Dzień 1: Warszawa – Dublin

Czas rozpocząć naszą australijską przygodę. Pobudka o 4 rano i jedziemy do Warszawy na Okęcie skąd polecimy do Dublina. Na lotnisku jesteśmy sporo przed czasem, więc na spokojnie przepakowujemy nasze bagaże by zmieścić się w dopuszczalnych 20 kg wymaganych w Aer Lingus – irlandzkiej narodowej linii lotniczej, którą dziś polecimy. W związku ze szczytem ONZ w Warszawie w dniach 8 – 23 listopada przywrócono kontrolę na granicach dlatego też przechodzimy pobieżną kontrolę paszportową.
Startujemy chwilę po czasie (11: 55). Pogoda jak na listopad jest wyśmienita – prawie bezchmurne niebieskie niebo, rześkie i chłodne powietrze. Airbusem A320 lecimy w stronę Poznania, Hanoweru, Amsterdamu, Manchesteru, zniżamy się nad Liverpoolem by po 14 lokalnego czasu wylądować w Dublinie. Jakość przelotu w Aer Lingus jest zdecydowanie lepsza niż w jego irlandzkim koledze – Ryanairze. Nie ma nachalnych reklam, ogłoszeń, bez problemu wszedłem też na pokład z plecakiem, kurtką i dodatkowym małym pudełkiem.
Dublin wita nas napisami dwujęzycznymi – w angielskim i gaelickim, a i pogoda całkiem ładna, bo jest o kilka stopni cieplej niż w Polsce. Z lotniska do miasta łapiemy autobus nr 16 (2,8€) i wysiadamy na O’Connell Street. Poprzez Couch Surfing jesteśmy umówieni z Karoliną pod Szpilą – wysokim, cienkim na 120m monumentem górującym nad miastem. Odbiera nas jednak Yumi – współlokatorka Karoliny. Do mieszkania jest naprawdę niedaleko, zaledwie parę przecznic. Zostawiamy bagaże i wraz z Yumi idziemy na spacer po mieście i jednej z ciekawszych dzielnic Dublina – Temple Bar. Brukowane wąskie uliczki, puby w czerwonych, zielonych i jeszcze innych kolorach robią na nas duże wrażenie. Odwiedzamy Trinity College, gdzie pomimo późnej godziny jest pełno studentów. Kampus jak ten, z laboratoriami pełnymi mikroskopów, probówek, z salami dentystycznymi jest dla nas czymś nowym, coś znanym tylko z filmów, ponieważ polskie uczelnie są bardziej sprofilowane. Spacerując chodnikiem trudno jest dojrzeć, jakie zajęcia odbywają się wewnątrz. Spacerujemy po parku Św. Patryka, gdy obsługa nakazuje udać się do wyjść i opuścić park, który na noc jest zamykany.
Wracamy do mieszkania by odebrać Karolinę i wspólnie idziemy do Temple Bar – chyba najbardziej znanego irlandzkiego pubu. Z zewnątrz sprawia wrażenie małego jednak, gdy się wejdzie naszym oczom ukazuje się kilka sali z kilkoma ladami, a pomimo poniedziałku w środku jest pełno ludzi. Gitarowa muzyka na żywo, stare beczki zamiast stolików, a za ladą ściana przeróżnych alkoholi do wyboru do koloru. Jesteśmy zafascynowani atmosferą tego miejsca. Spróbowawszy prawdziwego Guinnessa czas na kolejną nowość – idziemy na buritto. Jest to fasola z ryżem na ostro zawinięta w cieście naleśnikowym na ostro.
Spacerujemy jeszcze trochę wzdłuż kanału, oglądamy budynek parlamentu, most przypominający swym wyglądem harfę i wracamy do mieszkania.

Reklamy

Podróż na Sri Lankę

Nadszedł czas wyjazdu, lecz zanim znajdziemy się u celu podróży czeka nas dość długa podróż.
Wpierw Kolejami Śląskimi do Katowic, skąd o godzinie 23 jedziemy Polskim Busem, żeby na rano być w Warszawie.
Lot do Paryża jest o godzinie 6:55 i tuż przed wejściem na pokład słyszymy komunikat, że start opóźni się o około godzinę. Już wcześniej zwróciłem uwagę, że następny poranny i popołudniowy lot do Paryża są odwołane. Podobnie Rzym, Londyn, Frankfurt. Siedzimy więc w samolocie i czekamy. Przyczyną opóźnienia są złe warunki atmosferyczne na paryskim lotnisku de Gaulla.
Zamiast planowo lądować o 9:20 lądujemy o 10:30. Lotnisko CDG całe pod śniegiem. Na bagaż czekamy kolejne 50 minut. Wózki z bagażami mają problem z poruszaniem się po płycie, koła się ślizgają i wygląda to jakby bagaże donosili ręcznie, bo tyle to trwa wszystko.
Pogoda naprawdę zimowa. Ciągle sypie śnieg, na ulicach tworzy się wodna breja i nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby nie to, że ubrania i buty mamy typowo letnie.
Po dotarciu do hotelu wychodzi, że przy rezerwacji popełniłem okropny błąd i zamiast na marzec zarezerwowałem pokój na luty w te same dni. Niestety trzeba było ponownie zapłacić za pokój.
W telewizji nieustannie informują jak opady śniegu sparaliżowały północną Francję, zachodnie lotniska (Frankfurt zamknięty) i zastanawiamy się co będzie rano.
A rano wydaje się być już całkiem w porządku. Śnieg przestał padać, na niebie pojawiło się słońce i dopiero po wyjściu z hotelu okazuje się, że chodniki i ulice są całkowicie pokryte lodem i nikt zdaje się tym nie przejmować, a przynajmniej nikt poza zwykłymi obywatelami.
Linia „13” metra całkowicie zapchana i dopiero do trzeciego pociągu udaje nam się wepchnąć. Przesiadka na „2” i jeszcze jedna na Gare du Nord. Tutaj troszkę sprawy się komplikują i pociągi RER linii „B” są poopóźniane. Z wyświetlacza wynika, że ma wjechać za moment, dosłownie za minutę, a owa minuta rozciąga się do kilku, po czym pociąg wypada z rozkładu. Po prostu znika z wyświetlacza i trzeba czekać na następny, którego przyjazd także się rozwleka.
W końcu wtacza się na peron, rozciągając się na całą jego długość. Całe szczęście, że sporo ludzi wysiadło bo udało nam się przypuścić zakończony sukcesem szturm i dostać do środka jako jedni z ostatnich. Fenomenem było to, że plecak praktycznie sam wisiał w powietrzu, a przez pierwszych parę stacji stałem tylko na jednej nodze. Im częściej jednak trzęsło, tym więcej miejsca się robiło w pociągu. Coś jakby potrząsać słoikiem wypełnionym żwirem, który po każdym potrząśnięciu opada na dno i robi się więcej miejsca.
Start samolotu Saudi Arabian Airlines do Jeddah także się przeciągnął i odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Na szczęście mieliśmy duży zapas czasu oraz sporo przestrzeni na nogi w okolicy wyjścia awaryjnego. W ogóle cały Airbus A320 był tak urządzony, że pomiędzy fotelami było ogólnie więcej przestrzeni, za to kosztem mniejszej liczby rzędów. W tym przypadku to nie problem bo samolot miał może 20% wypełnienie. Przed startem wysłuchaliśmy jeszcze słów Mahometa, które zwykł wypowiadać przed podróżą i z tym akcentem mogliśmy się czuć w pełni bezpiecznie skoro prawie sam Prorok leci z nami.
Jako posiłek poza sałatką sezonową i koktajlem krewetkowym dostaliśmy do wyboru rybę/kurczaka z makaronem/strogonow, a także ciasto i napoje.
Im bliżej lądowania byliśmy tym bardziej dało się zauważyć, że część pasażerów zdejmuje normalne ubrania i owija się białymi ręcznikami jakby szli na basen lub do sauny. Przyznam szczerze, że byłem trochę tym zdziwiony i nie mam pojęcia skąd taka zmiana odzieży.
Po sześciu godzinach lotu, już po zmroku wylądowaliśmy w Jeddah. Z początku lotnisko wydawało się bardzo duże, ponieważ jechaliśmy przez nie samolotem jeszcze przez 15 minut, ale budynek terminala przypominał raczej ten spotykany na małych lotniskach na odległej prowincji. Na korzyść jednak przemawiało to, że przy przejściu przez tranzyt dostaliśmy voucher na kolację – kurczak z ryżem, jabłko, bułka, masło i Pepsi. Z kolei wi fi działało jakby korzystali z łączą modemowego. W każdym razie ważne, że było.
Po godzinie 23 wsiadamy na pokład potężnego, czterosilnikowego i dwupokładowego Boeninga 747-400 lecącego do Colombo z międzylądowaniem w stolicy Arabii Saudyjskiej – Rijadzie. Przez niespełna półtorej godziny cieszymy się prawie pustym pokładem i próbujemy choć na chwilę się przespać, co niestety się nie udaje. Najpierw załoga roznosi napoje, później kanapki, a potem to już trzeba się podnieść i zapiąć pasy przed lądowaniem.
W Rijadzie samolot dopełnia się prawie w całości. Ludzie pchają się jakby obawiali się, że nie zdążą wsiąść, a my ze swoich miejsc obserwujemy ten chaos.
Po odlocie dosłownie padam ze zmęczenia i zasypiam budząc się tylko na kolację/śniadanie serwowane o 3 w nocy.

Dzień 1 – Wylot

Nadszedł dzień wyjazdu do Japonii. Jednak zanim tam dotrzemy musimy pokonać wcześniej parę etapów podróży.
Tak więc do Warszawy jedziemy pociągiem RegioEkspres z Katowic. Jest to pociąg bezprzedziałowy z wyświetlaczem pokazującym prędkość, najbliższe stacje, odległość do nich i czas przyjazdu. Działa również wifi i jest serwis pokładowy. W centrum Warszawy wrzucamy coś na ruszt i autobusem linii 175 spod dworca centralnego jedziemy na Okęcie lub lotnisko im. Fryderyka Chopina. Jak zwał tak zwał.
Bagaż wymaga trochę przepakowania, bo zamiast wykupionych 15kg mamy 18,5kg. Mimo wszystko udaje się przepchnąć 16,5kg bez problemów.
Z okna terminala, a później z płyty lotniska obserwuję nowego Dreamlinera 787 LOT’u. Coś przy nim majstrują.
Lot na pokładzie A320-200 linii AirOne jest spokojny. Tuż za Warszawą pojawiają się chmury i nie widać nic. Dopiero nad Słowenią poprzez białą watę przebijają się wierzchołki szczytów Alp Julijskich.
Pomimo lekko opóźnionego startu, w Wenecji na lotnisku Marco Polo jesteśmy przed czasem. Odbieramy bagaż i 20 minut piechotą idziemy do najbliższej miejscowości Tessara, gdzie mamy zarezerwowany nocleg (42€/2 os). Luca – właściciel, wyjaśnia w jaki sposób dotrzeć do centrum Wenecji. O ile autobus z lotniska kosztuje 6€, o tyle wsiadając jeden przystanek dalej, w Tessera Centro, już tylko 1,3€. Z Piazzale Roma, gdzie wysiadamy idziemy w stronę interesujących nas miejsc. Zagłębiamy się w wąskie uliczki Wenecji, poprzecinane kanałami i pospinane mostami. Dobrze, że mam GPS i trafiamy jak po sznurku na Plac św. Marka, choć pomiędzy wysokimi budynkami w ciasnych uliczkach ciężko jest złapać sygnał.
Oglądamy oświetlony nocą Pałac Dożów, bazylikę św. Marka z zewnątrz, robię parę nocnych zdjęć ze statywu i idziemy w stronę mostu Rialto nad Kanałem Grande. Kolorowe światła restauracji i latarni ulicznych odbijają się w wodzie tworząc barwny efekt.
W drodze powrotnej na Piazzale Roma kluczymy uliczkami prowadzącymi raz w prawo, raz w lewo, w labiryncie zdającym się nie mieć końca. Po godzinie 22 docieramy do pokoju. Szybkie przepakowanie plecaka i czas na krótki sen.