Dzień 31 – Mount Kinabalu (4090 m n.p.m.)

Wstajemy o 5:50. Pogoda piękna. Czyste, przejrzyste, rześkie powietrze. Do parku idziemy o 6:30, jako że kazano nam się stawić przed 7. Budkę opłat wstępu omijam mówiąc, że idę tylko zapytać czy mamy zgodę na wycieczkę. Chwilę czekamy, aż otworzą, a następnie dopełniamy wszelkich formalności.

100RM opłata za zezwolenie, 7RM ubezpieczenie, 128RM opłata za przewodnika, którą dzielimy na pół pomiędzy siebie. Tak samo jak 33RM za transport spod siedziby parku do szlaku.

7:20 wyruszamy z poziomu niecałych 1900 m n.p.m. Jeszcze ostatni podpis przed stalową bramą strzegącą wejścia i idziemy. Moim zdaniem ruszyliśmy od razu bardzo szybko. Ścieżka nieustannie pnie się w górę i na domiar złego zrobiona jest z bardzo wysokich stopni co daje porządnie popalić mięśniom nóg. Pierwsze 3 km pokonaliśmy w godzinę, choć przewodnik mówił, że tempo mamy przeciętnie. Ja nie byłem w stanie utrzymać już dłużej takiej prędkości i zostałem z tyłu, a Ian z przewodnikiem poszli do przodu i zniknęli mi z oczu. Wbrew pozorom było to zbawiennie posunięcie, ponieważ wreszcie złapałem swój rytm, trochę podjadłem bułki, bananów i ostatniego nowozelandzkiego jabłka kupionego w Kuala Lumpur (pycha). Łapiąc powietrze zatrzymywałem się i robiłem zdjęcia. Wysiłek był nieludzki i momentami nie sądziłem, że jestem w stanie gdziekolwiek dojść. Jedyną myślą było to, aby o 10 być za bramą – punktem kontrolnym. Miałem jeszcze 50 minut czasu i zaledwie 1km do pokonania więc musiało się udać. Momentami wysokie schody zastępowała naturalna ścieżka i nie wymagało to takiego podnoszenia wysoko nóg.

Bramę na 6 km (3300 m n.p.m.) minąłem o 9:59 ale nie było tam nikogo, kto mógłby kontrolować cokolwiek. Przynajmniej ja nie zauważyłem. Minął mnie też nasz przewodnik, który musiał czekać gdzieś przy schronisku. Powoli zacząłem sobie zdawać sprawę, że mając już tylko 3km drogi (800 m w górę) i aż 2h czasu to mam szanse dotrzeć na ten szczyt. Niestety kolejne schody skutecznie ostudziły mój zapał. Trzy kroki i przerwa, odpoczynek, parę oddechów. Dopiero gdy wyszedłem ponad wszelką roślinność i dotarłem do nagich, skalnych płyt, zaczęło mi się iść lepiej i pomimo dużej wysokości  – lżej. Nieustannie pod górę, ale przynajmniej po płaskiej, litej płycie. Szło się przez cały czas wzdłuż liny asekuracyjnej, której można się było chwycić dla bezpieczeństwa, szczególnie gdyby było ślisko.

Na 3700 m n.p.m. był kolejny punkt kontrolny ale nikogo tam nie zauważyłem, choć Ian mówił, że musiał pokazać swój identyfikator. Teraz dojście na szczyt było już tylko formalnością i na Mount Kinabalu (4090 m n.p.m.) stanąłem parę minut przed południem, a Ian zaledwie kilka minut przede mną. Przez cały czas w dodatku mieliśmy ładną pogodę z zaledwie paroma chmurami przetaczającymi się przez okoliczne szczyty, mimo iż strażnik ostrzegał, że po godzinie 9 szczyt zasnuwają chmury i idzie się we mgle. Co więcej, wystarczyła mi tylko bluza i krótkie spodnie.

Zejście było o dziwo łatwiejsze, choć zazwyczaj wolę podchodzić, aniżeli schodzić. Po tym morderczym wyścigu z czasem postanowiłem zwolnić, nacieszyć się widokami oraz porobić parę zdjęć. Wbrew pozorom droga w dół zajęła nam prawie tyle samo czasu, a zmęczenie i ból nóg dawały się we znaki. Na domiar złego ostatnie kilometry zaczęły się okropnie dłużyć, a każdy krok był co raz bardziej bolesny.

Gdy tylko przekroczyliśmy bramę początku/końca szlaku zaczęło padać. Bus odwiózł nas do siedziby parku, gdzie korzystając z wifi zbierałem siły, żeby się podnieść i przejść ostatnie 200 m do hostelu.

Byłem cały obolały, zmęczony i ledwo mogłem chodzić. W dodatku ciężko mi było uwierzyć, że się udało, co nie było wcale takie pewne. Przed 21 już spałem ale obolałe nogi budziły mnie przy każdej zmianie pozycji.

Reklamy

Dzień 30 – Kota Kinabalu – Kinabalu National Park

Po hostelowych śniadaniu, czyli ponownie herbata i tosty z dżemem, idę na przystanek złapać busa do parku narodowego Kinabalu. Przy okazji zapytałem się o autobus do Brunei i w tym czasie, gdy ja zasięgałem języka bus zdążył mi odjechać. Następny za około godzinę lub gdy zbierze się osiem osób, co trwało może z 15 minut. Dojazd (100km) zajął niecałe 2h. Droga wiodła pośród gór i od pewnego momentu można było dostrzec najwyższą górę Borneo – Mount Kinabalu. 200 metrów od wejścia do parku znajduje się Mountain Restlodge, gdzie można przenocować już za 20RM, co jest dobrą ceną zważywszy na położenie tuż przy parku narodowym. Po zameldowaniu się poszedłem do siedziby parku zorganizować wycieczkę na następny dzień. Gdy powiedziałem, że chcę się wspiąć na szczyt w jeden dzień, zostałem odesłany do strażników parku, aby uzyskać stosowne pozwolenie na jednodniową wspinaczkę. Musiałem między innymi powiedzieć dlaczego nie chce nie chcę wejść w dwa dni (bo nocleg z posiłkami na górze kosztuje co najmniej 350RM) oraz zostałem poinformowany, że do godziny 10 muszę pokonać pierwsze 6km, a zarazem ponad 1400 metrów różnicy wysokości i dojść do bramy, przez którą nie zostanę przepuszczony w przypadku spóźnienia lub złej pogody. Podobno podczas opadów, na górze formują się dwa potężne strumienie, które odcinają drogę powrotu. Następnie będę miał około 2h by przejść ostatnie 3km i 800 metrów w górę. Całe to uzyskiwanie pozwolenia polegało na dłuższej rozmowie ze strażnikiem parku i ostrzeżeniu przed trudnościami. I tak dopiero następnego dnia miało się okazać czy będę mógł wyruszyć. Wszystko w rękach pogody.

Po wyjściu z parku złapałem stopa (już nie tak łatwo jak wcześniej) do Kundasang, gdzie zrobiłem zakupy w góry i wrzuciłem coś na ząb. Złapanie stopa w drogę powrotną też proste nie było, a w dodatku zaczęło padać. Szczęśliwie zajęło mi to mniej czasu, a podwieźli mnie Malezyjscy turyści z innej części Borneo. Nie chciałem im mówić, żeby zatrzymali mi się tuż obok hostelu tylko, że lepiej jak staną na parkingu, na co oni uparcie postanowili podwieźć mnie pod same drzwi, pomimo że musieli podjechać jeszcze kawałek by znaleźć miejsce do zawracania. Malezyjska gościnność.

Wieczór do pokoju wrócił Ian – Australijczyk, który jak się okazało też zaplanował jednodniową wspinaczkę na Mt. Kinabalu. Pogoda w dalszym ciągu nam nie sprzyjała , ponieważ padało do później nocy i wszystko stało pod znakiem zapytania.