Dzień 4 – Park Narodowy Yala

O 5:30 wyjeżdżamy na uprzednio zorganizowanie safari do parku narodowego Yala. Za nasz środek transportu będzie służył przerobiony jeep z zamontowanymi siedzeniami i dachem z plandeki dobudowanym z tyłu na pace. Z Tissamaharama do parku oddalonego o około 30 km dojazd zajmuje niecałą godzinę.  Oprócz kierowcy jest z nami jeszcze brat właścicielki willi, w której mieszkamy – Janaka. To u niego zorganizowaliśmy wyjazd na safari i to on pokazuje nam większość zwierząt zakamuflowanych gdzieś na drzewach lub w krzakach.

Na początku udaje się nam dostrzec kilka krokodyli leżących bez ruchu w wodzie bądź na brzegu. W miarę jak robi się cieplej, te olbrzymie gady otwierają swe paszcze i w ten właśnie sposób się chłodzą

W parku występuje niesamowita ilość ptaków. Nieopodal przechadzają się pawie, na które bardzo łatwo się natknąć w różnych miejscach. Poza tym nie brakuje tutaj czapli białych oraz siwych, kormoranów, ibisów, bocianów białoszyich, zimorodków, żołny wschodniej, a także dzioborożców. Z tymi ostatnimi wiąże się ciekawa historia, a mianowicie gdy samica składa jaja, wchodzi do dziupli w drzewie, którą następnie samiec zasklepia błotem zmieszanym śliną i zostawia tylko mały otwór przez który samica wystawia dziób na zewnątrz. W ten sposób samiec dostarcza jej, a później również i młodym pokarm. Z powodu braku dostępu do światła słonecznego samica traci wówczas pióra i jest w całości zależna od partnera. Gdy coś się stanie z samcem, ginie zarazem samica i potomstwo. Po około trzech miesiącach samiec rozbija gliniany mur i samica z małymi wychodzi na zewnątrz. Ptaki te wiążą się w pary na całe życie.

Bardzo często pojawiają się bawoły – rzekomo najgroźniejsze ze zwierząt w całym parku. Nie brakuje również dzików, jeleni aksis, jeleni sambar, iguan, szakali czy mangust zwanymi również snake killer, a to z tego powodu, że te małe ssaki polują na węże i nie boją się stanąć oko w oko z kobrą. Nie są odporne na jad ale wystarczająco zwinne i szybkie, żeby się ustrzec przed ukąszeniem. Od czasu do czasu napotykamy na swej drodze słonie, które nieustannie coś przeżuwają. Te duże ssaki zjadają do 200 kg pożywienia dziennie, zapijając to 150 litrami wody . Niektóre wydają się być nieśmiałe lub czują się mało fotogenicznie, ponieważ gdy podjeżdżamy i zaczynamy im się przyglądać, powoli się oddalają. W pewnym momencie zatrzymujemy się na drodze stając równolegle do samochodu z przeciwka. Kierowcy urządzają sobie pogawędkę, a my oglądamy olbrzymiego samca z dużymi ciosami buszującego za drzewem. Zrywa gałęzie, zjada liście i obsypuje się ziemią. Nagle, ni stąd ni zowąd słoń postanowił przejść na drugą stronę drogi jakby w ogóle nic sobie nie robiąc z dwóch niemałych samochodów stojących na jego drodze. Kierowcy jednak szybko odpalają maszyny i zwierzę przechodzi nawet nie zwalniając kroku. Słonie z kłami stanowią zaledwie 10% populacji słoni na Sri Lance, a swych kłów używają również do zdobywania pożywienia i nie należy lekceważyć ich siły i charakteru.

Do lampartów jak dotąd nie mamy szczęścia. Komuś udało się wypatrzeć jednego, leżącego daleko na gałęzi drzewa i trzeba się naprawdę dobrze przyjrzeć przez lornetkę, żeby stwierdzić, że coś tam rzeczywiście jest.

Około południa zatrzymujemy się na lunch. Po drzewach nad głowami skaczą małe małpki. Biegają i czekają, aż ktoś im rzuci jakieś resztki lub same biorą sprawy w swoje ręce i wykradają śmieci z plastikowych worków. W samochodzie też lepiej niczego nie zostawiać, bo chwilę po jego opuszczeniu małpy dokonują rewizji.

Po krótkim odpoczynku kontynuujemy jazdę w poszukiwaniu lampartów, które są symbolem Yali. Przez większą część czasu widzimy te same zwierzęta, co poprzednio, a dodatkowo parę orłów i innych ptaków drapieżnych. Iguany wylegują się na gałęziach drzew, krokodyle nadal leżą nieruchomo w wodzie z otwartymi paszczami, ptaki brodzą na mokradłach lub przelatują nam nad głowami. Lampartów jednak nigdzie nie widać. Nie ma ich także w miejscu, w którym zwykle bywają, choć nie ma tutaj reguły. Czasem można je spotkać na leżące na drzewie, a czasem przechadzające się po drodze. Gdy tak wracamy z kolejnego miejsca, gdzie nie dostrzegliśmy żadnego z tych dzikich kotów, jeden przechodzi nam przed samochodem, dosłownie parę metrów od nas i chowa się pod drzewem. Po chwili przeskakuje mały rów i dołącza do drugiego lamparta. Są dosłownie 30-50 metrów od nas, choć dobry widok zasłaniają zarośla. Jeden leży zwrócony bokiem do nas, a drugi siedzi wsparty na przednich łapach i patrzy się raz na nas, raz przed siebie. Mamy szczęście podziwiać te pięknie koty w ich naturalnym środowisku, a w dodatku jesteśmy sami. Dopiero po paru minutach zjeżdżają się inne samochody zaalarmowane wiadomością od Janaki.

Zbliża się godzina 17:30, a bilet jest ważny od 6 do 18, więc zbliża się czas opuszczenia parku.
Przy małym stadzie jeleni zatrzymało się dość dużo jeepów, a jelenie wydają się być przestraszone i co rusz przebiegają parę metrów do przodu. Po chwili wszystko staje się jasne, gdy na polanę na krótko wychodzi lampart. Znika jednak chwilę później za kolejnymi krzakami, a jelenie już pobiegły dalej.
W całym parku żyje osiemnaście lampartów, a nam jednego dnia udało się zobaczyć aż cztery. Może nie były idealnie blisko, nie leżały tuż przy drodze, ale w końcu to ich naturalne środowisko i mieliśmy szczęście, że w ogóle udało się nam je dostrzec.

Safari bez wątpienia należało do udanych i to nie tylko dzięki mnogości różnych gatunków zwierząt, ale także ze względu na naszego przewodnika, który wypatrzył zwierzęta tam, gdzie my ich nie widzieliśmy. Niejednokroć musiał nam kilka razy wskazywać konkretne miejsce. Była to bez wątpienia zaleta, ponieważ na swojej drodze napotykaliśmy wycieczki tylko z kierowcą, który musiał patrzeć przed siebie, na wyboistą drogę, a nie wypatrywać zwierząt. Natomiast ludzie z tyłu błędnym wzrokiem obserwowali miejsca, w których my od czasu do czasu im pokazywaliśmy jakieś zwierzęta i nie mogli niczego dostrzec.

Reklamy

Dzień 44 – Bukit Lawang (Gunung Leuser National Park)

Za IR 300000 decyduję się na trekking po dżungli, żeby zobaczyć orangutany. Moim przewodnikiem jest Ando i idziemy tylko we dwóch, ale po drodze napotykamy inne grupy. W jednej z nich jest Matt i Gem. Oglądamy drzewa kauczukowe, z którymi spotkałem się już w Kambodży. ANdo opowiada, że są one nacinane specjalnym, zakrzywionym nożem i wydzielają białe mleczko, które zbiera się raz w tygodniu i zawozi na targ, skąd odbiera je jakiś przedstawiciel z miasta. Farmerzy sprzedają kilogram za około IR 10000-12000, co w przeliczeniu daje około 1,5$. Drzewa wydzielają ów sok przez trzydzieści lat, a później zwykle są ścinane i zastępowany nowymi, które po około pięciu latach są ponownie dojone.
Obejrzeliśmy jeszcze inne drzewo, z którego robi się chociażby maty, tzn. z jego liści, które się zaplata.
Ando pokazuje jeszcze drzewo ratanowe i ogromne gniazda termitów.

Po pewnym czasie krążenia po dżungli dostrzegamy wysoko w koronach dwa orangutany – samicę z młodym. Chwilę później kolejną dwójkę. Jeden z tych maluchów próbuje co rusz wspiąć się wyżej, a matka za każdym razem zrzuca go na dół ciągnąć za futro.
Przewodnik jednej z grup wyciągnął banany i zaczął nawoływać. Po chwili samica z małym uczepionym jej nogi zeszła na dół, wzięła banany z ręki i wróciła na górę.

Na zimny prysznic w pokoju jest rada – hot shower, jak miejscowi nazywają sikające z drzew orangutany.

Dalej poszliśmy z Ando sami, usiedliśmy gdzieś na ścieżce i zabrali się za jedzenie lunchu. Był smażony ryż, plasterki pomidora, ogórka i.. chrupki. Oczywiście żadnych sztućców, także jest to mój pierwszy raz, gdy jem ryż palcami.

Mieliśmy niebywałe szczęście, bo później zobaczyliśmy jeszcze pięć orangutanów – dwie mamy z małymi i jednego samca. Samice przyciągnęliśmy na jedną marchewkę. Małe orangutany są w różnym wieku; jeden jest bardzo malutki i uczepiony pleców matki, a drugi trochę większy i momentami porusza się o własnych siłach.

Orangutany jako gatunek są bardzo podobne do ludzi. Dzielimy ze sobą 96,4% genów, jednakże z pośród małp są mimo wszystko nam odległe. Samce osiągają do 1,8m wysokości i 80 kg wagi. Samice są niższe – mają odpowiednio w granicach 1,3m i 40 kg. Żyją mniej więcej po równo – około 55 lat.
Co 5-6 lat samice zachodzą w ciążę, która trwa tyle ile u ludzi. Młode po urodzeniu żyją z matką przez 6-9 lat, a potem idą w swoją stronę. W przypadku gdy matka umrze zanim zdąży odchować malucha, musi się on usamodzielnić wcześniej. Prowadzą samotny tryb życia i każdego dnia budują nowe gniazda na drzewach, do których już nie wracają. Jak na takie inteligentne zwierzęta to mogłyby sobie zbudować bardziej stałą siedzibę, zamiast co chwilę targać gałęzie na nową.

Muszę powiedzieć, że to było jedno z niewielu spotkań, które miałem z małpami, a podczas którego nie doszło do żadnych dziwnych sytuacji. Chociaż mijaliśmy po drodze sporą grupę makaków, które trzeba było odstraszyć, bo zbliżały się zbyt blisko pewnie myśląc, że mamy jakieś jedzenie. Mieć może i mieliśmy, ale nie zamierzaliśmy się nim z nimi dzielić. O ile agresywne makaki można jakoś przeboleć, o tyle stanie oko w oko z ponad półtorametrowym orangutan lub samicą, która obawia się o swoje dziecko stanowiłoby nie lada doświadczenie.
Co więcej, nie należy się zbliżać do tych zwierząt, jako że są one bardzo podatne na choroby i zwykły ludzki kaszel może okazać się dla nich fatalny w skutkach. Wycinanie lasów i zastępowanie ich plantacjami kauczuku także przyczynia się do zmniejszenia ich populacji.

Po powrocie z dżungli już nie obeszło się bez mycia butów, więc wylądowały pod prysznicem. Trzeba przyznać, że pomijając pijawki i inne potencjalne paskudztwo to sandały, klapki lub bose stopy są najlepsze w takim terenie. Do nabycia w okolicy były jeszcze „dżunglowe” buty. Z wyglądu przypominające trampki z korkami, wykonane z gumy, bardzo lekkie i łatwe do wyczyszczenia – do kupienia za 2$.

Późnym popołudniem poszedłem przejść się po okolicy i tak trafiłem do Bat Cave (IR 5000). Jaskinia składała się z trzech komat. Pomiędzy pierwszą, a drugą przejście było na tyle wąskie, że trzeba było kucnąć i wolno przesuwać się do przodu. Poza tym, że szczelina była mała, to odnalezienie jej w drodze powrotnej nie należało do łatwych, a to było jedyne wyjście z jaskini. Nie licząc tego przez otwarte sklepienie kilkanaście metrów nad ziemią. Z sufitu zwisały małe nietoperze, które wyglądały jak chomiku. Gdy się w nie przyświeciło (tym razem zabrałem telefon z latarką, czołówka nadal w plecaku) to zaczęły się ruszać i odlatywać. Im bardziej w głąb jaskini tym te nietoperze jakieś takie większe były.
Samo dojście do jaskini też było bardzo ciekawe. Najpierw ekologiczno-przyrodniczą ścieżką, potem obok drzew kauczukowych i drewnianych domów mieszkalnych.

Wieczór w restauracji tubylcy i turyści połączyli siły i urządzili wspólne biesiadowanie przy gitarze i piosenkach U2, Stonesów czy Beatlesów. Teraz trochę żałuję, że nie pokusiłem się o nagranie tego, bo atmosfera jak i wykonanie były naprawdę świetne.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/2dsqajat4dnjh5eu

Dzień 40 – Niah National Park

Do Niah Caves wyruszyliśmy o 9, a dojazd zajął nam 2h. Kupiliśmy bilety (20RM), przeprawiliśmy się łodzią na drugą stronę małej rzeki (1RM) i spacerem, po drewnianych kładkach przez dżungle poszliśmy w kierunku jaskiń (3km). Od czasu do czasu dało się usłyszeć różne odgłosy dochodzące zza drzew – prawdopodobnie ptaków, a niektóre udało się nawet zobaczyć.

Pierwsza z jaskiń to taka bardziej grota, otwarta z jednej strony. Do lat ’70 była zamieszkana przez zbieraczy gniazd jerzyków, które stanowią lokalny przysmak i robi się z nich zupę.
Druga z jaskiń jest większa, wręcz ogromna. Schodzi się w dół, by po chwili piąć się schodami do góry. Nad głowami lata pełno ptaków, pewnie nietoperze też tam jakieś są. Światło dociera tylko do niektórych miejsc, a im dalej tym ciemniej i jedynie dziury w sklepieniu sprawiają, że jeszcze coś widać. Później jest już kompletnie ciemno, a ja nie mam przy sobie żadnego światła.  Czołówka bez baterii została w plecaku, tak samo jak telefon z latarką. Nie poddaję się jednak i korzystam aparatu w telefonie, który podczas naciskania migawki na krótką chwilę zapala małą, czerwoną lampkę pomocną do ustawiania ostrości. Wciskam przycisk nieustannie, żeby tylko na moment coś zobaczyć i w ten sposób krok po kroku przesuwam się korytarzem w ciemnej jaskini. Dobrze, że prowadzi tędy drewniana kładka, bo jest względnie bezpiecznie i mam pewność, że się nie potknę. Co najwyżej poślizgnę. Gdy jestem już prawie przy końcu, czekam chwilę i dołączam do dwóch dziewczyn z Niemiec, które mają latarki i swoją prowizoryczną metodę chowam do kieszeni.
Kilkadziesiąt kroków dalej ścieżka jednak się kończy zamkniętą bramą, jako że Painted Cave z naskalnymi rysunkami jest zamknięta na czas renowacji. Zatem wracamy.

Cały kompleks jaskiń to jedno z ważniejszych miejsc archeologicznych w tym rejonie. Znajdowano tam najstarsze ślady obecności człowieka w Malezji, pochodzące sprzed ponad 40000 lat.

Po pewnym czasie spotykam Seana, Jane, Michaela i Chris, których zgubiłem gdzieś z tyłu już na samym początku w drodze do jaskiń. Później z kolei muszę czekać na nich przeszło godzinę zanim rozpełzną się po jaskini i wrócą w kierunku wyjścia.

Wracając z parku zapada zmierzch, a za oknem niebo usiane jest gwiazdami.