Dzień 8 – Sinharaja Rain Forest

O 7:30 przyjeżdża po nas przewodnik by zabrać nas na wycieczkę. Mgła unosi się nad lasem, przez którą prześwieca poranne słońce. W pośpiechu wypijamy herbatę z limonką i jedziemy do lasu deszczowego. Po drodze kupujemy w sklepie woreczek soli, którą posypujemy zmoczone wodą buty i skarpety, co jak się później okazuje, skutecznie odstrasza pijawki.

Po drodze mamy okazję obserwować zimorodki, czaple białe, bawoły, czaple stojące na bawołach, a także ludzi uprawiających ryż. Na jednej z palm ktoś zbiera nektar z kwiatów na miód lub do produkcji alkoholu.

W lesie deszczowym spędzamy parę godzin spacerując ścieżką i obserwując lokalną faunę i florę. Przewodnik ciekawie opowiada i pokazuje różne rośliny, przyprawy i zioła, takie jak cynamon, imbir, kardamon, pieprz, a także wiele drzew. Z jednych z nich można pić wodę po przecięciu, a inne są trujące. Jeszcze inne służą do budowy głównie świątyń, ze względu na szlachetność drzewa, a pozostałe służą do wznoszenia konstrukcji pod lepianki. Ze świata zwierząt mamy okazję zobaczyć m.in. zieloną żmiję – trimeresurus, jaszczurkę zwaną kangurem ze Sri Lanki oraz buszujące nad głowami ogromne wiewiórki. W jednym miejscu napotykamy się na wiszące wysoko na drzewie gniazdo os, osiągające rozmiary około półtorej metra. Użądlenie sześciu os jest równe ugryzieniu kobry. W okolicy można dostrzec małe poletka pustej przestrzeni, pozbawione drzew. To właśnie miejsca, w których tubylcy poszukują w ziemi szafirów.

Wyjeżdżając już z parku dostrzegamy dwa wylegujące się na drzewach kameleony z niesamowicie długimi ogonami, a niedługo później mangusta przebiega nam przez drogę.

Autobus powrotny w kierunku Ratnapury mamy o 15, a o 14:30 jest z przesiadką. Decydując się na ten pierwszy mamy jeszcze trochę czasu by skorzystać z zaproszenia przewodnika i wstąpić do niego do domu w celu odświeżenia się i na mały lunch. Niestety po powrocie na dworzec okazało się, że autobus o 15 w dniu dzisiejszym nie jedzie i pospieszenie zapakowaliśmy się ponownie do busa i zaczęliśmy gonić nasz autobus. Po 30-40 min jazdy wąskimi uliczkami i zwijaniu asfaltu łapiemy autobus na postoju. Nim prawie dotrzemy do Ratnapury czeka nas jeszcze parę przesiadek i parę godzin podziwiania widoków za oknem. A przynajmniej dopóki nie zapadnie zmierzch.

Zapis trasy z GPS’u.

Reklamy

Dzień 6 – Park Narodowy Równina Hortona

Rano o 9:23 wsiadamy do pociągu jadącego w kierunku Colombo celem dotarcia do Ohiya – miasteczka położonego w pobliżu Parku Narodowego Równiny Hortona.
Tym razem pociąg jest zgoła odmienny od tego, którym jechaliśmy z Colombo na południe. Przede wszystkim jest nowy, czysty, posiada dwie toalety- w stylu zachodnim i azjatyckim, a także okna otwierają się w górę lub w dół.

Trasa jest bardzo malownicza i wiedzie zboczami gór porośniętych krzewami herbacianymi, a od czasu do czasu w oddali jawi się nam jakiś wodospad. Z jednej strony stoki opadają dolinami łagodnie w dół, a z drugiej, w oddali majaczą szczyty gór zasnute chmurami. W miarę jak pociąg piął się wyżej i wyżej, zaczęło robić się chłodniej, wjeżdżaliśmy w chmury, pociąg wił się między górami przejeżdżając przez liczne tunele.

W ostatniej chwili zauważam nazwę stacji i pospiesznie wysiadamy. Ohiya to zaledwie stacja kolejowa, parę domów i droga wiodąca w kierunku parku narodowego.

Pierwotnie planujemy zostać na noc i zostawiamy bagaże w pokoju. Do szlaku jest prawie 12 km i jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na tuk-tuka. Wstęp do parku jest horrendalnie drogi – 15$ od osoby plus 8$ opłata manipulacyjna.

Od visitor’s centre ścieżka prowadzi przez 9 km zataczając koło, by ponownie powrócić w to samo miejsce. O ile na dole pogoda była słoneczna, było ciepło, o tyle na wysokości prawie 2000 m n.p.m. jest chłodniej, a po niebie płyną chmury. Najpierw idziemy w stronę Małego (Lesser World’s End) i Dużego Końca Świata (World’s End), które stanowią największą atrakcję parku. Zaleca się, aby być tam przed godziną 9 rano, zanim ogrzane powietrze z dołu wzniesie się wyżej i przesłoni cały widok. Niestety my jesteśmy znacznie później i wszystko zasłaniają chmury. Ledwie na moment możemy dostrzec drogę pnącą się 870 m poniżej. Idąc dalej docieramy do wodospadu Baker’a.

Równina Hortona to płaskowyż z paroma wzgórzami, porośnięty trawą, niewielką ilością drzew oraz licznymi rododendronami. Jeszcze dwa wieku temu żyły tam słonie, na które licznie polowano, co doprowadziło do ich wyginięcia na tym obszarze.

Po powrocie do Ohiya decydujemy, żeby wrócić jednak pociągiem do Haputale skąd będzie się później łatwiej wydostać.
Na kolację zamawiam sobie kottu roti – danie zrobione z warzyw (marchew, por, kapusta, cebula) w połączeniu z siekanym ciastem naleśnikowym, podawane z tradycyjnym cejlońskim naleśnikiem pszennym roti oraz jajkiem, kurczakiem, rybą lub baraniną.

Dzień 4 – Park Narodowy Yala

O 5:30 wyjeżdżamy na uprzednio zorganizowanie safari do parku narodowego Yala. Za nasz środek transportu będzie służył przerobiony jeep z zamontowanymi siedzeniami i dachem z plandeki dobudowanym z tyłu na pace. Z Tissamaharama do parku oddalonego o około 30 km dojazd zajmuje niecałą godzinę.  Oprócz kierowcy jest z nami jeszcze brat właścicielki willi, w której mieszkamy – Janaka. To u niego zorganizowaliśmy wyjazd na safari i to on pokazuje nam większość zwierząt zakamuflowanych gdzieś na drzewach lub w krzakach.

Na początku udaje się nam dostrzec kilka krokodyli leżących bez ruchu w wodzie bądź na brzegu. W miarę jak robi się cieplej, te olbrzymie gady otwierają swe paszcze i w ten właśnie sposób się chłodzą

W parku występuje niesamowita ilość ptaków. Nieopodal przechadzają się pawie, na które bardzo łatwo się natknąć w różnych miejscach. Poza tym nie brakuje tutaj czapli białych oraz siwych, kormoranów, ibisów, bocianów białoszyich, zimorodków, żołny wschodniej, a także dzioborożców. Z tymi ostatnimi wiąże się ciekawa historia, a mianowicie gdy samica składa jaja, wchodzi do dziupli w drzewie, którą następnie samiec zasklepia błotem zmieszanym śliną i zostawia tylko mały otwór przez który samica wystawia dziób na zewnątrz. W ten sposób samiec dostarcza jej, a później również i młodym pokarm. Z powodu braku dostępu do światła słonecznego samica traci wówczas pióra i jest w całości zależna od partnera. Gdy coś się stanie z samcem, ginie zarazem samica i potomstwo. Po około trzech miesiącach samiec rozbija gliniany mur i samica z małymi wychodzi na zewnątrz. Ptaki te wiążą się w pary na całe życie.

Bardzo często pojawiają się bawoły – rzekomo najgroźniejsze ze zwierząt w całym parku. Nie brakuje również dzików, jeleni aksis, jeleni sambar, iguan, szakali czy mangust zwanymi również snake killer, a to z tego powodu, że te małe ssaki polują na węże i nie boją się stanąć oko w oko z kobrą. Nie są odporne na jad ale wystarczająco zwinne i szybkie, żeby się ustrzec przed ukąszeniem. Od czasu do czasu napotykamy na swej drodze słonie, które nieustannie coś przeżuwają. Te duże ssaki zjadają do 200 kg pożywienia dziennie, zapijając to 150 litrami wody . Niektóre wydają się być nieśmiałe lub czują się mało fotogenicznie, ponieważ gdy podjeżdżamy i zaczynamy im się przyglądać, powoli się oddalają. W pewnym momencie zatrzymujemy się na drodze stając równolegle do samochodu z przeciwka. Kierowcy urządzają sobie pogawędkę, a my oglądamy olbrzymiego samca z dużymi ciosami buszującego za drzewem. Zrywa gałęzie, zjada liście i obsypuje się ziemią. Nagle, ni stąd ni zowąd słoń postanowił przejść na drugą stronę drogi jakby w ogóle nic sobie nie robiąc z dwóch niemałych samochodów stojących na jego drodze. Kierowcy jednak szybko odpalają maszyny i zwierzę przechodzi nawet nie zwalniając kroku. Słonie z kłami stanowią zaledwie 10% populacji słoni na Sri Lance, a swych kłów używają również do zdobywania pożywienia i nie należy lekceważyć ich siły i charakteru.

Do lampartów jak dotąd nie mamy szczęścia. Komuś udało się wypatrzeć jednego, leżącego daleko na gałęzi drzewa i trzeba się naprawdę dobrze przyjrzeć przez lornetkę, żeby stwierdzić, że coś tam rzeczywiście jest.

Około południa zatrzymujemy się na lunch. Po drzewach nad głowami skaczą małe małpki. Biegają i czekają, aż ktoś im rzuci jakieś resztki lub same biorą sprawy w swoje ręce i wykradają śmieci z plastikowych worków. W samochodzie też lepiej niczego nie zostawiać, bo chwilę po jego opuszczeniu małpy dokonują rewizji.

Po krótkim odpoczynku kontynuujemy jazdę w poszukiwaniu lampartów, które są symbolem Yali. Przez większą część czasu widzimy te same zwierzęta, co poprzednio, a dodatkowo parę orłów i innych ptaków drapieżnych. Iguany wylegują się na gałęziach drzew, krokodyle nadal leżą nieruchomo w wodzie z otwartymi paszczami, ptaki brodzą na mokradłach lub przelatują nam nad głowami. Lampartów jednak nigdzie nie widać. Nie ma ich także w miejscu, w którym zwykle bywają, choć nie ma tutaj reguły. Czasem można je spotkać na leżące na drzewie, a czasem przechadzające się po drodze. Gdy tak wracamy z kolejnego miejsca, gdzie nie dostrzegliśmy żadnego z tych dzikich kotów, jeden przechodzi nam przed samochodem, dosłownie parę metrów od nas i chowa się pod drzewem. Po chwili przeskakuje mały rów i dołącza do drugiego lamparta. Są dosłownie 30-50 metrów od nas, choć dobry widok zasłaniają zarośla. Jeden leży zwrócony bokiem do nas, a drugi siedzi wsparty na przednich łapach i patrzy się raz na nas, raz przed siebie. Mamy szczęście podziwiać te pięknie koty w ich naturalnym środowisku, a w dodatku jesteśmy sami. Dopiero po paru minutach zjeżdżają się inne samochody zaalarmowane wiadomością od Janaki.

Zbliża się godzina 17:30, a bilet jest ważny od 6 do 18, więc zbliża się czas opuszczenia parku.
Przy małym stadzie jeleni zatrzymało się dość dużo jeepów, a jelenie wydają się być przestraszone i co rusz przebiegają parę metrów do przodu. Po chwili wszystko staje się jasne, gdy na polanę na krótko wychodzi lampart. Znika jednak chwilę później za kolejnymi krzakami, a jelenie już pobiegły dalej.
W całym parku żyje osiemnaście lampartów, a nam jednego dnia udało się zobaczyć aż cztery. Może nie były idealnie blisko, nie leżały tuż przy drodze, ale w końcu to ich naturalne środowisko i mieliśmy szczęście, że w ogóle udało się nam je dostrzec.

Safari bez wątpienia należało do udanych i to nie tylko dzięki mnogości różnych gatunków zwierząt, ale także ze względu na naszego przewodnika, który wypatrzył zwierzęta tam, gdzie my ich nie widzieliśmy. Niejednokroć musiał nam kilka razy wskazywać konkretne miejsce. Była to bez wątpienia zaleta, ponieważ na swojej drodze napotykaliśmy wycieczki tylko z kierowcą, który musiał patrzeć przed siebie, na wyboistą drogę, a nie wypatrywać zwierząt. Natomiast ludzie z tyłu błędnym wzrokiem obserwowali miejsca, w których my od czasu do czasu im pokazywaliśmy jakieś zwierzęta i nie mogli niczego dostrzec.

Dzień 3 – Galle – Tissamaharama

Rano raz jeszcze spacerujemy po holenderskim forcie w Galle. Jest sobota i pary młode urządzają sobie sesje fotograficzne. Na kamieniu wyleguje się potężna jaszczurka, a siedzący obok kot z początku wyraża nią zainteresowanie, by zapewne stwierdzić po chwili, że ani zjeść się nie da, ani zjedzonym się nie zostanie, więc już bez skrępowania przysiada się obok.
Na stylowych uliczkach można gdzieniegdzie spotkać obwoźnych handlarzy spędzających owoce na swoich wózkach, a ja podczas fotografowania rzemieślnika szlifującego kamienie księżycowe pod sklepem dostaję od niego mały kawałek na pamiątkę.

Z dworca autobusowego w Galle jedziemy lokalnym autobusem do Matary. Autobus potrzebuje prawie 1,5h, żeby pokonać dystans 44km dzielący oba te miasta. Bierze się to po części z tego, że kierowca zatrzymuje się, gdy tylko ktoś machnie ręką, co może mieć miejsce nawet kilkukrotnie na odcinku paruset metrów.

W Matarze przesiadamy się na autobus jadący bezpośrednio do Tissamaharamy, zwanej przez wszystkich po prostu Tissą, miasteczkiem leżącym w bezpośrednim sąsiedztwie parku narodowego Yala. Tym razem autobus nie zatrzymuje się co rusz i jazda jest bardziej płynna, a kierowca wyprzedza na potęgę. W pewnym momencie zahacza lekko o kierowcę tuk-tuka ale niezrażony jedzie dalej. Pech chce, że chwilę wcześniej wyprzedziliśmy dwóch policjantów na motorze, którzy zatrzymują nasz autobus. Zjawia się też poszkodowany kierowca tuk-tuka w stanie bardzo niezadowolonym. Chwilę dyskutują, policja najwidoczniej nie chce marnować swojego czasu i prawie natychmiast odjeżdża,  kierowca naszego autobusu wręcza temu z tuk-tuka parę banknotów, a jeden z pasażerów rozgania całe to zbiorowisko i najprawdopodobniej zachęca do kontynuowania jazdy. Tak jest, po co tracić czas, w końcu to tylko stłuczka i ucieczka z miejsca zdarzenia. Dzień jak co dzień.

Niestety w Hambantocie zmieniamy autobus, na taki pamiętający jeszcze czasy Holendrów czy Anglików będących we władaniu wyspą, w którym przy wyższej prędkości (czyli bagatela ok 60 km/h) odnosi się wrażenie, że jeszcze trochę  tych wibracji, a teleportuje się on do innego wymiaru.
W autobusie jeden z tubylców zaczyna zachwalać nam swój nocleg, pokazuje zdjęcia i książkę z wpisami zadowolonych gości. Dajemy się skusić i nie żałujemy. Pomimo tego, że cena świetna (RS 1500) to willa położona jest nad brzegiem jeziora, w którym żyją m.in. krokodyle. Jednego udało się nam nawet dostrzec wylegującego się pod drzewem. Z tego też powodu cała posiadłość otoczona jest drutem kolczastym. Kilka okolicznych drzew jest dosłownie obleganych przez wiszące na nich do góry nogami nietoperze. Miejscowi mówią, że ich liczbę szacuje się na 100 000 sztuk. Poza tym nie jest problemem dostrzec spacerujące białe czy siwe czaple, pływającego po jeziorze pelikana, latające nad głowami zielone papugi i skaczące po drzewach małpy. Węży podobno nie ma ze względu na podmokły teren i schyłek pory deszczowej, ale w drodze do miasta nagle się zatrzymujemy, bo któryś z tubylców dostrzegł węża gdzieś w trawie. Gdy zatrzymaliśmy się, żeby mu się lepiej przyjrzeć to już go nie było.

Dzień 2 – Colombo – Ambalangoda – Galle

O 8:30 ze stacji Colombo Fort jedziemy pociągiem do Bentoty, aby zwiedzić wylęgarnię żółwi. Pomimo, że pociąg dzieli się na trzy klasy to ciężko rozróżnić, gdzie która się zaczyna czy kończy.  O wolne miejsce ciężko więc siadam w przejściu na podłodze i przez otwarte drzwi obserwuję okolicę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, momentami zaledwie parę metrów od oceanu. Na pokonywanym przez nas odcinku w 2004 roku w pociąg uderzyła fala tsunami zabijając w ponad 1500 pasażerów. Obecnie ślady zniszczeń nie są już widoczne.

Jeden z poznanych w wagonie tubylców po chwili rozmowy zachęca nas, abyśmy wysiedli jedną stację dalej – w Ambalangodzie, skąd do żółwi w Koskogodzie jest rzekomo bliżej.
Dworzec opuszczamy bez większych trudności, mimo że bilet mieliśmy tylko do poprzedniej stacji.
Ze 150 rupii za kilometr obniżamy cenę do 80 i jedziemy tuk-tukiem zwiedzać pobliską wylęgarnię żółwi.

W ośrodku (wstęp Rs 500) mamy możliwość bliżej poznać aż pięć gatunków tych poczciwych zwierzaków. Najbardziej popularny jest żółw zielony, a następnie żółw oliwkowy, żółw szylkretowy, żółw skórzasty, żółw karetta. Jaja przypominające piłeczki ping-pongowe zakopane są w piaskowych kopczykach.  Ich czas wykluwania różni się w zależności od gatunku,  ale wszystkie wahają się w granicach 30 dni. Do ośrodka znoszą jaja między innymi zwykli ludzie, którzy dostają za każde parę groszy więcej, aniżeli płacą restauratorzy, którzy skupują je w celu przyrządzenia później omletów z żółwich jaj. Po wykluciu małe żółwiki przenoszone są do zbiornika z wodą, w którym dorastają i gdy są już na tyle duże, aby można je bezpiecznie wypuścić, przenosi się je nad ocean, gdzie podążają już w swoją stronę.

W innych zbiornikach pływają większe żółwie – osiągające w granicach 10-15 kg oraz niepełnosprawne, które na przykład straciły płetwy zaplątując się w sieci. Dorosłe osobniki w zależności od gatunku osiągają 150 – 200 kg i do 2 m długości. Żyją nawet i do 200 lat.
W jednym ze zbiorników pływał bardzo rzadko spotykany żółw albinos. Zabronione było dotykanie czy chociażby wkładanie rąk do wody aby chronić go przed różnymi chorobami. Jednak biedak i tak nie ma szczęścia. Raz, że albinosy żyją zdecydowanie krócej od innych przedstawicieli swojego gatunku, a dwa, że żółw ten stanowi atrakcję całego ośrodka w takim stopniu, że nieustannie ktoś przy nim siedzi i go pilnuje.

Po wyjściu z ośrodka jedziemy do ogrodu z ziołami, gdzie na początek zostajemy poczęstowani pyszną herbatą z imbirem, kardamonem i cynamonem, a następnie oprowadzono nas po ogrodzie, w którym pokazano nam jak rosną m.in. wanilia, szafran, imbir, pieprz, ananasy, cynamon, pieprz i parę jeszcze innych roślin, z których wyrabiają tam lekarstwa na różne przypadłości.

Przy pomocy odpowiednich wyciągów z czerwonego ananasa można zrzucić do 6 kg w ciągu miesiąca. Cynamon służy do pozbycia się szumów w uszach, bólu głowy i migren, olejek sandałowy zmieszany z czymś jeszcze pozwala pozbyć się wszelkich problemów związanych ze skórą, a podobno stosowanie go przez dwa miesiące usuwa nawet tatuaż. Ja w ramach testów poddałem się zabiegowi depilacji kawałka nogi kremem na bazie szafranu. Po 10 minutach wystarczyło tylko zetrzeć i wszystkie włosy same wypadły. Według informacji powtórzenie zabiegu parokrotnie w ciągu miesiąca gwarantuje brak owłosienia na najbliższe dwadzieścia (20) lat! Z preparatu korzystają m.in. mnisi do golenia głów. Ja od siebie mogę powiedzieć, że po trzech tygodnia na nodze nadal nie mam praktycznie żadnych śladów odrastania.
Minusem są jednak ceny, które w zależności od rodzaju specyfiku zaczynają się w granicach 25 USD za małe opakowanie. Warto jednak udać się do jednego z takich miejsc, aby dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, a ewentualny zakup zostawić do momentu wizyty na jednym z lokalnych targów (np. w Kandy), gdzie ceny są nawet 3-4 krotnie niższe.

Z ogrodu jedziemy do kopalni kamieni szlachetnych, w której wydobywa się głównie kamień księżycowy, a od czasu do czasu trafi się jakiś szafir. Z 12 m dołu ręcznie wydobywa się urobek i następnie przesiewa w wodzie. Obok inni pracownicy szlifują wydobyte kamienie. Zwiedzanie nie byłoby kompletne bez obowiązkowej wizyty w sklepie, w którym próbują wcisnąć nam cokolwiek byle tylko coś sprzedać.

Kierowca tuk-tuka wysadza nas przy głównej drodze i od razu łapiemy autobus do Galle, którego kierowca cierpliwie czeka aż przeniesiemy swoje plecaku do środka.

W Galle nocleg znajdujemy wewnątrz fortu wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tym razem nocleg jest ciut lepszy, jest ciepła woda, a poza tym bardzo duszno.

Na posiłek udajemy się do typowo lokalnej knajpki, w której jadają miejscowi. Za serwetki służą kawałki starych gazet, które po użyciu rzuca się na ziemię. Wszyscy nas obserwują, a ktoś z obsługi dosłownie stoi nad nami przez cały czas i pyta czy czegoś nie potrzebujemy jeszcze.
Samo jedzenie oczywiście bardzo ostre. Jadłem już pikantne dania w Azji Pd-Wsch., ale bezsprzecznie te na Sri Lanca należą do najostrzejszych jakie gdziekolwiek spotkałem. Ja zajadam się hoppers(appam), czyli swego rodzaju plackami wyrabianymi z mleka kokosowego i sproszkowanego ryżu moczonych w sosie z czosnku i chili. Pycha!

Hoppers

Hoppers

Dzień 1 – Colombo

Colombo wita nas gorącym powietrzem. Prawdopodobnie jest ponad 30°C.
Unikając różnej maści naganiaczy wychodzimy z lotniska na piechotę i kierujemy się w prawo, w stronę pobliskiego dworca. Nie docieramy jednak do celu, ponieważ w połowie drogi autobus nr 187 zatrzymuje się przy nas i wsiadamy do środka (RS 100 + 100 bagaż).

Wysiadamy w północnej części miasta – dzielnicy Fort. Po chwili spaceru i zasięgnięciu języka znajdujemy nocleg w hostelu „Colombo YMCA” , mieszczący się w starym kolonialnym budynku. Pokoje są bardzo skromne, wręcz prymitywne z prostym wyposażeniem. Na jedną noc wystarczy.

Po wypakowaniu się idziemy na mały spacer po okolicy. Woda w Oceanie Indyjskim ciepła, według prognoz internetowych także około 30°C. Nieopodal deptaka pan siedzący na ziemi unosi pokrywę koszyka, z którego łeb podnosi kobra głośno przy tym sycząc. Słowa „nice cobra” nie zachęcają mnie do interakcji z tym gadem i idziemy dalej.
Jednym z ulubionych miejsc w Azji, które można znaleźć  w każdym kraju, na największym wręcz odludziu są targi, jarmarki, bazary. Dostarczają mi one zawsze największej ilości ciekawych zdjęć. Wypełnione pachnącymi przyprawami i zapachem leżących cały dzień w upale ryb, słodkimi, soczystymi owocami i magią kolorów automatycznie przyciągają wzrok. Ludzie są tutaj najbardziej naturalni, przyłapani podczas zwykłych, codziennych czynności. W dodatku sprzedawcy sami ustawiają się  i z uśmiechem proszą o zdjęcia, co też skwapliwie wykorzystuję. Z jednej strony ja obserwuję wszystko i wszystkich szukając ciekawych kadrów, a z drugiej wszyscy obserwują mnie – jedynego „białego” turystę rzucającego się w oczy dodatkowo wiszącym u szyi aparatem.

Przy jednej z ulic, w jednym z wielu salonów z telefonami komórkowymi kupuję kartę SIM i aktywuję pakiet internetowy (250 RS). Nie jest to proste, ponieważ żeby zarejestrować i uaktywnić moją kartę potrzeba moich danych spisanych z paszportu. W konsekwencji się udaje i za parę groszy mogę korzystać z 200 MB danych, iluś tam minut i SMS-ów do mojej sieci. Minusem tego wszystkiego są wiadomości systemowe od operatora, których nie można w żaden sposób zablokować, a które dostaję włącznie z SMS-ami co parę minut.