Carretera Austral, Patagonia

Po całonocnej jeździe autobusem, z dwugodzinnym opóźnieniem docieramy do Los Antiguos. Jesteśmy ponad 600 km na północ od El Chalten i zaraz przekroczymy granicę i znajdziemy się ponownie w Chile. Kontrola bagażu jest już bardziej szczegółowa niż na południu i nasze plecaki zostają przeskanowane w poszukiwaniu niedozwolonych produktów spożywczych. Pomimo, że Chile większość jedzenia importuje z Argentyny to kontrole na granicy pod tym względem są bardzo dokładne. Wszystko odbywa się jednak bezproblemowo i po paru minutach jesteśmy znów w Chile, a dokładniej w Chile Chico. Kierowca, z którym jechaliśmy przez granicę dzwoni do drugiego, który czeka na nas by razem pojechać dalej. Dalej w tym przypadku oznacza Puerto Rio Tranquilo nieopodal którego znajdują się marmurowe groty. Żeby jednak tam dotrzeć musimy wpierw objechać znaczną część jeziora General Carrera (w Argentynie zwanego Buenos Aires) – największego w Chile i czwartego pod względem wielkości w Argentynie.

IMG_0727_a

W Chile Chico robimy krótki postój żeby ktoś mógł skorzystać z bankomatu. Wykorzystuję moment i biegnę po szybkie zakupy do supermarketu. W końcu jakieś śniadanie by się przydało, a ciastka idealnie na tę okazję się nadają.

Nawierzchnia drogi jest w większości szutrowa i kurz wdziera się wszędzie do środka przez nieszczelne lub uchylone okna. W końcu mamy nie tylko słoneczny ale i bardzo ciepły dzień. Taki, po którym myślisz sobie, że nareszcie jesteśmy bardziej na północ, że już od teraz będzie ciepło i kurtka w końcu powędruje na dno plecaka. Niedoczekanie moje..

Poza nami turystami w busie jedzie jeszcze miejscowa rodzina i z tego powodu po drodze zatrzymujemy się na farmie, na posiłek dla nich. Tracę trochę rachubę na ile ten bus jest „rejsowy”, a na ile to po prostu luźny przejazd. Nie mniej jednak mamy chwilową przerwę w podróży i czas na powałęsanie się po farmie. Czystością to ona nie zachwyca. Wszędzie walają się jakieś deski, sprzęty, a u płotu stoi przywiązany koń. Dowiaduję się czy można pojeździć na zwierzaku ale niestety nie. Podobno przyzwyczajony jest tylko do nestora rodu i nikogo innego w siodle nie akceptuje. Szkoda.

IMG_0729_a

IMG_0732_a

Po kilku godzinach jazdy i zaledwie 160km docieramy w końcu do Puerto Rio Tranquilo. Wpierw zatrzymujemy się przed miasteczkiem, na darmowym kempingu, gdzie można wypożyczyć kajaki i popłynąć samodzielnie do marmurowych grot co bardzo nam odpowiada. Jednakże dziś wypożyczenie nie jest możliwe bo rzekomo jest zbyt silny wiatr i na jeziorze są za duże fale, choć tak naprawdę na oko tego nie widać. Jedziemy w takim razie do miasteczka i tam znajdujemy kemping. Jest kuchnia, wifi oraz ciepły prysznic (ok. 5000 CLP). Puerto Rio Tranquilo ciężko nawet określić mianem miasteczka bo przejście z jednego końca na drugi zajmuje około 5 minut. Jego skrajem, bliżej jeziora przebiega droga Carretera Austral, od której następnie odchodzą ze cztery przecznice.

IMG_0744_a

Puerto Rio Tranquilo

IMG_0748_a

IMG_0747_a

Znajdują się tutaj dwa sklepy, stacja benzynowa i sporo biur turystycznych oferujących przeróżne wycieczki po okolicy w najróżniejszych formach. Od zwykłych pieszych po wejścia na lodowiec i inne bardziej adrenalinogenne ekskursje. Jako, że wciąż jesteśmy większą grupą to postanawiamy wykorzystać hasło w kupie siła i wynająć całą łódź, która dowiezie nas do marmurowych grot. Marmurowe groty (Marble Caves, Cuevas de Marmol lub Cathedral de Marmol) stanowią miejscową atrakcję turystyczną zdecydowanie wartą znacznego zboczenia z argentyńskiego Routa 40 i udania się do takiej dziury jaką jest Puerto Rio Tranquilo. Znajdujemy łódź za 7000 CLP od osoby i płyniemy do grot około 15 minut. Oczywiście moje myśli z poprzedniego dnia się nie do końca sprawdzają i z pięknej słonecznej pogody zrobiła się pochmurna i wietrzna. Szczególnie na jeziorze. Kurtka i czapka znów w użyciu. Trochę nami buja na falach gdy tak sobie płyniemy. Już wiem jak czują się uchodźcy na Morzu Śródziemnym. Im jest tylko pewnie cieplej bo płyną ściśnięci dziesiątkami lub setkami na maleńkich łodziach, a my zaledwie w ósemkę wraz ze sternikiem.  Gdy dopływamy do grot pogoda zdaje się nam dopisywać. Zza chmur wychodzi słońce i odbijające się od krystalicznie czysto niebieskiej wody oświetlają jaskinie ze wszystkich stron. Największe z nich są na tyle duże, iż pozwalają na swobodne doń wpłynięcie i podziwianie od wewnątrz. Pływając wzdłuż brzegu oglądamy nie tylko jaskinie ale też formacje skalne w postaci grzybów wystających z wody. W dodatku jezioro otoczone jest ośnieżonymi górami co daje razem niesamowicie piękny efekt. Szczególnie gdy świeci słońce.

IMG_0854_a

IMG_0778_b

IMG_0787_a

IMG_0794_a

IMG_0800_a

IMG_0839_a

IMG_0831_a

Z Puerto Rio Tranquilo jedziemy dalej na północ. Zresztą jest tu tylko jedna droga i za bardzo nie ma innego wyboru. Pierwszy autobus, którym możemy się stąd wydostać odjeżdża o 15 także po rejsie musimy jeszcze trochę poczekać. Pomimo, że od Coyhaique – naszego następnego celu podróży dzieli nas niewiele ponad 200km to krajobraz zmienia się znacznie. Po pierwsze mam wrażenie, że zostawiamy za sobą surową Patagonię i wjeżdżamy w gęsty las. Liście drzew i krzewów powiększają się do monstrualnych rozmiarów. Góry, wąwozy, doliny powoli zostają za nami, choć i tak przez pewien czas jeszcze przez nie jedziemy. W miarę zbliżania się do Coyhaique teren robi się bardziej pagórkowaty, z pofałdowanymi trawiastymi wzgórzami, na które jak biedronki kropkami są upstrzone farmami i pastwiskami. Ale jakie to są farmy! Nie takie nowoczesne z wielkimi halami i maszynami jakie znamy z Europy tylko bardziej w stylu oglądanym na starych westernach. Po pierwsze wszystko od płotów po gospodarstwa jest zbudowane z drewna. Poza tym od czasu do czasu można dostrzec gaucho przemierzających konno pastwiska i zaganiających bydło. Jakby tego było mało to pogoda robi swoje na przemian racząc nas deszczem, ciemnymi, ciężkimi chmurami by za chwilę zaświecić słońcem i pokazać nam dwie tęcze na raz spinające wzgórza kolorami.

IMG_0900_a

Coyhaique

W Coyhaique postanawiam odłączyć się od reszty i zamiast udać się prosto w kierunku noclegu ruszam na dworzec autobusowy w poszukiwaniu autobusu na dalszą drogę. Wszak Carretera Austral ciągnie się jeszcze kilkaset kilometrów na północ aż do Puerto Montt. Sprawę utrudnia fakt, że w mieście dworce są trzy i trochę to wydłuża moją trasę. Nie jest to najwyraźniej mój szczęśliwy dzień bo nie dość, że jestem już trochę zmęczony to przechodząc przez park podbiegają do mnie dwa psy, z których jeden nie poprzestaje na szczekaniu i wyraźnie ma na mnie ochotę. Chwila nieuwagi i łapie mnie za spodnie robiąc w nich dziurę. Dopiero chwilę później dostrzegam, że razem ze spodniami złapał też za nogę. Rezygnuję z szukania autobusu i postanawiam pójść zgłosić sprawę na policję bo mam wrażenie, że ten akurat pies nie był bezpański i miał gdzieś swojego właściciela.

Komisariat znajduje się dość blisko i docieram tam w parę minut jednak uderzam w biurokratyczny mur. Aby można było wszcząć jakiekolwiek działanie muszę najpierw udać się do lekarza i dopiero potem wrócić. Jak znam życie zajmie to parę godzin i w środku nocy nic już nie będzie można zrobić.

Zrezygnowany wracam do parku, gdzie i tak miałem się spotkać z Barbarą po obejściu dworców. Idziemy na jakąś kwaterę, gdzie wszyscy poszli wcześniej. Ludzie, z którymi siedzę w pokoju na dole częstują winem. Zastygam oniemiały, gdy z ust dziewczyny padają słowa „na zdrowie”. Pytam skąd zna „na zdrowie”, gdy z pełnym uśmiechem i praktycznie czystą polszczyzną odpowiada „bo ja Czeszka jestem”. Jana, bo tak ma na imię pochodzi z miejscowości położonej zaledwie kilka kilometrów od polskiej granicy i swobodnie rozmawia po polsku używając polskich słów. Podróżuje wraz z Maxem, z którym od paru lat mieszka w Holandii.

Rano zatem wspólnie próbujemy zorganizować transport na dalszą drogę. Plusem jest, że jeden z dworców mieści się prawie zaraz za rogiem. Minusem jednak jest taki, że najbliższy autobus do Chaiten jest pełny i jedyne co nam sensownego pozostaje to przedostać się do położonego bliżej miasteczka Ja Junta. Autobus odjeżdża dopiero po południu, więc mamy czas do zagospodarowania w Coyhaique. Z początku spacerujemy po mieście w poszukiwaniu szpitala bym mógł dostać zastrzyk przeciw wściekliźnie. Po chwili chodzenia stwierdzam jednak, że może nie ma co szukać i wykorzystać ten czas inaczej. Wsiadamy w taksówkę na jedziemy do Parku Narodowego Coyhaique na krótki spacer. Cała Patagonia to jeden wielki park narodowy poprzerywany miasteczkami, wsiami i drogami. Poza tym czysta, w większości dzika i nienaruszona przyroda.

Choć ten park niczym specjalnym się nie wyróżnia, a i nie mamy czasu na jego dokładne eksplorowanie, idziemy godzinę ścieżką, aż nie docieramy do terenu biwakowego, na którym w jednej z wiat w kominku rozpalamy ognisko. W międzyczasie zaczyna padać deszcz, podczas gdy my w środku lasu przy ciepłym, trzaskającym żywo ognisku przyrządzamy i jemy wcześniej kupione śniadanie. Niby nic nadzwyczajnego, a sprawia nam mnóstwo radości.  Mam nadzieję, że warto było zrezygnować z szczepienia.

Po południu wracamy do miasta po bagaże zostawione na kwaterze jednak okazuje się, że zostawianie ich tam to nie był najlepszy pomysł. Gdy tylko się pojawiamy właścicielka zaczyna krzyczeć i zanim zdążymy je pozbierać wystawia niektóre za drzwi. Już rano zapowiadało się, że będą z nią przygody, bo o ile wczoraj zgodziła się na cenę 3000CLP od osoby, o tyle rano chciała więcej i z ciężkim sercem wydała nam resztę zgodnie z tym co było umówione.

IMG_0902_a

La Junta

Droga z Coyhaique do La Junta przebiega spokojnie, bez zbędnych przygód czy atrakcji. Na miejsce docieramy pod wieczór i od razu zaczynamy poszukiwania transportu do Chaiten. Problemem jest to, że w zależności od tego, kogo zapytamy to otrzymujemy całkowicie różne informacje. Razem z nami busem przyjechała para amerykańsko-kanadyjska i wspólnie decydujemy się wynająć auto z kierowcą, które podwiezie nas nazajutrz do Chaiten. Gdy wszystko już ustalone idziemy nad rzekę przenocować i oczywiście rozpalić ognisko. Dzięki temu, że Max pracuje dla jednej z międzynarodowych sieci komórkowych ma możliwość korzystania z roamingu bez limitów. Wykorzystuję jego telefon do pobrania aplikacji do oglądania gwiazd. Przy cenie prawie 3zł za 100kB danych pobranie takiej aplikacji kosztowałoby blisko 1000zł!!

Rano podjeżdża po nas pani w pick-upie i nie za bardzo wiem jak w szóstkę + kierowca mamy się tam zmieścić. Wpadam na pomysł, że przecież mogę jechać na pace z tyłu. Pomysł jak najbardziej przedni bo dzięki temu mam świetnie widoki, dużo miejsca, mogę się nawet położyć, a i robienie zdjęć we wszystkich kierunkach jest zdecydowanie łatwe. Jedyny minus to zimno i wiatr. O ósmej rano zdecydowanie ciepło nie jest, a że jedziemy między górami to i o słońce trudniej. Dopiero godzinę później słońce jest na tyle wysoko, że bez przeszkód oświetla dna dolin i robi się przyjemnie ciepło. Na tyle ciepło, że skuszona moim zachwytem nad niesamowitym miejscem postanawia dołączyć do mnie z tyłu Virginia i razem jedziemy z tyłu napawając się widokami poranka.

IMG_0918_a

IMG_0921_a

IMG_0926_a

IMG_0932_a

IMG_0933_a

IMG_0936_a

W Chaiten rozdzielamy się z Maxem i Janą, którzy jadą do parku Pumalin, a my kupujemy bilety na prom do Quellon na wyspie Castro. Można powiedzieć, że mamy szczęście bo najbliższy rejs jest nazajutrz. To szybko biorąc pod uwagę fakt, że prom kursuje bodajże raz lub dwa w tygodniu.

IMG_0931_a

IMG_0944_a

Chaiten

Popołudnie spędzamy zabijając czas w wiosce i po prostu odpoczywając, a wieczór rozbijamy namiot pośród innych, nad brzegiem oceanu i robimy ognisko.

Reklamy

El Chalten (Cerro Torre, Fitz Roy), Patagonia

El Chalten położony u stop Cerro Torre i Cerro Fitz Roy stanowi świetną bazę wypadową do parku i mekkę wszelkiej maści turystów i wspinaczy. Tych drugich jest tu zdecydowanie mniej bo okoliczne góry do łatwych nie należą i choć mierzą „ledwie” ponad 3000m n.p.m. to ich zdobycie wymaga niesamowitego doświadczenia, umiejętności i szczęścia do dobrej pogody. Spotkałem się z pogłoskami, że bezchmurne niebo, a co za tym idzie widok strzelistych wierzchołków na tle błękitnego nieba zdarza się ledwie parę dni w miesiącu. My właśnie mieliśmy to szczęście.

Już w nocy El Chalten przywitało nas bezchmurnym, rozgwieżdżonym milionami gwiazd niebem. Pierwszy w historii wizyt na południowej półkuli udało mi się dostrzec Krzyż Południa – charakterystyczny gwiazdozbiór południowego nieba. W wyniku precesji osi Ziemi (zmiany kierunku obrotu Ziemi) kilku tysięcy lat nie jest widoczny z terenów Europy.

Nocujemy na jednym z kilku kempingów, które o tej porze roku są licznie okupowane przez turystów, a rano pakujemy wszystko ponownie i ruszamy w góry na trekking.

Trasa do Jeziora Torre i położonej nieopodal bazy namiotowej nie jest wymagająca i powoli wznosi się coraz wyżej i wyżej. Ścieżka wije się między niskimi, trawiastymi wzgórzami, które przekroczone odkrywają widok na Cerro Torre wraz z sąsiednimi górami i lodowcem spływającym ze szczytów w dolinę.

IMG_0657_b

Pierwszy widok na Cerro Torre (najwyższy na zdj.)

W niecałe 3h docieram do prostego kampingu, rozbijam namiot i idę nad jezioro by usiąść pod jednym z kamieni na jego brzegu i oddać się lekturze książki Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”. Praktycznie na wprost mnie, dosłownie na wyciągnięcie ręki mam wznoszącą się zaraz za jeziorem ścianę Cerro Torre.

W miejscu, gdzie rzeka wypływa z jeziora znajduje się rozwieszona lina umożliwiająca podejście pod lodowiec. Rzeka jest co prawda wąska i mało rwąca ale podobno trzeba mieć jakiś dokument zezwalający iść dalej. Rozważam tę opcję przez chwilę bo mógłbym spokojnie przedostać się na drugą stronę zwisając głową w dół jak leniwiec i obejmując linę między nogami. W końcu w Tadżykistanie nie taką rzekę próbowaliśmy przekroczyć i to bez jakiejkolwiek pomocy.

IMG_0666_a

Uznaję jednak, że nie ma się co wysilać, spróbuję obejść jezioro idąc z drugiej strony piargiem. Maszeruję dobre trzydzieści minut, słońce grzeje w głowę niemiłosiernie, a ze mnie się prawie leje. Upał w Patagonii. W pewnym jednak momencie ścieżka się praktycznie urywa bo zbocze góry jest osunięte i kontynuowanie dalej bez liny byłoby trochę.. trudniejsze.

Nie wiem dlaczego nie zdecydowaliśmy się wieczór udać w kierunku Fitz Roy’a bo zaoszczędziłoby nam to trochę dnia ale z drugiej strony… ominąłby mnie spektakl światła jakie odegrało słońce wschodząc i rzucając iście płonące promienie słoneczne na góry. Trwało to zaledwie kilka minut bo gdy promienie doszły do połowy góry słońce zaszło za chmurę i straciło na sile.

IMG_0671_a

Cerro Torre

Po śniadaniu pakujemy wszystko i idziemy w kierunku Fitz Roy’a. Pogoda jest już mniej słoneczna, przeważają chmury choć są wysoko i nie powinno być najgorzej. Po 10km marszu przez lasy, łąki docieramy do rozwidlenia. W jedną stronę ścieżka prowadzi w górę – pod Fitz Roya, a w drugą w dół – do El Chalten. Na razie wybieram tę pierwszą i żwawo ruszam do góry. Nie chcę zostawiać plecaka w trawie więc niosę go ze sobą. Mijam bazę namiotową, rzekę i zaczynam wspinać się ostro w górę. Znak pokazuje coś około godziny na górę. Idąc swoim szybkim tempem zdołałem dotrzeć tam w 40 minut. Pod ścianą Cerro Fitz Roy także, a jakby inaczej, jest jezioro i spływający doń lodowiec. Piękna lazurowa woda dodaje koloru krajobrazowi surowych gór. Robię kilka zdjęć i pospiesznie schodzę na dół. Liczę, że może uda nam się jakoś wieczór wydostać z El Chalten w kierunku północnym.

IMG_0700_a

Fitz Roy

Z upływem kilometrów robię się co raz bardziej ciężko i czuję zmęczenie. W dodatku ubrałem niedosuszone skarpetki i zrobił mi się odcisk na podeszwie stopy. Dalej idę stając na jej krawędzi lekko utykając. Nieznacznie tylko zwalniam i na chwilę przystaję by wrzucić w siebie ostatnie resztki suchego pokarmu jaki mi pozostał w plecaku. Woda też się skończyła ale do dołu już niedaleko. Po 25 kilometrach i niespełna 6h marszu jestem na powrót na kempingu. Jest ciepło i słonecznie, że po wyjściu spod prysznica z mokrymi ubraniami ubieram je od razu na siebie i w kilkanaście minut wysycham.

IMG_0720_a

IMG_0722_a

El Chalten

Myślimy, że może uda nam się złapać stopa na wylocie z miasta ale stopowiczów jest już kilkunastu, a stojąca tam dwójka Francuzów czeka już dwie godziny bez powodzenia. Postanawiamy kupić bilety na wieczorny autobus do Los Antiguos (ok 1100 ARS).

Wolne godziny do odjazdu autobusu spędzamy w knajpce popijając yerba mate.

Przyznam, że od dłuższego czasu jeszcze będąc w domu chciałem spróbować tego tradycyjnego południowoamerykańskiego napoju i wstrzymywałem się z tym mówiąc, że pewnego dnia spróbuję go w jego ojczyźnie – Argentynie. Wszyscy też na to stwierdzenie mówili, że zdecydowanie nie będzie mi smakowało, że jest cierpkie i gorzkie. Pierwszy łyk wziąłem jeszcze jadąc dwa dni wcześniej samochodem i od razu polubiłem ten smak. Ba, zakochałem się w nim. Od tamtej pory, szczególnie po powrocie, nie wyobrażałem już sobie dnia bez yerby, a ostatnie wolne miejsce w plecaku wypakowałem różnymi jej gatunkami.

PS Wydostanie się z El Chalten stopem jest dość trudne i jest to opinia powszechna. Można jednak natrafić na głosy, że nie jest to niemożliwe. Niedługo później spotkałem znajomych, którym się to udało, jednak i oni nie mieli lekko. Żeby dostać się z El Chalten do Ruta 40 (90km) ustawili się na wylocie z miasta bladym świtem i niedługo później załapali się na transport jako pierwsi z kolejki. Nie przypuszczali jednak, że na poboczu słynnej Ruta 40 przyjdzie im spędzić ponad dobę! W dodatku nie mieli ze sobą zbyt dużo jedzenia i picia więc sytuacja zbliżała się do trudnej. Dopiero następnego dnia rano, po ponad 24h czekania złapali okazję, którą już notabene pokonali kolejne 1200km aż do El Bolson.

Zapisy śladów trasy marszu z GPS:

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b1e83be4b08eca091d9de3

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b4fcc0e4b0fd60246859b9

 

Perito Moreno, Patagonia

Wysiadając z autobusu w Cerro Castillo podjęliśmy ryzykowną decyzję licząc, że złapiemy jakiegoś stopa przez granicę do Argentyny. Tylko jak tu złapać stopa skoro jesteśmy na odludzi, przy jakimś pomniejszym przejściu granicznym i wszystkie auta (czyli trzy), które jadą w stronę Argentyny są pełne. Dla dopełnienia obrazka brakuje kul roślin (z ang. tumbleweed) przetaczających się przez ulicę.

W końcu szczęście się do nas uśmiecha i pod granicę podjeżdża jeep, który zaraz wraca na stronę Argentyńską wraz z zabranym z granicy kolegą. Szybko przechodzimy odprawę paszportową, wskakujemy na pakę z tyłu i jedziemy!

Na drugim posterunku trafiamy na kolejkę z autobusu i wszystko zajmuje sporo czasu. Niestety kierowca autobusu nie jest w stanie nas zabrać. Rozmawiamy więc z pasażerami zabijając czas w oczekiwaniu na odprawę, gdy z tyłu słyszymy głosy, że jeśli chcemy jechać do El Calafate to możemy się zabrać. Wow! Nie spodziewaliśmy się mieć aż tyle szczęścia. Jorge i Marcela – małżeństwo z Santiago, które jest na wakacjach w Patagonii zabiera nas ze sobą i wspólnie jedziemy. Mówią, że kilka lat wcześniej podróżowali podobnie jak my – z plecakami i stopem i wiedzą jak to jest być w naszych butach. Są przesympatyczni. Droga upływa nam na rozmowach o wspólnych podróżach, historii Chile i stosunkach z sąsiednimi krajami.

IMG_0563_a

Do El Calafate docieramy tuż przed zmrokiem, szybko ruszamy na camping ale z Jorge i Marcelą umawiamy się na następny dzień, ponieważ ich celem jest także pobliski lodowiec Perito Moreno i mamy szansę zabrać się tam wspólnie.

Po tygodniu w górach doprowadzamy się do porządku w cywilizacji. Aż się boję ilości powiadomień, które dostanę po byciu offline przez tydzień i mam rację. Zostaję nimi zasypany.

Rano Jorge w biurze podróży zapisuje się z Marcelą na spacer po lodowcu (ok 1000ARS) na godzinę 15. Mamy więc jeszcze trochę czasu żeby wyruszyć. Obchodzimy pobliskie sklepy z pamiątkami ale ceny są.. patagońskie.

Lodowiec Perito Moreno leży niecałe 80km na zachód od miasta. Najłatwiej dotrzeć tam własnym środkiem transportu, skorzystać z wycieczki organizowanej lub.. wynająć taksówkę. W przypadku większej liczby osób ta opcja wbrew pozorom się opłaca. Dodatkowo wjeżdżając na teren parku Los Glaciares wcześnie rano nie trzeba płacić wstępu (300ARS).

Parę kilometrów przed końcem trasy ukazują nam się pierwsze widoki na lodowiec. Jest przeogromny. Zatrzymujemy się na parkingu i robimy zdjęcia. Chwilę później jedziemy parę kilometrów dalej, gdzie zostawiamy samochód i busem podjeżdżamy do końca trasy.

Dokładną możliwość przyjrzenia się lodowcowi zapewnia sieć pomostów i kilku poziomowych kładek, które umożliwiają zbliżenie się do tego lodowego potwora na odległość paru metrów. Czoło lodowca ma około 40-50 metrów wysokości i szerokość 5 kilometrów. Z przodu przyrasta on około 2m dziennie, natomiast po bokach jest to „zaledwie” kilkadziesiąt centymetrów. Takie przyrastanie powoduje, że Perito Moreno łączy się co jakiś czas z lądem w miejscu, gdzie zamontowane są barierki i blokuje przepływ wody w jeziorze. Po jakimś czasie, gdy nacisk na zaporę z lodu jest zbyt duży, pęka ona i cały proces zaczyna się od początku. Zdarza się to średnio raz na 4-5 lat. Prawdopodobnie z tego powodu platforma widokowa na najniższym poziomie – najbliżej lodowca jest zamknięta dla turystów. Ostatnie takie pęknięcie zapory miało miejsce 10 marca 2016 roku, a już w lutym poziom wody podniósł się o 5,6m.

IMG_0617_a

IMG_0604_a

O 15 Jorge i Marcela idą na wycieczkę po lodowcu, a my z Barbarą siedzimy nad brzegiem jeziora i relaksujemy się. Korzystając z ciepłej, słonecznej pogody rozkładam panel słoneczny na trawie i ładuję baterie. Obok nas kręci się lis, a że praktycznie jesteśmy tam sami, nie licząc co chwilę przypływających i odpływających łodzi to nie jest przez nikogo niepokojony.

IMG_0634_a

Pod wieczór wyjeżdżamy z parku, wracamy do El Calafate na szybkie zakupy, ponieważ jak słusznie się obawiamy, w El Chalten może nie być tak dobrze zaopatrzonych sklepów, co potwierdza Jorge, który będąc tam ostatni raz kilkanaście lat temu opisuje El Chalten jako małe, odludne miasteczko bez asfaltowych dróg.

Gdy wjeżdżamy ponownie na słynną Routa 40 słońce zaczyna się już zniżać i kierować w stronę nieboskłonu. Jesteśmy w sercu Patagonii więc ruch jakby wcale. Auta mijają nas raz na kilkadziesiąt minut. Przez te ponad 200km, które dzieli oba te miasteczka, nie mijamy żadnych zabudować, wiosek, stacji benzynowych. Nic, zupełna pustka. Tylko trawa i góry na horyzoncie. W radiu leci „Sleeping on the sidewalk” i „On the road again”. Nic lepiej nie pasuje do tego momentu gdy suniemy pustą drogą przed siebie śpiewając klasyki muzyczne i rozmawiając na temat historii Chile oraz Argentyny. Jedną z ciekawostek jest zaznaczony na mapie kwadrat zamiast prostej linii oznaczającej granicę. Wzięło się to stąd, że granica została wyznaczona na najwyższym szczycie w okolicy – w tej sytuacji na Fitz Roy’u. Jednak dzięki nowoczesnej technologii może się okazać, że najwyższym szczytem jest jakaś inna góra położona bardziej na zachód dlatego ten kawałek jest potraktowany jako do późniejszej interpretacji. Może się jeszcze okazać, że Argentyna uzyska dostęp do Pacyfiku.

Słońce na tej szerokości geograficznej w styczniu zachodzi dość późno i jeszcze o 22 nie jest całkiem ciemno. Wysoko na niebie szybują idealnie okrągłe i płaskie jak dyski chmury. Pierwszy raz takie zdarza mi się widzieć i nie występowały one już nigdzie dalej na północy.