Dzień 8 – Sinharaja Rain Forest

O 7:30 przyjeżdża po nas przewodnik by zabrać nas na wycieczkę. Mgła unosi się nad lasem, przez którą prześwieca poranne słońce. W pośpiechu wypijamy herbatę z limonką i jedziemy do lasu deszczowego. Po drodze kupujemy w sklepie woreczek soli, którą posypujemy zmoczone wodą buty i skarpety, co jak się później okazuje, skutecznie odstrasza pijawki.

Po drodze mamy okazję obserwować zimorodki, czaple białe, bawoły, czaple stojące na bawołach, a także ludzi uprawiających ryż. Na jednej z palm ktoś zbiera nektar z kwiatów na miód lub do produkcji alkoholu.

W lesie deszczowym spędzamy parę godzin spacerując ścieżką i obserwując lokalną faunę i florę. Przewodnik ciekawie opowiada i pokazuje różne rośliny, przyprawy i zioła, takie jak cynamon, imbir, kardamon, pieprz, a także wiele drzew. Z jednych z nich można pić wodę po przecięciu, a inne są trujące. Jeszcze inne służą do budowy głównie świątyń, ze względu na szlachetność drzewa, a pozostałe służą do wznoszenia konstrukcji pod lepianki. Ze świata zwierząt mamy okazję zobaczyć m.in. zieloną żmiję – trimeresurus, jaszczurkę zwaną kangurem ze Sri Lanki oraz buszujące nad głowami ogromne wiewiórki. W jednym miejscu napotykamy się na wiszące wysoko na drzewie gniazdo os, osiągające rozmiary około półtorej metra. Użądlenie sześciu os jest równe ugryzieniu kobry. W okolicy można dostrzec małe poletka pustej przestrzeni, pozbawione drzew. To właśnie miejsca, w których tubylcy poszukują w ziemi szafirów.

Wyjeżdżając już z parku dostrzegamy dwa wylegujące się na drzewach kameleony z niesamowicie długimi ogonami, a niedługo później mangusta przebiega nam przez drogę.

Autobus powrotny w kierunku Ratnapury mamy o 15, a o 14:30 jest z przesiadką. Decydując się na ten pierwszy mamy jeszcze trochę czasu by skorzystać z zaproszenia przewodnika i wstąpić do niego do domu w celu odświeżenia się i na mały lunch. Niestety po powrocie na dworzec okazało się, że autobus o 15 w dniu dzisiejszym nie jedzie i pospieszenie zapakowaliśmy się ponownie do busa i zaczęliśmy gonić nasz autobus. Po 30-40 min jazdy wąskimi uliczkami i zwijaniu asfaltu łapiemy autobus na postoju. Nim prawie dotrzemy do Ratnapury czeka nas jeszcze parę przesiadek i parę godzin podziwiania widoków za oknem. A przynajmniej dopóki nie zapadnie zmierzch.

Zapis trasy z GPS’u.

Reklamy

Dzień 7 – Haputale

Przed opuszczeniem Haputale i udaniem się w kierunku lasu deszczowego Sinharaja (rain forest) wsiadamy w lokalny autobus, który wiezie nas do Dambethenna, gdzie znajduje się fabryka herbaty założona przez sir Thomasa Liptona. Już sama droga jest bardzo malownicza, a zarazem wąska. Autobus pokonuje zakręt za zakrętem jadąc zboczem góry, jakby przez plantację herbaty porastającą wszystkie okoliczne wzgórza. Przy niektórych krzakach można dostrzec kobiety zbierające listki herbaciane. Tak naprawdę herbata jest drzewem, które w naturalnych warunkach potrafi osiągnąć do 18 metrów wysokości. Jednakże w celu produkcji herbaty, zbiera się tylko najświeższe listki z samego czubka, a zarazem nie pozwala się drzewu rozrastać, które pozostaje przez całe życie malutkim krzaczkiem.

Na wizytę w fabryce musimy chwilę poczekać ze względu na przeprowadzany właśnie audyt. Wolą chwilę wykorzystuję na fotografowanie dzieciaków w pobliskim przedszkolu.

Pół godziny później udaje nam się wejść do fabryki (RS 200). Dostajemy białe fartuchy i zwiedzanie rozpoczynamy od miejsca, w którym ważone są liście. Każda ze zbieraczek jest w stanie dostarczyć dziennie 18 kg świeżo zerwanych liści herbaty, za które dostaje zapłatę równowartości 4 USD. Następnie liście są rozsypywane i suszone na taśmach przez 16 godzin. Po tym czasie wędrują do wirówki na 20 minut, z której idą dalej taśmą do maszyny tnącej, których na ich drodze są w sumie trzy. Po takiej obróbce mechanicznej, liście herbaty przesiewane są przez kolejne sita, a następnie w postaci bardzo drobnego wręcz proszku rozsypywane na podłodze na 3 h w celu fermentacji. Po tym procesie herbata nabiera brązowawego koloru. Wszelkie zanieczyszczenia, włókna są z niej odfiltrowywane, co posłuży w przyszłości za nawóz. Ostatnim etapem jest coś w rodzaju piekarnika, gdzie przez 12 minut herbata przebywa w 120°C.

Herbaty jakie otrzymuje się to m.in. BOPF (Broken Orange Pekoe Fannings), BOP (Broken Orange Pekoe), które są najlepsze jakościowo. Najtańsza z herbat to po prostu zwykły, drobny brązowy pył, który po zalaniu wodą jest tak mocny, że miejscowi piją taką herbatę tylko z dużą ilością cukru i mlekiem.

Przed wyjściem udaje nam się załapać na nadprogramową degustację. Co prawda bus nam odjeżdża ale kierowca widząc, że idziemy czeka na nas na zakręcie. Jest trochę ciasno – 18 osób  w 12 miejscowym busie, ale jak się okazuje nie jest to szczyt ładowności. Chwilę później jedzie nas już 26, z czego 2 osoby wystają przez otwarte drzwi na zewnątrz. Szkoda tylko, że trochę wolnej przestrzeni na dachu pozostało niewykorzystane.

Z Haputale jedziemy do Palmedulla, gdzie przesiadamy się na autobus do Deniyaya. Pokonanie odcinka 75 km (Palmedulla – Deniyaya) zajmuje nam prawie 4,5 godziny.  Nie dość, że autobus zatrzymuje się na każde machnięcie ręką – jak taksówka to droga jest bardzo wąska i pnie się nieustannie w górę. Wleczemy się przeokropnie ale widoki rekompensują wszystko. Z obu stron rozciągają się wzgórza, od których opadają w dół doliny porośnięte herbatą. Obserwujemy jak mieszkańcy ładują herbatę na ciężarówki, myją się w potokach czy krzątają się w okolicy swoich domów, za które nierzadko służą zwykłe lepianki.