Nowa Zelandia – Wyspa Południowa

Początek zaczął się dość niefortunnie, bo już na lotnisku w Katowicach okazało się, że nie mogę przewieźć roweru w bagażu rejestrowanym tylko muszę wykupić sprzęt sportowy. Absurdalna sytuacja bo spakowany rower nie przekroczył żadnych wymiarów ani limitów. Ot, zwykłe widzimisię obsługi. Na szczęście dalsza część podróży minęła względnie bez przeszkód nie licząc faktu, że tuż po wylądowaniu w Luton i odebraniu bagażu, spiesząc na autobus i człapiąc nieudolnie przez lotnisko z 40kg torbą na jednym ramieniu i 15kg na drugim, ta pierwsza zsunęła mi się wprost na kciuk, który nie wytrzymał naporu i wygiął się aż nazbyt intensywnie. Spowodowało to niemiłosierny ból, opuchliznę i wykluczenie kciuka z użytkowania na następne tygodnie.

Poruszanie się z tym bagażem po Londynie było prawie awykonalne. Każde 50m wymagało nieludzkiego wysiłku i paru minut przerwy na złapanie oddechu. Trzykrotnie zapytano mnie czy w środku są zwłoki, bo torba rozmiary miała słuszne.

Z urzędu pocztowego, obok którego przechodzę, odebrałem swoje nowe siodełko – Brooks Flyer. Stare poszło od razu do kosza. Nie było wyjścia, musiało się sprawdzić. Jakoś dowlokłem się do Victoria Station, gdzie za 20£ (12,5 za pierwszą dobę i 7,5 za każdą kolejną) mogłem zostawić rower w przechowalni. Tak naprawdę bardziej dzięki uprzejmości obsługi, bo torba była za duża i za ciężka by dało się ją prześwietlić. Tak lżejszy o kilkadziesiąt kilogramów poszedłem na miasto spotkać się z Magdą. Jako, że w Londynie byłem całkiem niedawno, bo schyłkiem ubiegłego lata, to spacerowanie nie było czymś, co by mnie akurat teraz najbardziej interesowało. Szczególnie w lutym. Co prawda temperatura i tak była znacznie powyżej 10C i świeciło słońce, co dawało 15C ciepła więcej względem tego, co zostawiłem za sobą w Polsce.

Wybrałem się na spacer do Camden Town, którego stragany i atmosfera bardzo mi się podobała. Poza tym podczas poprzedniej wizyty w Londynie wpadła mi w oko całkiem ładna torba, której chciałem się jeszcze raz przyjrzeć. Nie kupiłem jej jednak dlatego, że przede mną prawie dwa miesiące nieustannej podróży i trochę by przeszkadzała.

W następnych krokach udałem się do British Museum, w którym tym razem skupiłem się wyłącznie na najciekawszych w moim odczuciu i najbardziej interesujących eksponatach (kamień z Rosetty, zbroja samuraja, rzeźby Partenonu, itp). Po krótkiej wizycie skierowałem się do Nature i Science Museum. To pierwsze wybrałem najpierw, jako że do Science Museum była większa kolejka, a właśnie zaczynało padać, więc czym prędzej chciałem znaleźć się w środku. Po zakończonej wizycie w Science Museum była z kolei jakaś ewakuacja także na tym zakończyłem dzień zwiedzania i wróciłem do mieszkania.

Następny poranek rozpocząłem już skoro świt by mieć pewność, że we wszystkim zdążę. Wrzuciłem coś na ząb pomimo wczesnej pory i pojechałem na Victoria Station odebrać rower. Pomijając dźwiganie go od przechowalni do metra, to dotarcie na Heathrow z jedną przesiadką i to bez zmiany peronu, nie było trudne. Na lotnisku mogłem skorzystać z wózka, więc było mi już znacznie lżej. Zostały ostatnie przepakowania by choć w nieznacznym stopniu zbliżyć się do limitu 30kg. Szczęśliwie udało się , że nikt nie zważył mojego bagażu, a w drodze do stanowiska bagażu ponadwymiarowego dorzuciłem jeszcze parę drobiazgów by ulżyć sobie co nieco z podręcznego. Reszta poszła już jak z płatka, choć w połowie kontroli bezpieczeństwa przypomniałem sobie, że mam ze sobą większość kosmetyków. Na szczęście wszystkie poniżej 100ml, więc to nie problem. Pozostało mi już tylko w spokoju oczekiwać na boarding. Potężny A380 linii Thai Airways stał już zaparkowany przy rękawie.

Pomimo tego, że miałem miejsce przy samym oknie to jednak dość niefortunne, bo na środku skrzydła tego ogromnego kolosa. Jedyne co widziałem to niebo, a jeśli nie było chmur to widoki musiały być naprawdę ciekawe.

W niedługo po starcie załoga podała obiad, a poza tym czas spędzałem na oglądaniu filmów. Jakoś w połowie lotu wdałem się rozmowę z pasażerem z sąsiedniego fotela, który leciał do  Tajlandii na wakacje. Tak też na rozmowie i zerkaniu na film upłynęła nam dalsza część lotu. Im bliżej było do lądowania tym senność dawała się bardziej we znaki. Nad Bangkokiem powoli wstawał właśnie nowy dzień.

W kolejce do odprawy paszportowej spędziliśmy standardowo godzinę. Toby odebrał swój bagaż, a ja z kolei zostawiłem swój i wspólnie udaliśmy się na miasto.

IMG_0099

Bangkok przywitał nas pięknym słońcem, wysoką temperaturą i oczywiście egzotycznymi owocami, których tak mi brakowało, a które można było kupić tu na każdym kroku, czego sobie wcale nie odmawiałem. Królowały słodkie i soczyste ananasy, orzeźwiające kokosy, dojrzałe mango i papaje, a widząc smocze owoce wziąłem od razu dwa na dalszą drogę. Toby zameldował się w hostelu, a następnie udaliśmy się zwiedzać Wielki Pałac Królewski. Ludzi było wszędzie co nie miara, jakby w jakieś święto, o czym mogły świadczyć porozstawiane dookoła stragany. Jeżeli rzeczywiście było to święto to chyba jakieś wojskowe lub policyjne, na co wskazywały porozstawiane banery. Nie brakowało również plakatów i billboardów upamiętniających niedawno zmarłego króla, który cieszył się w Tajlandii ogromnym szacunkiem i uwielbieniem.

Giant statues in Bangkok national royal palace, Thailand

IMG_0075

Leżący Budda

IMG_0088

Pałac obeszliśmy dość pospiesznie ze względu na tłok, jaki w nim panował. W drodze do Wat Pho – świątyni leżącego Buddy trochę się zagadaliśmy, a że czas mnie powoli zaczynał gonić to świątynię obejrzałem już sam zostawiając Toby’ego z napotkanymi wcześniej turystami. W moim odczuciu Wat Pho jest zdecydowanie ciekawsza od Wielkiego Pałacu, a bilet wstępu pięć razy tańszy. Początkowo planowałem, że przejdę jeszcze przez chińską dzielnicę ale nie bardzo miałem już na to czas, więc zamiast tego pozwoliłem sobie na długi – kilkukilometrowy spacer w stronę stacji. Po drodze wstąpiłem do jakiegoś zapomnianego przez świat lokalu na zupę w zupełnie nieturystycznym miejscu. Jedzenie uliczne w Azji ma swój klimat i często jest smaczniejsze niż w typowej restauracji w zachodnim stylu.

IMG_0065

Pałac królewski

Na lotnisko docieram ze sporym zapasem czasu i przy bramce stawiam się dużo wcześniej. Ten – także 11,5h odcinek pokonam na pokładzie wysłużonego trochę A330-200. Po przeszło trzydziestu paru godzinach bez snu oczy mi się same zamykają i usypiam momentalnie po starcie. Budzę się tylko na posiłki i zmianę pozycji. Do żywych wracam dopiero gdzieś nad Morzem Tasmana – daleko po minięciu Australii. Coraz bardziej zaczynam się martwić czy aby 2,5h czasu na przesiadkę w Auckland to wystarczająco. Czeka mnie nie tylko kontrola paszportowa, gdzie na oficjalnej karcie imigracyjnej dla własnego dobra wolę zaznaczyć, że nigdy nie byłem deportowany oraz odpowiedzieć na parę standardowych pytań typu jak długo zamierzam pozostać w Nowej Zelandii, co będę tutaj robił i jak długo byłem w Tajlandii. Padają również pytania o mój pobyt w Azerbejdżanie oraz Iranie ale po tej bardzo standardowej procedurze dostaję wizę na trzy miesiące i spieszę odebrać bagaż, z którym następnie ustawiam się do kontroli biologicznej. Deklaruję posiadanie suchego jedzenia oraz sprzętu sportowego, więc czeka mnie jeszcze jedna kolejka do sprawdzenia tego wszystkiego. W zasadzie idzie łatwo i sprawnie, a sama kontrola zajmuje ledwie parę minut. Sprawdzana jest głównie czystość opon w rowerze i szpilek namiotu. Od terminala krajowego dzieli mnie 900m. Ścieżka jest oznaczona więc w dziesięć minut pchając wózek docieram na miejsce. Jestem trochę zakręcony szukając stanowiska odpraw bo z wielką torbą z rowerem w środku pakuję się aż do kontroli bezpieczeństwa! Po chwili do mnie dociera gdzie ja to chciałem wejść i wracam przeciskając się między linami. Całe szczęście, że parę godzin wcześniej na lotnisku w Bangkoku dokupiłem dodatkowe paręnaście kilogramów bo teraz mogę bez stresu rozpakować moje blisko 45kg i przestać udawać, że jak to, to przecież tylko 30kg (czyli tyle ile bagaż rejestrowany w Thai).

Lot do Queenstown położonego na południowej wyspie odbywa się na pokładzie samolotu lini JetStar, z którymi miałem już okazję lecieć przez Australię parę lat wcześniej. Niestety trafia mi się środkowe miejsce, w dodatku wśród azjatyckiej wycieczki i nici z rzekomo zapierających dech w piersiach widoków. Poza tym jestem troszkę zmęczony po przeskoczeniu 13 stref czasowych i zwiedzaniu Bangkoku, mimo sporej ilości snu złapanej w drodze do Auckland, więc korzystając z okazji ponownie zasypiam.

W Queenstown wita mnie piękne niebieskie niebo i słoneczne, ciepłe popołudnie. W punkcie Vodafone kupuję kartę SIM. Mają w ofercie bardzo fajny pakiet dla turystów – 200 minut w sieci (także na europejskie numery), 200 SMS oraz 3GB do wykorzystania przez 2 miesiące w cenie 49$. Są jeszcze inne pakiety ale ten najbardziej mi odpowiada.
W miejscu odbioru oversize luggage odbieram swój rower. Jak zawsze w takiej sytuacji mam obawy czy wszystko doleciało w całości ale szczęśliwie tak. Przed lotniskiem znajduje się punkt serwisowy dla rowerów z uchwytem w ścianie, na którym można zawiesić rower i zabrać się za składanie. Odwijam metry folii bąbelkowej i upycham ją z ledwością w koszu. Po godzinie jestem gotowy do drogi, choć wiem, że poprawianie ładunku, dopasowywanie sakw, dokręcanie wszystkich śrubek, pedałów, itp. jeszcze zajmie parę dni aby dojść do stanu, w którym wszystko będzie funkcjonowało jak w idealnie naoliwionej maszynie.

IMG_0117_a

Z lotniska do miasta jest dosłownie kawałek. Można powiedzieć, że lotnisko leży przy wjeździe do Queenstown. Zaczynam od stacji benzynowej, na której koniecznie potrzebuję kupić benzynę do kuchenki. Bez tego ani rusz żeby gotować. Mam przejściowe problemy z dostaniem takiej małej ilości paliwa ale proszę jednego z kierowców żeby mi odlał trochę do butelki. Nie był to dla mnie dobry interes bo za niecały litr chciał prawie 3$ ale czasem nie ma wyjścia. Później nauczony doświadczeniem będę korzystał tylko ze stacji samoobsługowych, gdzie najpierw obciąża się kartę, a później tankuję. Minusem takiego rozwiązania jest to, że przez parę dni potrafią na karcie zablokować kwotę rzędu 150$. Nieopodal w sklepie sieci PAK’n’SAVE robię zakupy spożywcze i dociążam rower prowiantem na najbliższe parę dni. Pierwsze zetknięcie z cenami w Nowej Zelandii jest szokujące i z czasem wcale nie będzie mi się łatwiej do nich przyzwyczaić. Po odhaczeniu tych rutynowych zadań na liście mogę wreszcie wyruszyć w drogę. Wiem, że niebawem będę przeklinał wszystko i narzekał na wiatr, nawierzchnię, pogodę i co się jeszcze tylko da ale teraz naprawdę nie mogę się doczekać jazdy, szczególnie po tylu godzinach spędzonych w podróży i samolotach. Poza tym miło jest się przejechać rowerem w piękne, ciepłe, słoneczne lutowe popołudnie. Z mapy wiem, że przy drodze wiodącej na południe wzdłuż jeziora Wakaitpu nie ma za bardzo miejsc na nocleg ale po niespełna 18km znajduję kawałek ustronnego, trawiastego terenu, który idealnie nadaje się pod namiot. Słońce zachodzi za górami parę minut przed 21 ale widno jest jeszcze przez godzinę. Niestety nie ma tu zejścia do jeziora ale przezornie wziąłem trochę wody do butelek więc mogę coś ugotować.

Dopiero następnego ranka po przejechaniu paru kilometrów znajduję idealne miejsce na postrój przy jeziorze. Woda nie jest zbyt ciepła ale za to jezioro Wakaitpu uchodzi za najczystsze na świecie – 99,9% czystości. Większe szanse są na to, że woda tegoż jeziora jest czystsza aniżeli butelkowanej. Nawet po tym jak postanowiłem się w nim wykąpać. Ahh, od razu lepiej po takim odświeżeniu i przebraniu w czyste ubrania.

IMG_0123_a

W Kingston wjeżdżam na jedną z wielu nowozelandzkich ścieżek rowerowych – Around the mountains prowadzącą dookoła gór Eyre. W większości nawierzchnia jest szutrowa i prowadzi w niewielkim oddaleniu od głównej drogi, poprzez pola i łąki. Wyjechałem też z Otago i znalazłem się w prowincji Southland. Im bardziej jadę na południe tym krajobraz staje się mniej górzysty. Powoli przechodzi we wzgórza i pagórki, pola, łąki i lasy. Do Alp Południowych jednak jeszcze wrócę i to w pełni, w momencie gdy będę jechał wzdłuż nich, przez nie i po nich. Ale to za parę dni. Miejsce na nocleg znajduję wręcz idealne, choć początkowo zaczynam się martwić bo perspektywy są słabe. Przede wszystkim w Nowej Zelandii nie można ot tak sobie nocować, gdzie się chce, a przynajmniej w teorii tak to powinno wyglądać. Przed wyjazdem spędziłem sporo czasu wertując przepisy i interpretacje by nie być zaskoczonym na miejscu. W praktyce istnieje ogólne przyzwolenie na nocleg na dziko ale wiele regionów bądź miast wprowadza swoje zakazy, co jest bardzo powszechne i stąd spora część kraju jest jakby wyłączona z takiego biwakowania. Są oczywiście wyznaczone ku temu miejsca, które dzielą się na „self-contained”, czyli nocowanie jest dozwolone w odpowiednio do tego przystosowanym pojeździe. Sprowadza się to po prostu do konieczności posiadania niebieskiej naklejki na szybie, która potwierdza posiadanie toalety na pokładzie. Wtedy jest się „self-contained”. W każdym innym przypadku, czy to nocując w samochodzie, namiocie czy jakkolwiek jeszcze inaczej zostają nam pozostałe miejsca. Tych z kolei też nie jest wcale mało, a z pomocą w ich odnalezieniu przychodzą dedykowane aplikacje na telefon. Dla podróżujących samochodem nie stanowi to problemu jeśli można podjechać dodatkowe parę-naście/dziesiąt kilometrów by skorzystać z takiego miejsca. Na rowerze to już nie jest takie hop jakby się chciało. Nie mniej jednak miejsce znajduję i to całkiem ładne bo nad rzeką. Ba, jest wręcz bardzo malownicze, położone jakby w ogromnej dolinie otoczonej znacznie oddalonymi górami. Tuż obok leniwie płynie rzeka i widać, że panuje teraz pora sucha bo wody w niej jest mało, a w razie konieczności do dyspozycji ma kilkukilometrowej szerokości płaską dolinę. Robię szybkie pranie, wcinam obiadokolację i kładę się do namiotu. Mimo, że przestawiłem się prawie od razu zarywając noc i następnie śpiąc w samolotach to senność w połączeniu ze zmęczeniem daję się we znaki i bardzo szybko usypiam.

IMG_0132_a
Noce nie są za gorące i ubieram na siebie co najmniej dwie warstwy ubrań. Dni z kolei są dla odmiany bardzo ciepłe, wręcz gorące. Momentami temperatura na liczniku bez większych problemów przekracza 35C, a poniżej 30C spada dopiero po godzinie 18. Przejeżdżając przez park The Catlins w cieniu sięgnęła 39C! Dość powiedzieć, że było gorąco, a pedałowanie w takiej pogodzie było lekkim wyzwaniem. Z drugiej strony lepiej tak aniżeli miałoby być zimno, deszczowo i paskudnie. Ale spokojnie, na wszystko przyjdzie pora. Już ja znam swoje szczęście. W The Catlins skończył się asfalt i jechałem szutrową, prawie bezludną drogą. Od czasu do czasu przejeżdżała tylko jakaś ciężarówka wioząc ścięte drzewa z lasu.

IMG_0135_aIMG_0140_aIMG_0155_aIMG_0158_aIMG_0159_a

Okolica początkowa przypominała bardzo nasze pagórkowate, zielone Pieniny czy Beskid Niski, a dopiero z czasem przeszła trochę w tropikalny, gęsty las. Dało się to odczuć między innymi przez duchotę jaka panowała w pobliżu. Powoli zaczynały dopadać mnie różne przygody i nieprzewidziane zdarzenia. A to zgubiłem śrubkę od bagażnika, który w następstwie osunął się i spadł prawie, że na ziemię, a to z kolei w nocy nie zamknąłem sakwy,  kiedy to zerwała się wichura i wywiała folię, którą był przykryty rower i do środka napadał deszcz. Po jednej nocy w chatce wędkarzy nad rzeką, w której postanowiłem przenocować by nie rozkładać namiotu zgubiłem pokrowiec na rower, z którym przyleciałem. Wróciłbym się po niego ale nie miałem do końca pewności, gdzie go tak naprawdę zostawiłem, a poza tym zorientowałem się jakieś dwa dni później i 150km dalej. Szkoda było wracać. Pokrowca było tym bardziej szkoda ale miałem półtorej miesiąca by rozważyć w jaki sposób zapakuję się i wrócę do domu. Pogoda cały czas dopisywała, dojechałem nawet do oceanu i parę kilometrów jechałem jego brzegiem aż do latarni morskiej Nugget Point. Przed Milton ponownie skierowałem się wgłąb wyspy. To co mnie wtedy uderzyło to to, że przy temperaturze 26C miałem wrażenie, że powietrze jest wręcz lodowate. Jakby włożyć głowę do zamrażarki. Dopiero parę kilometrów dalej od wybrzeża, po przejechaniu kilkunastu pagórków temperatura wróciła do znacznie przekraczającej 30C i standardowego upału. Zjawisko to wynika zapewne z faktu, że z Nowej Zelandii jest już stosunkowo blisko na Antarktydę, a przypływających stamtąd mas powietrza nic nie blokuje i zdarza się, że powietrze, które dociera nad wyspę jest lodowato mroźne. Nawet pomimo wysokiej temperatury w piękny, słoneczny dzień. W Lawrence rozpoczyna się kolejna ze ścieżek – Clutha Gold Trail, która od miejscowości Beaumont prowadzi wzdłuż rzeki Clutha. Szlak jest tak malowniczy, że aż ciężko go opisać. Ścieżka wije się razem z rzeką pomiędzy górami mijając po drodze opuszczone farmy lub po prostu wiodąc przez kompletne pustkowia. Korzystając z uroków sprzyjającej aury wskakuję do rzeki by się trochę ochłodzić i obmyć. Otago jest bardzo suche i dopiero z czasem rzuca się w oczy jak mało drzew tu rośnie, a tylko żółte, wyschnięte trawy pokrywają okoliczne wzgórza. Nie mniej jednak nie jest to krajobraz surowy.

IMG_0170_a

Latarnia w Nugget Point

IMG_0171_aIMG_0172_a
W miejscowości Alexandra robię większe zakupy, szczególnie potrzebuję kremu z dużym UV bo południowe słońce daje ostro popalić. Ma to pewnie związek z dziurą ozonową, która w tej okolicy jest powiększona i do ziemi dociera więcej promieniowania UV. Warto się dobrze nasmarować! Bagażnik dopełniam też prowiantem na najbliższe parę dni. Zazwyczaj rzadko jest tak, że w okolicy nie ma sklepów, a jeśli już to i na stacji benzynowej da się kupić najbardziej potrzebne rzeczy. Jedna w supermarkecie i wybór większy i ceny niższe. Najwięcej korzystam chyba z New World, a dużo cen jest niższych dla posiadaczy kart stałego klienta. Jako, że nie mam swojej to kasjerka skanuje swoją i rachunki są zwykle niższe o parę dolarów. Dopiero po jakimś czasie proszę o własną kartę i dostaję wersję tymczasową dla turystów w wydaniu papierowym. Nawet pod tym względem są przygotowani. Od Alexandra wjeżdżam na następną ścieżkę – Otago Central Rail Trail. Jak sama nazwa wskazuje, prowadzi ona dawną trasą kolejową dzięki temu jest szeroka, a wszelkie nachylenia są bardzo łagodne. Bardzo fajne uczucie, gdy nagle wjeżdżam na stacje, mijam perony, budynki dworca, w których obecnie mieszczą się kawiarnie czy inne lokale. Dzień mojego przejazdu to sobota i załapuję się nawet na jakiś wyścig. Przejeżdżając przez tłum gapiów załapuję się nawet na owacje i doping! Dalej trasa prowadzi przez jeszcze większe odludzia, wąwozy i góry. Jako, że jest to szlak kolejowy to jedzie się starymi mostami, tunelami, w których panują całkowite ciemności więc niezbędne jest skorzystanie z własnych źródeł światła.

IMG_0190_a

Rzeka Clutha

IMG_0194_aIMG_0203_a

Ponownie docieram do wybrzeża i napotkawszy ślady cywilizacji usiłuję kupić zapasowe śrubki, bo gubię je namiętnie. A to od bagażnika, a to od hamulców i tak ciągle coś. W Moeraki zatrzymuję się by pooglądać ogromne głazy na plaży po czym jadę dalej.

IMG_0208_aIMG_0211_aIMG_0215_a

Z Oamaru zaczyna się (lub kończy) ścieżka Alps 2 Ocean, którą podążę aż pod Górę Cooka/Aoraki w Alpach Południowych. Pierwszy dzień tej jazdy to głównie kręcenie przez pola i tereny rolnicze, na których nie wychodzę korzystnie czasowo aniżeli gdybym jechał prosto drogą. Po kilku dniach pochmurnej ale bynajmniej nie deszczowej pogody wracają upały i znów leje się ze mnie. Mijam pierwsze winnice, bo Otago słynie z dobrego wina. Uprawia się tutaj w szczególności Pino Noir, którego butelka leży w domu i czeka na swój moment.

IMG_0250_aIMG_0267_aIMG_0270_aIMG_0275_aIMG_0290_aIMG_0296_aIMG_0297_a

Mimo, że jadę w Alpy to podjazdy nie są straszne ale wszystko ciągle przede mną. Namiot rozbijam prawie w korycie wyschniętej rzeki ale po chwili namysłu postanawiam przesunąć się parę metrów w bok. Na opady się nie zanosi ale dookoła góry i gdyby w nocy parę kilometrów dalej spadł jakiś deszcz to wolę obudzić się suchym. Pod samą górę Cook’a nie dojeżdżam bo najbardziej zależy mi na zdjęciach, a w godzinach popołudniowych nic dobrego nie wyjdzie więc zbliżam się tylko na tyle by mieć dobre ujęcie i ruszam dalej. W międzyczasie małżeństwo podróżujących Nowozelandczyków zaprasza mnie na lunch do swojego kampera. Odpoczywam, posilam się, trochę rozmawiamy po czym kieruję się do Tekapo.

IMG_0312_a

IMG_0316

Góra Cooka

IMG_0334_a

Nadciąga zły wiatr!

Jeszcze nad jeziorem Pukaki robię kolejną pauzę i wcinając chleb tostowy z nutella delektuję się ostatnim bezpośrednim widokiem na Aoraki. Gdy tylko ruszam wpadam na silny wiatr wiejący w twarz lub z boku. Do Tekapo mam zaledwie 40km ale 30km zajmuje mi 3h. Nie sposób jechać. Jak okiem sięgnąć wszędzie równina i wiatr wiejący zza gór nie napotyka na żadne przeszkody (poza mną) i to ja obrywam najbardziej. Obawiam się zmiany pogody bo właśnie na grzbietach gór zatrzymały się potężne chmury i z niepewnością zastanawiam się co przyniesie następny dzień. Resztką sił docieram do miejsca, w którym mogę się spokojnie rozbić. Jest co prawda zakaz ale dochodzi 21, padam na twarz, słońce zaszło przed parunastoma minutami, robi się zimno i jestem głodny. Wiatr nie mija ani następnego dnia, ani nawet trzy i cztery dni później. O ile początkowo zrywa się dopiero popołudniami, o tyle później ostro dmucha już od samego rana. Czternastego dnia jazdy trochę się przeliczyłem w szukaniu miejsca na nocleg, bo z początku wydawało mi się, że dotrę tam już po 80km, z czego przy 70 miałem już dość przez wiatr. Dopiero jak spojrzałem raz jeszcze to zorientowałem się, że zostało mi jeszcze 40km, a wbrew pozorom mimo, że jechałem przez prawie całkowite odludzia to nie było nigdzie miejsca by się zatrzymać na noc. Trzeba było pokornie pochylić głowę i jechać przed siebie dalej. Trochę dopisało mi wtedy szczęście bo na pewien czas wiatr się odwrócił i z brakujących 40km, 25km zrobiłem w godzinę, a resztę dojechałem powoli z bocznym wiatrem.

IMG_0345_a

Kościół Dobrego Pasterza w Tekapo

IMG_0352_a

Przełęcz McKenzie

IMG_0367_a

Alpy Południowe najbardziej dały się odczuć gdy przejeżdżałem na zachodnią stronę wyspy. O ile podjazdy mi nie przeszkadzają bo każdy się kiedyś kończy, o tyle w przypadku wiatru nie ma takiej pewności – trzeba się męczyć. Zwykle staram się trzymać dziennego dystansu przekraczającego 100km ale teraz po 65km rezygnuję i rozbijam się nad jeziorem. Miejsce bardzo urokliwe, blisko wody, które niestety do ciepłych nie należy. Poza tym nie jest już tak wcześnie jak mógłbym przypuszczać z ilości (małej) przejechanych kilometrów. Tak więc relaksuję się przy namiocie, czytam książkę i pałaszuję garnek kisielu. Mam nawet ambitny pomysł, by nazajutrz wyruszyć wcześniej i spróbować uniknąć wiatru, który przybiera na sile popołudniu ale kończy się jak zwykle, czyli że zbieram się o normalnej godzinie. Nad ranem temperatura spada poniżej 5C! Jest bardzo zimno ale po części wynika to z faktu, że nocuję na wysokości ponad 600m n.p.m. w pobliżu jeziora. Mam bez wątpienia jakiegoś pecha, bo wiatr zaczyna wiać już od samego rana i oczywiście prosto w twarz. Mimo, że droga wije się górami, dolinami, a więc znacząco zmienia kierunek to nie przestaje wiać z przodu. Na Przełęczy Artura (740m n.p.m.), gdzie mieści się wioska, stacja kolejowa oraz informacja turystyczna zasięgam języka i niestety nie mam dobrych wieści. Ma wiać jeszcze 3-4 dni i nadchodzą opady deszczu.

IMG_0380_aIMG_0391_aIMG_0394_aIMG_0398_a

Wyjeżdżam z Canterbury i wjeżdżam do West Coast. Z przełęczy rozpościera się widok na wiadukt Otira, a pod nogami chodzą papugi kakapo – endemiczne, nielotne i zarazem najcięższe papugi na świecie. Historia gatunku jest dość ciekawa, o tym jak ewoluował do postaci nielotnej z powodu braku większych drapieżników i odizolowaniu wyspy. Niestety wraz z rozwojem osadnictwa i introdukcji nowych gatunków, kakapo stały się krytycznie zagrożone i wprowadzono zakrojone na szeroką skalę plany ich ochrony. Co nie zmienia faktu, że kakapo jest kłopotliwą i psotliwą papugą. Uwielbiają one na przykład wyciągać uszczelki z samochodowych okien. Do tego stopnia jest to uciążliwe, że podobno tworzy się dla nich specjalne place zabaw, na których mogą sobie ciągnąć różne gumowe elementy.

IMG_0460_a

Papuga kakapo

IMG_0402_aIMG_0416IMG_0420

IMG_0433_a

Uwaga kiwi

IMG_0444_a

Za Arthur’s Pass pogoda i krajobraz zmieniają się bardzo. Suche, trawiaste dotąd góry zostają zastąpione przez wszechzielone, gęste lasy, paprocie, a co kawałek skądś kapie i spływa woda. Szczęśliwie też zmienił się, a raczej osłabł i wiatr. Na nocleg docieram dość późno ale za to w fajne miejsce – nad jezioro w pobliżu Kumary. Woda jest znośna więc mogę się porządnie obmyć, a i mam z kim porozmawiać bo obok mnie rozłoży ma swój namiot Holender, który też zwiedza Nową Zelandię na rowerze.

IMG_0522_aIMG_0526_a

Nieopodal Hokitiki znajduje się jaskinia ze święcącymi robaczkami, do której chciałem dotrzeć, jednak na miejscu okazuje się, że to wcale nie jaskinia, a po prostu mała dolinka porośnięta mchem i paprociami, a w ciągu dnia nie sposób dostrzec święcących robaczków. Po zjeździe z gór uzupełniam zapasy jedzenia. Wychodzę ze sklepu z kilkoma siatkami zakupów i ledwo udaje mi się to wszystko poupychać w sakwy. Ruszam do oddalonego o parę kilometrów Wąwozu Hokitika, w którym wrażenie robi turkusowy kolor wody.

IMG_0467_a

IMG_0471_a

Hokitika

IMG_0482_a

IMG_0487_a

Wieczór znajduję odludną plażę nad jeziorem Kaniere, gdzie dosłownie metr od wody rozkładam namiot. Nie jest mi jednak dane na spokojnie delektować się otaczającą przyrodą bo po chwili osaczają mnie nieznośne, gryzące meszki. Kończy się tym, że kolację (bataty z mlekiem kokosowym) przygotowuję w namiocie i w pośpiechu wybiegam ze środka by postawić garnek na kuchence. Nadciągające od wieczora chmury zepsuły już nie tylko malownicze widoki ale i całą pogodę. Od rana intensywnie pada i jakoś nie czuję się w chęci do jazdy. Leżę w śpiworze, czytam książkę, uzupełniam notatki i uszczuplam zapas ciastek. Około 13 przestaje padać. Wyłapuję moment by zrobić jakieś jedzenie, spakować się i gdy godzinę później ruszam w drogę, zza szarych, deszczowych chmur przeświecają łaty niebieskiego nieba. Postanowiłem sobie, że jeśli tylko pogoda pozwoli to będę kontynuował jazdę szlakiem rowerowym „West Coast Wilderness Trail”. A zdecydowanie było warto! Kawałek za jeziorem szlak wjeżdża w dolinę. Z każdej strony góry, obok płynie rzeka i wszędzie dookoła zieleń. Ciemnozielone lasy porastające góry i jasnozielona trawa na łąkach i pastwiskach. Widoki obłędne. Z przeciwka jedzie trójka rowerzystów – z USA i Anglii. Zatrzymujemy się i rozmawiamy parę minut, po czym ruszamy każdy w swoim kierunku. Droga przechodzi w ścieżkę i zaczyna się wznosić zakosami na zbocze góry. Podjazd jest jednak bardzo łagodny i nie nastręcza problemów. Parę razy mijam innych rowerzystów jadących z przeciwka. Mijam Cowboy Paradise – miejsce, w którym można zatrzymać się na nocleg lub posiłek. Jadę jednak dalej. Odkąd zrobiła się piękna, słoneczna pogoda jakoś nabrałem energii i pędzę przed siebie. Od Cowboy Paradise ścieżka zaczyna tracić wysokość i pędzę co sił przez las. Ponownie nocuję przy Kapitea Reservoir w pobliżu Kumary. Tym razem jednak dzięki lepszej pogodzie mam i lepsze widoki na góry.

IMG_0512_a

Widoki na West Coast Wilderness Trail

IMG_0528_a

Ścieżka prowadzi dalej do Kumary i Greymouth choć teren jest już płaski i spokojny. Zaraz na początku jazdy łamie mi się płytka plastikowa w bucie SPD i od tego momentu przestaję się wpinać w pedały. Na postoju po drodze spotykam parę Nowozelandczyków, którzy dopiero przed chwilą zjechali z Arthur’s Pass i mówili, że w nocy był lekki przymrozek. Chyba mam szczęście, że mnie to ominęło, a i parę dni wcześniej, gdy tam nocowałem było bardzo zimno nad ranem. Przez cały dzień jadę wzdłuż lub główną drogą nr 6. Prowadzi ona zachodnim wybrzeżem wyspy więc z lewej strony mam bezkresny, niebieski ocean, a z prawej oświetlone południowym słońcem i obficie porośnięte paprociami strome zbocza gór. W Parku Narodowym Paparoa, którego skraj delikatnie styka się z oceanem, zatrzymuję się przy Pancake Rocks – miejscu, w którym skały warstwowe zbudowane z wapieni erodowały tworząc baseny przypływowe i przeręble (blowholes). W miarę jak popołudnie przemija i wieczór zbliża się coraz większymi krokami rozpoczynam poszukiwania miejsca na nocleg. Najpierw próbuję zjechać z głównej drogi między góry – wgłąb parku. Znaki od początku informują, że droga może być podatna na zalewanie ale jest tak sucho, że powódź mi nie grozi. Nie znajduję tam jednak dogodnego miejsca na rozbicie się i wracam na „szóstkę”.

IMG_0542_aIMG_0565_a

IMG_0573_a

Widoki są obłędne. Jadę krętą drogą z jednej strony mając ocean, a z drugiej oświetlone ciepłym światłem stoki. Między tym wszystkim jak wąska wstążka wije się droga, którą jadę. Oczom mym ukazują się złociste plaże i plan na noc zaczyna nabierać kształtów. Pozostaje tylko znaleźć odpowiednie zejście. Udaje się to parę kilometrów dalej. Jak zwykle nie przepadam za noclegiem na plaży bo piasek, bo hałas (tak, ocean w nocy jest nieznośnie głośny) i zwykle nie łączy się to z wodą pitną, tak tym razem jest bardzo klimatycznie i do samego zachodu delektuję się widokami. Odprowadzam słońce wzorkiem za horyzont i dopiero wówczas przystępuję do wieczornych prac i przyrządzenia kolacji.

IMG_0575_aIMG_0579_a

Poranek jest niemniej czarujący jak zmierzch, jako że wilgotna woda morska wraz z solą paruje z nad oceanu i unosi się w stronę gór.

IMG_0590_a

IMG_0591_a

Nieopodal Westport, na przylądku Foulwind robię sobie przerwę i idę na spacer z platformy widokowej obserwować pluskające się na brzegu foki. Jest ich kilka, między innymi samica z młodymi. Pomimo znaków drogowych przestrzegających przed obecnością pingwinów nie udaje mi się żadnego zobaczyć.
Samo Westport to tylko czas na uzupełnienie zapasów jedzenia i ruszenie dalej w górę wyspy. Jest to praktycznie ostatni punkt, w którym mogę odbić od zachodniego wybrzeża, ponieważ wyżej nie ma już żadnej drogi prowadzącej na wschód.

IMG_0599_a

Foki

IMG_0602_a

Jadę doliną wzdłuż rzeki Buller i drugi raz podczas tej wycieczki mam od razu mocne zderzenie z meszkami. Od tej pory wszystko staje się trudniejsze bo minutę od zatrzymania atakują dziką chordą. Spray na komary nie pomaga. Ubieram długie rękawiczki, czapkę, zasłaniam również usta, nos i zakładam okulary. Meszki wgryzają się w miejsca, gdzie choćby niewielki kawałek skóry pozostaje niezakryty. Rozbijanie namiotu i gotowanie to koszmar!

IMG_0604_a

Rzeka Buller

IMG_0609_aIMG_0620_a

Rano rezygnuję ze śniadania i zatrzymuję się dopiero godzinę później, w całkiem ładnym miejscu nad rzeką i co najważniejsze – nasłonecznionym. O tej porze meszki choć jeszcze się pojawiają to już sporadycznie. W Inangahua dojeżdżam do skrzyżowania z drogą 69, która w tej chwili jest jedyną drogą łączącą północ z południowym-wschodem wyspy. Z powodu osunięcia się ziemi w Kaikourze 14 listopada 2016 r. droga numer 1 została zamknięta (ponownie otwarta 15 grudnia 2017 r.) i cały ruch odbywa się właśnie tędy. Inangahua była również świadkiem trzęsienia ziemi z 1968 roku, w którym dość poważnie ucierpiała i do dziś nie powróciła do stanu sprzed wydarzenia.

W miejscowości Lyell rozpoczyna się jedna z ciekawszych tras rowerowych – Old Ghost Trail mająca 85km długości i status dość trudnej. Niestety nie nadaje się na mój ciężki i załadowany rower, a poza tym po dwóch dniach jazdy po górach znów wylądowałbym na zachodnim wybrzeżu. Może innym razem.

Przy początku szlaku znajduje się jednak kemping, parking i co najważniejsze – półotwarty budynek służący za miejsce piknikowe, który zamiast okien ma siatkę. Nie wiem jak inaczej w tej okolicy mógłbym się zatrzymać, odpocząć, zjeść i nie zostać jednocześnie zjedzonym. Przez meszki.

Nieopodal znajduje się najdłuższy wiszący most w Nowej Zelandii – 110m na rzece Buller w wąwozie o tej samej nazwie. Nie jest zawieszony jakoś wysoko nad lustrem wody i nie robi w moim odczuciu spektakularnego wrażenia ale pani mówi, że skoro przyjechałem na rowerze to mogę wejść za darmo. Po drugiej stronie znajduje się kilka krótkich ścieżek edukacyjnych na temat roślin, zwierząt i wydobywania złota.

IMG_0622_a

IMG_0624_aIMG_0631_aIMG_0641_aIMG_0626_a

Za Murchison odbijam w kierunku parku narodowego Nelson Lakes. Gdybym tylko zjechał parę kilometrów wcześniej w bardziej boczną drogę to może i nie dostałbym mandatu. A było to tak, że jadąc spokojnie usłyszałem nagle za plecami dźwięk koguta i migające światła radiowozu. Z początku nie spodziewałem się, że może chodzić o mnie, co też wyszło bardzo szybko. Okazało się, że w Nowej Zelandii jazda z kaskiem jest obowiązkowa. Przyznaję szczerze, że nie wiedziałem i nie spodziewałem się. Przejechałem już około 2400km niejednokrotnie mijając patrol policji i nie zwrócili mi wcześniej uwagi. Raz czy dwa słyszałem luźno rzucone od ludzi po drodze gdzie mam kask ale nie brałem tego jako wymóg. Na szybko policzyłem, że w takim razie kupię jakiś w Wellington…za plus minus tydzień i kolejne.. 500km. Policjant nie dał się jednak przekonać i powiedział, że bez kasku to on mnie dalej nie puści. Trochę patowa sytuacja bo odludzie jedno z tych większych, choć jak na Nową Zelandię to co jakiś czas jakieś miasteczka się zdarzają. Po chwilowej konsternacji policjant wpada na pomysł, że w Murchison jest jakiś sklep czy komis i może tam będą mieli kask. Przed radio wywołuje kolegę z posterunku żeby podjechał i się rozejrzał. Po chwili nadciąga odpowiedź, że kasku nie mają. Kolejna chwila do namysłu i kolejny pomysł. Ponownie prosi kolegę żeby podjechał, tym razem do jego jego domu i wziął stary, nieużywany już kask od syna. Pojawia się z nim kilkanaście minut później. Nie za bardzo mam ochotę jeździć w kasku, bo gdybym chciał to bym sobie z domu zabrał. Co jednak zrobić skoro trzeba. Parę minut później i 50$ mandatu mniej wyruszam dalej. Wszystko dlatego, że akurat padało i jechałem z gołą głową. W słoneczne dni najczęściej ubierałem czapeczkę, która pewnie z odległości nie rzucała się tak w oczy. Po upływie paru godzin i poprawie pogody kask trafia na bagażnik i trochę się obija. Jednym słowem przeszkadza. Suma summarum zostawię go na lotnisku przed wylotem.

Jeziora w parku Nelson witają mnie niestety deszczem. Malowniczo położone Rotoiti w takiej scenerii nie zachwyca więc po podładowaniu baterii w punkcie informacji ruszam dalej.

IMG_0643_aIMG_0649_a

W Wakefield docieram do kolejnej z wielu nowozelandzkich ścieżek rowerowych – Great Taste trail prowadzącej, jak może trochę nazwa sugeruje, przez winnice, sady, plantacje awokado oraz kiwi. W końcu to dom tych małych owłosionych, brązowych owoców. W Motueca, gdy próbuję skorzystać z bankomatu okazuje się, że ze względu na poprzednią wypłatę gotówki, która została zakwalifikowana jako podejrzana transakcja, mam zablokowaną kartę. Dobrze, że infolinia jest całodobowa i o 5 rano polskiego czasu po serii trudnych pytań udaje mi się ją zdalnie odblokować.

Nieopodal znajduje się park narodowy Abel Tasman. By tam jednak dotrzeć muszę przejechać przez przełęcz Takaka Hill na wysokości 790m. Prawie z poziomu morza na długości 15km wspinam się na tę wysokość po czym szybko zjeżdżam do doliny Takaka zakończoną miejscowością o tej samej nazwie. Nie wiem czy mogę to nazwać pechem czy szczęściem, że na 50km odcinku poprzez góry i lasy, przebijam oponę akurat 3km przed miasteczkiem. Nie pozostaje mi nic innego jak prowadzić rower i trzymać kciuki żeby tam był jakiś sklep rowerowy. Jest! Jakiś jest. Uff, nie powiem, ulga jest, choć nie od razu. Chwila niepewności utrzymuje się, gdy sprzedawca szuka opony i przez dłuższą chwilę nie może znaleźć odpowiedniego rozmiaru. Proponuje mi więc używaną 26×1,5″ czyli znacznie węższą od obecnych Marathon Schwalbe 2″. Ma jednak wkładkę antyprzebiciową, nie jest zniszczona i kosztuje tylko 10$. Korzystam z uprzejmości i narzędzi właściciela i od razu na miejscu dokonuję wymiany. Ubrudziłem się konkretnie więc i bieżąca woda jest sporym udogodnieniem.

IMG_0655_a

Zjazd z Takaka Hill

IMG_0661_a

Przyznam, że jedzie się super i gdy tak się zastanawiam co jeszcze mi się przydarzy, żądli mnie jakiś owad pokroju osy. Uderza we mnie w trakcie jazdy i wbija żądło w usta. Górna warga szybko rośnie do rozmiarów małej parówki i w efekcie wyglądam jak nieudany efekt powiększania ust u wiejskiego lekarza. Opuchlizna utrzymuje się do nocy, a jeszcze dnia następnego czuję zdrętwienie.

IMG_0664_a

Od parku Abel Tasman i zatoki Totaranui, do której zmierzam na nocleg dzieli mnie jeszcze jedna przełęcz, tym razem 300m, którą pokonuję w miarę lekko choć dopada mnie głód i chcąc nie chcąc muszę się jeszcze posilić i uzupełnić zapasy energii. Na kempingu w parku rozbijam namiot tuż za drzewami oddzielającymi mnie od plaży i zatoki. Fale w nocy ponownie hałasują. Zresztą nie tylko one. Po trawniku kręcą się ptaki weka, która są trochę upierdliwe. Może nie tak jak papugi kea ale podobnie. Zaglądają mi pod tropik namiotu i wyciągają garnki, które jak przystało na aluminium strasznie brzęczą, gdy się nimi obija jeden o drugi. Parę razy go odganiam ale co wrócę do środka i się położę to ptaszysko powraca. W końcu cierpliwość zostaje wyczerpana i ruszam odparować jego upierdliwość. Nalewam wody do garnka i biegając za upierdliwym weka odganiam go polewając wodą. Pomogło. Do rana mam spokój.

IMG_0672_a

IMG_0678_aIMG_0680_a

Poranek już nie taki piękny ani słoneczny. Zwijam namiot i pakuję się zanim zaczyna padać. A właściwie to deszcz łapie mnie w drodze na przełęcz jako, że wracam tą samą drogą. W zasadzie to sam wjeżdżam w tę chmurę, z której coraz mocniej pada. Podczas zjazdu klocki hamulcowe zaczynają sukcesywnie odmawiać posłuszeństwa. Klamki ściągnięte do końca, że rąk nie czuję, a mimo tego jadę w dół ponad 20km/h. Zwykle nie jest to oszałamiająca prędkość tyle, że teraz dochodzi do tego szutrowa droga z dużymi kamieniami, ostre zakręty i deszcz. Cieszę się w duchu, że przynajmniej na tej drodze przez dżunglę nie ma żadnych aut. W tej samej chwili jednak wyrzuca mnie z zakrętu na środek drogi prosto pod jadący z dołu samochód. Udaje mi się wybalansować między uderzeniem w auto, a przewróceniem się i ostatnie metry w dół pokonuję hamując butami. Powinienem chyba zacząć grać w gry losowe bo jakie jest prawdopodobieństwo, że w jednym momencie wysiądą mi oba hamulce? Parę kilometrów jestem w stanie jeszcze jechać bez hamulców ale pierwsze lekkie obniżenie terenu i pojawia się problem z wytracaniem prędkości. Na tę ewentualność jestem już jednak przygotowany i posiadam przy sobie zapasowe klocki. Wymieniam te z przodu i dalsza jazda odbywa się już bez zakłóceń.

IMG_0682_aIMG_0685_aIMG_0689_aIMG_0691_a

Trochę przerażeniem napawa mnie ponowny podjazd na Takaka Hill ale w tę stronę ma tylko 10km (czy. jest stromszy) i jakoś idzie to sprawniej.

Tylne hamulce zmieniam dopiero dwa dni później w Nelson. Sprzedawca ostrzega, że wybrane przeze mnie klocki bardzo piszczą ale to nic. Spoiler alert: piszczą jak zarzynane prosię. Wyhamowanie tego ciężkiego potwora podczas jazdy w dół zajmuje wiele metrów, a hałas jaki wydają zdaje się roznosić po całej dolinie, którą akurat się zapuszczam.

Pomimo, że jestem już bardzo blisko Picton, tj. miasta portowego, z którego popłynę na północną wyspę, robię jeszcze mały objazd przez Blenheim i winny region Marlborough, które odpowiada za 77% produkcji wina w Nowej Zelandii. Głównie są to Sauvignon blanc, Pinot noir i Chardonnay. Przejeżdżam przez i pomiędzy winnicami, które ciągną się może i nie po horyzont ale na pewno do podnóża najbliższych gór.

IMG_0750_a

Do Picton docieram popołudniu ale… ponownie je omijam. Rzucam tylko okiem na port, zatokę i zacumowane w niej łodzie z punktu widokowego nad miastem i jadę na podbój jednego z chyba bardziej znanych szlaków Nowej Zelandii – Queen Charlotte Track. Ten 70km prowadzi od Ship Cove do Anakiwa (i odwrotnie), a od paru lat jest również udostępniony dla rowerzystów. Bez problemu można go podzielić na mniej lub więcej odcinków i pokonać w sobie dogodnym tempie. Rowerem decyduję się tylko na pierwszy odcinek od Anakiwa do Te Mahia. Trasa nie jest trudna ale trzeba bardzo uważać. Wiedzie w końcu przez las, po górach i nawierzchnia czasem bywa mokra, śliska i przede wszystkim obfituje w kamienie i korzenie. Jazda z tak ciężkim rowerem jest tym bardziej wyzwaniem. Widoki jakie mi za to towarzyszą rekompensują wszelkie trudy. U stóp mam całe Marlborough Sound z wszelkimi zatoczkami wcinającymi się w zielone zbocza wzgórz, po którym pływają żaglówki i inne łodzie. Udaje mi się nawet dostrzec skaczące delfiny. Widoki zapierają dech. Zapewne gdybym miał mniej obciążony rower lub więcej czasu by wybrać się na cały szlak piechotą to bezapelacyjnie bym skorzystał. Następnym razem!

IMG_0780_a

Queen Charlotte Sound

IMG_0783_a

IMG_0792_a

Widoki poranka

Mimo, że Queen Charlotte Track przejechałem może zaledwie 20km to pozostała część drogi na ten dzień również jest malownicza. Wije się i wznosi wzdłuż zatoki, tak że u swojego boku z jednej strony nieprzerwanie mam piękne widoki.

IMG_0797_aIMG_0807_a

Tym razem będąc w Pikton nie jadę już nigdzie dalej. To jest koniec mojej podróży po południowej wyspie ale dopiero połowa przygody w Nowej Zelandii.

IMG_0769_a

Picton

Po 28 dniach jazdy, w których pokonałem 2562km spędzając 166h na siodełku i za kierownicą pora ruszyć na północ.

O 17 ładuję się na wieczorny prom do Wellington – stolicy kraju, gdzie czeka na mnie Matt z żoną Yilang – przyjaciele z poprzednich podróży, z którymi zawsze udało mi się gdzieś w dalekim świecie przy jakieś okazji spotkać i nigdy dwa razy na tym samym kontynencie.

Zapisy śladu z GPS z poszczególnych dni znajdują się tutaj.

Reklamy

Rowerem przez kraj kiwi

Prawie 4000 przejechanych kilometrów i siedem tygodni spędzonych w Nowej Zelandii zaowocowało sporą ilością materiału, z którego na początek wyszło taki oto film.

Podsumowanie

Wielka Brytania ciągnęła mnie ku sobie od dawna. W dużej mierze było to podyktowane ulokowanym gdzieś w mojej głowie obrazem sielskości i egzotyczność. Egzotyczności, ponieważ wyspy na moje oko są bardzo różne od kontynentu – jakby czas się w nich zatrzymał parę epok temu. Te domy, płoty, mosty z kamienia rozrzucone gdzieś wśród pól. To wszystko nadawało im historycznego akcentu. Momentami dało się odczuć w powietrzu atmosferę wyczekiwania, jakby zza zakrętu miał zaraz wyłonić się rycerz na koniu i zajechać do najbliższej gospody na strawę i napitek. Taki nastrój towarzyszył mi podczas całego pobytu.

Dystans, jaki jestem w stanie pokonać w ciągu dnia waha się od powiedzmy 85km do nawet i 176, bo i tyle kiedyś byłem w stanie przejechać jednego długiego dnia. W ciągu tych wielu, bądź niewielu kilometrów, zależy jak na to spojrzeć, zmienia się tak samo – wiele lub niewiele. Monotonia drogi może być uciążliwa i wyczerpująca psychicznie, odbierająca chęć pedałowania. Z kolei, gdy trasa jest ciekawa jedzie się o wiele przyjemniej, kilometry uciekają bardzo szybko i praktycznie co kawałek jest powód by się zatrzymać, zrobić efektowne zdjęcie i najzwyczajniej w świecie delektować się oglądaną sceną. Jadąc rowerem mam też okazję doświadczać danego miejsca w pełni, a nie przez wielki ekran, jakim jest szyba samochodu. Pogoda, która czasem może być uciążliwa, ma też jeden bardzo pozytywny aspekt. Mianowicie jadąc przez jakieś malownicze tereny obserwuję jak się one zmieniają na przestrzeni czasu. Jak wyglądają o świcie, a jak popołudniu. Gdybym jechał samochodem, to dane miejsce zostawiłbym dawno za sobą i nie miał tej możliwości by zobaczyć je o różnych porach. Tak więc nawet jeśli pada i jest nędznie, to jest szansa, że zanim pojadę dalej, będę miał okazję ujrzeć obecne miejsce w nieco lepszej aurze. Między innymi dlatego właśnie jazda to nie tylko biała przerywana lub ciągła linia, koło, kierownica i przednie sakwy przed oczami, ale również, a raczej przede wszystkim widoki, dla których zdecydowałem się wyruszyć.

Tym razem statystyka wygląda tak:

liczba-kilometrow-wielka-brytania

 

Za pomocą aplikacji Sports Tracker zapisywałem ślad trasy z GPS w telefonie.

Poniżej ślad z pierwszego dnia. Następne są do przejrzenia na stronie ST po kliknięciu strzałki w prawo.

Dzień 1: Aberdeen – Cock Bridge

W ciągu 31 jeden dni pokonałem ponad 2600km i tylko 3 dni spędziłem nie pedałując. Ale przecież nie o liczbę przejechanych kilometrów tutaj chodzi tylko przyjemne spędzenie czasu na świeżym powietrzu, zobaczenie, poznanie czegoś nowego, a to udało się doskonale!

 

Szwajcaria na rowerze

Pierwotny plan zakładał przelot do któregoś ze Szkockich miast, a następnie jazdę poprzez Szkocję połączoną ze zwiedzaniem i powrót z Anglii. Jednak za sprawą sporej ilości mil do wykorzystania w Alitalii postanowiłem polecieć do Mediolanu skąd w planie miałem przejazd na północ, objechanie Szwajcarii i powrót środkami transportu publicznego z zachodniej Austrii.

Pierwszy raz miałem okazję lecieć wraz z rowerem i na czas podróży musiałem odkręcić pedały. przekręcić kierownicę, wypuścić powietrze z kół i zdjąć siodełko. Owinąłem go w całości folią stretchową i po uprzednim uiszczeniu opłaty za rower udałem się do pomieszczenia do nadawania ponadwymiarowego bagażu. Tam okazało się. że rower nijak nie chce się zmieścić i powstał mały problem, który celnik skwitował stwierdzeniem “jak się nie prześwietli to nie leci”. Gdy zabrałem się do zdejmowania folii i odkręcania koła wpadliśmy na pomysł aby spróbować go włożyć pod skosem co przyniosło pozytywne rozwiązanie. Wszystkie pozostałę sakwy wrzuciłem do wielkiego worka wojskowego i nadałem jako jeden bagaż. Po udanej odprawie korzystając z Priority Pass przeszedłem przez fast track do kontroli bezpieczeństwa i udałem się do jednego z dwóch saloników na Okęciu, gdzie czytając książkę oczekiwałem na mój lot. Jakieś 25 minut przed planowym odlotem zauważyłem ostatnie wezwanie wyświetlane na tablicy więc pozbierałem wszystkie swoje rzeczy w pośpiechu i skierowałem się do pobliskiego rękawa.

Samolot był wypełniony ledwie w połowie i obok siebie, a także w przeciwnym rzędzie były wszystkie wolne miejsca. Po osiągnieciu wysokości przelotowej obsługa podała to co zwykle Alitalia serwuje na lotach krótkodystansowych, czyli malutką paczkę krakersów i napój.

Na lotnisku Mediolan Linate wylądowaliśmy o czasie, a bagaż odebrałem kilka minut później. Z rowerem sprawa miała się inaczej ponieważ nie było go nigdzie widać, a nie wiedziałem za bardzo gdzie miałbym się po niego zwrócić, jako że nie było nigdzie stosownej informacji. Kolejka do biura/informacji bagażowej zapowiadała kilkudziesięciominutowe oczekiwanie. Parę minut później jednak zauważyłem, że ktoś go po prostu postawił z boku pod ścianą więc zabrałem się za odwijanie z folii, a po wyjściu z lotniska montowanie sakw na przednim i tylnym bagażniku. Z napompowaniem miałem mały problem ale po wyjściu poza teren lotniska zapytałem na postoju taksówek o pompkę i dostałem kompresor podłączany do gniazda zapalniczki.

Na stacji benzynowej napełniłem butelkę benzyną do kuchenki i można powiedzieć, że byłem gotowy do jazdy i biwakowania, choć tego dnia nie oddaliłem się za bardzo w żadnym kierunku bo zanim to wszystko ogarnąłem nadszedł czas by poszukać miejsca na nocleg.

Jako, że wieczór było wciąż ponad 25C to i noc należała do wyjątkowo ciepłych.

Rano wyruszyłem w dalszą drogę postanawiając pominąć Mediolan, w którym byłem niewiele ponad rok wcześniej i jechać prosto na północ w kierunku Jeziora Como, które było moim celem na ten dzień. Aż do 13 przedzierałem się przez aglomerację jadąc ulicami przyległych do Mediolanu miast i usiłując ominąć drogi niedostępne dla rowerów. Przyznam, że bez nawigacji nie byłoby to takie proste. Całe szczęście, że telefon mogłem nieustannie ładować z dynama i o brak zasilania nie musiałem się martwić. Póki co.

Pogoda dopisywała aż nadto ponieważ temperatura dochodziła do 35C więc długo się nie zastanawiając postanowiłem orzeźwić się krótką kapielą w jeziorze. Na praktycznie całej długości zachodniego brzegu jezioro było zabudowane stylowymi willami i ciężko było o kawałek wolnej przestrzeni. Nierzadko droga prowadziła wąskimi ulicami pomiędzy zabudowaniami, a ruch był tylko jednokierunkowy, regulowany światłami.

Wieczór nadciągnęły ciemne chmury sprowadzając trochę deszczu. Poranek był już znacznie chłodniejszy od poprzedniego dnia. O ile wzdłuż jeziora Como panował dość spory ruch, o tyle od Jeziora Mezzola zaczęła się ścieżka rowerowa, która omijała między innymi tunele samochodowe i prowadziła wałem wzdłuż rzeki i terenów rolniczych. W ten sposób dotarłem do miejscowości Chiavenna, gdzie droga rozwidlała się na tę prowadzącą w kierunku St. Moritz i tę w kierunku przełęczy Spluga (2114m n.p.m.), którą wybrałem ja. Zastanawiając się nad teraz nie wiem co skłoniło mnie do jazdy w stronę przełęczy zamiast wybrać drogę prowadzącą mniej więcej w porządanym przeze mnie kierunku, a zdecydowanie na niższych wysokościach.

Abstrahując jednak od kierujących mną wtedy pobudek zacząłem mozolny podjazd. Już od samego początku droga zaczęła piąć się ostro w górę dając mi ostro w kość. Pomimo, że do przełęczy Spluga miałem ledwie 30km to dotarcie na nią zajęło mi całe popołudnie. Co ciekawe, im było więcej serpentyn i na krótkim odcinku zyskiwałem znacznie na wysokości tym lepiej mi się jechało. Jadąc pośród alpejskich łąk nieustannie towarzyszył mi gwizd hasających beztrosko świstaków.

Na przełęcz dotarłem dopiero o 18, a temperatura wynosiła wtedy 12C. Pospiesznie się ubrałem i rozpocząłem zjazd na stronę Szwajcarska. Po paru minutach naprzemiennego rozpędzania się i hamowania i kilkunastu prawie 180 stopniowych zakrętów byłem już na dole. Jako, że te wyższe górskie przełęcze są zwykle od jesieni do wiosny niedostępne dla samochodów to droga prowadziła poprzez stok narciarski. Kilka kilometrów dalej, gdy ścieżka rowerowa prowadziła lasem dotarłem do Jeziora Sufner, nad którego brzegiem postanowiłem rozbić namiot. Jako, że byłem w dolinie otaczały mnie wysokie góry, przed sobą miałem jezioro, a na drugim jego brzegu leżała urokliwa wioska, jakich pełno w Szwajcarii, wraz z widoczną z oddali wieżą kościoła.

Rano pogoda popsuła się całkiem i padał deszcz dlatego też po namyśle postanowiłem trochę zaczekać. Problemem było to, że rozłożyłem namiot na twardym podłożu i śledzie nie trzymał zbyt mocno, jesli w ogóle, a odciągi całkowicie pominąłem. Spowodowało to, że od czasu do czasu zaczęły do wnętrza spadać kropelki wody. Około godziny 11 przyszło dwóch policjantów, prawdopodobnie zaalarmowanych przez kogos ze spacerowniczów, którzy postanowili mnie wylegitymować. Schowali się pod drzewem i zaczęli gdzieś dzwonić, a po skończonej weryfikacji oddali mi dokumenty i powiedzieli, że jeśli o nich chodzi to nie ma żadnego problemu. Patrząc na mokry namiot zapytali jeszcze czy u mnie wszystko w porządku i pojechali.

Szcześliwie po 12 przestało padać więc mogłem coś ugotować na zewnątrz, spakować rzeczy i ruszyć w dalszą drogę. Jak tylko zjechałem niżej pogoda zaczęła się poprawiać, aż w końcu wyszło piękne słońce i zrobiło się ciepło. W Thusis wymieniłem baterię w liczniku, który sygnalizował, że jest już na wyczerpaniu i ruszyłem w dalszą drogę w dół doliny. Podążając ścieżką rowerową prowadzącą już bardziej górami niż dnem doliny byłem zmuszony w pewnym momencie wybrać trasę dla rowerów górskich aby pojechać w interesującym mnie kierunku. Byłem zmuszony z całym swoim ładunkiem jechać wąską ścieżką, po kamieniach, korzeniach stromo w dół zbocza. Na szczęście tylko na krótkim odcinku. Po dotarciu na dół skierowałem się na zachód, ponownie pnąc się wysoko pod górę. Przez chwilę nawet padał deszcz ale bardzo lokalnie, a przynajmniej nad jedną z mijanych wiosek i całą doliną powstała piękna tęcza. Za kolejnym pagórkiem udało mi się znaleźć camping, gdzie na idealnie przystrzyżonej trawie rozbiłem swój namiot.

Następny dzień przyniósł piękną, słoneczną i ciepłą pogodę oraz nieustanny lecz łagodny podjazd w stronę kolejnej przełęczy – Oberalppass(2046m n.p.m.). Z początku ścieżka rowerowa prowadziła przez pola, łąki, lasami wzdłuż torów, choć czasem nie wiedzieć czemu pięła się wysoko na zbocza gór co wymagało wykrzesania trochę więcej sił. Co do nawierzchni tychże ścieżek to czasem pozostawiały wiele do życzenia. Szczególnie wtedy gdy zamiast twardego, ubitego podłoża było błoto cz luźno rozrzucone duże kamienie, co znacznie spowalniało ogólne tempo jazdy. Asfalt też się zdarzał ale najczęściej na obrzeżach miasteczek i wsi – generalnie na nizinach. Jeśli chodzi natomiast o oznaczenie to było bardzo dobre, co nie stało na przeszkodzie bym kilkukrotnie pojechał w złą stronę. Generalnie na każdym rozjeździe, skrzyżowaniu bądź rozwidleniu stał słup ze znakami przydatnymi dla turystów, które można podzielić na trzy kategorie:

-dla rowerzystów dzielące się na oznaczenia zwykłych tras rowerowych i dla rowerów góskich, wśród których można jeszcze wyróżnic jednocyfrowe ścieżki krajowe, dwucyfrowe regionalne i trzycyfrowe lokalne

-dla pieszych dzielące się na trasy krótkie trasy spacerowe w łatwym terenie, dłuższe spacery i wędrówki po górach

-trasy dla rolkarzy

Po drodze, na jednym z postojów spotkałem trójkę chłopaków, którzy jechali na Matterhorn. Pogadaliśmy parę minut i ruszyłem w dalszą drogę bo było już późne popołudnie, a mnie czekało pokonanie przełęczy. Może za sprawą pokonanej wcześniej przełęczy Spluga i jakiejś tam szczątkowej aklimatyzacji, a może byłem już przyzwyczajony do jazdy bo wjeżdzało mi się nieporónywalnie łatwiej. Oczywiście, że wlokłem się powoli, stopniowo w górę pokonując zakręt za zakrętem ale nie było to już tak męczące. Z niektórych mijających samochodów pozdrawiali mnie ludzie machając i wołając, że już niedaleko. Rowerzystów także było sporo. Najwięcej na kolarzówkach, choć i takich jadących z sakwami też spotykałem. Na Oberalppass nie było tak zimno jak na Spluga jednak i tak się ubrałem przed zjazdem do Andermatt. Na dole już zauważyłem, że coś mi pedał trzeszczy i domyśliłem się, że rozsypało się łożysko. Postanowiłem zastanowić się nad tym już rano co by sobie wieczór nie zaprzątać głowy niczym poza zasłużonym odpoczynkiem.

Rano i tak niczego nie wymyśliłem ponieważ przede mną czekała kolejna przełęcz – Furka (2436m n.p.m.) i żadnego większego miasta, nie mówiąc już o serwisie. Jednak trzeszczenie się uspokoiło, pedał zaczął równo chodzić i problem przestał być dokuczliwy. Wspinając się do góry jechałem drogą, na której kręcono sceny pościgów w jednym z filmów z Jamesem Bondem – “Goldfinger”.

Jeszcze około kilometra przed Furką jechałem rozgrzany w którym rękawie, podczas gdy temperatura powietrza wynosiła nawet 15C. Na przełęczy natomiast pogoda była już zgoła odmienna. Dosłownie 100m dalej padał deszcz, a na zjeżdzie lało już konkretnie przy zaledwie 9C. Nie było to przyjemne biorąc pod uwagę chłodzący pęd wiatru i wodę wlewającą się do butów, które jako jedyne nie były za dobrze chronione przed deszczem. Zjeżdzałem tak prawie 20km, a dalej droga nadal prowadziła w dół, tyle że łagodniej. Jadąc w dół podłączyłem telefon do ładowania, bo szkoda by było zmarnować tyle energii i okazało się, że nie działa to tak jak powinno. Z początku myślałem, że coś zamokło, szczególnie gdy w czasie jazdy wziąłem do ręki wciąż jeszcze wilgotny telefon i przeszedł mnie prąd. Okazało się jednak, że problem jest bardziej skomplikowany i prawdopodobnie wyrobiło się gniazdo micro USB w telefonie, a że to był jedyny kabel jaki miałem ze sobą zostałem bez możliwości ładowania telefonu. Dopiero wieczór, już w namiocie, po parudziesięciu minutach usilnych prób zdołałem ustawić ładowanie i naładować telefon.

Nazajutrz planowałem podjechać do oddalonego o niespełna 20km Zermatt’u by z bliska zobaczyć Matterhorn jednak niskie chmury nie zwiastowały widoków. W każdym razie po krótkim namyśle zdecydowałem aby jednak sie wybrać zobaczyć samo miasteczko. W miarę jak jechałem w głąb doliny, chmury zaczęły się podnosić i pół godziny po moim przybyciu do Zermatt’u ustąpiły prawie całkowicie i na własne oczy zobaczyłem Matterhorn z bliska. Co prawda jeździłem kilka lat wcześnie na nartach u jego podnóża lecz po włoskiej stronie, a wracając swego czasu z Japonii przez Mediolan również miałem mozliwość go dostrzeć ze względu na jego charakterystyczną piramidalną sylwetkę.

W towarzystwie najwyższych alpejskich szczytów usiadłem na pewien czas na łące, ugotowałem sobie mały posiłek po czym ruszyłem w drogę powrotną.

W miarę jak jechałem bardziej na zachód i obniżałem się, na zboczach doliny zaczęły pojawiać się coraz liczniej winnice, a następnie kolejne plantacje – moreli, jabłek, gruszek, truskawek, malin, kapusty, śliwek i kto wie czego jeszcze. Szczególną reklamą cieszyły się morele, które rosną tylko w kantonie Vallais.

Miejsce na nocleg znalazłem nad przyjemnym jeziorem Lac de la Breche, nieopodal pola golfowego. Woda była zadziwiająco ciepła choć spodziewałem się temperatury rodem z polodowcowych rzek.

Niestety w nocy pogoda się popsuła, zaczęło padać i tak kropiło do rana. Z tego też powodu wyruszyłem trochę później niż zwykle czyli około 10. Nie ujechałem jednak daleko gdy znów zaczęło padać i zostałem zmuszony ubrać się odpowiednio na deszcz. Cały czas jechałem wzdłuż Rodanu w dół doliny. Na wysokości Martigny rzeka jak i droga skręca pod kątem prostym i płynie w kierunku Jeziora Genewskiego. Ścieżka rowerowa od pewnego momentu prowadzi wałami po obu stronach rzeki i jest połączona z trasą dla rolkarzy. Mimo tego, że delikatnie cały czas traciłem wysokość nie było to odczuwalne więc wiatr w twarz skutecznie mnie hamował, uprzykrzał jazdę i summa summarum był chyba najgorszym dniem pod względem komfortu jazdy.

Ledwie co wyjechałem z doliny i dotarłem do Jeziora to nad okolicę, w której byłem jeszcze paręnaście minut wcześniej nadciągnęły potężne, ciemne chmury i lunęło deszczem. Tam gdzie ja byłem, czyli w Montreux wcale nie było lepiej bo fale uderzające o brzeg potrafiły zalać kilkumetrowej szerokości deptak. Bardzo fajnie, że gdy czekałem z aparatem w gotowości wymierzonym w zamek to chociaż na chwilę zza chmur wyszło ciepłe, popołudniowe słońce i delikatnie oświetliło kamienne mury.

Wyjeżdżając z Vevey zorientowałem się, że przednia przerzutka zaczyna szwankować. Już myślałem, że manetka przestaje łapać linkę jak to miało miejsce w tylnej przed wymianą ale po chwili zorientowałem się, że problem tkwi w samej lince, która jak się okazało trzyma się na dwóch ostatnich nitkach i już długo nie pociągnie. Póki co ograniczona liczba przerzutek mi nie przeszkadzała ponieważ jechałem wciąz pod górę zostawiając za plecami Jezioro Genewskie i z największej przedniej zębatki nie korzystałem.

Szczęśliwie następnego dnia tuż przy ścieżce rowerowej znalazłem sklep i serwis, gdzie wymieniłem linkę wraz z pancerzem, przykręciłem jeden z nosków do pedałów, który niedługo wcześniej odpadł i ruszyłem w dalszą drogę. Łożyska w pedale nie naprawiłem, ponieważ nie mieli na stanie. Pierwszy raz oddaliłem się wysokich Alp i straciłem je całkowicie z oczu. Jechałem poprzez delikatnie pofalowane pagórki, z wiatrem w plecy. Bez większego wysiłku dotarłem tak do Frybourga, przez które pobieżnie przejechałem zwierzając stare miasto i gotrycką katedrę św. Mikołaja.

Następnym miastem na mojej trasie przejazdu była stolica Szwajcarii – Berno. Miasto stosunkowo spokojne i małe porównując je do innych europejskich stolic. Głównie zależało mi aby przejechać się ulicami Kramgasse i Marktgasse, na których w odległości 150 m od siebie usytuowanych jest jedenaście ΧVІ-wiecznych fontann z figurami, w tym najpopularniejsza z nich Fontanna Wielkoluda przedstawiająca olbrzyma pożerającego małe dzieci. Wzdłuż ulic, na odcinku 6 km ciągną się arkady. Przy Kramgasse wznosi się również Zeitglockenturm, wieża zegarowa z 1530 roku, która niegdyś była częścią bramy miejskiej. Cztery minuty przed każdą pełną godziną poruszają się figurki zegara, odgrywając kilkuminutowe przedstawienie. Ulice doprowadziły mnie do Niedźwiedzich Jam czyli Bärengraben, gdzie utworzono swoisty park dla niedźwiedzi brunatnych nad rzeką Aare z małym parkiem i fosą. Te niezwykłe drapieżniki można obserwować z góry jak i z dołu z bardzo bliskiej odległości. Misie nic sobie nie robią z rzeszy spacerujących i podglądajacych ich turystów i powoli przechadzają się po swoim wybiegu, gryzą trawę lub kąpią się i pływają w fosie.

Jadąc z Berna w kierunku miejscowości Thun zauważyłem, że nad dolinę nadciągają z obu jej boków ciemne chmury niechybnie zwiastujące deszcz, który a jakże by inaczej, dopadł mnie w samym Thun. Na parę minut postanowiłem przysiąść na ławce, poczytać książkę i przeczekać deszcz. Kilkanaście minut później mogłem ruszyć w dalszą drogę lecz z racji na zbliżający się wieczór musiałem rozejrzeć się za miejscem na nocleg. Pobieżnie przejechałem przez Thun robiąc parę zdjęć i postanowiłem wdrapać się na jedno zbocze, z którego jak miałem nadzieję będzie rozciągał się ładny widok. Droga wiodła stromo pod górę, a napotkany na podjeździe tubylec, z którym zamieniłem parę zdań uświadomił mnie, że stromo to dopiero będzie!

Z wolna piąłem się w górę, gdy w mijanym właśnie domu zauważyłem wychylającą się zza krzaków głowę i po chwili usłyszałem głos. Była to starsza pani, która po chwili rozmowy powiedziała, że mogę skorzystać z jej kawałka pola, gdzie nikt nie powinien mieć nic przeciwko rozbitemu namiotowi. Nie był to płaski teren ale o taki byłoby tutaj ciężko.

Powiedziała również abym rano przyszedł na kawę czy herbatę i skorzystać z łazienki jeśli mam ochotę. Umówiliśmy się na 9-10 i parę minut po 9 następnego dnia zjawiłem się u jej progu.

Odświeżyłem się po czym zostałem poczęstowany śniadaniem. Opowiadała jak dzień wcześniej zbierała wraz z sąsiadkami jagody w lesie, czego dowodem było kilka dużych pojemników owoców schowanych w lodóce. Miałem również okazję skosztować dżemu jagodowego z ubiegłego roku. Porozmawialiśmy tak ze dwie godziny po czym odpowiednio się poubierałem ze względu na padający deszcz. Zrezygnowałem z pierwotnego planu powrotu do Thun bo przy tej pogodzie nie było sensu i dałem się skusić na jazdę przez góry i górskie wioski. Droga nadal pięła się bardzo stromo. W zasadzie słowo to nie oddaje tego nachylenia ale na 1300m odległości zyskałem 200m wysokości. Ujechawszy kawałek zatrzymałem się by jednak przeczekać deszcz i przy okazji poczytać książkę.

Dwie godziny później ruszyłem w dalszą drogę, osiągnąłem wysokość jakichś 1100m n.p.m. i jechałem górami wzdłuż jeziora Thun wąskimi drogami raz w górę raz w dół.

Dookoła wisiały ciemne chmury, gdzieniegdzie padało, a mi szczęśliwie udało się póki co unikać deszczu choć w wielu miejscach asfalt nadal był mokry i wolałem jechać wolniej aby się nie schlapać. Poza tym nie było za ciepło na szybkich zjazdach.

Pod wieczór dotarłem do Interlaken, przez które dość szybko przejechałem. Pierwszy raz od dłuższego czasu przydarzył mi się upadek po tym jak się zatrzymałem i nie zdążyłem wyciagnąć jednej nogi z noska i mnie przechyliło na tyle skutecznie, że nie zdołałem się utrzymać, przechyliło mnie i z całym bagażem przyłożyłem w chodnik. Sakwy trochę zamortyzowały upadek ale kolano i łokieć trochę bolało.

Wieczór na biwaku spotkałem dwóch Niemców, którzy zatrzymali się na nocleg w drodze do Włoch. Przyjechali Land Roverem Defenderem z podnoszonym dachem i zrobionym wewnątrz łóżkiem. Porozmawialiśmy na temat samochodów terenowych, obejrzałem ich maszynę, którą swego czasu jeździli po afrykańskich wydmach. Fajny sprzęt.

Rano trochę pogoda się poprawiła ale na niebie w większości było wciąż przysłonięte chmurami. Licząc, że popołudniu się przejaśni i z okolice Grindelwald zobaczę słynne trio czyli Eiger, Monch i Jungfrau wybrałem się wpierw do Lauterbrunnen leżące w dolinie zwanej doliną wodospadów. Z wysokich skalnych klifów spływa ich 72 a sama nazwa Lauterbrunnen oznacza z niemieckiego “wiele fontann”. Najbardziej imponującym jest chyba Staubbach o swobodnym spadku wody przekraczającym 300m co czyni go jednym z najwyższych na Starym Kontynencie. Pod sam wodospad prowadzi ścieżka z wybudowanymi oraz wydrążonymi tunelami w skale, którymi płynie warto woda. Im dalej tym więcej wody i leje się ona szerokim strumieniem wprost na głowę dlatego też decyduję się wrócić by bardziej nie moknąć.

Kolejnym oglądanym przez mnie wodospadem jest Trummelbach – jedyny podziemny wodospad lodowcowy na świecie dostępny za pomocą systemu wind. Jego łączna wysokość wynosi 140m. Zwiedzanie rozpoczyna się od wyjazdu windą na górę, a następnie podchodzi się do poszczególnych balkonów, z których roztacza się widok na spadającą między skałami z hukiem wodę.

Z Lauterbrunnen jest możliwość dotarcia do słynnej obrotowej restauracji Piz Gloria znajdującej się na szczycie Schilthorn. To właśnie tam były kręcone sceny do filmu z Jamesem Bondem “W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”.

Z Lauterbrunnen pojechałem do Grindelwald – wioski u podnóża słynnych trzech szczytów, o których wspominałem wcześniej. Wypogadza się na tyle, że fragmentarycznie obserwuję słynną północną ścianę Eigeru i okoliczne lodowce znajdujące się wysoko w górach. Grindelwald leży na wysokości ok 1034m n.p.m, a żeby dotrzeć do Meiringen – mojego następnego celu podróży, a zarazem miasteczka nieopodal którego w wodospadzie Reichenbach żywota dokonał jeden z najsłynniejszych detektywów Sherlock Holmes, dzieli mnie wysoka, prawie 2000 metrowa przełęcz. Zastanawiam się czy nie przejechać przez nią ale nadciągają chmury i zaczyna lekko kropić więc decyduję się zjechać ponownie do Interlaken, a następnie jechać wzdłuż jeziora. W mieście odbywają się chyba jakieś zawody parolotniarzy, którzy lądują na boisku, a w powietrzu wciąż unosi się ich znaczna ilość. Samo Interlaken jest opanowane przez tłumy turystów, głównie ze wschodniej Azji i krajów Arabskich. Tych drugich jest naprawdę mnóstwo, a co poniektórzy posprowadzali sobie samochody na tablicach z Kuwejtu czy ZEA.

Poza tym na jeziorze Brienz mają z kolei miejsce zawody hydroplanów, które przelatują co jakiś czas nad taflą jeziora, a następnie nań lądują.

W stronę Brienz jechałem ścieżką rowerową prowadzącą lokalną, w miarę pustą drogą wzdłuż jeziora, która następnie wznosi się trochę wyżej i prowadzi bardziej lasem.

Noc nieopodal była jedną z najzimniejszych do tej pory. Temperatura rano na zewnątrz wynosiła 8C. Pomimo tego pogoda zapowiada się idealnie. Bezchmurne błękitne niebo i już po pewnym czasie robi się ciepło. Jeszcze cieplej gdy ścieżka rowerowa prowadzi na kolejną przełęcz i pokonuję ponad 500m w pionie po czym dojeżdzam do głównej drogi i zjeżdżam w stronę jeziora Lungerner, na które wpierw rozpościera się piękny widok z góry.

W Lucernie jestem popołudniu, zatrzymuję się w pobliżu Mostu Młyńskiego (Spreuerbrücke) i Mostu Klasztornego (Kapellbrücke), chyba dwóch najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych mostów, głównie kojarzonych z Lucerną. Tłumy spacerowiczów przechadzają się wzdłuż brzegu Jeziora Czterech Kantonów po którym pływają łabędzie i statki wycieczkowe. Opuszczając Lucernę zostawiam Alpy za plecami. Pierwszy raz od dłuższego czasu Szwajcaria robi się delikatnie pofałdowana, można powiedzieć że wręcz płaska.

W Zurychu mam umówiony nocleg poprzez Couch Surfing u Dominika. Przyjeżdzam trochę zmęczony bo ostatnie 50km dzielące Lucernę od Zurychu przejeżdzam względnie jednym ciągiem.

Rano wracam do centrum aby zobaczyć trochę miasta ale szczerze mówiąc nie porywa mnie ono. Robię parę zdjęć i jadę dalej na północ. Na wylocie przejeżdzam tuż obok lotniska, gdy nagle tuż nad głową przelatuje mi startujący A380 Singapore Airlines. Z bliska ten kolos robi niesamowite wrażenie. Rheinfall – największy wodospad w Europie pod względem przepływu wody jest moim następnym celem. Nawet nie zauważam, że droga prowadząca w tamtym kierunku prowadzi w pewnym momencie na odciunku paru kilometrów przez Niemcy. Orientuję się dopiero po innych znakach ścieżek rowerowych.

Rheinfall oświetlony południowym słońcem wygląda naprawdę ładnie. Może nie jest jakiś szczególnie wysoki ale położony między dwoma zamkami, z których można go obserwować.

Popołudniu ostatecznie opuszczam Szwajcarię i kieruję się na Jezioro Bodeńskie oblegane przez wypoczywających turystów. Nie jest jednak tak tłoczno jak nad Jeziorem Como, a i zabudowa nie jest taka gęsta.

Z początku planowałem z nad jeziora udać się do zamku Disneya w Bawarii – Neuschwanstein ale wymagałoby to przyspieszenia żeby tam dotrzeć, a później szybkiego powrotu na południe. Dlatego mając w zapasie jeszcze niecałe dwa dni zwalniam tempo i przysiadam nad jeziorem żeby coś przegryźć i poczytać książkę. Jadąc już całkiem bez pośpiechu dojeżdzam do Liechtensteinu, gdzie mam zaplanowany kolejny nocleg na Couch Surfingu. Liechtenstein jest zarazem ostatnim miejscem, do którego docieram, bo nie można powiedzieć abym cokolwiek zwiedzał w tym malutkim kraju wciśniętym między Austrię i Szwajcarię. Dokładnie ostatniego dnia rano, po ostatnim posiłku skończyła mi się benzyna w kuchence. Można powiedzieć, że na styk, choć gdy siedząc popołudniu na ławce i czytając książkę chciałem sobie coś ugotować na mojej wszystko-spalającej kuchence użyłem ropy naftowej. Płomień z tego może i buchał konkretny ale dymu przy tym było co nie miara.

Z austriackiego Feldkirch położonego tuż przy granicy mam bilet na pociąg do Innsbrucku, a następnie do Wiednia. Cztery godziny w austriackiej stolicy spędzam leniwie, zważywszy że nie tak dawno tam byłem. Podjeżdzam na chwilę do Schonbrunn, gdzie robię kilka świeżych zdjeć od strony ogrodów i to samo powtarzam w Belwederze. Nocnym autobusem wracam do Polski. Cudem udaje mi się wraz z rowerem zmieścić do Polskiego Busa bo pomimo czwartku obłożenie wynosi 100%.

Ilosc przejechanych kilometrow

2010.06.15 – 30 – Szwecja

Plan wyjazdu rowerem do Skandynawii zrodził się w mojej głowie już znacznie wcześniej. Wcześniej nawet niż wycieczka do Budapesztu, Bratysławy i Wiednia. Gdy zbliżała się wiosna uznałem, że najwyższa pora go zrealizować. Jednak zanim wyruszyłem w drogę musiałem odpowiednio do tego celu przygotować zarówno siebie jak i rower. Trochę przekornie postanowiłem prawie w ogóle nie jeździć na rowerze, bo w najbliższym czasie będę miał go powyżej uszu, a zamiast tego skupić się intensywnie na bieganiu i wzmocnieniu kondycji. Co się tyczy natomiast sprzętu, to zdecydowania tylna sakwa była za mała, aby spakować się do niej na bliżej nieokreślony okres czasu. Zakupiłem zatem bagażnik na przód z sakwami MSX, zmieniłem przednią piastę i założyłem z wbudowanym dynamem i podłączyłem urządzenie, za pomocą którego mogłem ładować GPS i telefon. Przy okazji wymieniłem opony, zmieniłem kasetę i wyregulowałem przerzutki. I to by było na tyle.
Pakowanie czas zacząć. Nie wiedziałem jeszcze jak długo planuję przemierzać skandynawskie ziemie, ale wiedziałem, że muszę być jak najbardziej samowystarczalny i przygotowany na różne sytuacje.
Do roweru zabrałem tylko trzy zapasowe dętki i linki hamulcowe, a do tego dwa klucze imbusowe, którymi mogę wyregulować większość rzeczy. Ułożyłem także menu, w skład którego wchodziły m.in. owsianki, kaszki Nestle, mleka w proszku, musli, kuskus, makaron spaghetti i sosy, pasztety oraz zupki chińskie, gorące kubki, jakieś batony, czekolady i Plusssz w proszku. Samo jedzenie ważyło ponad 11 kilogramów. Do tego zestaw garnków oraz palnik i kartusze z gazem.

Co do ubrań, to tutaj także musiałem się liczyć z bardzo zmiennymi i różnorodnymi warunkami atmosferycznymi, dlatego poza zwykłymi koszulkami i spodenkami rowerowymi zabrałem także kurtkę jesienną i zimową na rower, spodnie zimowe, ocieplacze na buty, rękawiczki rowerowe, czapkę i na wszelki wypadek także folię NRC. Namiot, ciepły śpiwór, karimata, aparat oraz kosmetyczka. Jadąc parę lat wcześniej z Węgier na Słowację, zmęczony, obolały i pod wiatr miałem ze sobą tylko trzy bandaże elastyczne, a jak na złość od pedałowania bolały mnie dwie kostki i dwa kolana, dlatego tym razem postanowiłem się lepiej zaopatrzyć w rzeczy, które mogą okazać się nieocenione podczas nadwyrężenia mięśni, ścięgien czy stawów i umożliwią mi dalszą jazdę. Z grubsza to wszystko.

Tak się złożyło, że akurat w podobnym okresie znajomi jechali swoim kamperem na ryby do Szwecji i zaoferowali, że mnie podwiozą, więc postanowiłem skorzystać i zabrałem się z nimi.

Ruszyliśmy wspólnie do Gdańska, skąd wieczór zaokrętowaliśmy się na prom do Nynashamn – miejscowości 60 km na południe od Sztokholmu. Po niecałych 20 godzinach spokojnego rejsu dopływami na miejsce. Wypakowuję rower z luku, składam rower w całość, zakładam sakwy i od tego momentu jestem skazany sam na siebie. Wstępnie założyłem sobie, aby dziennie przejechać średnio 140 km.

Pierwsze parę noclegów miałem upatrzonych z Google Earth, za pomocą którego znalazłem sobie parę przyjemnych jak mi się wtedy wydawało, polan nad jeziorami, gdzie będę mógł spokojnie rozbić namiot i przenocować. Dzięki skandynawskiemu prawu swobodnego dostępu do natury mogłem nocować prawie wszędzie na łonie natury, gdzie miałem tylko ochotę, byle trzymać się 100 m od najbliższych zabudowań i nikomu nie przeszkadzać. Jakie był moje rozczarowanie, gdy dotarłszy na przedmieścia Sztokholmu, nad upatrzone wcześniej jezioro, okazało się, że nie ma tam za bardzo miejsca na rozbicie namiotu i cudem znalazłem kawałek płaskiego terenu ze znośnym zejściem do jeziora, gdzie w konsekwencji rozbiłem namiot. Obok przebiegała droga prowadząca do pobliskich domów, ale zarówno ja jak i prawdopodobnie mieszkańcy również, postanowiliśmy nie zwracać na to uwagi. Ugotowałem sobie kuskus z sosem i zabranym z domu mięsem na pierwszy posiłek i położyłem się wcześniej spać, żeby odpocząć i nabrać sił na następny dzień.

Już około piątej rano potrzeba toalety zbudziła mnie i wyszedłem tak jak spałem – w bluzie i spodenkach. Założyłem tylko buty. Pech chciał, że pszczoły czy osy upodobały sobie okolice mojego namiotu i jak tylko wysunąłem się z niego zostałem zaatakowany. Butów oczywiście nie ubrałem porządnie, bo nie planowałem w nich odchodzić daleko, więc od razu je zgubiłem i zacząłem uciekać aż na drogę w samych skarpetkach. Jedyną radą na to było rozpalić ognisko. Byłoby miło, gdyby się udało, ale od wieczora wszystko zdążyło zawilgnąć i tyle z tego było. Żebym nie popadł w monotonię, to pod kamieniem odkryłem jakieś wijące się małe węże. Tego było już za wiele. Podjąłem decyzję, że czas się zbierać. Ugotowałem sobie śniadanie, ubrałem się, spakowałem i pojechałem zwiedzać Sztokholm.

Miałem oczywiście mapę ze sobą, ale korzystanie z GPS’u okazało się nieocenione i pozwoliło mi zaoszczędzić sporo czasu na błądzenie po mieście. Jako, że jest to moja druga wizyta w stolicy Szwecji, ograniczyłem się do małej rundki po mieście, przejeździe pod pałac królewski i na stare miasto (Gamla Stan).

Jadąc dalej, w jednym ze sklepów kupuję kiełbasy i wieczór rozpalam ognisko. I tak bym je rozpalił, bo ilość komarów uniemożliwia swobodne poruszanie się wokół namiotu, a pierwszą rzeczą po zatrzymaniu się, a przed rozbiciem namiotu jest zakrycie jak największej powierzchni ciała i posmarowanie całej reszty środkiem na komary.

Ruch na drogach jest znikomy, zresztą nie ma się to dziwić, to Szwecja. Mimo tego GPS prowadzi mnie w jeszcze bardziej boczne i mniej uczęszczane drogi, co nie oznacza pogorszenia się jakości nawierzchni. To wciąż jest południowa Szwecja, dlatego stosunkowo często mijam gospodarstwa rolne i farmy. W pewnym momencie kończy się asfalt i jestem zmuszony wjechać na drogę szutrową. Pomimo tego nadal jedzie się dobrze i utrzymuję w miarę szybkie tempo, na tyle na ile szybko można jechać rowerem ważącym 50 kg. Niespodziewanie w lesie mijam łosia, a właściwie łosicę, która przygląda mi się tak samo jak ja jej.

W Falun postanawiam odpuścić zwiedzanie kopalni miedzi, dlatego że byłbym zmuszony czekać do godziny 12 na wejście z przewodnikiem angielskojęzycznym. Postanawiam jechać dalej, w końcu Falun to nie koniec świata i jeszcze tu pewnie wrócę.
Im bardziej oddalam się od głównych dróg i jadę w kierunku północno-zachodnim, tym drogi robią się pustsze. Nie jest to jeszcze całkowita pustka, bo samochody mijają mnie od czasu do czasu, ale kto zna Skandynawię, ten wie, że duży ruch w naszym rozumieniu się nie zdarza.

Moim celem jest park niedźwiedzi Gronklitt w Orsie. Dobrze, że zdecydowałem się tam dojechać jeszcze tego samego dnia, ponieważ dwunastokilometrowy podjazd wymęcza mnie doszczętnie i nie jestem w stanie znaleźć odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Decyduję się zatem na kawałek płaskiej powierzchni w pobliżu samego parku. Obok jest wielka rura a la przejście pod drogą, w której zostawiam rower, ponieważ zaczyna padać. Tej nocy ubieram na siebie prawie wszystkie ubrania, począwszy od trzech par skarpet, krótkich spodni, dwóch par długich, koszulkę, bluzę, kurtkę jesienną, zimową, czapkę i rękawiczki. Śpiwór powinien zapewniać komfort w granicach +5C, ale jest piekielnie zimno i decyduję się jeszcze na okrycie się folią NRC. Jak się okazuje nie był to najlepszy pomysł, ponieważ para wodna zaczyna się skraplać na śpiwór, który robi się w efekcie mokry.
Jakoś wytrzymuję do rana, a o godzinie 10, termometr w ośrodku niedźwiedzi pokazuje 9C. Nie wiem ile mogło być w nocy, ale zważywszy, że zaspy śniegu obok toru biegowego utrzymują się jeszcze w połowie czerwca, to mówi samo przez się.

W ośrodku oprócz niedźwiedzi brunatnych są także niedźwiedzie polarne, tygrysy, ryś, wilki oraz rosomaki. Rysia niestety nie udaje mi się dostrzec, rosomaki sobie wesoło hasają po wybiegu, tygrysy leżą albo leniwie przechadzają, wilk, bo tylko jednego widziałem, pokonuje właśnie jakiś życiowy dystans i z równą częstotliwością przebiega wzdłuż ogrodzenia przy którym stoję.
Niedźwiedzi brunatnych jest kilka i w różnym wieku. Jest samica z małymi, są młodociane niedźwiedzie oraz w pełni dorosłe. Największe są te przywiezione z Kamczatki – Piotr i Sonia.
Polarne z kolei skaczą na główkę do stawu i zajadają się jabłkami i pomarańczami.
Cały ośrodek jest tak zbudowany, że pomimo stosunkowo niewielkiej ilości zwierząt zajmuje bardzo dużą przestrzeń i jego domownicy mają naprawdę sporo miejsca dla siebie. Co więcej, ścieżki prowadzą tak, że z każdej strony można podglądać zwierzęta, nawet jeśli w danej chwili przebywają gdzieś daleko od ogrodzenia.

Temperatura na szczęście rośnie, wychodzi słońce i długie ciepłe ubrania zamieniam ponownie na krótkie. Kontynuuję jazdę prosto na północ. Za sobą zostawiłem miasteczka i wioski, a przede mną tylko las, las i las. Oraz pagórki, z których roztacza się widok na ten las. Nie ma żadnych sklepów, stacji benzynowych i tylko raz na dwadzieścia kilometrów mijam parę domów. Przy drodze stoi znak ostrzegający o niedźwiedziach, a z wizyty w ośrodku przypominam sobie mapę z zaznaczonymi trasami niedźwiedzi odczytanymi z ich obroży z GPS’em oraz to, że droga którą się poruszam przecina ten teren mniej więcej w środku.

Co wieczór dochodzę do większej wprawy w znajdowaniu sobie ciekawych miejsc na nocleg i tym razem wybrałem niewielki półwysep położony nad jednym z okolicznych jezior. Cisza, spokój, w pobliżu prawie żywej duszy nie ma. Namiot rozbijam niecały metr od krystalicznie czystej ale zimnej wody. Dochodzi 23, gdy słońce chowa się poniżej linii drzew.

Skręcam w kierunku północno-wschodnim. Droga, którą jadę jest wyjątkowo odludna. W ciągu godziny mija mnie zaledwie jedenaście samochodów. Dopiero gdy zbliżam się do miasta pojawia się cywilizacja. Do sklepów wstępuję głównie po to, aby kupić coś do picia i ewentualnie pieczywo. Cały czas korzystam z własnych zapasów, wodę nabieram z jezior albo z przydrożnych toalet. Świetne jest to, że w wielu miejscach, co ileś kilometrów znajdują się miejsca wypoczynku przy drogach. Poza stołami, ławkami znajdują się tam zazwyczaj toalety z ciepłą wodą i gniazdkiem. Świetnie miejsca. Zdecydowanie lepsze to niż kąpiel w lodowatych wodach jeziora.

Zataczam koło i kieruję się ponownie na południe, w kierunku Falun. Mówiłem, że znów tam się kiedyś wybiorę. Trochę mam pecha i droga na odcinku trzydziestu kilometrów jest w remoncie. Bez asfaltu o żwirowej nawierzchni. Nie dość, że spod kół samochodów unosi się kurz i pył, to jeszcze koła zapadają się w tym żwirze. Wiatr, jakżeby inaczej, wieje w twarz, a droga prowadzi pod górkę. Z uczuciem ogromnej ulgi wjeżdżam ponownie na asfalt i docieram do miasta. Rozbijam się w tym samym miejscu co poprzednio – przy wjeździe do miasta, nad jeziorem i w pobliżu toalet. Czego chcieć więcej.

Tym razem już jadę pod kopalnię i idę na wycieczkę z przewodnikiem. Rower zostawiam przed budynkiem, ale w Szwecji się nie obawiam, że ktoś sobie przywłaszczy moje jedzenie bądź ubranie.
Kopalnia rozpoczęła wydobycie miedzi już prawdopodobnie około IX wieku, a największy rozwój przypada na wiek XVII.  Była motorem napędowym budowy pobliskiego szpitala i rozwoju medycyny, jako że urazów nie brakowało. W miarę jak kopalnia stawała się głębsza, górnicy musieli pokonywać większe odległości żeby się do niej dostać. Jednym ze sposobów było zejście po drabinach trzymając w zębach pochodnie, co nierzadko skutkowało utratą zębów. Drugim natomiast jazda ogromną beczką poruszającą się z góry na dół. O ile drugi sposób może wydawać się wygodniejszym, o tyle owa beczka nie zatrzymywała się na poszczególnych poziomach i trzeba było do niej wskoczyć i następnie z niej wyskoczyć. A szyb był głęboki, więc lepiej nie spudłować. Obecnie kopalnia jest zamknięta, ale jednym z produktów ubocznych jest czerwony składnik, którego używa się jako pigmentu do farb, które stały się szwedzkimi farbami narodowymi.

W miarę przemieszczania się na południe tereny stawały się bardziej zaludnione. Lasy ustępowały miejsca polom uprawnym, częściej pojawiały się wioski i miasteczka i nawet jakoś bardziej płasko było. Jednego wieczoru miałem nawet wiatr w plecy. Najwyższa pora zresztą.

Po drodze zatrzymywałem się oczywiście i zwiedzałem różne miejsca, które wydawały mi się ciekawe. M.in. przejeżdżałem obok jednej ze śluz na śródlądowej drodze wodnej łączące Sztokholm z Goeteborgiem.  Poza tym moje dni sprowadzały się do bardzo prostych czynności. Wstać, przygotować śniadanie, złożyć namiot w międzyczasie i ruszyć w drogę. Jechać, jechać, jechać. Przerwa na posiłek i to nie koniecznie dlatego, że byłem głodny, ale opadałem z sił. Dlatego niezmiernie ważnym było dostarczać do organizmu odpowiedniego paliwa. Problem pojawiał się, gdy byłem już tak najedzony, a mimo to słabłem. Najgorsze były poranki, ponieważ w perspektywie miałem kilka ładnych godzin pedałowania. Wbrew pozorom najbardziej bolały dłonie –od trzymania kierownicy, która z kolei była tak dociążona sakwami, że jazda bez trzymania nie wchodziła w grę. Im bliżej wieczoru tym lepiej mi się jechało. Może świadomość, że już niedługo i rozbiję ponownie sobie namiot, zjem kolację i się położę dodawała mi sił. O ile w dzień jechałem w okularach przeciwsłonecznych, o tyle wieczór nie miałem nic do ochrony oczu i wpadające owady stanowiły problem, ponieważ nie sposób było je później wyjąć zakurzonymi palcami bez żadnego lusterka.

Jednego wieczoru znalazłem sobie również bardzo piękne miejsce na nocleg. Na idealnie przystrzyżonej trawie, nad brzegiem jeziora i pod drzewem stojącym na samym środku trawnika. Uznałem, że pod tym drzewem będzie w sam raz. Nie przewidziałem tylko, że przez całą noc będą z niego spadały szpilki wprost na mój namiot wywołując tym samym uporczywe odgłosy.

W ostatnie trzy dni, kiedy zarezerwowałem to zarezerwowałem już prom, musiałem się trochę sprężać. Nie żebym do tej pory się ociągał, ale od tej chwili miałem wyznaczoną datę i godzinę, kiedy to miałem stawić się w porcie, do którego jeszcze prawie 420 km i zaledwie trzy dni na ich pokonanie.  O dziwo tak się rozpędziłem, że jechałem od świtu do zmierzchu i pokonanie ponad 170 km na załadowanym rowerze nie stanowiło większego problemu. Nie wiem na ile to kwestia tego biegania przed wyjazdem, bo już po pierwszych dniach jazdy stwierdziłem, że do jazdy takim czołgiem potrzeba znacznie więcej sił. Pogoda dopisywała i poza jednym dniem, kiedy to padało może dwie godziny, panował upał jak na Szwecję. Prawie od rana do wieczora jechałem ubrany na krótko i zauważyłem też o ile zwiększyłem masę mięśniową ud.

Ostatniego dnia pozostało mi już tylko dojechać do Karlskrony i o ile poprzedniego dnia pierwszy raz przeciętna prędkość wyniosła ponad 19 km/h, o tyle tym razem przekroczyłem 20.

W Karlskronie obowiązkowe lody na rynku, ostatnie zakupy w supermarkecie, a przez resztę czasu odpoczynek nad ciepłym Bałtykiem z miską spaghetti.

Do Gdyni przypływam nad ranem i już przy wyjeździe z terminala promowego jakiś samochód wymusza na mnie pierwszeństwo i skręca tuż przed moim kołem. W Szwecji takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć. Na tamtejszych drogach byłem jak święta krowa. Nawet jeśli do skrzyżowania miałem jeszcze ze 100 metrów, to samochody spokojnie czekały aż dojadę, a mogły skręcić bezpiecznie parę razy. Jeśli z kolei jechałem ścieżką rowerową przez skrzyżowanie na wprost nikomu nie przyszło do głowy, aby skręcać w prawo zanim przejadę. Z tego też powodu hamulce były najmniej eksploatowanym elementem roweru.

Pociąg mam dopiero wieczór, więc postanawiam pojeździć trochę po Trójmieście. Najpierw ścieżką rowerową wzdłuż morza jadę do Gdańska na stare miasto. Wracając zahaczam o Sopot, gdzie spędzam popołudnie, a przed udaniem się na dworzec w Gdyni jadę na Skwer Kościuszki, gdzie stoi m.in. Dar Pomorza i ORP Błyskawica.

Wejście do pociągu przez wąskie drzwi z rowerem to też jest sztuka w polskich kolejach. Jakoś się udaje dotargać do przedziału i położyć na górnych półkach. Obawiam się trochę czy nie spadnie mi na nogi, co staje się też chwilę później. Ale montuję go raz jeszcze, tym razem pewniej i sam w pustym przedziale jadę już do domu.

Pomimo, że wycieczka była naprawdę wymagająca pod względem wytrzymałościowym, zarówno jeśli chodzi o kondycję fizyczną jak i ze strony psychicznej, aby nie rzucić tym wszystkim w trzy diabły, gdy przez cały dzień wiał w twarz wiatr i zrzucał z drogi to pozwoliła mi doświadczyć ciekawych przygód w tak pięknym kraju jakim niewątpliwie jest Szwecja. Przebyte odległości może nie zwalają z nóg, ale biorąc pod uwagę ciężar całego bagażu wraz z rowerem, który przyszło mi przemieszczać i tak uznaję to za niezły wynik. Zresztą nie o odległości i czasy mi chodziło, a o nacieszenie się piękną przyrodą, spokojem jazdy i niedźwiedziami rzecz jasna.

Trochę statystyk

Trochę statystyk