w Gruzji widzę pocztę. Znaczki w cenie bagatela 4 lari!

Zanim bus się napełni ludźmi i może wreszcie odjechać mija prawie godzina. Kierowca wysadza nas przy drodze, juz za wioską, skąd do skalnego miasta jest 15 minut piechotą, szczególnie że jeden z miejscowych pokazuje by iść wałem na skróty.

Bilety wstępu w takich samych cenach jak do Wardzi tj. 3 lari bilet zwykły, 1 – ulgowy. Powstanie zabudowań datowane jest na od V w n.e. aż do późnego średniowiecza.  Cały kompleks jest zdecydowanie mniejszy niż wspomniana już wcześniej Wardzia i zajmuje tylko trzy kondygnacje – południową (dolną), centralną i środkową (górną), z której to rozpościera się widok na całą dolinę wraz z wolno płynącą w dole rzeką Mtkwari.

W drodze powrotnej do Gori zatrzymujemy autobus – pierwszy, jakim mamy okazję podróżować w Gruzji. Podobno jest to znacznie wolniejszy, aczkolwiek tańszy środek transportu jednak na tak krótkim dystansie ciężko odczuć różnicę.

Wracamy po bagaże do Luki i ponownie wracamy na dworzec organizować transport w stronę Mesti. Nic jednak nie jedzie nawet do Kutaisi, więc jedziemy do Khashuri, gdzie mamy bez problemu się przesiąść na marszrutkę do Kutaisi. Tymczasem już na autostradzie nasz kierowca zatrzymuje inną marszrutkę i pospiesznie przesiadamy się na poboczu. Co więcej, cena za przejazd tą drugą marszrutką (kilkanaście kilometrów od Gori do Kutaisi) jest niższa niż gdy jechaliśmy pierwszy raz z Kutaisi do Khasuri.

W Kutaisi również nie ma nic w godzinach popołudniowych bezpośrednio do Mesti, więc po 17 jedziemy do Zugdidi, skąd podobno o 19 ma coś jeszcze jechać na Kaukaz. Dojeżdzamy z lekkim opóźnieniem, aczkolwiek kierowca zdaje się jakby na nas czekać. Robi jeszcze ostatnie zakupy, sprawdza czy damy się nabrać na dwukrotnie wyższą cenę (zwykle 20 lari/os) i po 20 wyjeżdzamy.

Po kilkunastru kilometrach mijamy zaporę Inguri na rzece o tej samej nazwie. Ma ona wysokość 272 m i jest drugą co do wielkości na świecie. Oddziela Gruzję od Abchazji, a prąd dzielony jest w stosunku 60 do 40. Jezioro, które utworzyło się na skutek jej budowy jest ogromne i mija kolejnych parę ładnych kilometrów gdy docieramy do jego końca.

W trakcie jazdy zatrzymujemy się kilkukrotnie, żeby kierowca coś przekąsił, zapalił oraz dostarczył zamówiony z Zugdidi towary do domów. Od razu też oferuje nam nocleg w Mesti. Docieramy tam po ponad 2,5h jazdy (100 km) i z racji późnej pory kierujemy się prosto do poleconego nam noclegu – u Róży (15 lari/os). Dom polozony jest na zboczu wzgórza i samemu ciężko by było tam trafić, szczególnie po ciemku, a moim zdaniem warto. Nie tylko ze względu na niską cenę ale również dlatego, że z okien w przedpokoju na piętrze rozciąga się widok na miasteczko i położony w oddali trójkątny szczyt jednego z czterotysięczników (4858 m) Tetnuldi.