Rowerem przez kraj kiwi

Prawie 4000 przejechanych kilometrów i siedem tygodni spędzonych w Nowej Zelandii zaowocowało sporą ilością materiału, z którego na początek wyszło taki oto film.

Reklamy

Podsumowanie

Wielka Brytania ciągnęła mnie ku sobie od dawna. W dużej mierze było to podyktowane ulokowanym gdzieś w mojej głowie obrazem sielskości i egzotyczność. Egzotyczności, ponieważ wyspy na moje oko są bardzo różne od kontynentu – jakby czas się w nich zatrzymał parę epok temu. Te domy, płoty, mosty z kamienia rozrzucone gdzieś wśród pól. To wszystko nadawało im historycznego akcentu. Momentami dało się odczuć w powietrzu atmosferę wyczekiwania, jakby zza zakrętu miał zaraz wyłonić się rycerz na koniu i zajechać do najbliższej gospody na strawę i napitek. Taki nastrój towarzyszył mi podczas całego pobytu.

Dystans, jaki jestem w stanie pokonać w ciągu dnia waha się od powiedzmy 85km do nawet i 176, bo i tyle kiedyś byłem w stanie przejechać jednego długiego dnia. W ciągu tych wielu, bądź niewielu kilometrów, zależy jak na to spojrzeć, zmienia się tak samo – wiele lub niewiele. Monotonia drogi może być uciążliwa i wyczerpująca psychicznie, odbierająca chęć pedałowania. Z kolei, gdy trasa jest ciekawa jedzie się o wiele przyjemniej, kilometry uciekają bardzo szybko i praktycznie co kawałek jest powód by się zatrzymać, zrobić efektowne zdjęcie i najzwyczajniej w świecie delektować się oglądaną sceną. Jadąc rowerem mam też okazję doświadczać danego miejsca w pełni, a nie przez wielki ekran, jakim jest szyba samochodu. Pogoda, która czasem może być uciążliwa, ma też jeden bardzo pozytywny aspekt. Mianowicie jadąc przez jakieś malownicze tereny obserwuję jak się one zmieniają na przestrzeni czasu. Jak wyglądają o świcie, a jak popołudniu. Gdybym jechał samochodem, to dane miejsce zostawiłbym dawno za sobą i nie miał tej możliwości by zobaczyć je o różnych porach. Tak więc nawet jeśli pada i jest nędznie, to jest szansa, że zanim pojadę dalej, będę miał okazję ujrzeć obecne miejsce w nieco lepszej aurze. Między innymi dlatego właśnie jazda to nie tylko biała przerywana lub ciągła linia, koło, kierownica i przednie sakwy przed oczami, ale również, a raczej przede wszystkim widoki, dla których zdecydowałem się wyruszyć.

Tym razem statystyka wygląda tak:

liczba-kilometrow-wielka-brytania

 

Za pomocą aplikacji Sports Tracker zapisywałem ślad trasy z GPS w telefonie.

Poniżej ślad z pierwszego dnia. Następne są do przejrzenia na stronie ST po kliknięciu strzałki w prawo.

Dzień 1: Aberdeen – Cock Bridge

W ciągu 31 jeden dni pokonałem ponad 2600km i tylko 3 dni spędziłem nie pedałując. Ale przecież nie o liczbę przejechanych kilometrów tutaj chodzi tylko przyjemne spędzenie czasu na świeżym powietrzu, zobaczenie, poznanie czegoś nowego, a to udało się doskonale!

 

Szwajcaria na rowerze

Pierwotny plan zakładał przelot do któregoś ze Szkockich miast, a następnie jazdę poprzez Szkocję połączoną ze zwiedzaniem i powrót z Anglii. Jednak za sprawą sporej ilości mil do wykorzystania w Alitalii postanowiłem polecieć do Mediolanu skąd w planie miałem przejazd na północ, objechanie Szwajcarii i powrót środkami transportu publicznego z zachodniej Austrii.

Pierwszy raz miałem okazję lecieć wraz z rowerem i na czas podróży musiałem odkręcić pedały. przekręcić kierownicę, wypuścić powietrze z kół i zdjąć siodełko. Owinąłem go w całości folią stretchową i po uprzednim uiszczeniu opłaty za rower udałem się do pomieszczenia do nadawania ponadwymiarowego bagażu. Tam okazało się. że rower nijak nie chce się zmieścić i powstał mały problem, który celnik skwitował stwierdzeniem “jak się nie prześwietli to nie leci”. Gdy zabrałem się do zdejmowania folii i odkręcania koła wpadliśmy na pomysł aby spróbować go włożyć pod skosem co przyniosło pozytywne rozwiązanie. Wszystkie pozostałę sakwy wrzuciłem do wielkiego worka wojskowego i nadałem jako jeden bagaż. Po udanej odprawie korzystając z Priority Pass przeszedłem przez fast track do kontroli bezpieczeństwa i udałem się do jednego z dwóch saloników na Okęciu, gdzie czytając książkę oczekiwałem na mój lot. Jakieś 25 minut przed planowym odlotem zauważyłem ostatnie wezwanie wyświetlane na tablicy więc pozbierałem wszystkie swoje rzeczy w pośpiechu i skierowałem się do pobliskiego rękawa.

Samolot był wypełniony ledwie w połowie i obok siebie, a także w przeciwnym rzędzie były wszystkie wolne miejsca. Po osiągnieciu wysokości przelotowej obsługa podała to co zwykle Alitalia serwuje na lotach krótkodystansowych, czyli malutką paczkę krakersów i napój.

Na lotnisku Mediolan Linate wylądowaliśmy o czasie, a bagaż odebrałem kilka minut później. Z rowerem sprawa miała się inaczej ponieważ nie było go nigdzie widać, a nie wiedziałem za bardzo gdzie miałbym się po niego zwrócić, jako że nie było nigdzie stosownej informacji. Kolejka do biura/informacji bagażowej zapowiadała kilkudziesięciominutowe oczekiwanie. Parę minut później jednak zauważyłem, że ktoś go po prostu postawił z boku pod ścianą więc zabrałem się za odwijanie z folii, a po wyjściu z lotniska montowanie sakw na przednim i tylnym bagażniku. Z napompowaniem miałem mały problem ale po wyjściu poza teren lotniska zapytałem na postoju taksówek o pompkę i dostałem kompresor podłączany do gniazda zapalniczki.

Na stacji benzynowej napełniłem butelkę benzyną do kuchenki i można powiedzieć, że byłem gotowy do jazdy i biwakowania, choć tego dnia nie oddaliłem się za bardzo w żadnym kierunku bo zanim to wszystko ogarnąłem nadszedł czas by poszukać miejsca na nocleg.

Jako, że wieczór było wciąż ponad 25C to i noc należała do wyjątkowo ciepłych.

Rano wyruszyłem w dalszą drogę postanawiając pominąć Mediolan, w którym byłem niewiele ponad rok wcześniej i jechać prosto na północ w kierunku Jeziora Como, które było moim celem na ten dzień. Aż do 13 przedzierałem się przez aglomerację jadąc ulicami przyległych do Mediolanu miast i usiłując ominąć drogi niedostępne dla rowerów. Przyznam, że bez nawigacji nie byłoby to takie proste. Całe szczęście, że telefon mogłem nieustannie ładować z dynama i o brak zasilania nie musiałem się martwić. Póki co.

Pogoda dopisywała aż nadto ponieważ temperatura dochodziła do 35C więc długo się nie zastanawiając postanowiłem orzeźwić się krótką kapielą w jeziorze. Na praktycznie całej długości zachodniego brzegu jezioro było zabudowane stylowymi willami i ciężko było o kawałek wolnej przestrzeni. Nierzadko droga prowadziła wąskimi ulicami pomiędzy zabudowaniami, a ruch był tylko jednokierunkowy, regulowany światłami.

Wieczór nadciągnęły ciemne chmury sprowadzając trochę deszczu. Poranek był już znacznie chłodniejszy od poprzedniego dnia. O ile wzdłuż jeziora Como panował dość spory ruch, o tyle od Jeziora Mezzola zaczęła się ścieżka rowerowa, która omijała między innymi tunele samochodowe i prowadziła wałem wzdłuż rzeki i terenów rolniczych. W ten sposób dotarłem do miejscowości Chiavenna, gdzie droga rozwidlała się na tę prowadzącą w kierunku St. Moritz i tę w kierunku przełęczy Spluga (2114m n.p.m.), którą wybrałem ja. Zastanawiając się nad teraz nie wiem co skłoniło mnie do jazdy w stronę przełęczy zamiast wybrać drogę prowadzącą mniej więcej w porządanym przeze mnie kierunku, a zdecydowanie na niższych wysokościach.

Abstrahując jednak od kierujących mną wtedy pobudek zacząłem mozolny podjazd. Już od samego początku droga zaczęła piąć się ostro w górę dając mi ostro w kość. Pomimo, że do przełęczy Spluga miałem ledwie 30km to dotarcie na nią zajęło mi całe popołudnie. Co ciekawe, im było więcej serpentyn i na krótkim odcinku zyskiwałem znacznie na wysokości tym lepiej mi się jechało. Jadąc pośród alpejskich łąk nieustannie towarzyszył mi gwizd hasających beztrosko świstaków.

Na przełęcz dotarłem dopiero o 18, a temperatura wynosiła wtedy 12C. Pospiesznie się ubrałem i rozpocząłem zjazd na stronę Szwajcarska. Po paru minutach naprzemiennego rozpędzania się i hamowania i kilkunastu prawie 180 stopniowych zakrętów byłem już na dole. Jako, że te wyższe górskie przełęcze są zwykle od jesieni do wiosny niedostępne dla samochodów to droga prowadziła poprzez stok narciarski. Kilka kilometrów dalej, gdy ścieżka rowerowa prowadziła lasem dotarłem do Jeziora Sufner, nad którego brzegiem postanowiłem rozbić namiot. Jako, że byłem w dolinie otaczały mnie wysokie góry, przed sobą miałem jezioro, a na drugim jego brzegu leżała urokliwa wioska, jakich pełno w Szwajcarii, wraz z widoczną z oddali wieżą kościoła.

Rano pogoda popsuła się całkiem i padał deszcz dlatego też po namyśle postanowiłem trochę zaczekać. Problemem było to, że rozłożyłem namiot na twardym podłożu i śledzie nie trzymał zbyt mocno, jesli w ogóle, a odciągi całkowicie pominąłem. Spowodowało to, że od czasu do czasu zaczęły do wnętrza spadać kropelki wody. Około godziny 11 przyszło dwóch policjantów, prawdopodobnie zaalarmowanych przez kogos ze spacerowniczów, którzy postanowili mnie wylegitymować. Schowali się pod drzewem i zaczęli gdzieś dzwonić, a po skończonej weryfikacji oddali mi dokumenty i powiedzieli, że jeśli o nich chodzi to nie ma żadnego problemu. Patrząc na mokry namiot zapytali jeszcze czy u mnie wszystko w porządku i pojechali.

Szcześliwie po 12 przestało padać więc mogłem coś ugotować na zewnątrz, spakować rzeczy i ruszyć w dalszą drogę. Jak tylko zjechałem niżej pogoda zaczęła się poprawiać, aż w końcu wyszło piękne słońce i zrobiło się ciepło. W Thusis wymieniłem baterię w liczniku, który sygnalizował, że jest już na wyczerpaniu i ruszyłem w dalszą drogę w dół doliny. Podążając ścieżką rowerową prowadzącą już bardziej górami niż dnem doliny byłem zmuszony w pewnym momencie wybrać trasę dla rowerów górskich aby pojechać w interesującym mnie kierunku. Byłem zmuszony z całym swoim ładunkiem jechać wąską ścieżką, po kamieniach, korzeniach stromo w dół zbocza. Na szczęście tylko na krótkim odcinku. Po dotarciu na dół skierowałem się na zachód, ponownie pnąc się wysoko pod górę. Przez chwilę nawet padał deszcz ale bardzo lokalnie, a przynajmniej nad jedną z mijanych wiosek i całą doliną powstała piękna tęcza. Za kolejnym pagórkiem udało mi się znaleźć camping, gdzie na idealnie przystrzyżonej trawie rozbiłem swój namiot.

Następny dzień przyniósł piękną, słoneczną i ciepłą pogodę oraz nieustanny lecz łagodny podjazd w stronę kolejnej przełęczy – Oberalppass(2046m n.p.m.). Z początku ścieżka rowerowa prowadziła przez pola, łąki, lasami wzdłuż torów, choć czasem nie wiedzieć czemu pięła się wysoko na zbocza gór co wymagało wykrzesania trochę więcej sił. Co do nawierzchni tychże ścieżek to czasem pozostawiały wiele do życzenia. Szczególnie wtedy gdy zamiast twardego, ubitego podłoża było błoto cz luźno rozrzucone duże kamienie, co znacznie spowalniało ogólne tempo jazdy. Asfalt też się zdarzał ale najczęściej na obrzeżach miasteczek i wsi – generalnie na nizinach. Jeśli chodzi natomiast o oznaczenie to było bardzo dobre, co nie stało na przeszkodzie bym kilkukrotnie pojechał w złą stronę. Generalnie na każdym rozjeździe, skrzyżowaniu bądź rozwidleniu stał słup ze znakami przydatnymi dla turystów, które można podzielić na trzy kategorie:

-dla rowerzystów dzielące się na oznaczenia zwykłych tras rowerowych i dla rowerów góskich, wśród których można jeszcze wyróżnic jednocyfrowe ścieżki krajowe, dwucyfrowe regionalne i trzycyfrowe lokalne

-dla pieszych dzielące się na trasy krótkie trasy spacerowe w łatwym terenie, dłuższe spacery i wędrówki po górach

-trasy dla rolkarzy

Po drodze, na jednym z postojów spotkałem trójkę chłopaków, którzy jechali na Matterhorn. Pogadaliśmy parę minut i ruszyłem w dalszą drogę bo było już późne popołudnie, a mnie czekało pokonanie przełęczy. Może za sprawą pokonanej wcześniej przełęczy Spluga i jakiejś tam szczątkowej aklimatyzacji, a może byłem już przyzwyczajony do jazdy bo wjeżdzało mi się nieporónywalnie łatwiej. Oczywiście, że wlokłem się powoli, stopniowo w górę pokonując zakręt za zakrętem ale nie było to już tak męczące. Z niektórych mijających samochodów pozdrawiali mnie ludzie machając i wołając, że już niedaleko. Rowerzystów także było sporo. Najwięcej na kolarzówkach, choć i takich jadących z sakwami też spotykałem. Na Oberalppass nie było tak zimno jak na Spluga jednak i tak się ubrałem przed zjazdem do Andermatt. Na dole już zauważyłem, że coś mi pedał trzeszczy i domyśliłem się, że rozsypało się łożysko. Postanowiłem zastanowić się nad tym już rano co by sobie wieczór nie zaprzątać głowy niczym poza zasłużonym odpoczynkiem.

Rano i tak niczego nie wymyśliłem ponieważ przede mną czekała kolejna przełęcz – Furka (2436m n.p.m.) i żadnego większego miasta, nie mówiąc już o serwisie. Jednak trzeszczenie się uspokoiło, pedał zaczął równo chodzić i problem przestał być dokuczliwy. Wspinając się do góry jechałem drogą, na której kręcono sceny pościgów w jednym z filmów z Jamesem Bondem – “Goldfinger”.

Jeszcze około kilometra przed Furką jechałem rozgrzany w którym rękawie, podczas gdy temperatura powietrza wynosiła nawet 15C. Na przełęczy natomiast pogoda była już zgoła odmienna. Dosłownie 100m dalej padał deszcz, a na zjeżdzie lało już konkretnie przy zaledwie 9C. Nie było to przyjemne biorąc pod uwagę chłodzący pęd wiatru i wodę wlewającą się do butów, które jako jedyne nie były za dobrze chronione przed deszczem. Zjeżdzałem tak prawie 20km, a dalej droga nadal prowadziła w dół, tyle że łagodniej. Jadąc w dół podłączyłem telefon do ładowania, bo szkoda by było zmarnować tyle energii i okazało się, że nie działa to tak jak powinno. Z początku myślałem, że coś zamokło, szczególnie gdy w czasie jazdy wziąłem do ręki wciąż jeszcze wilgotny telefon i przeszedł mnie prąd. Okazało się jednak, że problem jest bardziej skomplikowany i prawdopodobnie wyrobiło się gniazdo micro USB w telefonie, a że to był jedyny kabel jaki miałem ze sobą zostałem bez możliwości ładowania telefonu. Dopiero wieczór, już w namiocie, po parudziesięciu minutach usilnych prób zdołałem ustawić ładowanie i naładować telefon.

Nazajutrz planowałem podjechać do oddalonego o niespełna 20km Zermatt’u by z bliska zobaczyć Matterhorn jednak niskie chmury nie zwiastowały widoków. W każdym razie po krótkim namyśle zdecydowałem aby jednak sie wybrać zobaczyć samo miasteczko. W miarę jak jechałem w głąb doliny, chmury zaczęły się podnosić i pół godziny po moim przybyciu do Zermatt’u ustąpiły prawie całkowicie i na własne oczy zobaczyłem Matterhorn z bliska. Co prawda jeździłem kilka lat wcześnie na nartach u jego podnóża lecz po włoskiej stronie, a wracając swego czasu z Japonii przez Mediolan również miałem mozliwość go dostrzeć ze względu na jego charakterystyczną piramidalną sylwetkę.

W towarzystwie najwyższych alpejskich szczytów usiadłem na pewien czas na łące, ugotowałem sobie mały posiłek po czym ruszyłem w drogę powrotną.

W miarę jak jechałem bardziej na zachód i obniżałem się, na zboczach doliny zaczęły pojawiać się coraz liczniej winnice, a następnie kolejne plantacje – moreli, jabłek, gruszek, truskawek, malin, kapusty, śliwek i kto wie czego jeszcze. Szczególną reklamą cieszyły się morele, które rosną tylko w kantonie Vallais.

Miejsce na nocleg znalazłem nad przyjemnym jeziorem Lac de la Breche, nieopodal pola golfowego. Woda była zadziwiająco ciepła choć spodziewałem się temperatury rodem z polodowcowych rzek.

Niestety w nocy pogoda się popsuła, zaczęło padać i tak kropiło do rana. Z tego też powodu wyruszyłem trochę później niż zwykle czyli około 10. Nie ujechałem jednak daleko gdy znów zaczęło padać i zostałem zmuszony ubrać się odpowiednio na deszcz. Cały czas jechałem wzdłuż Rodanu w dół doliny. Na wysokości Martigny rzeka jak i droga skręca pod kątem prostym i płynie w kierunku Jeziora Genewskiego. Ścieżka rowerowa od pewnego momentu prowadzi wałami po obu stronach rzeki i jest połączona z trasą dla rolkarzy. Mimo tego, że delikatnie cały czas traciłem wysokość nie było to odczuwalne więc wiatr w twarz skutecznie mnie hamował, uprzykrzał jazdę i summa summarum był chyba najgorszym dniem pod względem komfortu jazdy.

Ledwie co wyjechałem z doliny i dotarłem do Jeziora to nad okolicę, w której byłem jeszcze paręnaście minut wcześniej nadciągnęły potężne, ciemne chmury i lunęło deszczem. Tam gdzie ja byłem, czyli w Montreux wcale nie było lepiej bo fale uderzające o brzeg potrafiły zalać kilkumetrowej szerokości deptak. Bardzo fajnie, że gdy czekałem z aparatem w gotowości wymierzonym w zamek to chociaż na chwilę zza chmur wyszło ciepłe, popołudniowe słońce i delikatnie oświetliło kamienne mury.

Wyjeżdżając z Vevey zorientowałem się, że przednia przerzutka zaczyna szwankować. Już myślałem, że manetka przestaje łapać linkę jak to miało miejsce w tylnej przed wymianą ale po chwili zorientowałem się, że problem tkwi w samej lince, która jak się okazało trzyma się na dwóch ostatnich nitkach i już długo nie pociągnie. Póki co ograniczona liczba przerzutek mi nie przeszkadzała ponieważ jechałem wciąz pod górę zostawiając za plecami Jezioro Genewskie i z największej przedniej zębatki nie korzystałem.

Szczęśliwie następnego dnia tuż przy ścieżce rowerowej znalazłem sklep i serwis, gdzie wymieniłem linkę wraz z pancerzem, przykręciłem jeden z nosków do pedałów, który niedługo wcześniej odpadł i ruszyłem w dalszą drogę. Łożyska w pedale nie naprawiłem, ponieważ nie mieli na stanie. Pierwszy raz oddaliłem się wysokich Alp i straciłem je całkowicie z oczu. Jechałem poprzez delikatnie pofalowane pagórki, z wiatrem w plecy. Bez większego wysiłku dotarłem tak do Frybourga, przez które pobieżnie przejechałem zwierzając stare miasto i gotrycką katedrę św. Mikołaja.

Następnym miastem na mojej trasie przejazdu była stolica Szwajcarii – Berno. Miasto stosunkowo spokojne i małe porównując je do innych europejskich stolic. Głównie zależało mi aby przejechać się ulicami Kramgasse i Marktgasse, na których w odległości 150 m od siebie usytuowanych jest jedenaście ΧVІ-wiecznych fontann z figurami, w tym najpopularniejsza z nich Fontanna Wielkoluda przedstawiająca olbrzyma pożerającego małe dzieci. Wzdłuż ulic, na odcinku 6 km ciągną się arkady. Przy Kramgasse wznosi się również Zeitglockenturm, wieża zegarowa z 1530 roku, która niegdyś była częścią bramy miejskiej. Cztery minuty przed każdą pełną godziną poruszają się figurki zegara, odgrywając kilkuminutowe przedstawienie. Ulice doprowadziły mnie do Niedźwiedzich Jam czyli Bärengraben, gdzie utworzono swoisty park dla niedźwiedzi brunatnych nad rzeką Aare z małym parkiem i fosą. Te niezwykłe drapieżniki można obserwować z góry jak i z dołu z bardzo bliskiej odległości. Misie nic sobie nie robią z rzeszy spacerujących i podglądajacych ich turystów i powoli przechadzają się po swoim wybiegu, gryzą trawę lub kąpią się i pływają w fosie.

Jadąc z Berna w kierunku miejscowości Thun zauważyłem, że nad dolinę nadciągają z obu jej boków ciemne chmury niechybnie zwiastujące deszcz, który a jakże by inaczej, dopadł mnie w samym Thun. Na parę minut postanowiłem przysiąść na ławce, poczytać książkę i przeczekać deszcz. Kilkanaście minut później mogłem ruszyć w dalszą drogę lecz z racji na zbliżający się wieczór musiałem rozejrzeć się za miejscem na nocleg. Pobieżnie przejechałem przez Thun robiąc parę zdjęć i postanowiłem wdrapać się na jedno zbocze, z którego jak miałem nadzieję będzie rozciągał się ładny widok. Droga wiodła stromo pod górę, a napotkany na podjeździe tubylec, z którym zamieniłem parę zdań uświadomił mnie, że stromo to dopiero będzie!

Z wolna piąłem się w górę, gdy w mijanym właśnie domu zauważyłem wychylającą się zza krzaków głowę i po chwili usłyszałem głos. Była to starsza pani, która po chwili rozmowy powiedziała, że mogę skorzystać z jej kawałka pola, gdzie nikt nie powinien mieć nic przeciwko rozbitemu namiotowi. Nie był to płaski teren ale o taki byłoby tutaj ciężko.

Powiedziała również abym rano przyszedł na kawę czy herbatę i skorzystać z łazienki jeśli mam ochotę. Umówiliśmy się na 9-10 i parę minut po 9 następnego dnia zjawiłem się u jej progu.

Odświeżyłem się po czym zostałem poczęstowany śniadaniem. Opowiadała jak dzień wcześniej zbierała wraz z sąsiadkami jagody w lesie, czego dowodem było kilka dużych pojemników owoców schowanych w lodóce. Miałem również okazję skosztować dżemu jagodowego z ubiegłego roku. Porozmawialiśmy tak ze dwie godziny po czym odpowiednio się poubierałem ze względu na padający deszcz. Zrezygnowałem z pierwotnego planu powrotu do Thun bo przy tej pogodzie nie było sensu i dałem się skusić na jazdę przez góry i górskie wioski. Droga nadal pięła się bardzo stromo. W zasadzie słowo to nie oddaje tego nachylenia ale na 1300m odległości zyskałem 200m wysokości. Ujechawszy kawałek zatrzymałem się by jednak przeczekać deszcz i przy okazji poczytać książkę.

Dwie godziny później ruszyłem w dalszą drogę, osiągnąłem wysokość jakichś 1100m n.p.m. i jechałem górami wzdłuż jeziora Thun wąskimi drogami raz w górę raz w dół.

Dookoła wisiały ciemne chmury, gdzieniegdzie padało, a mi szczęśliwie udało się póki co unikać deszczu choć w wielu miejscach asfalt nadal był mokry i wolałem jechać wolniej aby się nie schlapać. Poza tym nie było za ciepło na szybkich zjazdach.

Pod wieczór dotarłem do Interlaken, przez które dość szybko przejechałem. Pierwszy raz od dłuższego czasu przydarzył mi się upadek po tym jak się zatrzymałem i nie zdążyłem wyciagnąć jednej nogi z noska i mnie przechyliło na tyle skutecznie, że nie zdołałem się utrzymać, przechyliło mnie i z całym bagażem przyłożyłem w chodnik. Sakwy trochę zamortyzowały upadek ale kolano i łokieć trochę bolało.

Wieczór na biwaku spotkałem dwóch Niemców, którzy zatrzymali się na nocleg w drodze do Włoch. Przyjechali Land Roverem Defenderem z podnoszonym dachem i zrobionym wewnątrz łóżkiem. Porozmawialiśmy na temat samochodów terenowych, obejrzałem ich maszynę, którą swego czasu jeździli po afrykańskich wydmach. Fajny sprzęt.

Rano trochę pogoda się poprawiła ale na niebie w większości było wciąż przysłonięte chmurami. Licząc, że popołudniu się przejaśni i z okolice Grindelwald zobaczę słynne trio czyli Eiger, Monch i Jungfrau wybrałem się wpierw do Lauterbrunnen leżące w dolinie zwanej doliną wodospadów. Z wysokich skalnych klifów spływa ich 72 a sama nazwa Lauterbrunnen oznacza z niemieckiego “wiele fontann”. Najbardziej imponującym jest chyba Staubbach o swobodnym spadku wody przekraczającym 300m co czyni go jednym z najwyższych na Starym Kontynencie. Pod sam wodospad prowadzi ścieżka z wybudowanymi oraz wydrążonymi tunelami w skale, którymi płynie warto woda. Im dalej tym więcej wody i leje się ona szerokim strumieniem wprost na głowę dlatego też decyduję się wrócić by bardziej nie moknąć.

Kolejnym oglądanym przez mnie wodospadem jest Trummelbach – jedyny podziemny wodospad lodowcowy na świecie dostępny za pomocą systemu wind. Jego łączna wysokość wynosi 140m. Zwiedzanie rozpoczyna się od wyjazdu windą na górę, a następnie podchodzi się do poszczególnych balkonów, z których roztacza się widok na spadającą między skałami z hukiem wodę.

Z Lauterbrunnen jest możliwość dotarcia do słynnej obrotowej restauracji Piz Gloria znajdującej się na szczycie Schilthorn. To właśnie tam były kręcone sceny do filmu z Jamesem Bondem “W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”.

Z Lauterbrunnen pojechałem do Grindelwald – wioski u podnóża słynnych trzech szczytów, o których wspominałem wcześniej. Wypogadza się na tyle, że fragmentarycznie obserwuję słynną północną ścianę Eigeru i okoliczne lodowce znajdujące się wysoko w górach. Grindelwald leży na wysokości ok 1034m n.p.m, a żeby dotrzeć do Meiringen – mojego następnego celu podróży, a zarazem miasteczka nieopodal którego w wodospadzie Reichenbach żywota dokonał jeden z najsłynniejszych detektywów Sherlock Holmes, dzieli mnie wysoka, prawie 2000 metrowa przełęcz. Zastanawiam się czy nie przejechać przez nią ale nadciągają chmury i zaczyna lekko kropić więc decyduję się zjechać ponownie do Interlaken, a następnie jechać wzdłuż jeziora. W mieście odbywają się chyba jakieś zawody parolotniarzy, którzy lądują na boisku, a w powietrzu wciąż unosi się ich znaczna ilość. Samo Interlaken jest opanowane przez tłumy turystów, głównie ze wschodniej Azji i krajów Arabskich. Tych drugich jest naprawdę mnóstwo, a co poniektórzy posprowadzali sobie samochody na tablicach z Kuwejtu czy ZEA.

Poza tym na jeziorze Brienz mają z kolei miejsce zawody hydroplanów, które przelatują co jakiś czas nad taflą jeziora, a następnie nań lądują.

W stronę Brienz jechałem ścieżką rowerową prowadzącą lokalną, w miarę pustą drogą wzdłuż jeziora, która następnie wznosi się trochę wyżej i prowadzi bardziej lasem.

Noc nieopodal była jedną z najzimniejszych do tej pory. Temperatura rano na zewnątrz wynosiła 8C. Pomimo tego pogoda zapowiada się idealnie. Bezchmurne błękitne niebo i już po pewnym czasie robi się ciepło. Jeszcze cieplej gdy ścieżka rowerowa prowadzi na kolejną przełęcz i pokonuję ponad 500m w pionie po czym dojeżdzam do głównej drogi i zjeżdżam w stronę jeziora Lungerner, na które wpierw rozpościera się piękny widok z góry.

W Lucernie jestem popołudniu, zatrzymuję się w pobliżu Mostu Młyńskiego (Spreuerbrücke) i Mostu Klasztornego (Kapellbrücke), chyba dwóch najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych mostów, głównie kojarzonych z Lucerną. Tłumy spacerowiczów przechadzają się wzdłuż brzegu Jeziora Czterech Kantonów po którym pływają łabędzie i statki wycieczkowe. Opuszczając Lucernę zostawiam Alpy za plecami. Pierwszy raz od dłuższego czasu Szwajcaria robi się delikatnie pofałdowana, można powiedzieć że wręcz płaska.

W Zurychu mam umówiony nocleg poprzez Couch Surfing u Dominika. Przyjeżdzam trochę zmęczony bo ostatnie 50km dzielące Lucernę od Zurychu przejeżdzam względnie jednym ciągiem.

Rano wracam do centrum aby zobaczyć trochę miasta ale szczerze mówiąc nie porywa mnie ono. Robię parę zdjęć i jadę dalej na północ. Na wylocie przejeżdzam tuż obok lotniska, gdy nagle tuż nad głową przelatuje mi startujący A380 Singapore Airlines. Z bliska ten kolos robi niesamowite wrażenie. Rheinfall – największy wodospad w Europie pod względem przepływu wody jest moim następnym celem. Nawet nie zauważam, że droga prowadząca w tamtym kierunku prowadzi w pewnym momencie na odciunku paru kilometrów przez Niemcy. Orientuję się dopiero po innych znakach ścieżek rowerowych.

Rheinfall oświetlony południowym słońcem wygląda naprawdę ładnie. Może nie jest jakiś szczególnie wysoki ale położony między dwoma zamkami, z których można go obserwować.

Popołudniu ostatecznie opuszczam Szwajcarię i kieruję się na Jezioro Bodeńskie oblegane przez wypoczywających turystów. Nie jest jednak tak tłoczno jak nad Jeziorem Como, a i zabudowa nie jest taka gęsta.

Z początku planowałem z nad jeziora udać się do zamku Disneya w Bawarii – Neuschwanstein ale wymagałoby to przyspieszenia żeby tam dotrzeć, a później szybkiego powrotu na południe. Dlatego mając w zapasie jeszcze niecałe dwa dni zwalniam tempo i przysiadam nad jeziorem żeby coś przegryźć i poczytać książkę. Jadąc już całkiem bez pośpiechu dojeżdzam do Liechtensteinu, gdzie mam zaplanowany kolejny nocleg na Couch Surfingu. Liechtenstein jest zarazem ostatnim miejscem, do którego docieram, bo nie można powiedzieć abym cokolwiek zwiedzał w tym malutkim kraju wciśniętym między Austrię i Szwajcarię. Dokładnie ostatniego dnia rano, po ostatnim posiłku skończyła mi się benzyna w kuchence. Można powiedzieć, że na styk, choć gdy siedząc popołudniu na ławce i czytając książkę chciałem sobie coś ugotować na mojej wszystko-spalającej kuchence użyłem ropy naftowej. Płomień z tego może i buchał konkretny ale dymu przy tym było co nie miara.

Z austriackiego Feldkirch położonego tuż przy granicy mam bilet na pociąg do Innsbrucku, a następnie do Wiednia. Cztery godziny w austriackiej stolicy spędzam leniwie, zważywszy że nie tak dawno tam byłem. Podjeżdzam na chwilę do Schonbrunn, gdzie robię kilka świeżych zdjeć od strony ogrodów i to samo powtarzam w Belwederze. Nocnym autobusem wracam do Polski. Cudem udaje mi się wraz z rowerem zmieścić do Polskiego Busa bo pomimo czwartku obłożenie wynosi 100%.

Ilosc przejechanych kilometrow

2010.06.15 – 30 – Szwecja

Plan wyjazdu rowerem do Skandynawii zrodził się w mojej głowie już znacznie wcześniej. Wcześniej nawet niż wycieczka do Budapesztu, Bratysławy i Wiednia. Gdy zbliżała się wiosna uznałem, że najwyższa pora go zrealizować. Jednak zanim wyruszyłem w drogę musiałem odpowiednio do tego celu przygotować zarówno siebie jak i rower. Trochę przekornie postanowiłem prawie w ogóle nie jeździć na rowerze, bo w najbliższym czasie będę miał go powyżej uszu, a zamiast tego skupić się intensywnie na bieganiu i wzmocnieniu kondycji. Co się tyczy natomiast sprzętu, to zdecydowania tylna sakwa była za mała, aby spakować się do niej na bliżej nieokreślony okres czasu. Zakupiłem zatem bagażnik na przód z sakwami MSX, zmieniłem przednią piastę i założyłem z wbudowanym dynamem i podłączyłem urządzenie, za pomocą którego mogłem ładować GPS i telefon. Przy okazji wymieniłem opony, zmieniłem kasetę i wyregulowałem przerzutki. I to by było na tyle.
Pakowanie czas zacząć. Nie wiedziałem jeszcze jak długo planuję przemierzać skandynawskie ziemie, ale wiedziałem, że muszę być jak najbardziej samowystarczalny i przygotowany na różne sytuacje.
Do roweru zabrałem tylko trzy zapasowe dętki i linki hamulcowe, a do tego dwa klucze imbusowe, którymi mogę wyregulować większość rzeczy. Ułożyłem także menu, w skład którego wchodziły m.in. owsianki, kaszki Nestle, mleka w proszku, musli, kuskus, makaron spaghetti i sosy, pasztety oraz zupki chińskie, gorące kubki, jakieś batony, czekolady i Plusssz w proszku. Samo jedzenie ważyło ponad 11 kilogramów. Do tego zestaw garnków oraz palnik i kartusze z gazem.

Co do ubrań, to tutaj także musiałem się liczyć z bardzo zmiennymi i różnorodnymi warunkami atmosferycznymi, dlatego poza zwykłymi koszulkami i spodenkami rowerowymi zabrałem także kurtkę jesienną i zimową na rower, spodnie zimowe, ocieplacze na buty, rękawiczki rowerowe, czapkę i na wszelki wypadek także folię NRC. Namiot, ciepły śpiwór, karimata, aparat oraz kosmetyczka. Jadąc parę lat wcześniej z Węgier na Słowację, zmęczony, obolały i pod wiatr miałem ze sobą tylko trzy bandaże elastyczne, a jak na złość od pedałowania bolały mnie dwie kostki i dwa kolana, dlatego tym razem postanowiłem się lepiej zaopatrzyć w rzeczy, które mogą okazać się nieocenione podczas nadwyrężenia mięśni, ścięgien czy stawów i umożliwią mi dalszą jazdę. Z grubsza to wszystko.

Tak się złożyło, że akurat w podobnym okresie znajomi jechali swoim kamperem na ryby do Szwecji i zaoferowali, że mnie podwiozą, więc postanowiłem skorzystać i zabrałem się z nimi.

Ruszyliśmy wspólnie do Gdańska, skąd wieczór zaokrętowaliśmy się na prom do Nynashamn – miejscowości 60 km na południe od Sztokholmu. Po niecałych 20 godzinach spokojnego rejsu dopływami na miejsce. Wypakowuję rower z luku, składam rower w całość, zakładam sakwy i od tego momentu jestem skazany sam na siebie. Wstępnie założyłem sobie, aby dziennie przejechać średnio 140 km.

Pierwsze parę noclegów miałem upatrzonych z Google Earth, za pomocą którego znalazłem sobie parę przyjemnych jak mi się wtedy wydawało, polan nad jeziorami, gdzie będę mógł spokojnie rozbić namiot i przenocować. Dzięki skandynawskiemu prawu swobodnego dostępu do natury mogłem nocować prawie wszędzie na łonie natury, gdzie miałem tylko ochotę, byle trzymać się 100 m od najbliższych zabudowań i nikomu nie przeszkadzać. Jakie był moje rozczarowanie, gdy dotarłszy na przedmieścia Sztokholmu, nad upatrzone wcześniej jezioro, okazało się, że nie ma tam za bardzo miejsca na rozbicie namiotu i cudem znalazłem kawałek płaskiego terenu ze znośnym zejściem do jeziora, gdzie w konsekwencji rozbiłem namiot. Obok przebiegała droga prowadząca do pobliskich domów, ale zarówno ja jak i prawdopodobnie mieszkańcy również, postanowiliśmy nie zwracać na to uwagi. Ugotowałem sobie kuskus z sosem i zabranym z domu mięsem na pierwszy posiłek i położyłem się wcześniej spać, żeby odpocząć i nabrać sił na następny dzień.

Już około piątej rano potrzeba toalety zbudziła mnie i wyszedłem tak jak spałem – w bluzie i spodenkach. Założyłem tylko buty. Pech chciał, że pszczoły czy osy upodobały sobie okolice mojego namiotu i jak tylko wysunąłem się z niego zostałem zaatakowany. Butów oczywiście nie ubrałem porządnie, bo nie planowałem w nich odchodzić daleko, więc od razu je zgubiłem i zacząłem uciekać aż na drogę w samych skarpetkach. Jedyną radą na to było rozpalić ognisko. Byłoby miło, gdyby się udało, ale od wieczora wszystko zdążyło zawilgnąć i tyle z tego było. Żebym nie popadł w monotonię, to pod kamieniem odkryłem jakieś wijące się małe węże. Tego było już za wiele. Podjąłem decyzję, że czas się zbierać. Ugotowałem sobie śniadanie, ubrałem się, spakowałem i pojechałem zwiedzać Sztokholm.

Miałem oczywiście mapę ze sobą, ale korzystanie z GPS’u okazało się nieocenione i pozwoliło mi zaoszczędzić sporo czasu na błądzenie po mieście. Jako, że jest to moja druga wizyta w stolicy Szwecji, ograniczyłem się do małej rundki po mieście, przejeździe pod pałac królewski i na stare miasto (Gamla Stan).

Jadąc dalej, w jednym ze sklepów kupuję kiełbasy i wieczór rozpalam ognisko. I tak bym je rozpalił, bo ilość komarów uniemożliwia swobodne poruszanie się wokół namiotu, a pierwszą rzeczą po zatrzymaniu się, a przed rozbiciem namiotu jest zakrycie jak największej powierzchni ciała i posmarowanie całej reszty środkiem na komary.

Ruch na drogach jest znikomy, zresztą nie ma się to dziwić, to Szwecja. Mimo tego GPS prowadzi mnie w jeszcze bardziej boczne i mniej uczęszczane drogi, co nie oznacza pogorszenia się jakości nawierzchni. To wciąż jest południowa Szwecja, dlatego stosunkowo często mijam gospodarstwa rolne i farmy. W pewnym momencie kończy się asfalt i jestem zmuszony wjechać na drogę szutrową. Pomimo tego nadal jedzie się dobrze i utrzymuję w miarę szybkie tempo, na tyle na ile szybko można jechać rowerem ważącym 50 kg. Niespodziewanie w lesie mijam łosia, a właściwie łosicę, która przygląda mi się tak samo jak ja jej.

W Falun postanawiam odpuścić zwiedzanie kopalni miedzi, dlatego że byłbym zmuszony czekać do godziny 12 na wejście z przewodnikiem angielskojęzycznym. Postanawiam jechać dalej, w końcu Falun to nie koniec świata i jeszcze tu pewnie wrócę.
Im bardziej oddalam się od głównych dróg i jadę w kierunku północno-zachodnim, tym drogi robią się pustsze. Nie jest to jeszcze całkowita pustka, bo samochody mijają mnie od czasu do czasu, ale kto zna Skandynawię, ten wie, że duży ruch w naszym rozumieniu się nie zdarza.

Moim celem jest park niedźwiedzi Gronklitt w Orsie. Dobrze, że zdecydowałem się tam dojechać jeszcze tego samego dnia, ponieważ dwunastokilometrowy podjazd wymęcza mnie doszczętnie i nie jestem w stanie znaleźć odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Decyduję się zatem na kawałek płaskiej powierzchni w pobliżu samego parku. Obok jest wielka rura a la przejście pod drogą, w której zostawiam rower, ponieważ zaczyna padać. Tej nocy ubieram na siebie prawie wszystkie ubrania, począwszy od trzech par skarpet, krótkich spodni, dwóch par długich, koszulkę, bluzę, kurtkę jesienną, zimową, czapkę i rękawiczki. Śpiwór powinien zapewniać komfort w granicach +5C, ale jest piekielnie zimno i decyduję się jeszcze na okrycie się folią NRC. Jak się okazuje nie był to najlepszy pomysł, ponieważ para wodna zaczyna się skraplać na śpiwór, który robi się w efekcie mokry.
Jakoś wytrzymuję do rana, a o godzinie 10, termometr w ośrodku niedźwiedzi pokazuje 9C. Nie wiem ile mogło być w nocy, ale zważywszy, że zaspy śniegu obok toru biegowego utrzymują się jeszcze w połowie czerwca, to mówi samo przez się.

W ośrodku oprócz niedźwiedzi brunatnych są także niedźwiedzie polarne, tygrysy, ryś, wilki oraz rosomaki. Rysia niestety nie udaje mi się dostrzec, rosomaki sobie wesoło hasają po wybiegu, tygrysy leżą albo leniwie przechadzają, wilk, bo tylko jednego widziałem, pokonuje właśnie jakiś życiowy dystans i z równą częstotliwością przebiega wzdłuż ogrodzenia przy którym stoję.
Niedźwiedzi brunatnych jest kilka i w różnym wieku. Jest samica z małymi, są młodociane niedźwiedzie oraz w pełni dorosłe. Największe są te przywiezione z Kamczatki – Piotr i Sonia.
Polarne z kolei skaczą na główkę do stawu i zajadają się jabłkami i pomarańczami.
Cały ośrodek jest tak zbudowany, że pomimo stosunkowo niewielkiej ilości zwierząt zajmuje bardzo dużą przestrzeń i jego domownicy mają naprawdę sporo miejsca dla siebie. Co więcej, ścieżki prowadzą tak, że z każdej strony można podglądać zwierzęta, nawet jeśli w danej chwili przebywają gdzieś daleko od ogrodzenia.

Temperatura na szczęście rośnie, wychodzi słońce i długie ciepłe ubrania zamieniam ponownie na krótkie. Kontynuuję jazdę prosto na północ. Za sobą zostawiłem miasteczka i wioski, a przede mną tylko las, las i las. Oraz pagórki, z których roztacza się widok na ten las. Nie ma żadnych sklepów, stacji benzynowych i tylko raz na dwadzieścia kilometrów mijam parę domów. Przy drodze stoi znak ostrzegający o niedźwiedziach, a z wizyty w ośrodku przypominam sobie mapę z zaznaczonymi trasami niedźwiedzi odczytanymi z ich obroży z GPS’em oraz to, że droga którą się poruszam przecina ten teren mniej więcej w środku.

Co wieczór dochodzę do większej wprawy w znajdowaniu sobie ciekawych miejsc na nocleg i tym razem wybrałem niewielki półwysep położony nad jednym z okolicznych jezior. Cisza, spokój, w pobliżu prawie żywej duszy nie ma. Namiot rozbijam niecały metr od krystalicznie czystej ale zimnej wody. Dochodzi 23, gdy słońce chowa się poniżej linii drzew.

Skręcam w kierunku północno-wschodnim. Droga, którą jadę jest wyjątkowo odludna. W ciągu godziny mija mnie zaledwie jedenaście samochodów. Dopiero gdy zbliżam się do miasta pojawia się cywilizacja. Do sklepów wstępuję głównie po to, aby kupić coś do picia i ewentualnie pieczywo. Cały czas korzystam z własnych zapasów, wodę nabieram z jezior albo z przydrożnych toalet. Świetne jest to, że w wielu miejscach, co ileś kilometrów znajdują się miejsca wypoczynku przy drogach. Poza stołami, ławkami znajdują się tam zazwyczaj toalety z ciepłą wodą i gniazdkiem. Świetnie miejsca. Zdecydowanie lepsze to niż kąpiel w lodowatych wodach jeziora.

Zataczam koło i kieruję się ponownie na południe, w kierunku Falun. Mówiłem, że znów tam się kiedyś wybiorę. Trochę mam pecha i droga na odcinku trzydziestu kilometrów jest w remoncie. Bez asfaltu o żwirowej nawierzchni. Nie dość, że spod kół samochodów unosi się kurz i pył, to jeszcze koła zapadają się w tym żwirze. Wiatr, jakżeby inaczej, wieje w twarz, a droga prowadzi pod górkę. Z uczuciem ogromnej ulgi wjeżdżam ponownie na asfalt i docieram do miasta. Rozbijam się w tym samym miejscu co poprzednio – przy wjeździe do miasta, nad jeziorem i w pobliżu toalet. Czego chcieć więcej.

Tym razem już jadę pod kopalnię i idę na wycieczkę z przewodnikiem. Rower zostawiam przed budynkiem, ale w Szwecji się nie obawiam, że ktoś sobie przywłaszczy moje jedzenie bądź ubranie.
Kopalnia rozpoczęła wydobycie miedzi już prawdopodobnie około IX wieku, a największy rozwój przypada na wiek XVII.  Była motorem napędowym budowy pobliskiego szpitala i rozwoju medycyny, jako że urazów nie brakowało. W miarę jak kopalnia stawała się głębsza, górnicy musieli pokonywać większe odległości żeby się do niej dostać. Jednym ze sposobów było zejście po drabinach trzymając w zębach pochodnie, co nierzadko skutkowało utratą zębów. Drugim natomiast jazda ogromną beczką poruszającą się z góry na dół. O ile drugi sposób może wydawać się wygodniejszym, o tyle owa beczka nie zatrzymywała się na poszczególnych poziomach i trzeba było do niej wskoczyć i następnie z niej wyskoczyć. A szyb był głęboki, więc lepiej nie spudłować. Obecnie kopalnia jest zamknięta, ale jednym z produktów ubocznych jest czerwony składnik, którego używa się jako pigmentu do farb, które stały się szwedzkimi farbami narodowymi.

W miarę przemieszczania się na południe tereny stawały się bardziej zaludnione. Lasy ustępowały miejsca polom uprawnym, częściej pojawiały się wioski i miasteczka i nawet jakoś bardziej płasko było. Jednego wieczoru miałem nawet wiatr w plecy. Najwyższa pora zresztą.

Po drodze zatrzymywałem się oczywiście i zwiedzałem różne miejsca, które wydawały mi się ciekawe. M.in. przejeżdżałem obok jednej ze śluz na śródlądowej drodze wodnej łączące Sztokholm z Goeteborgiem.  Poza tym moje dni sprowadzały się do bardzo prostych czynności. Wstać, przygotować śniadanie, złożyć namiot w międzyczasie i ruszyć w drogę. Jechać, jechać, jechać. Przerwa na posiłek i to nie koniecznie dlatego, że byłem głodny, ale opadałem z sił. Dlatego niezmiernie ważnym było dostarczać do organizmu odpowiedniego paliwa. Problem pojawiał się, gdy byłem już tak najedzony, a mimo to słabłem. Najgorsze były poranki, ponieważ w perspektywie miałem kilka ładnych godzin pedałowania. Wbrew pozorom najbardziej bolały dłonie –od trzymania kierownicy, która z kolei była tak dociążona sakwami, że jazda bez trzymania nie wchodziła w grę. Im bliżej wieczoru tym lepiej mi się jechało. Może świadomość, że już niedługo i rozbiję ponownie sobie namiot, zjem kolację i się położę dodawała mi sił. O ile w dzień jechałem w okularach przeciwsłonecznych, o tyle wieczór nie miałem nic do ochrony oczu i wpadające owady stanowiły problem, ponieważ nie sposób było je później wyjąć zakurzonymi palcami bez żadnego lusterka.

Jednego wieczoru znalazłem sobie również bardzo piękne miejsce na nocleg. Na idealnie przystrzyżonej trawie, nad brzegiem jeziora i pod drzewem stojącym na samym środku trawnika. Uznałem, że pod tym drzewem będzie w sam raz. Nie przewidziałem tylko, że przez całą noc będą z niego spadały szpilki wprost na mój namiot wywołując tym samym uporczywe odgłosy.

W ostatnie trzy dni, kiedy zarezerwowałem to zarezerwowałem już prom, musiałem się trochę sprężać. Nie żebym do tej pory się ociągał, ale od tej chwili miałem wyznaczoną datę i godzinę, kiedy to miałem stawić się w porcie, do którego jeszcze prawie 420 km i zaledwie trzy dni na ich pokonanie.  O dziwo tak się rozpędziłem, że jechałem od świtu do zmierzchu i pokonanie ponad 170 km na załadowanym rowerze nie stanowiło większego problemu. Nie wiem na ile to kwestia tego biegania przed wyjazdem, bo już po pierwszych dniach jazdy stwierdziłem, że do jazdy takim czołgiem potrzeba znacznie więcej sił. Pogoda dopisywała i poza jednym dniem, kiedy to padało może dwie godziny, panował upał jak na Szwecję. Prawie od rana do wieczora jechałem ubrany na krótko i zauważyłem też o ile zwiększyłem masę mięśniową ud.

Ostatniego dnia pozostało mi już tylko dojechać do Karlskrony i o ile poprzedniego dnia pierwszy raz przeciętna prędkość wyniosła ponad 19 km/h, o tyle tym razem przekroczyłem 20.

W Karlskronie obowiązkowe lody na rynku, ostatnie zakupy w supermarkecie, a przez resztę czasu odpoczynek nad ciepłym Bałtykiem z miską spaghetti.

Do Gdyni przypływam nad ranem i już przy wyjeździe z terminala promowego jakiś samochód wymusza na mnie pierwszeństwo i skręca tuż przed moim kołem. W Szwecji takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć. Na tamtejszych drogach byłem jak święta krowa. Nawet jeśli do skrzyżowania miałem jeszcze ze 100 metrów, to samochody spokojnie czekały aż dojadę, a mogły skręcić bezpiecznie parę razy. Jeśli z kolei jechałem ścieżką rowerową przez skrzyżowanie na wprost nikomu nie przyszło do głowy, aby skręcać w prawo zanim przejadę. Z tego też powodu hamulce były najmniej eksploatowanym elementem roweru.

Pociąg mam dopiero wieczór, więc postanawiam pojeździć trochę po Trójmieście. Najpierw ścieżką rowerową wzdłuż morza jadę do Gdańska na stare miasto. Wracając zahaczam o Sopot, gdzie spędzam popołudnie, a przed udaniem się na dworzec w Gdyni jadę na Skwer Kościuszki, gdzie stoi m.in. Dar Pomorza i ORP Błyskawica.

Wejście do pociągu przez wąskie drzwi z rowerem to też jest sztuka w polskich kolejach. Jakoś się udaje dotargać do przedziału i położyć na górnych półkach. Obawiam się trochę czy nie spadnie mi na nogi, co staje się też chwilę później. Ale montuję go raz jeszcze, tym razem pewniej i sam w pustym przedziale jadę już do domu.

Pomimo, że wycieczka była naprawdę wymagająca pod względem wytrzymałościowym, zarówno jeśli chodzi o kondycję fizyczną jak i ze strony psychicznej, aby nie rzucić tym wszystkim w trzy diabły, gdy przez cały dzień wiał w twarz wiatr i zrzucał z drogi to pozwoliła mi doświadczyć ciekawych przygód w tak pięknym kraju jakim niewątpliwie jest Szwecja. Przebyte odległości może nie zwalają z nóg, ale biorąc pod uwagę ciężar całego bagażu wraz z rowerem, który przyszło mi przemieszczać i tak uznaję to za niezły wynik. Zresztą nie o odległości i czasy mi chodziło, a o nacieszenie się piękną przyrodą, spokojem jazdy i niedźwiedziami rzecz jasna.

Trochę statystyk

Trochę statystyk