Dzień 9 – Tikal

Tikal jest czynne od 6 do 18, a zwiedzanie warto rozpocząć wcześniej, ponieważ wtedy fauna jest bardziej aktywna, a upał mniej dokuczliwy. Wstęp do parku (150Q) jest pobierany przy głównej drodze, 17km od samych świątyń. Pojawiają się ograniczenia prędkości i znaki informujące o możliwości spotkania ze zwierzętami. Jedyne co nam się udaje zobaczyć to jakiś duży ptak, z wyglądu przypominający pawia, spacerujący na poboczu.

Żeby dotrzeć do świątyń należy przejść 15 min ścieżką przez las. Zwiedzanie rozpoczynamy od Temple VI po czym kierujemy się w kierunku głównego placu, przy którym mieszczą się chyba dwie najbardziej znane i charakterystyczne piramidy – Temple I i Temple II stojące naprzeciwko siebie. Odkąd dwie osoby spadły ze stromych schodów Temple I i zginęły wstęp na nią jest zabroniony. Można natomiast wejść na jej Temple II, na którą od tyłu prowadzą schody. Z góry roztacza się widok na wszystkie okoliczne świątynie, szczególnie północne akropolis po lewej stronie.

Z głównego placu kierujemy się w kierunku Temple V, która jest ciągle w trakcie renowacji i badań.  Nieopodal znajduje się plac siedmiu świątyń, a idąc dalej zaginiony świat i temple IV będąca najwyższą w całym kompleksie – 65m. Z góry roztacza się widok na Temple I i Temple II wystające ponad korony drzew. Przechodząc pomiędzy świątyniami, nad leśnymi ścieżkami, gdzieś wysoko w górze skaczą małpy. Trzeba uważać bo lubią sikać na głowę. W Tikal występują dwa gatunki –czepiaki i wyjce czarne. Cechą charakterystyczną tych drugich są worki rezonansowe pozwalające wydawać im dźwięki słyszalne z odległości 2 kilometrów. Naprawdę robią wrażenie. Pod jednym z drzew, na którym urządzają koncert zbiera się gromada ludzi przysłuchującym się ich wyciu.

Około godziny 10 robi się prawie nieznośnie ciepło, pojawiają się wycieczki, a my i tak obeszliśmy już cały kompleks  i po raz drugi zajrzeliśmy na główny plac . Przy wyjściu natykamy się na ostronosa białonosego – małego ssaka z rodziny szopowatych, który niczym nie zrażony spaceruje sobie po trawniku.

W drodze powrotnej z Tikal zahaczamy o centrum handlowe, w którym robimy małe zakupy i korzystamy z bankomatu, a następnie kierujemy się prosto na południe. Droga przez Peten jest dobra i nie ma wielu zakrętów. Po 16 mijamy lotnisko w Poptun i parę kilometrów dalej odbijamy z głównej drogi by dotrzeć na nasz następny nocleg – farmę. Miejsce jest uroczo położone, nieopodal znajduje się mały staw, w którym można popływać, są ścieżki spacerowe, plac zabaw – jednym słowem sielanka.


Reklamy

Dzień 1 – Wylot

Nadszedł dzień wyjazdu do Japonii. Jednak zanim tam dotrzemy musimy pokonać wcześniej parę etapów podróży.
Tak więc do Warszawy jedziemy pociągiem RegioEkspres z Katowic. Jest to pociąg bezprzedziałowy z wyświetlaczem pokazującym prędkość, najbliższe stacje, odległość do nich i czas przyjazdu. Działa również wifi i jest serwis pokładowy. W centrum Warszawy wrzucamy coś na ruszt i autobusem linii 175 spod dworca centralnego jedziemy na Okęcie lub lotnisko im. Fryderyka Chopina. Jak zwał tak zwał.
Bagaż wymaga trochę przepakowania, bo zamiast wykupionych 15kg mamy 18,5kg. Mimo wszystko udaje się przepchnąć 16,5kg bez problemów.
Z okna terminala, a później z płyty lotniska obserwuję nowego Dreamlinera 787 LOT’u. Coś przy nim majstrują.
Lot na pokładzie A320-200 linii AirOne jest spokojny. Tuż za Warszawą pojawiają się chmury i nie widać nic. Dopiero nad Słowenią poprzez białą watę przebijają się wierzchołki szczytów Alp Julijskich.
Pomimo lekko opóźnionego startu, w Wenecji na lotnisku Marco Polo jesteśmy przed czasem. Odbieramy bagaż i 20 minut piechotą idziemy do najbliższej miejscowości Tessara, gdzie mamy zarezerwowany nocleg (42€/2 os). Luca – właściciel, wyjaśnia w jaki sposób dotrzeć do centrum Wenecji. O ile autobus z lotniska kosztuje 6€, o tyle wsiadając jeden przystanek dalej, w Tessera Centro, już tylko 1,3€. Z Piazzale Roma, gdzie wysiadamy idziemy w stronę interesujących nas miejsc. Zagłębiamy się w wąskie uliczki Wenecji, poprzecinane kanałami i pospinane mostami. Dobrze, że mam GPS i trafiamy jak po sznurku na Plac św. Marka, choć pomiędzy wysokimi budynkami w ciasnych uliczkach ciężko jest złapać sygnał.
Oglądamy oświetlony nocą Pałac Dożów, bazylikę św. Marka z zewnątrz, robię parę nocnych zdjęć ze statywu i idziemy w stronę mostu Rialto nad Kanałem Grande. Kolorowe światła restauracji i latarni ulicznych odbijają się w wodzie tworząc barwny efekt.
W drodze powrotnej na Piazzale Roma kluczymy uliczkami prowadzącymi raz w prawo, raz w lewo, w labiryncie zdającym się nie mieć końca. Po godzinie 22 docieramy do pokoju. Szybkie przepakowanie plecaka i czas na krótki sen.