Dzień 17: Santa Ana – Tazumal – Gwatemala City

Przed wyruszeniem w drogę idziemy jeszcze na chwilę na targ po woreczek (soki wlewane są do woreczków, do których dodawana jest słomka) soku ze świeżych owoców, bo mój wczorajszy eliksir średnio mi smakował, a myślałem dobre pięć minut na jaką kombinację owoców się zdecydować (kiwi z ananasem). Tym razem wziąłem pomarańcze z ananasem i takie połączenie okazało się o wiele lepsze.

Andrej ma w planach dotrzeć do Antigua w Gwatemali więc zabiera się razem z nami i jedziemy wspólnie w trójkę. Tuż za Santa Ana znajduje się Tazumal, czyli kolejne ruiny Majów ze sporych rozmiarów piramidą na środku. Pokrótce zwiedzamy cały kompleks i ruszamy dalej w drogę.

Oznaczenie dróg jednokierunkowych jest wszędzie takie samo, czyli bardzo słabe lub nie ma wcale. Przez chwilę jedziemy za jakimś autobusem, który po pewnym czasie skręca w prawo, a ja jadąc dalej prosto w ostatniej chwili na skrzyżowaniu orientuję się, że właśnie mam zamiar wjechać na drogę dwupasmową pod prąd. Szybko się jednak orientuję co jest grane, skręcam tak jak należy i dostrzegam stojący na prawidłowym skrzyżowaniu autobus, którego kierowca śmieje się przez okno do nas.

Próbowaliśmy dotrzeć do parku narodowego El Impossible od strony Tacuba ale gdy drogi zaczynają robić się coraz bardziej strome i mamy problem ze znalezieniem tej właściwej do parku mieszkańcy informują nas, że tam można dojechać tylko 4×4. Wracamy więc i w Ahuachapan robimy krótką przerwę na posiłek i mały spacer w okolicach rynku po czym jedziemy dalej w kierunku granicy z Gwatemalą. Procedura taka sama jak poprzednio, czyli wysiąść z samochodu i udać się do biura wraz z paszportem. Andrej próbuje negocjować pieczątkę do paszportu w Salwadorze ale nie udaje mu się. Przejeżdżamy wąski jednopasmowy most i powtarzamy powyższe czynności po stronie Gwatemalskiej. Od strony Salwadoru do stolicy prowadzi dobra droga, która jest dodatkowo rozbudowywana i dopiero tuż przed samym miastem trafiamy na spory korek. Jadąc przez Gwatemala City próbuję sobie przypomnieć jak się jechało do wypożyczalni bo nie za bardzo pamiętam, a nie zaznaczyłem jej sobie w nawigacji ale tym się będę martwił najwyżej jutro. Andrej’a wysadzamy na jednym z przystanków, skąd łapie autobus do Antigua, a my kierujemy się do Zony 7, gdzie mamy zarezerwowany nocleg na dzisiejszą noc.

Reklamy

Dzień 16: Lago de Coatepeque, Volcan de Santa Ana

Rano opuszczamy uroczy Hotel Anahuac, żegnamy się z Cesarem, który prosi o przesłanie paru zdjęć z wczorajszej wycieczki i okolicy, co mam zamiar uczynić po powrocie.

Zjeżdżamy z gór, przejeżdżamy przez przedmieścia Santa Ana i kawałkiem Panamericany docieramy do jeziora Coatepeque. Jezioro leży w kraterze jeszcze większej kaldery i jest jednym z największych, a moim zdaniem i najpiękniejszych jezior Salwadoru. Szczególnie ładnie prezentuje się z wiodącej do niego drogi, z której widać pobudowane drewniane domy na wodzie. Niestety większość terenów wokół jeziora nie jest państwowa i dostęp do wody ograniczają prywatne posesje.

Ze względu na wczesną porę widoków nie przesłaniają chmury, a i przejrzystość powietrza jest przyzwoita.
Wejście na wulkan Santa Ana rozpoczyna się o 11 każdego dnia i jest to po części zorganizowana wycieczka, ponieważ z każdą grupą turystów idzie dwóch uzbrojonych policjantów i przewodnik. Wiążą się z tym oczywiście przeróżne opłaty (w sumie ok 10 USD) m.in. za wstęp do parku, przewodnika, za przejście przez teren prywatny. Co ciekawe w drodze powrotnej idziemy inną ścieżką i jakoś omijamy teren, za przejście którego w pierwszą stronę pobierano opłatę.

Przewodnik idzie raczej dla towarzystwa, a głównym rozmówcą jest jeden z policjantów, który na turystach ćwiczy swój angielski. On też opowiada większość ciekawostek związanych z parkiem i wulkanem.

Co do spaceru w asyście policjantów pod bronią to nie jestem pewien na ile to rzeczywiście kwestie bezpieczeństwa, a na ile jakieś zaszłości z dawnych czasów, które teraz stały się dodatkowym źródłem dochodu. W każdym razie nawet idąc za potrzebą za krzaki jeden z policjantów zawsze czeka na brakującą osobę aż zrobi co trzeba i dołączy do reszt.

Spotkaliśmy ponownie Veronique i Maxime, poznaliśmy Andrej’a z Ziliny, a także Amerykanina i Australijczyka. Dotarcie na szczyt zajęło nam około dwóch godzin spokojnym tempem.

Krater wulkanu Santa Ana jest wypełniony zielonkawą, bulgoczącą na środku wodą. Ściany zewnętrznego krateru osiągają 400m wysokości, a samo jeziorko ma 30m głębokości. Bardzo ciekawi mnie sposób w jaki dokonuje się takich pomiarów.

Po dotarciu na parking zabieramy ze sobą jeszcze Veronique, Maxime i Andrej’a. Niestety ale auto jest tylko pięcioosobowe. I tak wieczór spotykamy się wszyscy w tym samym hostelu – Casa Verde, po czym idziemy na miasto na spacer i sok ze świeżo wyciskanych owoców.


Dzień 13: Gracias – Suchitoto, San Salvador

Opuszczając Gracias kierujemy się już w stronę granicy z Salwadorem. Nim jednak tam dotrzemy czeka nas stromy podjazd w górę, gdzie osiągamy leżącą na prawie 2000m n.p.m. przełęcz. W jednym miejscu prawdopodobnie z powodu silnych opadów deszczu przeciwny pas ruchu jest oberwany, a wszystko to jest tak oznaczone, że mam przez chwilę wątpliwości gdzie jechać. Z ciekawości jednak zatrzymujemy się i wychodzę aby sprawdzić jak to wygląda. Okazuje się, że droga ta prowadzi prosto do kilkunastometrowego urwiska. Kierowcy jadący tamtym pasem maja lepsze oznaczenie i jakieś barierki sugerujące o ominięciu feralnego miejsca, jednak tacy jak my, którzy nadjeżdżają z przeciwka muszą się chwilę zastanowić o co chodzi żeby nie jechać w stronę pustki.

Granica w El Poy jest bardziej ruchliwa niż przejście La Frontiera pomiędzy Gwatemalą, a Hondurasem. Dojazd blokują stojące ciężarówki więc wymijam wszystkie z lewej strony i podjeżdżam na samą granicę. Sytuacja analogiczna jak poprzednio – wychodzimy z auta, idziemy z paszportami do urzędnika Hondurasu, dostajemy pieczątki (bez opłat) i jedziemy kilkadziesiąt metrów dalej do budki oficera Salwadoru. W międzyczasie ktoś jeszcze sprawdza nasze paszporty i pierwszy raz spotykamy się z prośbą o otwarcie bagażnika i bagażu. O tym ostatnim fakcie zapominam po czasie i wyjmując wieczór walizki z bagażnika połowa ich zawartości ląduje na chodniku. Następnie znów parkujemy, wysiadamy i idziemy z paszportami do okienka. Co dziwne, nie dostajemy pieczątek.

Niedaleko od granicy znajduje się spokojne miasteczko – La Palma, w którym jest najwięcej murali na świecie w przeliczeniu na mieszkańca. Prawie wszystkie ściany, znaki, słupy są ozdobione kolorowymi malunkami przedstawiającymi głównie motywy religijne i indiańskie.

Kolejną miejscowoscią, w której się zatrzymujemy jest Suchitoto położone nieopodal jeziora Suchitlan, słynne z galerii, kościoła i brukowanych uliczek. Zdecydowanie warte odwiedzenia. Tuż za miastem zaczyna się wspomniane wcześniej jezioro jednak nie znaleźliśmy nad nim niczego ciekawego. Wstęp $1, restauracja i naganiacze oferujący wycieczki łodzią po jeziorze, w którym poziom wody jest zadziwiająco niski. Półtora kilometrowa drogą na zachód znajdują się wodospady los Tercios jednak gdy tam przyjeżdżamy parking jest zamknięty i nic nie wskazuje żeby znajdowały się tutaj jakieś kaskady. W dodatku Lonely Planet przestrzega przed poruszaniem się w pojedynkę ze względu na zdarzające się napady. Ciekawość mimo wszystko bierze górę i postanawiam rozejrzeć się po okolicy. Schodzę kawałek w dół w poszukiwaniu płynącej wody ale jedyne co znajduję to całkowicie wyschnięte koryto strumienia i ścianę, z której powinna spadać woda. Tajemnica zamkniętego parkingu rozwiązana.

Z Suchitoto zmierzamy już prosto do stolicy – San Salwadoru, która jest bardziej ruchliwa i zakorkowana niż boczne drogi. W jednej z dzielnic znajdujemy hostel (International Guesthouse) ze śniadaniem ($25). Wejścia do wnętrza broni gruba krata z takimi samymi drzwiami, która na noc jest dodatkowo zasuwana metalową bramą, przez którą nie prześlizgnie się nawet światło z ulicy. Z tego co mówi właścicielka to i cała okolica jest pilnowana przez strażnika. Uzbrojonego rzecz jasna.