Song Kol

Z Karakol zmierzamy do Kochkor. To stamtąd chcemy się dostać nad jezioro Song Kol. Jednak nim tam dotrzemy robimy sobie krótki, dosłownie półgodzinny postój nad innym z jezior – Issyk Kul. Jest to największe jezioro Kirgistanu i drugie pod względem wielkości jezioro śródgórskie – po Titicaca w Ameryce Południowej. Relaksujemy się, pochłaniamy melona łamiąc przy tym drugą łyżeczkę (pierwszą złamały krowy gdy jadły moje spodnie) i podziwiamy ośnieżone szczyty górskie po drugiej stronie. Do Bałykchy docieramy stopem i próbujemy znaleźć jakiś transport do Kochkoru. Wszędzie jednak tylko propozycje taksówek. Zrezygnowani decydujemy pójść za miasto i tam spróbować szczęścia stopem. Nie doszliśmy jeszcze do skrzyżowania, gdy zatrzymał się kierowca busa i zabrał nas za 150 som. Nie długo byliśmy oddaleni od gór, a już ponownie w nie wjeżdżamy.

IMG_4142

Issyk Kul

Issyk Kul

IMG_4157 IMG_4161

Na miejscu rozglądamy się za jakimś transportem na jutro do Song Kol ale ciężko cokolwiek znaleźć. Udajemy się więc do CBT i tam za 3000 somów organizujemy sobie wycieczkę na cały dzień nad jezioro. Wieczór zdzwaniamy się z dziewczynami. Mówią nam, że postarają się zdążyć na 7 rano i zabrać się z nami nad jezioro.

W ramach luzu dziś jemy w restauracji i przy okazji ładujemy telefony z gniazdka. Przez poprzednie dni cały czas prąd czerpaliśmy z panelu słonecznego. Nosiliśmy go zamocowany do plecaka podczas górskich wędrówek. Azja Środkowa jest bardzo słonecznym regionem i z ładowaniem nie mieliśmy żadnych problemów.

Na noc namiot rozbijamy nad rzeką, w lesie za miastem.

Rano czekamy chwilę na dziewczyny jadące z Bałykczy i już wszyscy wspólnie jedziemy nad jezioro. Odległość jaką mamy do pokonania to 100km, z czego pierwsze 50 to droga asfaltowa o bardzo dobrej nawierzchni. Druga połowa prowadzi już przez góry i doliny. Wyjeżdżamy nawet na przełęcz mierzącą ponad 3700m. Przy drodze leży jeszcze sporo śniegu, a jest połowa lipca. Sezon trwa tu bardzo krótko, bo już w połowie sierpnia się kończy i bardzo szybko nadchodzi zima.

IMG_4185

Widoki z przełęczy

Widoki z przełęczy

Nad jeziorem korzystamy z możliwości wypożyczenia koni ale dostajemy tak mało ruchliwe, że ledwo im się chce chodzić, nie mówiąc o jakimś kłusie czy galopie. Zdecydowanie coś z tymi końmi jest nie tak. Jeden wyrzuca Ewę z siodła, drugi jest narowisty i gdy zbliża się do innych koni te zaczynają rżeć i wierzgać. Tylko Marysia dostała w miarę normalnego konia i po jakimś czasie zamieniam się z nią i mogę wreszcie pojeździć po okolicy.

W przerwie między jeżdżeniem na koniach spacerujemy wzdłuż porozstawianych jurt, które służą głównie turystom, choć tych o dziwo jak na lekarstwo. Oprócz nas jest może 4 cudzoziemców.

IMG_4198 IMG_4240

W jednym miejscu tubylcu stawiają właśnie jurtę wznosząc ją z gotowych patyków i wiążąc je sznurkiem do reszty konstrukcji. Dziewczyny od razu rzucają się do pomocy, łapią tyczki i próbują je dopasować w odpowiednie miejsce. Parę dodatkowych rąk do pomocy i budowa idzie całkiem sprawnie. Niestety dwadzieścia minut później cały włożony trud idzie na marne bo wszystko, z czym pomogły do tej pory się zawala. Trzeba zaczynać od nowa.

IMG_4222

IMG_4242

Przewodnik zachwalał Song Kol jako miejsce warte odwiedzenia. Pierwotnie nie mieliśmy planu tu być ale tak po prostu wyszło. Spodziewaliśmy się zatem meteorologicznego teatru. Wiedzeni ciekawością chcieliśmy przekonać się i zobaczyć na własne oczu jak tu jest. Szczerze mogę stwierdzić, że jezioro nas nie zachwyciło ale winę za to ponosi w głównej mierze pogoda. Owszem, było ciepło, nawet bardzo ciepło jak na wysokość, na której przebywaliśmy ale przejrzystość powietrza pozostawiała wiele do życzenia. Ledwo mogliśmy dostrzec góry wznoszące się przy drugim brzegu.

Reklamy

Kirgiski Tien Shan

Rano Samagan odwozi nas ponownie do miasta, na marszrutkę do Jety-Oghuz, skąd planujemy ruszyć na kilkudniowy trekking w góry. Na pożegnanie wręcza nam butelkę miejscowego koniaku. Bardzo miły gest z jego strony ale przyznam, że nawet nie mamy gdzie już włożyć tej butelki, tak pełne (i ciężkie) mamy plecaki. Pomimo, że Lonely Planet podawał, że o tej porze jest bezpośrednia marszrutka to Samagan mówi, że nie ma i musimy jechać z przesiadką. Wysiadamy więc przy głównej drodze, skąd taxi za około 200 somów docieramy do końca doliny czyli Jety-Oghuz Kurort.

Na końcu drogi możemy podziwiać jedną z geologicznych osobliwości Kirgistanu – Siedem Byków. Jest to kolorowa skała, a wręcz góra wznosząca się na wysokość kilkudziesięciu metrów , w której wiatr i deszcz rzeźbią od lat.

Siedem Byków

Siedem Byków

W momencie gdy przygotowujemy się do wyruszenia na szlak podjeżdża kolejna taksówka, z której wysiadają cztery osoby. Po chwili przysłuchiwania się rozmowie podchodzę bliżej i w ten sposób poznajemy Anię, Marysię, Roberta i Paulę. Choć każda dwójka z naszej szóstki ma trochę inny plan to wkrótce okaże się, że nasze drogi przeplotą się jeszcze wielokrotnie.

My ruszamy jednak oddzielnie, bo po upływie chwili chcemy zatrzymać się nad rzeką i na łonie przyrody zjeść śniadanie.

IMG_3941

Począwszy od Siedmiu Byków rozpoczyna się Dolina Kwiatów czyli Kok-Jaiyk. Szlak prowadzi głównie drogą, która czterokrotnie przecina rzekę. W Kirgistanie wjazd do parków jest możliwy autem więc możliwym jest również złapanie stopa i podjechanie paru kilometrów. Tak też udaje nam się zrobić. Wysiadamy na ogromnej polanie, z której zaczynają roztaczać się pierwsze widoki na góry. Nieopodal znajdują się też pierwsze jurty. Jedne wyglądają jak typowo turystyczne, z kolei dookoła innych beztrosko biegają dzieciaki podczas gdy starsi wykonują jakieś prace.

IMG_3945

Dalej ścieżka wije się wzdłuż rzeki, lasu i przecina kilkukrotnie mniejsze i większe polany, które okupują piknikowicze. My idziemy dalej robiąc jednak co jakiś czas krótkie przerwy na zrzucenie plecaków co by dać odpocząć umęczonym ramionom.

IMG_3957

Po przejściu siódmego mostu skręcamy w lewo. Dochodzimy odpoczywające na trawie dziewczyny i sami siadamy na kilkanaście minut. Obok kręcą się dzieciaki domagające się czekolady i coli ale po paru minutach się nudzą i odchodzą. Od tego momentu idziemy już razem. Nie dlatego, że tak się umówiliśmy ale dlatego, że mamy bardzo podobne tempo.

Gdy wychodzimy ponad granicę lasu odsłaniają się przed nami wspaniałe widoki. Rzeka, z początku bystra i wartka, wyżej rozlewa się na dolinę, płynie wolno i meandruje między zielonymi pastwiskami, na których pasą się konie, krowy czy owce. Dolinę od północy, południa i wschodu oddzielają wysokie granie, a dokładnie na wprost nas wznosi się ośnieżony wierzchołek, oświetlony zachodzącym słońcem. Jesteśmy zachwyceni widokami. Pierwszy dzień się jeszcze nie zakończył, a ja już planuję powrót zimą na skitury.

IMG_3971 IMG_3976 IMG_3977

IMG_3987 IMG_4012 IMG_4022

Zmęczenie daje nam trochę w kość, poza tym około 18 robi się chłodniej, a słońce coraz szybciej obniża się na nieboskłonie. Znajdujemy dobre miejsce pod namiot i rozbijamy się. Nocujemy na wysokości ponad 2600 m n.p.m. ale noc jest chłodna.

Nad ranem budzą nas krowy trącające pyskami nasz namiot. Gdy postanawiam wstać i sprawdzić co się dzieje jest już za późno. Wyciągnęły moje spodenki spod tropiku i zaczęły żuć. Wyciągam im je wręcz z pyska, rozganiam i idę przeprać do rzeki bo są całe oślizgłe. Trochę potargane także ale są to jedyne tak cienkie spodnie jakie posiadam.

Gotujemy sobie pyszne i pożywne śniadanie – płatki z bakaliami. Do tego ciepła herbata o poranku w otoczeniu pięknych krajobrazów i ruszamy dalej w trasę.

Doliną maszerujemy może jeszcze z pół godziny, mijamy namioty wspinaczy i odbijamy w lewo, w kierunku przełęczy Teleti (3750m). Od tego momentu zaczynamy mozolne podchodzenie co zajmuje nam około dwóch godzin. Wyżej pojawiają się pojedyncze płaty śniegu, które staramy się za każdym razem obchodzić co czasem wymaga podejścia kilkudziesięciu metrów. Najczęściej w górę. Ostatni z takich płatów śnieżnych postanawiam jednak lekko ściąć od góry, jednakże zabezpieczam się na wszelki wypadek dużym płaskim kamieniem, który przed każdym krokiem wbijam dla pewności w śnieg. Niestety, w jednej chwili dzieje się to, czego się obawiałem. But mi objeżdża i zaczynam zjeżdżać w dół. Udaje mi się zatrzymać dopiero po kilkunastu metrach. Nie było żadnego zagrożenia ale jestem trochę poobcierany.

Po drugiej stronie przełęczy śniegu znacznie więcej ale można spokojnie po nim zejść czy zbiec. Trzeba tylko uważać żeby noga nie wpadła za głęboko.

IMG_4041 IMG_4042 IMG_4048

W dolinie na dole ścieżka trochę nam niknie z oczu i idziemy tak, aby było najwygodniej. Ja na przykład pewien odcinek pokonuję brzegiem rzeki lub po wodzie. Później, gdy zaczyna się kosówka musimy parę metrów się przez nią przedrzeć. Zejście jest bardzo strome, ścieżka wąska, a podłoże czasem luźno związane. Musimy uważać. Schodzimy więc powoli. W tej sytuacji kijki by się bardzo przydały. Nie ma jednak tego złego bo szybko docieramy do doliny rzeki Karakol. Ledwo wychodzimy na polanę, gdy nadjeżdża strażnik parku – Marat. Ledwo otwiera drzwi swego samochodu, gdy rzuca pytaniem – „Polacy czy Czesi?”.

IMG_4060 IMG_4065

Wystawia nam bilety na pobyt w parku, jednak tylko na jeden dzień i podwozi Ewę i Anię wraz z plecakami do Karakol Base Camp. To tylko 2 kilometry więc my z Marysią idziemy dalej piechotą.

Rzeka Karakol rozlewa się tutaj momentami bardzo szeroko i trzeba sobie szukać miejsc do przejścia suchą stopą.

Po cichu mieliśmy nadzieję, że gdy dotrzemy do obozu to namioty będą już rozstawione, a woda będzie bliska wrzenia. No cóż, rozmarzyliśmy się za bardzo, bo dziewczyny tylko wyładowały plecaki i wdały się w pogawędkę z rodziną Rosjan. Od nich dowiedzieliśmy się, że alternatywna droga dojścia do jeziora Ala Kol jest nie do przejścia bez raków.

Dlatego trzymamy się pierwotnej koncepcji i rano zostawiamy plecaki w jurcie (50 somów) i ruszamy na lekko do jeziora. Obchodzimy obóz z tyłu żeby nie musieć iść po wodzie i tam trafiamy na drewniany most, po którym przechodzimy na drugą stronę. Z początku ciężko nam jest natrafić na szlak ale po chwili przedzierania się przez las odnajdujemy ścieżkę. Bez plecaków idzie się zdecydowanie przyjemniej, no i tempo mamy żwawe. W niecałe półtorej godziny docieramy do chatki stanowiącej bardzo prymitywne schronienie ale w przypadku niepogody jej obecność może okazać się nieoceniona. Po krótkim odpoczynku idziemy dalej w górę. Wychodzimy ponad las, zaczynają się kamienie, piargi i trzeba sobie wyszukiwać szlak. Mijamy wodospad i docieramy na półkę skalną skąd roztacza się widok na część jeziora. Woda jest intensywnie szmaragdowa ale to się zmienia w zależności od padania promieni słonecznych. Od południa jezioro odgradzają nagie, wysokie wierzchołki podczas gdy z drugiej strony zbocze jest łagodniejsze, bardziej trawiaste. Jesteśmy sami, delektujemy się chwilą i wpatrujemy w jezioro chowając zarazem przed wiatrem za kamiennym murkiem. W końcu jesteśmy na prawie 4000 metrów, a na sobie mamy tylko krótkie ubrania.
IMG_4078 IMG_4085
IMG_4100 IMG_4115

O w pól do trzeciej zaczynam schodzić. Idę pierwszy, dziewczyny kilka minut za mną. Każdy swoim tempem. W końcu niebawem i tak się gdzieś spotykamy na szlaku. Mijam jeszcze sporo osób idących mozolnie w górę z plecakami. Dwie godziny później jesteśmy już z Ewą na dole. Odbieramy plecaki z jurty i ruszamy doliną rzeki Karakol na dół. GPS pokazuje, że do przejścia są 24km. Co prawda Marat poprzedniego dnia mówił, że będzie w bazie i nas zwiezie na dół ale nie ma go więc ruszamy. Chcemy wyjść jeszcze żeby nie musieć dopłacać za kolejny dzień pobytu.

IMG_4118 IMG_4124 IMG_4132 IMG_4134

Cały czas idziemy wzdłuż rzeki, która raz płynie wartko, szybko wąskim korytem, a czasem rozlewa się na całą szerokość doliny płynąc leniwie i zmuszając nas do zdejmowania butów i przekraczania rozlewisk boso. Z tego powodu ubieramy nawet sandały ale po pewnym czasie z nich rezygnujemy bo nie amortyzują tak jak adidasy. Mam wrażenie, że idziemy bardzo szybko, gdy niespodziewanie podczas jednego z postojów doganiają nas dziewczyny. One postanawiają się rozbić kawałek dalej, a my idziemy jeszcze. Nie uchodzimy 500 metrów, gdy mijają nas pierwsze samochody. Nadzieja w sercach rośnie i jeden z nich się zatrzymuje. To strażnik parku – Marat. Pyta dlaczego na niego nie poczekaliśmy w bazie ale nie mieliśmy pewności, że na pewno pojedzie dziś na dół. Już wiemy dlaczego jest zawiedziony. Ta chęć zwiezienia nas to nie z dobrego serca tylko dla zysku. Teraz, gdy jesteśmy już prawie na dole to i zarobek będzie mniejszy. Godzimy się zapłacić po 200 som na osobę i jedziemy w dwójkę (dziewczyny nocują tutaj) do miasta. Dziewczyny polecały nam Hostel Nice przy ulicy Gebze 76. Rzeczywiście jest świetnie. Za 100 somów od osoby możemy rozbić namiot, a zrobić pranie za 60. Do tego do naszej dyspozycji jest czysta, przestronna kuchnia, toalety i prysznice z ciepłą wodą. Luksusy!

Poniżej zapisy ślady tras z GPS.

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Załączam też mapy, z których korzystaliśmy.