Ziemia Ognista

Lot z Sao Paulo do Buenos Aires, na lotnisko Aeroparque Jorge Newbery upłynął nam nie wiedzieć kiedy. Wychodząc z samolotu po chybotliwych schodach wita nas ciepłe, wilgotne argentyńskie powietrze, po czym udajemy się do kontroli paszportowej. Zmęczenie podróżą i Sao Paulo daje nam się we znaki i pozornie staramy się wyglądać przytomnie.

Na lotnisku ponownie spotykamy resztę towarzyszy podróży z pierwszego samolotu, którzy dla odmiany dzień spędzili w Buenos. Lot do Ushuaia mamy dopiero za parę godzin – o 4:40 rano więc spokojnie można się przespać. Ponieważ musieliśmy również odebrać bagaż by później nadać go ponownie, nic nie stoi na przeszkodzie bym wyciągnął materac, śpiwór i przespał te kilka godzin w bardzo komfortowych warunkach. Tak to mogę spać wszędzie!

Większość lotu do Ushuaia także przesypiam. Oglądam tylko nocny widok Buenos, który jest przepiękny i następnie budzę się długo po wschodzie słońca, który o tej porze roku następuje tutaj około 5:30. Lecimy wzdłuż lądu, brzegiem oceanu. Z jednej strony rozpościera się bezkresna toń wody, a z drugiej podobny ocean, tyle że traw, które dalej na południu przechodzą w góry. Hen na horyzoncie próbuję wypatrzeć kraniec ziemi, najdalszy punkt kontynentu – Przylądek Horn. Następnie samolot robi skręt o 90° przez prawe skrzydło, ocean zostaje za plecami, a za oknem mam same góry, jeziora oraz lasy. I ta pustka, ogrom przestrzeni nieskażonej ręką człowieka.

Lotnisko w Ushuaia jest nie tylko najbardziej na południe wysuniętym lotniskiem świata (jak i całe miasto), ale także pięknie położonym. Znajduje się na półwyspie, na kanale Beagle, więc podchodząc do lądowania ma się góry z obu stron, pod sobą wodę i dosłownie na sekundy przed dotknięciem pasa kołami woda znika i pojawia się asfalt. Ushuaia jest bramą do Antarktydy. Od tego najbardziej odludnego i bezludnego kontynentu dzieli ją tylko 1000km (to o 1500km mniej niż Australijskie Hobart, 1200km niż nowozelandzka Isla Stewart, 188km mniej niż chilijskie Punta Arenas czy 3200km mniej niż południowoafrykańskie Ciudad del Cabo). W związku z tym jest przystosowane do przyjmowania największych samolotów włącznie z 747 jak i francuskim Concordem, który lądował tu niegdyś.

IMG_0147_b

Widok od strony lotniska

Z lotniska do miasta idziemy piechotą, bo jest na tyle blisko, że chcemy się przejść. Rozstajemy się przy rondzie i każdy rusza w swoją stronę, choć niedługo później spotkamy się ponownie w centrum. Ja kieruję się w przeciwnym kierunku, gdzie jestem umówiony z Barbarą, która zatrzymała się na CouchSurfingu u Cynthii. Przyznaję, że ze znalezieniem odpowiedniego domu miałem sporo problemów, bo choć znałem dokładny adres to dość długo krążyłem po okolicy nie mogąc trafić.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy w Argentynie to kosze na śmieci zrobione ze starych beczek oraz wałęsające się psy. Mnóstwo psów.

Popołudniu wymieniam gotówkę w banku – odkąd Argentyna uwolniła kurs dolara nie ma potrzeby robić tego na tzw. niebieskim rynku. Kurs w banku jest praktycznie równy z tym ulicznym.

Po zakupach i śniadaniu decydujemy się na wycieczkę do Laguna Esmeralda, położonej 15km na północ od miasta. Busy odjeżdżają z dworca autobusowego, jednak nam przyjdzie poczekać, aż nazbiera się więcej pasażerów.

Ruszamy z parkingu ścieżką prowadzącą przez las, wśród traw w terenie otoczonym górami. Krajobraz przypomina ten skandynawski – podobna roślinność i ukształtowanie terenu. Po godzinie marszu docieramy do jeziora – Laguna Esmeralda. Na piaszczystej plaży relaksują się rodziny z dziećmi, studenci i turyści. Moje zdziwienie wywołuje fakt, że prawie wszyscy mają przy sobie yerba mate i kuchenkę, na której grzeję wodę. Nie mogę zrozumieć, jaki jest sens noszenia palnika, który daleki jest od lekkiego, tylko po to aby napić się mate w górach. Czy nie można się przez parę godzin obyć bez picia tego napoju? Jak widać nie można, o czym sam się wkrótce przekonam.

IMG_0173_a.jpg

IMG_0165_a.jpg

IMG_0161_a

Jezioro obchodzimy dookoła i po drodze natykamy się na gęś magelankę. A w zasadzie na całą rodzinę wraz z młodymi. W ogóle się nie boją i mam okazję przyjrzeć im się z bardzo bliska.

IMG_0184_b

Jezioro i otoczenie, w którym się znajduje bardzo przypomina mi Wielkie Jezioro Ałmatyńskie tylko w lepszym wydaniu. Nikt nie pilnuje by nie przekraczać barierek (których tutaj nie ma) i można swobodnie się poruszać.

IMG_0182_b

IMG_0176_a

Do parkingu wracamy tą samą drogą – szlak jest tylko jeden, a następnie łapiemy stopa do miasta. Mając do dyspozycji w pełni wyposażoną kuchnię przyrządzamy sobie prawdziwą ucztę na kolację – pizzę sztuk dwie!

Rano wybieramy się na kolejną wycieczkę – do parku narodowego Ziemi Ognistej, który znajduje się na zachód od Ushuaia. Aby tam dotrzeć należy skorzystać z jednego z wielu jeżdżących w tamtym kierunku autobusów. My jednak próbujemy szczęścia i z racji, że mieszkamy bliżej zachodniej części miasta idziemy na stopa. Stajemy tuż przed końcem asfaltu, bo dalej już tylko szuter i kurz. Nie czekam długo i już po 20 minutach łapiemy się na transport do parku. Wybieramy szlak prowadzący ścieżką wzdłuż oceanu. Szczerze mówiąc szlak, jakich wiele, widoki także. Nie był jakoś szczególnie powalający i oszałamiający widokami. Ot, po prostu las nas wodą, zatoka i góry gdzieś w tle. To nie tak, że było nieładnie, ale obiektywnie patrząc zachwytu jakoś nie było. Może to ja pozostawałem niewzruszony i niewrażliwy na piękno okolicy, a może po prostu zabrakło tego efektu ‘wow’.

IMG_0206.jpg

Najbardziej na południe wysunięta poczta

IMG_0216_a.jpg

IMG_0217_a

Spectacular scenic Lapataia Bay in Tierra del Fuego National Par

Gdy przysiadamy odpocząć na kamieniach podchodzi do nas jakiś ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Wyraźnie się nie boi, jest młody i do przemieszczania bardziej używa nóg jak kura, aniżeli skrzydeł. Siedzimy tak kilkanaście minut obserwując się nawzajem.

IMG_0240_a.jpg

Koniec szlaku wieńczy Zatoka Lapataia. Tutaj również, po 3045km ma kres droga krajowa numer 3, która ciągnie się od Buenos Aires. Ponownie łapiemy stopa i wracamy do miasta z sympatycznym małżeństwem. Styczeń-luty to sezon wakacyjny i z jednej strony popularne miejsca przeżywają większe natężenie turystów, a z drugiej łatwiej złapać stopa.

IMG_0252_a.jpg

Zatoka Lapataia

IMG_0247_a.jpg

Nieopodal portu w Ushuaia stoi słynna tablica ‘Ushuaia – fin del mundo’ – czyli koniec świata w dosłownym tłumaczeniu. Nie wiem czy Ushuaia jest końcem świata, bo w końcu dalej jest Antarktyda. Z drugiej strony coś się tu zdecydowanie kończy. Kończy się kontynent amerykański, dalej jest już tylko woda i nie ma nic, pustka w naszym rozumieniu świata. Ale czy takich miejsc na kuli ziemskiej nie jest mnóstwo? Czy odizolowane góry Pamiru, puste stepy Kazachstanu, gdzie jak okiem sięgnąć pustka, trawa i nicość to nie jest także koniec świata? Miejsce, w którym jest tylko wiatr, bo i życia w rozwiniętej formie brak. Czy Nordkapp, Syberia to nie jest także koniec świata, w którym świat jaki znamy zmienia się, na taki zupełnie obcy, dziki i… po prostu inny. Wychodzi z tego, że świat nie jak kij, ma wiele końców.

IMG_0153_bIMG_0158_a

Nieopodal stoi kolejna tablica, tym razem mniej turystyczna, choć może bardziej wymowna. Napis na niej: „Prohibido el amarre de los buques piratas ingleses” oznajmia, że zabronione jest przybijanie do brzegu pirackich statków brytyjskich. Związane jest to bezpośrednio z wojną o Falklandy/Malwiny. Ta druga nazwa żywo funkcjonuje w Argentynie, która rości sobie prawa do wysp, bezprawnie okupowanych przez Brytyjczyków – jak twierdzą Argentyńczycy. Na każdym kroku widać, jak podkreślają swój związek z Malwinami oraz jaką urazę żywią na tym tle do Brytyjczyków. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do bezludnych wysp Sandwich Południowy i Południowa Georgia.

IMG_0258_a.jpg

Ushuaia

IMG_0260_a.jpg

IMG_0263_a.jpgTrzeciego dnia pobytu w najbardziej wysuniętym mieście na ziemi (nie licząc chilijskiego Puerto Williams i Puerto Toro, które uznawane są za osady) postanawiamy się stąd wydostać i udać do Punta Arenas. Ponownie próbujemy szczęścia stopem i w tym celu wybieramy miejsce poza miastem. Choć świeci słońce to ciepło nie jest. W dodatku wieje. Po parunastu minutach stania z kartonem i wypisaną na nim nazwą miejscowości robi się chłodno i ubieram dodatkowo bieliznę termoaktywną. Jak łatwo przewidzieć, gdy jestem jedną nogą bez spodni podjeżdża i zatrzymuje się ciężarówka. Następuje pospieszne pakowanie, wrzucanie wszystkich ciuchów do plecaka, zakładanie spodni i butów. Kierowca zgadza się nas zabrać aż za Cieśninę Magellana, czyli 460km dalej – do Chile. Po drodze mamy okazję obserwować Ziemię Ognistą wraz ze wszystkimi jej urokami i pięknymi widokami.

W pewnym momencie na asfalcie widzę narysowaną żółtą gwiazdę. Jakby w Strażniku Teksasu tylko z wypisanym pod nią imieniem. Można by pomyśleć, że ktoś się podpisał, był tutaj, coś w stylu „tu byłem, Jorge”. Z tym, że te żółte gwiazdy oznaczają miejsca, w których ten ktoś zginął na drodze. Są malowane ku przestrodze. Jak nasze czarne punkty. Zresztą nie musimy długo czekać, bo po przekroczeniu granicy, gdy zaczyna się szuter i prędkość jazdy maleje do 10 km/h – przynajmniej naszej ciężarówki, mamy okazję obserwować wraki samochodów na poboczu, a w pewnym momencie nawet widzimy jak ze świeżo rozbitego samochodu wyciągają zawinięte w koc ciało. Dopiero 20 minut jazdy później mijamy nadjeżdżającą z przeciwka karetkę. Na szybką pomoc nie ma tu co liczyć. Powodem jest nadmierna prędkość, szuter i zakręty, które w połączeniu dają niebezpieczną kombinację i nietrudno wypaść z drogi.

IMG_0270_a.jpg

IMG_0273_a

Przeprawa promowa przez Cieśninę Magellana trwa krócej niż oczekiwanie w kolejce do wjazdu na tenże prom i niedługo później znajdujemy się po drugiej stronie. Na skrzyżowaniu się rozstajemy i pozostaje nam łapanie kolejnego stopa do Punta Arenas. Od miasta dzieli nas tylko 150 km ale znajdujemy się dosłownie pośrodku niczego, jest godzina 21 i jedyne na co możemy liczyć to łaska mijających nas kierowców, a tych w Patagonii jest jak na lekarstwo. Samochody mijają nas ledwie co kilkanaście minut. Rozważamy już rozbicie namiotu, aby nie robić tego po ciemku, choć do zmroku mamy jeszcze spokojnie dwie godziny czasu. W pewnym momencie jakieś małe futerkowe zwierzątko przechodzi przez drogę żwawo przebierając łapkami. Podchodzę bliżej by zrobić zdjęcie, a stworzonko prycha na mnie próbując być groźne. Nie żebym się bał ale jest to skunks patagoński i nie chcę zostać trafiony jego cuchnącą wydzieliną.

Ponownie szczęście nam sprzyja i już po niedługim czasie mamy transport do Punta Arenas, gdzie docieramy w 1,5h – jeszcze przed zapadnięciem nocy. Tym razem droga była prosta, asfaltowa, więc jazda minęła szybko.

Zapisy śladów tras z GPS:

Laguna Esmeralda

Park Narodowy Tierra del Fuego

 

Reklamy

Dzień 12: Gracias, Parque Nacional Celaque

Zatrucie wciąż nie minęło ale zdaje się jakby tabletki zaczynały trochę działać. W związku z tym wyruszamy na spacer po mieście. W XVI wieku Gracias było krótko stolicą całego regionu, którą później przeniesiono do Antigua w Gwatemali. W mieście znajduje się kilka kościołów oraz położony na wzgórzu fort – San Cristobal, do którego między innymi się udajemy. Przed wejściem ustawione są nowoczesne rzeźby jakby z krajów Pacyfiku.

Po zejściu na dół bierzemy auto i jedziemy do parku narodowego Montana de Celaque znajdującego się kilka kilometrów za miasteczkiem. Po drodze prawie za bezcen zaopatrujemy się w małe ale bardzo pyszne banany. Parkujemy na poboczu przed szlabanem, a dalej idziemy pieszo. Po około 20 minutach docieramy do wejścia do parku, gdzie zastajemy jednego chłopaka w roli strażnika parku. O dziwo dało się z nim radę porozumieć po angielsku. W księdze wejść zauważamy, że jesteśmy jedynymi turystami w tym dniu, a dzień wcześniej miejsce to odwiedziło dwoje Amerykanów.

Po krótkich negocjacjach udaje nam się obniżyć cenę za wstęp i w konsekwencji płacimy tylko za jedną osobę. Z kilku dostępnych ścieżek wybieramy prowadzącą do wodospadu – „Sendero hacia Mirador de La Cascada”. W miarę wchodzenia w głąb lasu zaczynamy nabierać wysokości, a po pewnym czasie ścieżka staje się jeszcze bardziej stroma. Po około dwóch godzinach docieramy do miejsca, w którym szlak się kończy i powinien być widoczny wodospad. Nic takiego jednak nie następuje. Próbuję rozeznać się w okolicy i przedzieram się przez gęste krzaki stromo w dół żeby sprawdzić czy da się dojść do miejsca, z którego będzie coś widać. Niestety nie ma takiej możliwości i po krótkim odpoczynku wracamy tą samą drogą na dół.

Dzień 21: Daintree Rainforest

Korzystając z ostatniego pełnego dnia w Queensland postanawiamy się wybrać do największego tropikalnego lasu deszczowego w Australii – Daintree. Pogoda o poranku nie jest zbyt zachęcająca 23C, mokro po deszczu i pochmurno. Co prawda zjeżdżając z gór w stronę Cairns robi się cieplej ale i tak wciąż nie jest słonecznie. Mijamy ciężarówki schlapane błotem po dach, które prawdopodobnie jadą aż z Terytorium Północnego lub kto wie skąd jeszcze.

Momentami droga na północ przypomina Great Ocean Road, ponieważ ciągnie się wzdłuż brzegu, o który rozbijają się burzliwe fale oceanu.

Wjazd do parku jest możliwy po przepłynięciu promem rzeki Daintree (23AUD w dwie strony). Znaki ostrzegające przed krokodylami zamieszkującymi te okolice są bardzo powszechne od pewnego już czasu. Trzeba uważać żeby nie wchodzić w nieznanych miejscach do wody lub uważać chodząc po lesie.

Pierwszym miejscem, w którym zatrzymujemy się i idziemy na przechadzkę po dżungli jest Jindalba Boardwalk. My jednak nie wybieramy normalną ścieżkę, żadnych utwardzeń, umocnień. Jednym słowem „czysta” ziemia, a raczej momentami śliskie błoto.

Ja idę pierwszy, Maciek gdzieś za mną filmuje okolicę, gdy nagle zatrzymuję się jak wryty i szybko robię kilka kroków w tył. Maciek wpada na mnie nie wiedząc o co chodzi. Wskazuję mu chodzącego za drzewem potężnego kazuara, który widać nie przejął się spotkaniem z nami tak jak my z nim. Dziobie sobie spokojnie w ziemi wyszukując pożywienia i tylko czasem, gdy zbliżamy się za bardzo, podnosi głowę i przypatruje się nam. Jest naprawdę ogromny. Ma z 1,8m wzrostu, potężny tułów, masywne nogi i stopy przypominające te u dinozaurów. A poza tym jest bardzo piękny. Na głowie ma stwardniały róg, głowę koloru zielonkawego przechodzącą w niebieską szyję z czerwonymi nalotami.

Mieliśmy tylko jeden problem, ptak spacerował sobie po ścieżce i nie sposób było go minąć. Musieliśmy chwilę poczekać, aż dziobanie w ziemi mu się znudzi i pójdzie sobie dalej.
Spotkało nas dużo szczęścia, zarówno że spotkaliśmy kazuara w jego naturalnym środowisku, jak również, że to spotkanie zakończyło się spokojnie. Ptaki te potrafią być bardzo agresywne i stanowią zagrożenie dla ludzi w bezpośrednim kontakcie. Zdarzały się wypadki śmiertelne.
Jedyną niespodzianką jaka mi się przytrafiła była pijawka, którą odkryłem dopiero w samochodzie.

Jadąc dalej zatrzymujemy się w fabryce lodów oferującej prawie 40 różnych smaków. Wybór był naprawdę trudny.
W kolejnej lodziarni mamy z kolei możliwość obejrzenia wielu owocowych drzew wykorzystywanych do produkcji lodów.

W parku zatrzymujemy się jeszcze kilkukrotnie by wybrać się na spacer po lesie (Dubuji Boardwalk, Marrdja Boardwalk). Kładki prowadzą przez mangrowce, a tabliczki wyjaśniają i opisują życie lasu.

Docieramy do Przylądka Cierpienia (Cape Tribulation), gdzie kończy się asfaltowa droga, choć do Cooktown i najbardziej wysuniętego na północ przylądka Australii jeszcze mnóstwo kilometrów.

W drodze powrotnej mamy okazję raz jeszcze przyjrzeć się kazuarowi, który szybko przemyka się przez jezdnię i znika w zaroślach po drugiej stronie drogi. Spotkanie tych niezwykłych, groźnych i zagrożonych wyginięciem ptaków w ich naturalnym środowisku było chyba jednym z większych przeżyć jakich doświadczyliśmy w Australii.

Zapis śladu trasy z GPS.

Dzień 19: Magnetic Island, Big Crystal Creek, Jourama Falls, Wallaman Falls

Wstaję skoro świt, pakuję się i idę w kierunku Florence i Radical Bay. O tej porze zatoczki jak i cała wyspa są wyludnione, choć jestem trochę zdziwiony, gdy w jednej z nich widzę zacumowaną motorówkę i ludzi kąpiących się w wodzie, szczególnie biorąc pod uwagę możliwość natknięcia się na meduzy, o czym informują znaki umieszczone na brzegu w całym Queensland.

Około 7:35 wychodzę na główną drogę biegnącą przez wyspę i mam jakieś 40 minut do najbliższego autobusu jadącego w stronę portu. Prom mamy o 9 i tak też jesteśmy umówieni z Maćkiem.

Do fortów zlokalizowanych na wyspie mam jakieś niecałe 3km i kusi mnie by tam pójść, jednak pokonanie prawie 6km w ciągu 40 min może być trudne. No nic, postanawiam zaryzykować i idę, szczególnie że w tamtej okolicy są większe szanse na spotkanie koali, które bardzo licznie zamieszkują wyspę. Przed 8 docieram do fortu, z którego rozpościera się panorama na wschodnią część Magnetic Island. Do odjazdu autobusu zostało mi już tylko 15 minut zatem warto się pospieszyć. Momentami muszę wręcz biec, co z ciężkim plecakiem i narastającym upałem jest bardzo męczące. Na domiar złego skończyło mi się picie, więc jedyne co mogłem zrobić to pić wodę, którą podczas śniadania sobie zagotowałem i profilaktycznie zachowałem na czarną godzinę. Koali niestety nie spotykam, są natomiast kakadu i walabia.

Na przystanek docieram dosłownie 2 minuty przed planowanym odjazdem autobusu. Łapię oddech i czekam. Czekam. Nadal czekam. Autobus nie przyjeżdża. Może jest opóźniony myślę sobie. Dopiero po chwili, gdy sprawdzam wszystko jeszcze raz, dociera do mnie, że po pierwsze to jest sobota i prom odpływa nie o 9 ale tuż przed 10, a po drugie to autobus nie jedzie po 8 ale przed 9, bo jest dopasowany do godzin wypłynięcia i przypłynięcia promu. Niepotrzebnie się tak spieszyłem.

Przed terminalem promowym spotykam Maćka, który już tam jest od paru minut, po czym idę do sklepu po coś do picia. Przegotowana ciepła woda w butelce plastikowej nie jest tym, czego się pragnie do zaspokojenia pragnienia. Pierwszy raz, nie licząc państw azjatyckich, spotykam się z tym, że w sklepie napoje z lodówki są droższe niż pozostałe.

Po powrocie na brzeg zatrzymujemy się w informacji turystycznej na chwilę, po czym jedziemy dalej na północ Bruce Highway.

Pierwszym przystankiem za Townsville jest Big Crystal Creek w parku narodowym Paluma Range. Są tam utworzone na rzece małe kaskady i naturalne baseny, do których skacze się z okolicznych skał. W tym też miejscu robimy sobie krótką przerwę, obieramy ananasa oraz mango i zajadamy się nimi. Są przepyszne – soczyste i słodkie.

Kilka kilometrów dalej, ledwie parę kilometrów od głównej drogi znajdują się Jourama Falls. Niestety na zbyt małą ilość niesionej wody nie są takie efektowne.

Jest bardzo ciepło, temperatura przekracza 32C, a wilgotność jeszcze potęguje to wrażenie. Zdejmuję więc aparat z szyi, opróżniam kieszenie z wszystkiego i wchodzę do jednego z basenów na rzece tak jak stoję, czyli w ubraniu.

Kolejnym miejscem, które odwiedzamy jest Wallaman Falls. Położony jakieś 50km od głównej drogi nie był naszym pierwotnym celem wycieczki, jednak najwyższy wodospad Australii (268m pojedynczego spadku wody) przyciąga i kusi. Po drodze na polach mijamy pasące się kangury oraz walabie. W pewnym momencie, gdy tak jedziemy wzdłuż gryzących trawę torbaczy postanawiamy zwolnić, by się im lepiej przyjrzeć. Auto jadące za nami też zwalnia i w tym momencie dwa kangury zrywają się do biegu. Jeden leci prosto w las, a drugi wzdłuż drogi, po czym nagle skręca i wyskakuje przed samochód jadący za nami, który szczęśliwie dla kangura, nie jedzie szybko. Przez tylną szybę obserwuję jak zwierzę się potyka tuż przed maską, upada na ziemię, turla i koziołkuje parokrotnie, po czym podnosi i ucieka na drugą stronę. Kangury to naprawdę nieprzewidywalne i głupie zwierzęta. Nie dość, że wyskakują tuż przed jadący samochód to często nie uciekają od razu na drugą stronę lecz biegną środkiem drogi.

Pierwszy raz też napotykamy na znaki drogowe ostrzegające przed kazuarami i od razu pragniemy, a raczej łudzimy się, że gdzieś je może zobaczymy. Dżungla jest jednak tak gęsta, że bez maczety nie dałoby się weń wejść, a ptaki tym razem nie chcą nam przejść przez drogę.

Wyjeżdżając z gór, w drodze powrotnej z parku narodowego Girringun i Wallaman Falls łapie nas porządna ulewa, która trochę obmywa nasz zakurzony samochód. Teraz ciemne chmury mamy za nami, a piękne słoneczne niebo i tęczę dosłownie na wprost. Do tego idealnie prosty odcinek drogi, soczysta zieleń i zero ludzi na horyzoncie czynią ten widok jednym z piękniejszych jakie widzieliśmy w tym odległym kraju.

W miarę jak robi się ciemno, znajdujemy miejsce obsługi podróżnych zwane po prostu „rest area”, na którym jest możliwość rozbicia namiotu i przenocowania. Obok nas nocują w busie dwie dziewczyny ze Szwajcarii, które rozpoczęły zwiedzanie Australii w Cairns, a które oddalone o 150km stanowi nasz cel podróży.

Pierwszy raz mam też wrażenie, że okoliczna przyroda zaczyna nas osaczać. Komary stają się dokuczliwe, na ziemi kumkają setki żab, a podczas gdy jadłem kolację z drzewa spadła z głośnym plasknięciem kolejna żaba tylko drzewna. Zwykle nie zachwycam się żabami ale ta była naprawdę ładna, zielona, z szeroko rozłożystymi palcami i okrągłymi wystającymi oczami.

Dzień 4 – Park Narodowy Yala

O 5:30 wyjeżdżamy na uprzednio zorganizowanie safari do parku narodowego Yala. Za nasz środek transportu będzie służył przerobiony jeep z zamontowanymi siedzeniami i dachem z plandeki dobudowanym z tyłu na pace. Z Tissamaharama do parku oddalonego o około 30 km dojazd zajmuje niecałą godzinę.  Oprócz kierowcy jest z nami jeszcze brat właścicielki willi, w której mieszkamy – Janaka. To u niego zorganizowaliśmy wyjazd na safari i to on pokazuje nam większość zwierząt zakamuflowanych gdzieś na drzewach lub w krzakach.

Na początku udaje się nam dostrzec kilka krokodyli leżących bez ruchu w wodzie bądź na brzegu. W miarę jak robi się cieplej, te olbrzymie gady otwierają swe paszcze i w ten właśnie sposób się chłodzą

W parku występuje niesamowita ilość ptaków. Nieopodal przechadzają się pawie, na które bardzo łatwo się natknąć w różnych miejscach. Poza tym nie brakuje tutaj czapli białych oraz siwych, kormoranów, ibisów, bocianów białoszyich, zimorodków, żołny wschodniej, a także dzioborożców. Z tymi ostatnimi wiąże się ciekawa historia, a mianowicie gdy samica składa jaja, wchodzi do dziupli w drzewie, którą następnie samiec zasklepia błotem zmieszanym śliną i zostawia tylko mały otwór przez który samica wystawia dziób na zewnątrz. W ten sposób samiec dostarcza jej, a później również i młodym pokarm. Z powodu braku dostępu do światła słonecznego samica traci wówczas pióra i jest w całości zależna od partnera. Gdy coś się stanie z samcem, ginie zarazem samica i potomstwo. Po około trzech miesiącach samiec rozbija gliniany mur i samica z małymi wychodzi na zewnątrz. Ptaki te wiążą się w pary na całe życie.

Bardzo często pojawiają się bawoły – rzekomo najgroźniejsze ze zwierząt w całym parku. Nie brakuje również dzików, jeleni aksis, jeleni sambar, iguan, szakali czy mangust zwanymi również snake killer, a to z tego powodu, że te małe ssaki polują na węże i nie boją się stanąć oko w oko z kobrą. Nie są odporne na jad ale wystarczająco zwinne i szybkie, żeby się ustrzec przed ukąszeniem. Od czasu do czasu napotykamy na swej drodze słonie, które nieustannie coś przeżuwają. Te duże ssaki zjadają do 200 kg pożywienia dziennie, zapijając to 150 litrami wody . Niektóre wydają się być nieśmiałe lub czują się mało fotogenicznie, ponieważ gdy podjeżdżamy i zaczynamy im się przyglądać, powoli się oddalają. W pewnym momencie zatrzymujemy się na drodze stając równolegle do samochodu z przeciwka. Kierowcy urządzają sobie pogawędkę, a my oglądamy olbrzymiego samca z dużymi ciosami buszującego za drzewem. Zrywa gałęzie, zjada liście i obsypuje się ziemią. Nagle, ni stąd ni zowąd słoń postanowił przejść na drugą stronę drogi jakby w ogóle nic sobie nie robiąc z dwóch niemałych samochodów stojących na jego drodze. Kierowcy jednak szybko odpalają maszyny i zwierzę przechodzi nawet nie zwalniając kroku. Słonie z kłami stanowią zaledwie 10% populacji słoni na Sri Lance, a swych kłów używają również do zdobywania pożywienia i nie należy lekceważyć ich siły i charakteru.

Do lampartów jak dotąd nie mamy szczęścia. Komuś udało się wypatrzeć jednego, leżącego daleko na gałęzi drzewa i trzeba się naprawdę dobrze przyjrzeć przez lornetkę, żeby stwierdzić, że coś tam rzeczywiście jest.

Około południa zatrzymujemy się na lunch. Po drzewach nad głowami skaczą małe małpki. Biegają i czekają, aż ktoś im rzuci jakieś resztki lub same biorą sprawy w swoje ręce i wykradają śmieci z plastikowych worków. W samochodzie też lepiej niczego nie zostawiać, bo chwilę po jego opuszczeniu małpy dokonują rewizji.

Po krótkim odpoczynku kontynuujemy jazdę w poszukiwaniu lampartów, które są symbolem Yali. Przez większą część czasu widzimy te same zwierzęta, co poprzednio, a dodatkowo parę orłów i innych ptaków drapieżnych. Iguany wylegują się na gałęziach drzew, krokodyle nadal leżą nieruchomo w wodzie z otwartymi paszczami, ptaki brodzą na mokradłach lub przelatują nam nad głowami. Lampartów jednak nigdzie nie widać. Nie ma ich także w miejscu, w którym zwykle bywają, choć nie ma tutaj reguły. Czasem można je spotkać na leżące na drzewie, a czasem przechadzające się po drodze. Gdy tak wracamy z kolejnego miejsca, gdzie nie dostrzegliśmy żadnego z tych dzikich kotów, jeden przechodzi nam przed samochodem, dosłownie parę metrów od nas i chowa się pod drzewem. Po chwili przeskakuje mały rów i dołącza do drugiego lamparta. Są dosłownie 30-50 metrów od nas, choć dobry widok zasłaniają zarośla. Jeden leży zwrócony bokiem do nas, a drugi siedzi wsparty na przednich łapach i patrzy się raz na nas, raz przed siebie. Mamy szczęście podziwiać te pięknie koty w ich naturalnym środowisku, a w dodatku jesteśmy sami. Dopiero po paru minutach zjeżdżają się inne samochody zaalarmowane wiadomością od Janaki.

Zbliża się godzina 17:30, a bilet jest ważny od 6 do 18, więc zbliża się czas opuszczenia parku.
Przy małym stadzie jeleni zatrzymało się dość dużo jeepów, a jelenie wydają się być przestraszone i co rusz przebiegają parę metrów do przodu. Po chwili wszystko staje się jasne, gdy na polanę na krótko wychodzi lampart. Znika jednak chwilę później za kolejnymi krzakami, a jelenie już pobiegły dalej.
W całym parku żyje osiemnaście lampartów, a nam jednego dnia udało się zobaczyć aż cztery. Może nie były idealnie blisko, nie leżały tuż przy drodze, ale w końcu to ich naturalne środowisko i mieliśmy szczęście, że w ogóle udało się nam je dostrzec.

Safari bez wątpienia należało do udanych i to nie tylko dzięki mnogości różnych gatunków zwierząt, ale także ze względu na naszego przewodnika, który wypatrzył zwierzęta tam, gdzie my ich nie widzieliśmy. Niejednokroć musiał nam kilka razy wskazywać konkretne miejsce. Była to bez wątpienia zaleta, ponieważ na swojej drodze napotykaliśmy wycieczki tylko z kierowcą, który musiał patrzeć przed siebie, na wyboistą drogę, a nie wypatrywać zwierząt. Natomiast ludzie z tyłu błędnym wzrokiem obserwowali miejsca, w których my od czasu do czasu im pokazywaliśmy jakieś zwierzęta i nie mogli niczego dostrzec.

Dzień 44 – Bukit Lawang (Gunung Leuser National Park)

Za IR 300000 decyduję się na trekking po dżungli, żeby zobaczyć orangutany. Moim przewodnikiem jest Ando i idziemy tylko we dwóch, ale po drodze napotykamy inne grupy. W jednej z nich jest Matt i Gem. Oglądamy drzewa kauczukowe, z którymi spotkałem się już w Kambodży. ANdo opowiada, że są one nacinane specjalnym, zakrzywionym nożem i wydzielają białe mleczko, które zbiera się raz w tygodniu i zawozi na targ, skąd odbiera je jakiś przedstawiciel z miasta. Farmerzy sprzedają kilogram za około IR 10000-12000, co w przeliczeniu daje około 1,5$. Drzewa wydzielają ów sok przez trzydzieści lat, a później zwykle są ścinane i zastępowany nowymi, które po około pięciu latach są ponownie dojone.
Obejrzeliśmy jeszcze inne drzewo, z którego robi się chociażby maty, tzn. z jego liści, które się zaplata.
Ando pokazuje jeszcze drzewo ratanowe i ogromne gniazda termitów.

Po pewnym czasie krążenia po dżungli dostrzegamy wysoko w koronach dwa orangutany – samicę z młodym. Chwilę później kolejną dwójkę. Jeden z tych maluchów próbuje co rusz wspiąć się wyżej, a matka za każdym razem zrzuca go na dół ciągnąć za futro.
Przewodnik jednej z grup wyciągnął banany i zaczął nawoływać. Po chwili samica z małym uczepionym jej nogi zeszła na dół, wzięła banany z ręki i wróciła na górę.

Na zimny prysznic w pokoju jest rada – hot shower, jak miejscowi nazywają sikające z drzew orangutany.

Dalej poszliśmy z Ando sami, usiedliśmy gdzieś na ścieżce i zabrali się za jedzenie lunchu. Był smażony ryż, plasterki pomidora, ogórka i.. chrupki. Oczywiście żadnych sztućców, także jest to mój pierwszy raz, gdy jem ryż palcami.

Mieliśmy niebywałe szczęście, bo później zobaczyliśmy jeszcze pięć orangutanów – dwie mamy z małymi i jednego samca. Samice przyciągnęliśmy na jedną marchewkę. Małe orangutany są w różnym wieku; jeden jest bardzo malutki i uczepiony pleców matki, a drugi trochę większy i momentami porusza się o własnych siłach.

Orangutany jako gatunek są bardzo podobne do ludzi. Dzielimy ze sobą 96,4% genów, jednakże z pośród małp są mimo wszystko nam odległe. Samce osiągają do 1,8m wysokości i 80 kg wagi. Samice są niższe – mają odpowiednio w granicach 1,3m i 40 kg. Żyją mniej więcej po równo – około 55 lat.
Co 5-6 lat samice zachodzą w ciążę, która trwa tyle ile u ludzi. Młode po urodzeniu żyją z matką przez 6-9 lat, a potem idą w swoją stronę. W przypadku gdy matka umrze zanim zdąży odchować malucha, musi się on usamodzielnić wcześniej. Prowadzą samotny tryb życia i każdego dnia budują nowe gniazda na drzewach, do których już nie wracają. Jak na takie inteligentne zwierzęta to mogłyby sobie zbudować bardziej stałą siedzibę, zamiast co chwilę targać gałęzie na nową.

Muszę powiedzieć, że to było jedno z niewielu spotkań, które miałem z małpami, a podczas którego nie doszło do żadnych dziwnych sytuacji. Chociaż mijaliśmy po drodze sporą grupę makaków, które trzeba było odstraszyć, bo zbliżały się zbyt blisko pewnie myśląc, że mamy jakieś jedzenie. Mieć może i mieliśmy, ale nie zamierzaliśmy się nim z nimi dzielić. O ile agresywne makaki można jakoś przeboleć, o tyle stanie oko w oko z ponad półtorametrowym orangutan lub samicą, która obawia się o swoje dziecko stanowiłoby nie lada doświadczenie.
Co więcej, nie należy się zbliżać do tych zwierząt, jako że są one bardzo podatne na choroby i zwykły ludzki kaszel może okazać się dla nich fatalny w skutkach. Wycinanie lasów i zastępowanie ich plantacjami kauczuku także przyczynia się do zmniejszenia ich populacji.

Po powrocie z dżungli już nie obeszło się bez mycia butów, więc wylądowały pod prysznicem. Trzeba przyznać, że pomijając pijawki i inne potencjalne paskudztwo to sandały, klapki lub bose stopy są najlepsze w takim terenie. Do nabycia w okolicy były jeszcze „dżunglowe” buty. Z wyglądu przypominające trampki z korkami, wykonane z gumy, bardzo lekkie i łatwe do wyczyszczenia – do kupienia za 2$.

Późnym popołudniem poszedłem przejść się po okolicy i tak trafiłem do Bat Cave (IR 5000). Jaskinia składała się z trzech komat. Pomiędzy pierwszą, a drugą przejście było na tyle wąskie, że trzeba było kucnąć i wolno przesuwać się do przodu. Poza tym, że szczelina była mała, to odnalezienie jej w drodze powrotnej nie należało do łatwych, a to było jedyne wyjście z jaskini. Nie licząc tego przez otwarte sklepienie kilkanaście metrów nad ziemią. Z sufitu zwisały małe nietoperze, które wyglądały jak chomiku. Gdy się w nie przyświeciło (tym razem zabrałem telefon z latarką, czołówka nadal w plecaku) to zaczęły się ruszać i odlatywać. Im bardziej w głąb jaskini tym te nietoperze jakieś takie większe były.
Samo dojście do jaskini też było bardzo ciekawe. Najpierw ekologiczno-przyrodniczą ścieżką, potem obok drzew kauczukowych i drewnianych domów mieszkalnych.

Wieczór w restauracji tubylcy i turyści połączyli siły i urządzili wspólne biesiadowanie przy gitarze i piosenkach U2, Stonesów czy Beatlesów. Teraz trochę żałuję, że nie pokusiłem się o nagranie tego, bo atmosfera jak i wykonanie były naprawdę świetne.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/2dsqajat4dnjh5eu

Dzień 38 – Lambir Hills

Razem z Lilly, Seanem i Jamesem wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego parku narodowego Lambir Hills. Po prawie godzinie czekania na autobus 33a lub 20 zdecydowaliśmy, że na dworzec weźmiemy taksówkę (4 RM/os), skąd od razu o 11 autobus jadący w kierunku południowym. 10 RM do Lambir Hills. W telewizorze leci film „Commando” z młodym Arnoldem i aż żal wysiadać.

W siedzibie parku dostaje mapy, bilet (20 RM) i kierujemy się na ścieżkę w kierunku pierwszego z wodospadów. Zaledwie 20 minut marszu. Okolica przypomina trochę miejsce piknikowe. Zadaszone stoły, wyznaczony teren pod grill i kapiący się w wodzie ludzie. Małe jeziorko jest przegrodzone w połowie liną z bojami i tablicą ostrzegającą o zdradliwych podwodnych prądach w pobliżu wodospadu. To samo mówiła nam pani w biurze parku, ale nie chciała zdradzić, dlaczego nie można pływać poza liną. Posilamy się i wracamy tą samą drogą, by po chwili odbić w prawo, w kierunku głębi parku. Szlak prowadzi ponad 5 kilometrów do wzgórza znajdującego się na jego końcu, ale aby  tam dotrzeć trzeba przeznaczyć ponad 4h w jedną stronę. Co więcej, zasięg w telefonie jest tylko do połowy drogi, a ze względu na okres narodzin małych kotów zalecano nam nie wybierać się w tamtym kierunku, żeby żaden z kotów nie miał okazji zeskoczyć nam z drzewa na głowę.
I tak było już późno, a park mieliśmy opuścić do godziny 17.

Poszliśmy zatem do kolejnego wodospadu. Tym razem mniejszego i bardziej ukrytego w jarze pomiędzy drzewami. Dłuższą chwilę cieszyliśmy się atmosferą tego miejsca, a Sean skorzystał z okazji i wszedł do wody.
Zostawiając wodospad za sobą, ruszyliśmy dalej przed siebie, jeszcze bardziej w głąb dżungli.
Do starej studni, która służyła do wydobywania ropy mieliśmy jakieś 1,4km, a do wodospadu, trzeciego już – jakieś 700m. Pomimo niedużych odległości dotarcie do studni zajęło nam godzinę.

Ścieżka pięła się to w górę, to w dół, by na dole wąwozu przekroczyć strumień. Momentami szlak zastawiały powalone drzewa, które były ogromne. Te wciąż żywe miały kilkumetrowej średnicy pnie, wysokie na kilkadziesiąt metrów, ze smukłymi korzeniami sięgającymi do kolan.
Pod nogami spacerowały jednocentymetrowe mrówki, a co jakiś czas trzeba było sprawdzić, czy jakaś pijawka się nie przykleiła. Nie mniej jednak nie było ich tam tak dużo jak w Tajlandii. Uważać należało jeszcze na śliskie liście.

W miarę pokonywania odległości dżungla zmieniała swoje oblicze. Las robił się rzadszy, cichszy i bardziej złowieszczy. A przynajmniej takie wrażenie można było odnieść.

Sama studnia to zaledwie parę metalowych rur i jakieś koło – wszystko porośnięte mchem. W powietrzu wciąż dało się wyczuć specyficzny zapach przemysłowy. Zastanawiało nas tylko to, kto prawie 100 lat temu wpadł na pomysł, by zabrać do dżungli świder, łopaty i zacząć kopać w poszukiwaniu ropy.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do trzeciego z zaplanowanych wodospadów. Widzieliśmy go już z góry, ale aby dotrzeć do podnóża należało zejść trochę w dół. Mimo, że dżungla zapewniała cień i temperatura zdawała się być niższa, to i tak od ciągłego marszu byliśmy cali mokrzy. Sean, Lilly i James skorzystali z okazji by popływać – ja by porobić zdjęcia.

Droga powrotna nie zajęła nam dużo czasu; w większości ścieżka prowadziła w dół i 30 minut później byliśmy już na dole.

Czekając na autobus stwierdziliśmy, że nie zaszkodzi nam spróbować złapać stopa i o dziwo już trzeci samochód się zatrzymał. Taki z kategorii duży pick-up. Myślałem, że usiądziemy sobie z tyłu, poczujemy wiatr we włosach, a okazało się, że w środku jest tylko kierowca i ogromna, kilkukilogramowa kiść bananów. Podwiózł nas od razu do samego centrum.

Wieczór chcieliśmy z Seanem i Jane zorganizować dojazd do kolejnego parku narodowego – Niah Caves, ale zrobiło się już późno, a gość w recepcji był średnio zorientowany, więc postanowiliśmy przełożyć to na niedzielę – mój ostatni dzień na Bornego.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/b93ojjbhvc7mj0j4