Dzień 41 – Miri – Singapur

Sean, Chris i Michael lecą o 9 rano do Bori – w głąb Bornego, a ja o 10 do Singapuru, więc razem z Seanem jedziemy na lotnisko, gdzie spotykam po raz ostatni dwójkę jego znajomych.

Dwugodzinny lot linią AirAsia przebiega spokojnie i przed południem ląduję na Changi International Airport. Lotnisko od razu rzuca się w oczy swoją czystością i nowoczesnością.

Po rutynowej kontroli paszportowej, przy której mają cukierki, kieruję się do terminala drugiego, skąd metrem, zieloną linią EW jadę do stacji Aljunied. Jane poleciła mi tutaj jeden z hosteli. Jego zaletą jest niewątpliwie bliskość do metra. Na tym koniec zalet. Nie można liczyć na żadną kawę czy herbatę, jak widnieje w opisie, a łóżko pod „materacem z 5 gwiazdkowego hotelu” skrzypi przy najdelikatniejszym ruchu. Dodatkowo właścicielka sprawia mało miłe wrażenie.

Szybko jednak opuszczam hostel i piechotą idę do centrum. Na początek spacer po dzielnicy Little India i przegląd lokalnych świątyń. W większości przypadków, mimo że ładne, kolorowe, bogato zdobione, to jednak bardzo podobne. W oczekiwaniu na otwarcie jednej z nich (ponownie od 16), zatrzymuję się w lokalu po drugiej stronie ulicy na mały posiłek. Ryż z curry , kurczakiem i ziemniakami – całkiem dobre.

Z Little India idę na dół ulicą w kierunku meczetu, a następnie na Waterloo Street do dwóch kolejnych świątyń.
Do Canon Park wchodzę, a raczej wjeżdżam po ruchomych schodach, gdy jest już późno i wszystko jest zamknięte. Wychodzę z drugiej strony i kawałek dalej docieram do nabrzeży ciągnących się wzdłuż Singapore River. Do deptaku przylegają wszelkiego rodzaju knajpki i restauracje. Na końcu Clarke Quay, po prawej stronie mieści się Fullerton Hotel, niegdyś budynek poczty.
Z mostu po przeciwnej stronie ulicy rozciąga się widok na Marina Bay Sands – budynek na trzech nogach z ogromną łodzią wieńczącą całość. Tuż obok stoi Merillon – pół lew, pół ryba – symbol Singapuru. Obecnie ogrodzony do połowy wysokości na czas jakichś prac.

Dzień 39 – Miri

Wolną sobotę spędzamy razem z Jane na zakupach, wymianie waluty i rozeznaniu cen transportu do parku Niah Caves. Lilly i James już tam byli i zapłacili 10 RM za transport, co jest o tyle ciekawe, że cena taka sama jak do Lambir Hills, a dystans ponad trzy razy większy (ok. 102 km). Do tego dochodzi jeszcze dojazd na dworzec i czekanie na autobus. W Minda Guesthouse, tym z którego przenieśliśmy się po pierwszej nocy, organizują dojazd za 45 RM przy co najmniej 5 chętnych osobach, więc zostawiliśmy im wiadomość na tablicy, że chcemy jutro jechać i jest nas czworo oraz czy ktoś chce do nas dołączyć. Zapytaliśmy również o taksówkę i taksówkarz zgodził się nas zabrać w cztery osoby, przy cenie 45 RM na głowę, co wydawało się najlepszym rozwiązaniem.
Jak się później okazało, Seana znajomi mieli wypożyczony samochód i mieliśmy jechać w piątkę, a jedynym kosztem będzie paliwo, które w Malezji jest bardzo tanie (PB95, 1,90RM/1l).

Po południu poszliśmy z Jane zwiedzić rzekomo największą taoistyczną świątynię w Południowo-Wschodniej Azji. Doprawy duża i zarazem piękna. Bardzo kolorowa w dodatku, z malowidłami na ścianach i rzeźbami smoków. Na tablicy wisiały nawet zdjęcia poszczególnych elementów wraz z cenami. Pomimo, że wszystko wydawało się gotowe, to na zewnątrz trwały jeszcze jakieś prace wykończeniowe. W drodze powrotnej do centrum udało nam się złapać stopa i zaoszczędzić 40 minut marszu. Szczególnie, że było ciepło i ciężko tutaj o chodnik.

Wróciliśmy po Seana i wspólnie w trójkę poszliśmy na pobliskie wzgórze – Canada Hill, by obejrzeć zachód słońca. Dobrze, że nie wybraliśmy się wcześniej bo Petroleum Museum było tymczasowo zamknięte, choć przez telefon w informacji turystycznej powiedzieli nam, że jest czynne tak jak zawsze, do 17. Zastąpiono je jakimiś dinozaurami.
Miri jest miejscem narodzin malezyjskiego przemysłu ropy naftowej. Pierwsza studnia ( the Grand Old Lady) została wydrążona w 1910 roku jest obecnie jedną z atrakcji turystycznych miasta.

Słońce natomiast zeszło nisko nad horyzont i zniknęło za chmurami. Za to księżyc dzień po pełni świecił jasno.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do centrum handlowego na kolację w sushi barze.

Dzień 38 – Lambir Hills

Razem z Lilly, Seanem i Jamesem wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego parku narodowego Lambir Hills. Po prawie godzinie czekania na autobus 33a lub 20 zdecydowaliśmy, że na dworzec weźmiemy taksówkę (4 RM/os), skąd od razu o 11 autobus jadący w kierunku południowym. 10 RM do Lambir Hills. W telewizorze leci film „Commando” z młodym Arnoldem i aż żal wysiadać.

W siedzibie parku dostaje mapy, bilet (20 RM) i kierujemy się na ścieżkę w kierunku pierwszego z wodospadów. Zaledwie 20 minut marszu. Okolica przypomina trochę miejsce piknikowe. Zadaszone stoły, wyznaczony teren pod grill i kapiący się w wodzie ludzie. Małe jeziorko jest przegrodzone w połowie liną z bojami i tablicą ostrzegającą o zdradliwych podwodnych prądach w pobliżu wodospadu. To samo mówiła nam pani w biurze parku, ale nie chciała zdradzić, dlaczego nie można pływać poza liną. Posilamy się i wracamy tą samą drogą, by po chwili odbić w prawo, w kierunku głębi parku. Szlak prowadzi ponad 5 kilometrów do wzgórza znajdującego się na jego końcu, ale aby  tam dotrzeć trzeba przeznaczyć ponad 4h w jedną stronę. Co więcej, zasięg w telefonie jest tylko do połowy drogi, a ze względu na okres narodzin małych kotów zalecano nam nie wybierać się w tamtym kierunku, żeby żaden z kotów nie miał okazji zeskoczyć nam z drzewa na głowę.
I tak było już późno, a park mieliśmy opuścić do godziny 17.

Poszliśmy zatem do kolejnego wodospadu. Tym razem mniejszego i bardziej ukrytego w jarze pomiędzy drzewami. Dłuższą chwilę cieszyliśmy się atmosferą tego miejsca, a Sean skorzystał z okazji i wszedł do wody.
Zostawiając wodospad za sobą, ruszyliśmy dalej przed siebie, jeszcze bardziej w głąb dżungli.
Do starej studni, która służyła do wydobywania ropy mieliśmy jakieś 1,4km, a do wodospadu, trzeciego już – jakieś 700m. Pomimo niedużych odległości dotarcie do studni zajęło nam godzinę.

Ścieżka pięła się to w górę, to w dół, by na dole wąwozu przekroczyć strumień. Momentami szlak zastawiały powalone drzewa, które były ogromne. Te wciąż żywe miały kilkumetrowej średnicy pnie, wysokie na kilkadziesiąt metrów, ze smukłymi korzeniami sięgającymi do kolan.
Pod nogami spacerowały jednocentymetrowe mrówki, a co jakiś czas trzeba było sprawdzić, czy jakaś pijawka się nie przykleiła. Nie mniej jednak nie było ich tam tak dużo jak w Tajlandii. Uważać należało jeszcze na śliskie liście.

W miarę pokonywania odległości dżungla zmieniała swoje oblicze. Las robił się rzadszy, cichszy i bardziej złowieszczy. A przynajmniej takie wrażenie można było odnieść.

Sama studnia to zaledwie parę metalowych rur i jakieś koło – wszystko porośnięte mchem. W powietrzu wciąż dało się wyczuć specyficzny zapach przemysłowy. Zastanawiało nas tylko to, kto prawie 100 lat temu wpadł na pomysł, by zabrać do dżungli świder, łopaty i zacząć kopać w poszukiwaniu ropy.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do trzeciego z zaplanowanych wodospadów. Widzieliśmy go już z góry, ale aby dotrzeć do podnóża należało zejść trochę w dół. Mimo, że dżungla zapewniała cień i temperatura zdawała się być niższa, to i tak od ciągłego marszu byliśmy cali mokrzy. Sean, Lilly i James skorzystali z okazji by popływać – ja by porobić zdjęcia.

Droga powrotna nie zajęła nam dużo czasu; w większości ścieżka prowadziła w dół i 30 minut później byliśmy już na dole.

Czekając na autobus stwierdziliśmy, że nie zaszkodzi nam spróbować złapać stopa i o dziwo już trzeci samochód się zatrzymał. Taki z kategorii duży pick-up. Myślałem, że usiądziemy sobie z tyłu, poczujemy wiatr we włosach, a okazało się, że w środku jest tylko kierowca i ogromna, kilkukilogramowa kiść bananów. Podwiózł nas od razu do samego centrum.

Wieczór chcieliśmy z Seanem i Jane zorganizować dojazd do kolejnego parku narodowego – Niah Caves, ale zrobiło się już późno, a gość w recepcji był średnio zorientowany, więc postanowiliśmy przełożyć to na niedzielę – mój ostatni dzień na Bornego.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/b93ojjbhvc7mj0j4

Dzień 37 – Miri

Rano Anglik (zwany później Jamesem)  z dolnego łóżka zaczął narzekać na robaki w pokoju i trochę panikował. W konsekwencji właściciel wyłączył ten pokój z użytku i musiałem zmienić miejsce pobytu.
Przeniosłem się do The Highlands Hostel (25 RM). Później dotarli tam również Lilly i James, ten który tak narzekał.

Pogoda była nie za ciekawa; od czasu do czasu padało, zatem większą część dnia spędziliśmy w hostelu czytając książki, przewodniki i rozmawiając. Internet nie działał, a zbliżał się długi weekend w Malezji i nie wiedzieliśmy czy zdążą go naprawić do końca dnia.

Wieczór spotkałem ponownie Jane z Kota Kinabalu, poznaliśmy Briana z Kanady, a idąc na kolację dołączył do nas Sean z Australii.
Zbliżał się dzień niepodległości Malezji (31.08, Hari Merdeka) i dzieciaki na rowerach przyozdobionych w flagi hałasowały jeżdżąc po ulicach.

Dzień 36 – Tutong (Brunei) – Miri (Malezja)

Pobudka o 7, śniadanie do pokoju. Herbata, plus makaron i jakieś zielska w sosie.

U Ziary w domu mogłem sobie nagrać zdjęcia na płyty oraz dostałem z powrotem moje ubranie czyste, wyprasowane i poskładane. Dałem je Ziarze dzień wcześniej, jako że zgodziła się, a wręcz nalegała, że może mi zrobić pranie.

Koniecznie chciała mnie odwieźć samochodem do Miri w Malezji, ale niestety jej nie posiadał jakichś wymaganych dokumentów potrzebnych przy przekraczaniu granicy i… zwerbowała do tego swoich rodziców. Przed odjazdem wróciliśmy jeszcze, aby pożegnać się z jej wujkiem i dziewczynami. Dostałem lunch na drogę, całe pudełko cukierków, żelek i czekoladek.

W czasie jazdy jej tata wciąż jadł jakieś słodycze, a gdy ich zabrakło, jej mama zaczęła go szarpać za włosy, ramiona, policzki. Dopiero po chwili dowiedziałem się, że ma on tendencję do zasypiania za kierownicą. Nie ma powodów do obaw, przecież zdarza się. Szczególnie w strefie okołorównikowej, w południe i po zaledwie godzinie jazdy. Mimo wszystko musieliśmy stanąć na poboczu na 5 minut, na krótką drzemkę. Jak już ruszyliśmy, tak podwieźli mnie pod sam hotel, z którego znalezieniem były pewne problemy. Co gorsza, znajdował się on naprzeciw pubów z głośną muzyką, która zakłócała spokój do późnych godzin nocnych.

Mój lunch

Mój lunch