Dzień 59: Jawa – Bali

Wstajemy wcześnie by zdążyć na prom o 7 rano. Matt gdzieś zniknął po drodze gdyż ja szedłem wolniej sprawdzając i czytając pocztę. Przeprawa trwa godzinę (7000 IDR) i zmienia się czas o godzinę.

Matta spotykam dopiero po przedostaniu się na Bali, na dworcu w Gillmanuk, gdzie jak zwykle nawiązuje kontakt z tubylcami.
Wsiadamy do pierwszego autobusu (40000 IDR) odjeżdzającego w kierunku stolicy – Denpasar. Po przybyciu na miejsce i rozejściu się zamawiamy sobie jeszcze smażony makaron z orzeszkami ziemnymi – bardzo dobre. Przejeźdzamy jeszcze z głównego dworca na mniejszy, lokalny, z którego liczymy, że złapiemy coś dalej. Ja planuję dotrzeć do Ubud, a Matt do Kuta, gdzie jest umówiony ze swoją znajomą.

Niestety żaden bus nie jedzie i wydaje się, że się nawet na to nie zanosi. Odjazd nastąpi dopiero jak ludzie się zbiorą. A kiedy się zbiorą? Może jutro rano. Nie mając wyjścia bierzemy moto-taxi (40000 IDR/15km). Nie jest to wygodny środek transportu, szczególnie jeśli ma się na plecach duży plecak.

Znalezienie noclegu w budżetowej cenie nie jest łatwe. Większość pokoi zaczyna się od 200 000. Dopiero po pewnym czasie udaje mi się wynająć ładny, duży przestronny pokój z ogromnym łóżkiem z kolumnami. Do tego łazienka z ciepłą wodą, szafa, taras oraz śniadanie wliczone w cenę. Miła odmiana od tego, co wcześniej spotykałem w Indonezji. Ale to jest w końcu Bali.

Reklamy

Dzień 48 – Samosir – Medan

Dziś wracam na stały ląd. Prom mam o 8 rano, a autobus o 9:30. Co prawda restaurację otwierają dopiero o 8, ale udaje mi się załapać wcześniej na chapatti z serem i pomidorami, naleśnik z czekoladą i herbatę z imbirem – przepyszne jak za każdym razem.

Odjazd trochę się przeciąga, bo kierowca jeszcze nie dojechał, ale to nic bo i tak mam cały dzień wolny. Maikela zostawiłem na wyspie, zresztą swoją pelerynę także suszącą się dalej na sznurku, a w busie poznaję za to parę Holendrów, którzy przylecieli do Indonezji zaledwie na dwa tygodnie.

Z kilku możliwości zatrzymania się w Medan dzięki uprzejmości osób z Couch Surfing postanawiam zatrzymać się u Rose, z którą wcześniej byłem w kontakcie, i której siostra – Nita odebrała mnie z lotniska. Wysiadam zatem kilkanaście kilometrów przed miastem na jakimś dworcu i muszę od razu oganiać się od natrętów. Odbiera mnie Nity kolega i skuterem jedziemy do niego jakieś 100 metrów zaledwie. Na Rose muszę poczekać do 17 aż wróci z pracy.

Gdy już wróciła to okazało się, że nie posiada klucza do domu, ale jako że drzwi  bardziej przypominały wejście do garażu niż do domu i były zamykane na kłódkę, więc Rose postanowiła odgiąć śrubokrętem skobel i w ten sposób weszliśmy do środka. I tak musieliśmy do wieczora siedzieć na zewnątrz, przed domem, ponieważ nikogo innego nie było w domu i jeszcze ludzie mogliby zacząć plotkować gdybyśmy byli sami w środku. A komary sobie poużywały.

Dom jest bardzo skromny i prosty. Ja śpię w pokoju, który raczej wypada nazwać izbą, jako że bardziej przypomina garaż, tylko bez samochodu. Żeby nie było mi samotnie to w rogu jest jeszcze kogut z kurą, które musieliśmy wpierw zagonić do środka, załapać, wrzucić do worka i umieścić w pudełku.
Łazienka z kolei to nagie betonowe ściany i kamienny zbiornik z kapiącą się doń zimną wodą, którą należy się polać w celu umycia.

Przed snem stoczyłem jeszcze małą dyskusję czy w ramach wyjątku mogę zamknąć drzwi do pokoju, których nikt nigdy nie zamyka oraz czy jest możliwość, aby wyjątkowo odstąpiły od codziennego rytuału śpiewania o 5 rano.

Przeglądając Internet przed snem znalazłem ofertę hotelu Novotel w centrum Bangkoku za 60 zł ze śniadaniem, ale postanowiłem, że zamiast w czterogwiazdkowym hotelu wolę zatrzymać się u Aleksa albo pójść do jakiegoś hostelu, gdzie w pokoju wspólnym będę miał okazję zamienić z kimś parę słów.