Powrót do Taszkientu

Z Chiwy, a konkretniej z Urgench wsiadamy w pociąg sypialny do Taszkientu. 18h jazdy, 1000km do przebycia i wagon plackartnyj, czyli esencja podróżowania po wschodzie. W wagonie takim mieści się około 50 osób i tak naprawdę nie ma prywatnej przestrzeni. Nawet łóżko, szczególnie jeśli mamy dolne, jest bardzo często za dnia okupowane przez współtowarzyszy podróży. Umożliwia to wzajemne poznawanie się, rozmowy i biesiady. Moje łóżko mieści się na górze, przy oknie, że wpadający przez nie wiatr delikatnie chłodzi i owiewa moją twarz. Z wolno sunącego przez pustynię pociągu obserwuję zmieniający się kolor piasku na co raz bardziej czerwony w miarę jak zbliża się zachód słońca.

Wypoczęci docieramy przed południem do Taszkientu i idziemy do hostelu. Tym razem śpimy po tej stronie miasta, a Chorsu Bazar znajduje się na jego północnym skraju. W drodze między stacją, a hostelem odkrywamy mały lokal, bez krzeseł i tylko z jednym stolikiem na chodniku, gdzie robią i sprzedają świeże manty i inne pierogi z ziemniakami lub mięsem. Do tego ostry sos i mamy najlepsze śniadanie, obiad i kolację w jednym. Co prawda w jednej chwili to jedzenie mi z Leonore lekko zaszkodziło ale i tak było warto.

Joe z Leo chcą zmienić swoje plany i wrócić wcześniej do domu jednak nie jest to takie proste bo zmiana biletu w Aerofłocie kosztuje więcej niż nowy bilet, a wszystkie loty Taszkient-Moskwa są na najbliższe dni w całości wyprzedane. Decydują się na kupno nowego w Uzbek Airlines i następnego dnia lecą bezpośrednio do Londynu z Taszkientu. Jest to zatem nasz ostatni wspólny dzień. Wykorzystujemy go jeszcze na krążenie po centrum, robienie wspólnych zdjęć i wspominanie wszystkich przeżytych wspólnie w Uzbekistanie przez ostatnie 10 dni. Nie ma co ukrywać, zżyliśmy się ze sobą. Przebywaliśmy razem 24/7, znosiliśmy swoje towarzystwo, choć było naprawdę sympatycznie. Można się czasem zastanawiać jakie są najtrudniejsze momenty w podróży. Można się wahać pomiędzy szukaniem noclegu na zabitej dechami dziurze w Kambodży o 22 podczas ulewnego deszczu, gdzie nikt w dodatku nie mówi po angielsku. Można przyjąć, że wchodzenie na kilkutysięcznik jest wyczerpujące, obdzierające z sił i miotające człowiekiem jak tylko przyroda tego zapragnie. Nie jest łatwo, gdy kilka tysięcy kilometrów od domu dopada choroba i rozkłada w łóżku bez ruchu. Skomplikowanie logistyczne jest organizowanie transportu do miejsc, w które ciągnie nas wyobraźnia. Jednak to wszystko są chwilowe trudności, zaledwie drobne przeszkody, które można łatwo przezwyciężyć, pokonać i iść dalej. Znacznie trudniej jest rozstać się z kimś, z kim dzieliło się razem te dobre i złe chwile, znosiło deszcz, wiatr, upał, niewygody oraz nachalnych sprzedawców oraz wspólnie cieszyło z widoków roztaczających się za każdym zakrętem. Pomimo relatywnie krótkiego czasu, jaki zwykle spędzamy ze sobą jesteśmy w stanie się dobrze poznać. Poznać na tyle aby za sobą tęsknić, wspominać, a co najważniejsze, aby podtrzymywać znajomość mimo dzielących nas kilometrów i wykorzystać każdą sposobność by gdzieś w tym małym wielkim świecie znów się kiedyś spotkać*.

*Z Joe spotkałem się trzy miesiące później w Tokio.

Dzień 6 – Park Narodowy Równina Hortona

Rano o 9:23 wsiadamy do pociągu jadącego w kierunku Colombo celem dotarcia do Ohiya – miasteczka położonego w pobliżu Parku Narodowego Równiny Hortona.
Tym razem pociąg jest zgoła odmienny od tego, którym jechaliśmy z Colombo na południe. Przede wszystkim jest nowy, czysty, posiada dwie toalety- w stylu zachodnim i azjatyckim, a także okna otwierają się w górę lub w dół.

Trasa jest bardzo malownicza i wiedzie zboczami gór porośniętych krzewami herbacianymi, a od czasu do czasu w oddali jawi się nam jakiś wodospad. Z jednej strony stoki opadają dolinami łagodnie w dół, a z drugiej, w oddali majaczą szczyty gór zasnute chmurami. W miarę jak pociąg piął się wyżej i wyżej, zaczęło robić się chłodniej, wjeżdżaliśmy w chmury, pociąg wił się między górami przejeżdżając przez liczne tunele.

W ostatniej chwili zauważam nazwę stacji i pospiesznie wysiadamy. Ohiya to zaledwie stacja kolejowa, parę domów i droga wiodąca w kierunku parku narodowego.

Pierwotnie planujemy zostać na noc i zostawiamy bagaże w pokoju. Do szlaku jest prawie 12 km i jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na tuk-tuka. Wstęp do parku jest horrendalnie drogi – 15$ od osoby plus 8$ opłata manipulacyjna.

Od visitor’s centre ścieżka prowadzi przez 9 km zataczając koło, by ponownie powrócić w to samo miejsce. O ile na dole pogoda była słoneczna, było ciepło, o tyle na wysokości prawie 2000 m n.p.m. jest chłodniej, a po niebie płyną chmury. Najpierw idziemy w stronę Małego (Lesser World’s End) i Dużego Końca Świata (World’s End), które stanowią największą atrakcję parku. Zaleca się, aby być tam przed godziną 9 rano, zanim ogrzane powietrze z dołu wzniesie się wyżej i przesłoni cały widok. Niestety my jesteśmy znacznie później i wszystko zasłaniają chmury. Ledwie na moment możemy dostrzec drogę pnącą się 870 m poniżej. Idąc dalej docieramy do wodospadu Baker’a.

Równina Hortona to płaskowyż z paroma wzgórzami, porośnięty trawą, niewielką ilością drzew oraz licznymi rododendronami. Jeszcze dwa wieku temu żyły tam słonie, na które licznie polowano, co doprowadziło do ich wyginięcia na tym obszarze.

Po powrocie do Ohiya decydujemy, żeby wrócić jednak pociągiem do Haputale skąd będzie się później łatwiej wydostać.
Na kolację zamawiam sobie kottu roti – danie zrobione z warzyw (marchew, por, kapusta, cebula) w połączeniu z siekanym ciastem naleśnikowym, podawane z tradycyjnym cejlońskim naleśnikiem pszennym roti oraz jajkiem, kurczakiem, rybą lub baraniną.

Dzień 2 – Colombo – Ambalangoda – Galle

O 8:30 ze stacji Colombo Fort jedziemy pociągiem do Bentoty, aby zwiedzić wylęgarnię żółwi. Pomimo, że pociąg dzieli się na trzy klasy to ciężko rozróżnić, gdzie która się zaczyna czy kończy.  O wolne miejsce ciężko więc siadam w przejściu na podłodze i przez otwarte drzwi obserwuję okolicę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, momentami zaledwie parę metrów od oceanu. Na pokonywanym przez nas odcinku w 2004 roku w pociąg uderzyła fala tsunami zabijając w ponad 1500 pasażerów. Obecnie ślady zniszczeń nie są już widoczne.

Jeden z poznanych w wagonie tubylców po chwili rozmowy zachęca nas, abyśmy wysiedli jedną stację dalej – w Ambalangodzie, skąd do żółwi w Koskogodzie jest rzekomo bliżej.
Dworzec opuszczamy bez większych trudności, mimo że bilet mieliśmy tylko do poprzedniej stacji.
Ze 150 rupii za kilometr obniżamy cenę do 80 i jedziemy tuk-tukiem zwiedzać pobliską wylęgarnię żółwi.

W ośrodku (wstęp Rs 500) mamy możliwość bliżej poznać aż pięć gatunków tych poczciwych zwierzaków. Najbardziej popularny jest żółw zielony, a następnie żółw oliwkowy, żółw szylkretowy, żółw skórzasty, żółw karetta. Jaja przypominające piłeczki ping-pongowe zakopane są w piaskowych kopczykach.  Ich czas wykluwania różni się w zależności od gatunku,  ale wszystkie wahają się w granicach 30 dni. Do ośrodka znoszą jaja między innymi zwykli ludzie, którzy dostają za każde parę groszy więcej, aniżeli płacą restauratorzy, którzy skupują je w celu przyrządzenia później omletów z żółwich jaj. Po wykluciu małe żółwiki przenoszone są do zbiornika z wodą, w którym dorastają i gdy są już na tyle duże, aby można je bezpiecznie wypuścić, przenosi się je nad ocean, gdzie podążają już w swoją stronę.

W innych zbiornikach pływają większe żółwie – osiągające w granicach 10-15 kg oraz niepełnosprawne, które na przykład straciły płetwy zaplątując się w sieci. Dorosłe osobniki w zależności od gatunku osiągają 150 – 200 kg i do 2 m długości. Żyją nawet i do 200 lat.
W jednym ze zbiorników pływał bardzo rzadko spotykany żółw albinos. Zabronione było dotykanie czy chociażby wkładanie rąk do wody aby chronić go przed różnymi chorobami. Jednak biedak i tak nie ma szczęścia. Raz, że albinosy żyją zdecydowanie krócej od innych przedstawicieli swojego gatunku, a dwa, że żółw ten stanowi atrakcję całego ośrodka w takim stopniu, że nieustannie ktoś przy nim siedzi i go pilnuje.

Po wyjściu z ośrodka jedziemy do ogrodu z ziołami, gdzie na początek zostajemy poczęstowani pyszną herbatą z imbirem, kardamonem i cynamonem, a następnie oprowadzono nas po ogrodzie, w którym pokazano nam jak rosną m.in. wanilia, szafran, imbir, pieprz, ananasy, cynamon, pieprz i parę jeszcze innych roślin, z których wyrabiają tam lekarstwa na różne przypadłości.

Przy pomocy odpowiednich wyciągów z czerwonego ananasa można zrzucić do 6 kg w ciągu miesiąca. Cynamon służy do pozbycia się szumów w uszach, bólu głowy i migren, olejek sandałowy zmieszany z czymś jeszcze pozwala pozbyć się wszelkich problemów związanych ze skórą, a podobno stosowanie go przez dwa miesiące usuwa nawet tatuaż. Ja w ramach testów poddałem się zabiegowi depilacji kawałka nogi kremem na bazie szafranu. Po 10 minutach wystarczyło tylko zetrzeć i wszystkie włosy same wypadły. Według informacji powtórzenie zabiegu parokrotnie w ciągu miesiąca gwarantuje brak owłosienia na najbliższe dwadzieścia (20) lat! Z preparatu korzystają m.in. mnisi do golenia głów. Ja od siebie mogę powiedzieć, że po trzech tygodnia na nodze nadal nie mam praktycznie żadnych śladów odrastania.
Minusem są jednak ceny, które w zależności od rodzaju specyfiku zaczynają się w granicach 25 USD za małe opakowanie. Warto jednak udać się do jednego z takich miejsc, aby dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, a ewentualny zakup zostawić do momentu wizyty na jednym z lokalnych targów (np. w Kandy), gdzie ceny są nawet 3-4 krotnie niższe.

Z ogrodu jedziemy do kopalni kamieni szlachetnych, w której wydobywa się głównie kamień księżycowy, a od czasu do czasu trafi się jakiś szafir. Z 12 m dołu ręcznie wydobywa się urobek i następnie przesiewa w wodzie. Obok inni pracownicy szlifują wydobyte kamienie. Zwiedzanie nie byłoby kompletne bez obowiązkowej wizyty w sklepie, w którym próbują wcisnąć nam cokolwiek byle tylko coś sprzedać.

Kierowca tuk-tuka wysadza nas przy głównej drodze i od razu łapiemy autobus do Galle, którego kierowca cierpliwie czeka aż przeniesiemy swoje plecaku do środka.

W Galle nocleg znajdujemy wewnątrz fortu wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tym razem nocleg jest ciut lepszy, jest ciepła woda, a poza tym bardzo duszno.

Na posiłek udajemy się do typowo lokalnej knajpki, w której jadają miejscowi. Za serwetki służą kawałki starych gazet, które po użyciu rzuca się na ziemię. Wszyscy nas obserwują, a ktoś z obsługi dosłownie stoi nad nami przez cały czas i pyta czy czegoś nie potrzebujemy jeszcze.
Samo jedzenie oczywiście bardzo ostre. Jadłem już pikantne dania w Azji Pd-Wsch., ale bezsprzecznie te na Sri Lanca należą do najostrzejszych jakie gdziekolwiek spotkałem. Ja zajadam się hoppers(appam), czyli swego rodzaju plackami wyrabianymi z mleka kokosowego i sproszkowanego ryżu moczonych w sosie z czosnku i chili. Pycha!

Hoppers

Hoppers

Dzień 51 – Mount Papandayan

Przed 5 rano wstajemy. Ja na wschód słońca, a oni bo nie mogą spać z zimna. Z początku nikt nie chciał iść na górę, ale w konsekwencji idziemy w trójkę. Wychodzimy ciut za późno, żeby zdążyć na wschód słońca ze szczytu, ale widoki i tak są ładne po drodze.

Wszędzie pełno pyłu i kurzu wulkanicznego, który w połączeniu z rosą tworzy błoto. Jak się okazuje, drugie pole biwakowe jest zaledwie 10 min drogi dalej od naszego. Jest to większa polana, na której rozłożonych jest parę osób. Niektórzy śpią przy ognisku na karimatach poubierani w co tylko mieli, inni korzystają z drewnianej konstrukcji zbudowanej z dużych liści.

Planowaliśmy wyruszyć w drogę powrotną już o 8, bo ja chcę zdążyć na pociąg z Bandung do Yogyakarty, a oni chcą wrócić wcześniej do Jakarty. Jednak nic z tego planu nie wyszło, bo chłopaki się znów ociągają. Jemy jeszcze jakieś śniadanie – ja zupki chińskie, a oni raczą się sardynkami w puszkach.
Słońce zaczyna mocno grzać, ponownie robi się upalnie, ja rozbieram się jak tylko mogę, Yohanes ubrał dodatkową koszulę z długim rękawem, a Ritzky zimową czapkę na głowę!
Marsz też nam się przeciąga, pogoda jest ładna, robimy więcej zdjęć, a oni dodatkowo zatrzymują się co kawałek.

Z parkingu odjeżdżamy około południa. Podwożą mnie do Bandung na dworzec. Jeszcze jeździmy po mieście w poszukiwaniu kantoru, bo kończą mi się indonezyjskie rupie. Bilet kupuje mi Yohanes, ponieważ nie jest to taka prosta sprawa jakby się z początku mogło wydawać. Należy wypełnić formularz, z którym należy następnie ustawić się do kolejki i swoje odczekać. Kasy pociągów dalekobieżnych i lokalnych są w innych miejscach. Podróż w trzeciej klasie zdecydowanie mi odradzają. Nie wiem czy jest bardziej niebezpiecznie niż w Tajlandii, ale z racji tego, że jest to pociąg nocny to wolę nie ryzykować. Niestety bilety w klasie business się skończyły i zostaje mi tylko executive (IR 200000).

Wejście na peron tylko za okazaniem biletu. W pociągu dostaję koc i poduszkę; przydają się bardzo bo jest zimno. Sam pociąg bardzo czysty i porządny, w moim wagonie fotele ustawione są dwójkami jeden za drugim.

Trasa na Sports Tracker

Dzień 5 – Pak Chong – Ayutthaya – Chiang Mai

Rano wracam pociągiem kawałek (2,5h) w kierunku Bangkoku by wysiąść w Ayutthaya – dawnej stolicy Tajlandii. Siadam naprzeciwko Taja, który jak się okazuje mówi po angielsku i udziela mi trochę informacji na temat kraju, miejsc wartych zwiedzenia i lokalnej kuchni. Zapisuje mi parę nazw dań na kartce bym mógł ją w razie czego pokazać w restauracji. Na dworcu w Ayutthaya od razu kupuję bilet na wieczorny pociąg do Chiang Mai (19:25 – 6:20, 586B), zostawiam plecak w przechowalni (10B)  i ruszam na zwiedzanie miasta. Najpierw spacerem do Wat Phanam Choeng (20B/ja free), gdzie znajduje się 19m posąg siedzącego Buddy. Z pod świątyni  promem (5B) przedostaję się na wyspę otoczoną trzema rzekami. W drodze na drugi koniec miasta zaopatruję się w sushi (5B/szt) i ananasa (20B). Poboczem lub bardzo szerokim, bitym chodnikiem spacerują słonie z turystami na grzebiecie. Nieopodal, w ich zagrodzie można wykupić bilet na przejażdżkę lub zakupić owoce do karmienia tych olbrzymów. Jednemu z nich opiekun wlewa wodę wężem do trąby, którą słoń następnie sobie przelewa do pyska. Obok stoją małe słoniątką pozujące do zdjęć. Mogłoby się wydawać, że słoń jest łysy ale tak naprawdę jego ciało porastają szczeciniaste, sztywne w dotyku włosy.

Kolejnym zabytkiem, który zwiedzam jest Wat Phra Si Sanphet, który do połowy XV wieku służył jako pałac królewski, a później przekształcony został na świątynię.  Swego czasu mieścił się w nim 16 metrowy Budda pokryty 250 kg złotem, z czasem przetopionym przez birmańskich najeźdźców. W przylegającym Wihaan Phra Mongkhon Bopit znajduje się największy siedzący posąg Buddy jaki można zobaczyć w Tajlandii.

Wracając spacerem przez park zauważam coś sporej wielkości płynącego przez staw. Wygląda jak duży jaszczur lub wąż. Z daleka ciężko stwierdzić. Przynajmniej wiem na przyszłość czego można się spodziewać po miejskich sadzawkach.

Przed odjazdem do Chiang Mai kupuję na bazarze grillowaną kukurydzę (10B), a na kolację zamawiam owoce morza z kiełkami (50B), które to (owoce morza) przypominają trochę omlet.

Pociąg o dziwo nadjeżdża punktualnie, co nie jest takie normalne jak pokazują wcześniejsze doświadczenia i opowieści Alexa. Na pierwszy rzut oka połowa przedziału to turyści z plecakami.

Po pociągu chodzi obsługa serwująca ciepłym posiłek (w cenie biletu). Ryż z czymś tam, bardzo ostry. Na szczęście za chwilę przynieśli wodę, ciastko na deser i koc. Przy włączonej klimatyzacji jest okropnie zimno.

Dzień 3 – Bangkok – Pak Chong

Najpierw problem z zaśnięciem, a teraz z dobudzeniem się. Nie ma wyjścia, trzeba wstać by zdążyć na pociąg. Mam 2,5h zapasu i zaledwie 20 km do dworca kolejowego Hua Lamphong.  Alex wyjaśnił mi, którym autobusem najlepiej będzie pojechać oraz, że niektóre z nich są darmowe, a dokładniej opłacone przez ludzi płacących podatki (rzekomo wg. informacji umieszczonej na wybranych autobusach). Do takiego też wsiadłem. Linia 25 do dworca. Wszystko jest opisane po tajsku co dla mnie jest jak zaszyfrowane. Nie wiadomo dlaczego, ani jaki był tego sens ale po jakichś 20 min pokazano mi abym wysiadł. Niechętnie ale wysiadłem. Poczekałem więc kilka minut i znów znalazłem się na pokładzie autobusu nr 25 lecz tym razem musiałem uiścić opłatę za przejazd (6,5B). W sumie cały dojazd przez Bangkok zajął przeszło 1,5h.

Z zakupem biletu na dworcu Hua Lamphong nie mam problemu ponieważ tuż po wejściu podchodzi do mnie wolontariuszka  i oferuję pomoc w kupnie biletu. Po wyjaśnieniu jej dokąd chcę się udać wskazuje mi numer odpowiedniej kasy, gdzie mogę kupić swój bilet. Jadę do Pak Chong. Trzecia klasa, drewniane ławki (36B) i 5h jazdy z planowanych 4h. Czas upływa spokojnie i sennie, jestem lokalną atrakcją jako jedyny biały turysta w wagonie. Funkcję wagonu restauracyjnego pełnią ludzie kursujący tam i z powrotem ze swoimi produktami oraz ci stojący na stacjach.

Na dworcu w Pak Chong także jestem jedynym białym turystą i muszę sam sobie zorganizować nocleg. Do tej pory nie miałem potrzeby nic kupować poza biletami więc nie wiem jakich cen mogę się spodziewać w Tajlandii. Kilka minut później znajduję hotel z ceną 250B za dobę, która po krótkiej negocjacji spada do 215B. Pokój jak pokój. Pełno takich w Azji. Łóżko, szafka i łazienka z zimną wodą i lustrem.

Wieczór spaceruję wzdłuż głównej ulicy, wzdłuż rozstawionych straganów z wszelakim jedzeniem i robię rekonesans.

Toaleta w pociągu