Dzień 44 – Bukit Lawang (Gunung Leuser National Park)

Za IR 300000 decyduję się na trekking po dżungli, żeby zobaczyć orangutany. Moim przewodnikiem jest Ando i idziemy tylko we dwóch, ale po drodze napotykamy inne grupy. W jednej z nich jest Matt i Gem. Oglądamy drzewa kauczukowe, z którymi spotkałem się już w Kambodży. ANdo opowiada, że są one nacinane specjalnym, zakrzywionym nożem i wydzielają białe mleczko, które zbiera się raz w tygodniu i zawozi na targ, skąd odbiera je jakiś przedstawiciel z miasta. Farmerzy sprzedają kilogram za około IR 10000-12000, co w przeliczeniu daje około 1,5$. Drzewa wydzielają ów sok przez trzydzieści lat, a później zwykle są ścinane i zastępowany nowymi, które po około pięciu latach są ponownie dojone.
Obejrzeliśmy jeszcze inne drzewo, z którego robi się chociażby maty, tzn. z jego liści, które się zaplata.
Ando pokazuje jeszcze drzewo ratanowe i ogromne gniazda termitów.

Po pewnym czasie krążenia po dżungli dostrzegamy wysoko w koronach dwa orangutany – samicę z młodym. Chwilę później kolejną dwójkę. Jeden z tych maluchów próbuje co rusz wspiąć się wyżej, a matka za każdym razem zrzuca go na dół ciągnąć za futro.
Przewodnik jednej z grup wyciągnął banany i zaczął nawoływać. Po chwili samica z małym uczepionym jej nogi zeszła na dół, wzięła banany z ręki i wróciła na górę.

Na zimny prysznic w pokoju jest rada – hot shower, jak miejscowi nazywają sikające z drzew orangutany.

Dalej poszliśmy z Ando sami, usiedliśmy gdzieś na ścieżce i zabrali się za jedzenie lunchu. Był smażony ryż, plasterki pomidora, ogórka i.. chrupki. Oczywiście żadnych sztućców, także jest to mój pierwszy raz, gdy jem ryż palcami.

Mieliśmy niebywałe szczęście, bo później zobaczyliśmy jeszcze pięć orangutanów – dwie mamy z małymi i jednego samca. Samice przyciągnęliśmy na jedną marchewkę. Małe orangutany są w różnym wieku; jeden jest bardzo malutki i uczepiony pleców matki, a drugi trochę większy i momentami porusza się o własnych siłach.

Orangutany jako gatunek są bardzo podobne do ludzi. Dzielimy ze sobą 96,4% genów, jednakże z pośród małp są mimo wszystko nam odległe. Samce osiągają do 1,8m wysokości i 80 kg wagi. Samice są niższe – mają odpowiednio w granicach 1,3m i 40 kg. Żyją mniej więcej po równo – około 55 lat.
Co 5-6 lat samice zachodzą w ciążę, która trwa tyle ile u ludzi. Młode po urodzeniu żyją z matką przez 6-9 lat, a potem idą w swoją stronę. W przypadku gdy matka umrze zanim zdąży odchować malucha, musi się on usamodzielnić wcześniej. Prowadzą samotny tryb życia i każdego dnia budują nowe gniazda na drzewach, do których już nie wracają. Jak na takie inteligentne zwierzęta to mogłyby sobie zbudować bardziej stałą siedzibę, zamiast co chwilę targać gałęzie na nową.

Muszę powiedzieć, że to było jedno z niewielu spotkań, które miałem z małpami, a podczas którego nie doszło do żadnych dziwnych sytuacji. Chociaż mijaliśmy po drodze sporą grupę makaków, które trzeba było odstraszyć, bo zbliżały się zbyt blisko pewnie myśląc, że mamy jakieś jedzenie. Mieć może i mieliśmy, ale nie zamierzaliśmy się nim z nimi dzielić. O ile agresywne makaki można jakoś przeboleć, o tyle stanie oko w oko z ponad półtorametrowym orangutan lub samicą, która obawia się o swoje dziecko stanowiłoby nie lada doświadczenie.
Co więcej, nie należy się zbliżać do tych zwierząt, jako że są one bardzo podatne na choroby i zwykły ludzki kaszel może okazać się dla nich fatalny w skutkach. Wycinanie lasów i zastępowanie ich plantacjami kauczuku także przyczynia się do zmniejszenia ich populacji.

Po powrocie z dżungli już nie obeszło się bez mycia butów, więc wylądowały pod prysznicem. Trzeba przyznać, że pomijając pijawki i inne potencjalne paskudztwo to sandały, klapki lub bose stopy są najlepsze w takim terenie. Do nabycia w okolicy były jeszcze „dżunglowe” buty. Z wyglądu przypominające trampki z korkami, wykonane z gumy, bardzo lekkie i łatwe do wyczyszczenia – do kupienia za 2$.

Późnym popołudniem poszedłem przejść się po okolicy i tak trafiłem do Bat Cave (IR 5000). Jaskinia składała się z trzech komat. Pomiędzy pierwszą, a drugą przejście było na tyle wąskie, że trzeba było kucnąć i wolno przesuwać się do przodu. Poza tym, że szczelina była mała, to odnalezienie jej w drodze powrotnej nie należało do łatwych, a to było jedyne wyjście z jaskini. Nie licząc tego przez otwarte sklepienie kilkanaście metrów nad ziemią. Z sufitu zwisały małe nietoperze, które wyglądały jak chomiku. Gdy się w nie przyświeciło (tym razem zabrałem telefon z latarką, czołówka nadal w plecaku) to zaczęły się ruszać i odlatywać. Im bardziej w głąb jaskini tym te nietoperze jakieś takie większe były.
Samo dojście do jaskini też było bardzo ciekawe. Najpierw ekologiczno-przyrodniczą ścieżką, potem obok drzew kauczukowych i drewnianych domów mieszkalnych.

Wieczór w restauracji tubylcy i turyści połączyli siły i urządzili wspólne biesiadowanie przy gitarze i piosenkach U2, Stonesów czy Beatlesów. Teraz trochę żałuję, że nie pokusiłem się o nagranie tego, bo atmosfera jak i wykonanie były naprawdę świetne.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/2dsqajat4dnjh5eu

Reklamy

Dzień 38 – Lambir Hills

Razem z Lilly, Seanem i Jamesem wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego parku narodowego Lambir Hills. Po prawie godzinie czekania na autobus 33a lub 20 zdecydowaliśmy, że na dworzec weźmiemy taksówkę (4 RM/os), skąd od razu o 11 autobus jadący w kierunku południowym. 10 RM do Lambir Hills. W telewizorze leci film „Commando” z młodym Arnoldem i aż żal wysiadać.

W siedzibie parku dostaje mapy, bilet (20 RM) i kierujemy się na ścieżkę w kierunku pierwszego z wodospadów. Zaledwie 20 minut marszu. Okolica przypomina trochę miejsce piknikowe. Zadaszone stoły, wyznaczony teren pod grill i kapiący się w wodzie ludzie. Małe jeziorko jest przegrodzone w połowie liną z bojami i tablicą ostrzegającą o zdradliwych podwodnych prądach w pobliżu wodospadu. To samo mówiła nam pani w biurze parku, ale nie chciała zdradzić, dlaczego nie można pływać poza liną. Posilamy się i wracamy tą samą drogą, by po chwili odbić w prawo, w kierunku głębi parku. Szlak prowadzi ponad 5 kilometrów do wzgórza znajdującego się na jego końcu, ale aby  tam dotrzeć trzeba przeznaczyć ponad 4h w jedną stronę. Co więcej, zasięg w telefonie jest tylko do połowy drogi, a ze względu na okres narodzin małych kotów zalecano nam nie wybierać się w tamtym kierunku, żeby żaden z kotów nie miał okazji zeskoczyć nam z drzewa na głowę.
I tak było już późno, a park mieliśmy opuścić do godziny 17.

Poszliśmy zatem do kolejnego wodospadu. Tym razem mniejszego i bardziej ukrytego w jarze pomiędzy drzewami. Dłuższą chwilę cieszyliśmy się atmosferą tego miejsca, a Sean skorzystał z okazji i wszedł do wody.
Zostawiając wodospad za sobą, ruszyliśmy dalej przed siebie, jeszcze bardziej w głąb dżungli.
Do starej studni, która służyła do wydobywania ropy mieliśmy jakieś 1,4km, a do wodospadu, trzeciego już – jakieś 700m. Pomimo niedużych odległości dotarcie do studni zajęło nam godzinę.

Ścieżka pięła się to w górę, to w dół, by na dole wąwozu przekroczyć strumień. Momentami szlak zastawiały powalone drzewa, które były ogromne. Te wciąż żywe miały kilkumetrowej średnicy pnie, wysokie na kilkadziesiąt metrów, ze smukłymi korzeniami sięgającymi do kolan.
Pod nogami spacerowały jednocentymetrowe mrówki, a co jakiś czas trzeba było sprawdzić, czy jakaś pijawka się nie przykleiła. Nie mniej jednak nie było ich tam tak dużo jak w Tajlandii. Uważać należało jeszcze na śliskie liście.

W miarę pokonywania odległości dżungla zmieniała swoje oblicze. Las robił się rzadszy, cichszy i bardziej złowieszczy. A przynajmniej takie wrażenie można było odnieść.

Sama studnia to zaledwie parę metalowych rur i jakieś koło – wszystko porośnięte mchem. W powietrzu wciąż dało się wyczuć specyficzny zapach przemysłowy. Zastanawiało nas tylko to, kto prawie 100 lat temu wpadł na pomysł, by zabrać do dżungli świder, łopaty i zacząć kopać w poszukiwaniu ropy.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do trzeciego z zaplanowanych wodospadów. Widzieliśmy go już z góry, ale aby dotrzeć do podnóża należało zejść trochę w dół. Mimo, że dżungla zapewniała cień i temperatura zdawała się być niższa, to i tak od ciągłego marszu byliśmy cali mokrzy. Sean, Lilly i James skorzystali z okazji by popływać – ja by porobić zdjęcia.

Droga powrotna nie zajęła nam dużo czasu; w większości ścieżka prowadziła w dół i 30 minut później byliśmy już na dole.

Czekając na autobus stwierdziliśmy, że nie zaszkodzi nam spróbować złapać stopa i o dziwo już trzeci samochód się zatrzymał. Taki z kategorii duży pick-up. Myślałem, że usiądziemy sobie z tyłu, poczujemy wiatr we włosach, a okazało się, że w środku jest tylko kierowca i ogromna, kilkukilogramowa kiść bananów. Podwiózł nas od razu do samego centrum.

Wieczór chcieliśmy z Seanem i Jane zorganizować dojazd do kolejnego parku narodowego – Niah Caves, ale zrobiło się już późno, a gość w recepcji był średnio zorientowany, więc postanowiliśmy przełożyć to na niedzielę – mój ostatni dzień na Bornego.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/b93ojjbhvc7mj0j4