Dzień 6: Meteostacja – Kazbegi

Rano jedyne co nam pozostało to zwinąć namiot, co nie obyło się bez pomocy czekanów, ponieważ trochę miejscami przymarzł do śniegu. Pogoda była zdecydowanie lepsza niż podczas wchodzenia i co jakiś czas byliśmy zaskakiwani widokami, które ominęły nas w pierwszą stronę z powodu mgły. Jak się okazało, szlak prowadził skrajem głębokiego wąwozu polodowcowego, do którego od góry schodził jęzor lodowca Gergeti. Było również zdecydowanie cieplej i tuż po zejściu z lodowca postanowiłem zrzucić z siebie bieliznę termoaktywną, krótkie spodnie, trzy koszulki Elka oraz kurtkę.

Wysoko w górze przesuwały się chmury, które skutecznie przesłaniały na zmianę raz wierzchołek, a raz podstawę góry.  Mniej więcej od przełęczy na 3000 m poszliśmy inną drogą – na wprost, o której w pierwszą stronę nie mieliśmy nawet pojęcia. Prowadziła ona nadal skrajem wąwozu, a później skręcała w prawo by połączyć się znów ze ścieżką. Zejście pod kościółek świętej Trójcy zajęło nam zaledwie 3,5 godziny z wieloma przerwami na zdjęcia. Po drodze mijaliśmy spore ilości turystów pragnących tak jak my zdobyć Kazbek, z których zdecydowaną większość stanowili Polacy.

A i przy samym kościele było ruchliwie i tłoczno. To Gruzini przyjechali na wycieczkę skuszeni ładną pogodą w niedzielę. W tym też miejscu pożegnałem się z Kingą i Elkiem, którzy poszli na dół, a ja zostałem jeszcze chwilę na górze, by spotkać się z własną ekipą i razem wracać na noc do Tbilisi.

Zapis śladu trasy z GPS.

Reklamy

Dzień 5: Kazbek (5033 m)

Nie można powiedzieć, że dzwoniący o 4 rano budzik wyrwał nas ze snu, ponieważ chyba nikt z nas nie spał za dobrze z powodu zimna, małej przestrzeni, którą oferował nam namiot i zmęczenia.  Postanowiliśmy jeszcze trochę odczekać aż ekipa z Rumuni nas wyprzedzi. Po rozmowie na lodowcu poprzedniego dnia wynikało, że planują wyruszyć wcześnie rano i chcieliśmy dać sobie trochę czasu jeszcze i pozwolić im przetrzeć szlak. W konsekwencji minęło jeszcze z pół godziny zanim na dobre powstawaliśmy. Mi przyszło to tym trudniej z powodu zmęczenia, które nie ustąpiło jak do tej pory. Wypiliśmy tylko gorącą herbatę, którą zagryzłem paroma kostkami czekolady i zbieraliśmy się do wyjścia. Siły wciąż nie chciały mi wrócić i postanowiłem, że w takim stanie nie mam szans gdziekolwiek dojść i większy sens będzie jeśli jeszcze poleżę i około 8 spróbuję się gdzieś przejść, zaaklimatyzować, a następny dzień przeznaczę na zaatakowanie szczytu jeśli pogoda pozwoli. A trzeba przyznać, że o poranku widoki byłe piękne. Górujący wysoko nad nami stromy szczyt Kazbeku. Wokoło ośnieżone szczyty, niebieskie niebo i chmury zasnuwające doliny.

Owinąłem się dwoma śpiworami, ułożyłem wygodnie i w końcu mi było ciepło. Zostałem przeszkolony przez Elka jak obsługiwać jego kuchenkę i miałem zamiar jak najdłużej poleżeć bez zbędnego ruchu.

Trwało to może z 5 minut, kiedy stwierdziłem, że skoro mam iść później na Plateau sam to jednak wolę wyruszyć teraz razem z nimi i najwyżej wrócę, gdy zacznie brakować mi sił. Ubrałem wszystko co miałem do dyspozycji. Opaskę zamiast na uszy założyłem na szyję wraz z chustką, na głowę czapka, na ręce cieniutkie rękawiczki i skarpety. Z kijkami dłonie jednak trochę pracują i nie powinno być tak zimno.  Spakowaliśmy raki, czekan, trochę jedzenia, picie i ruszyliśmy w górę po kamieniach.

W okolicach czarnego krzyża weszliśmy na lodowiec i podążaliśmy po śladach naszych poprzedników choć śnieg był ubity i zmrożony. Pomimo pięknej pogody góry przesłaniały słońce, szliśmy cieniem i było zimno. Nie jakoś bardzo zimno, może w granicach -10C ale jak na nie zbyt dobrze dopasowane ubranie miało prawo mi być chłodno. Najgorzej w ręce.

Po około półtorej godziny marszu Kinga zdecydowała, że zawróci. Wzięliśmy jedną jej parę skarpetek, którą natychmiast ubrałem na ręce, uprzednio wkładając pod nie jakieś skrawki gazet. Łyknęliśmy kolejną tabletkę aspiryny choć głowa mnie nie bolała i czułem się zadziwiająco dobrze.

Jeszcze około 100 metrów poniżej Plateau minęliśmy Rumunów, z których ekipy wracały na dół dwie osoby, a cztery szły dalej. Weszliśmy w strefę słońca i wolnymi krokami parliśmy na przód. Widoki roztaczały się piękne. Za sobą mieliśmy lodowiec Gergeti, przed nami zielone, relatywnie płaskie tereny Osetii i Dagestanu w Rosji, na zachodzie w oddali majaczyły ośnieżone wierzchołki kaukaskich szczytów w Swanetii, a z prawej Kazbek czekający na nas. Od momentu przejścia przez Plateau byliśmy po rosyjskiej stronie granicy.

Zrobiliśmy sobie małą przerwę, poowijane ręce nie pozwalały na zbyt wiele dokładności ale jakoś udało się wygrzebać z kieszeni na wpół ujedzoną churkchelę, żel energetyczny z kieszeni i rurkę z bukłaka z Isostarem. Założyłem też już wcześniej raki ponieważ mam paskowe, których plastik izoluje od śniegu i poprawia komfort termiczny w butach.

Przed nami w niewielkim oddaleniu widzieliśmy cztery kolejne osoby – Gruzinów z przewodnikiem. Nie spieszyli się, ponieważ chcieli nas najwyraźniej przepuścić. Od tego momentu to nam przyszło torować szlak, a śnieg sięgał już do połowy łydek. Jeszcze przez parę metrów szliśmy trawersując zbocze, a później skręciliśmy pod kątem 90 stopni by zacząć mozolnie piąć się pod górę. Ściana była dość stroma, a głęboki śnieg skutecznie nas spowalniał. Zmienialiśmy się z Elkiem na prowadzeniu i torowaniu, choć na ostatnich metrach zostałem w tyle i zacząłem odczuwać głód. W ruch poszedł kolejny żel. Dostępu do grani szczytowej bronił około 2 m wysokości śnieżny nawis, po którym należało się wdrapać wbijając w nań dzioby raków. Obyło się bez wyjmowania czekana. Liczyłem, że to już gdzieś blisko, a okazało się, że od wierzchołka dzieli nas jeszcze jakieś 200 m (w pionie) i chyba dość słynna już ścianka. Nie była ona tak straszna jak ją opisywano w internecie i choć z początku ciężko mi było wykrzesać kolejne siły to w miarę nabierania wysokości szło mi się lżej. Nie wiem ile miała stopni nachylenia ale jeśli miałby porównywać to kojarzy mi się z zimowym podejściem pod Zawrat od strony Czarnego Stawu.

Po około 6,5 godzinach nie mieliśmy już dokąd wyżej iść. Tuż przed południem stanęliśmy na szczycie. O dziwo było cieplej niż na podejściu, a przynajmniej bezwietrznie. Mała chorągiewka powiewała wbita w śnieg. Poniżej Gruzini pokonywali właśnie nawis.
Zrobiliśmy parę zdjęć i po chwili zaczęliśmy schodzić. Na wszelki wypadek wyjęliśmy czekany, a kijki wrzucili do plecaka. Po pół godzinie schodzenia minęliśmy się z Rumunami, którzy jeszcze nie dotarli do nawisu. Z czekanem szło się już niewygodnie, bo nie sposób się na nim zeprzeć, żeby nie wbijał się w śnieg, a ciężko iść nie chwiejąc się w takim głębszym śniegu. Zatem do rąk wracają kijki, a czekan i raki ponownie wędrują do plecaka.

Na wysokości ok 4700 m wchodzimy w chmury, które od rana wstępowały wyżej i zastaje nas zamieć śnieżna. Wszystkie ślady zostały zasypane, wszędzie biel i biel. Nawet śnieg jest całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek faktury, także momentami nie jesteśmy w stanie ocenić czy idziemy w dół czy w górę. Na szczęście nigdzie nie ma w okolicy miejsc, skąd można by spaść. Co najwyżej czeka nas bardzo długi spacer w okolicach Plateau.

Ja miałem swój GPS w kieszeni, a Elek na ręce i to za pomocą jego Garmina schodziliśmy w dół. Choć jak wiadomo, GPS nie jest urządzeniem najdokładniejszym i próbując wracać po śladzie mimowolnie trochę zygzakowaliśmy.
Z minuty na minutę zmęczenie coraz bardziej dawało nam się we znaki i zaczęliśmy trochę się słaniać na nogach. Ręce ciągle mieliśmy poowijane w kilka warstw różnych strzępków odzieży, skarpetek i woreczków foliowych co uniemożliwiało, a przynajmniej skutecznie utrudniało wyciągnięcie jedzenia czy picia, a w moim przypadku nawet zapięcia rozpiętego guzika w spodniach, które nieustannie zaczęły mi opadać.

W pewnym momencie zeszliśmy poniżej chmur i w dole ujrzeliśmy kilka osób idących gęsiego na jednej linie. Szli oni na Plateau, skąd następnie chcieli zaatakować szczyt następnego dnia. My z kolei od tego miejsca mieliśmy już przetartą i jasną drogę przez lodowiec na dół. Mimo tego, przystawaliśmy jeszcze parę razy. Raz sobie nawet pozwoliliśmy usiąść na parę minut. Poczułem, że odpływam i zaczynają mi się śnić różne rzeczy. Za chwilę dociera do mnie z oddali głos Elka, mówiący że trzeba dalej iść bo on zasypia. Dopiero parę minut drogi od namiotu zrzuciliśmy wszystko, co mieliśmy na rękach i trochę się nawodniliśmy.
Po 3,5 godzinach schodzenia byliśmy wreszcie w namiocie. Jedyne o czym marzyłem wtedy to się położyć i odpocząć. To oraz napić się gorącej herbaty.

Pomimo wczesnej godziny nie bylibyśmy w stanie tego samego dnia powrócić do Kazbegi, dlatego resztę dnia odpoczywaliśmy i przesypialiśmy.

Zapis śladu trasy z GPS.

Dzień 31 – Mount Kinabalu (4090 m n.p.m.)

Wstajemy o 5:50. Pogoda piękna. Czyste, przejrzyste, rześkie powietrze. Do parku idziemy o 6:30, jako że kazano nam się stawić przed 7. Budkę opłat wstępu omijam mówiąc, że idę tylko zapytać czy mamy zgodę na wycieczkę. Chwilę czekamy, aż otworzą, a następnie dopełniamy wszelkich formalności.

100RM opłata za zezwolenie, 7RM ubezpieczenie, 128RM opłata za przewodnika, którą dzielimy na pół pomiędzy siebie. Tak samo jak 33RM za transport spod siedziby parku do szlaku.

7:20 wyruszamy z poziomu niecałych 1900 m n.p.m. Jeszcze ostatni podpis przed stalową bramą strzegącą wejścia i idziemy. Moim zdaniem ruszyliśmy od razu bardzo szybko. Ścieżka nieustannie pnie się w górę i na domiar złego zrobiona jest z bardzo wysokich stopni co daje porządnie popalić mięśniom nóg. Pierwsze 3 km pokonaliśmy w godzinę, choć przewodnik mówił, że tempo mamy przeciętnie. Ja nie byłem w stanie utrzymać już dłużej takiej prędkości i zostałem z tyłu, a Ian z przewodnikiem poszli do przodu i zniknęli mi z oczu. Wbrew pozorom było to zbawiennie posunięcie, ponieważ wreszcie złapałem swój rytm, trochę podjadłem bułki, bananów i ostatniego nowozelandzkiego jabłka kupionego w Kuala Lumpur (pycha). Łapiąc powietrze zatrzymywałem się i robiłem zdjęcia. Wysiłek był nieludzki i momentami nie sądziłem, że jestem w stanie gdziekolwiek dojść. Jedyną myślą było to, aby o 10 być za bramą – punktem kontrolnym. Miałem jeszcze 50 minut czasu i zaledwie 1km do pokonania więc musiało się udać. Momentami wysokie schody zastępowała naturalna ścieżka i nie wymagało to takiego podnoszenia wysoko nóg.

Bramę na 6 km (3300 m n.p.m.) minąłem o 9:59 ale nie było tam nikogo, kto mógłby kontrolować cokolwiek. Przynajmniej ja nie zauważyłem. Minął mnie też nasz przewodnik, który musiał czekać gdzieś przy schronisku. Powoli zacząłem sobie zdawać sprawę, że mając już tylko 3km drogi (800 m w górę) i aż 2h czasu to mam szanse dotrzeć na ten szczyt. Niestety kolejne schody skutecznie ostudziły mój zapał. Trzy kroki i przerwa, odpoczynek, parę oddechów. Dopiero gdy wyszedłem ponad wszelką roślinność i dotarłem do nagich, skalnych płyt, zaczęło mi się iść lepiej i pomimo dużej wysokości  – lżej. Nieustannie pod górę, ale przynajmniej po płaskiej, litej płycie. Szło się przez cały czas wzdłuż liny asekuracyjnej, której można się było chwycić dla bezpieczeństwa, szczególnie gdyby było ślisko.

Na 3700 m n.p.m. był kolejny punkt kontrolny ale nikogo tam nie zauważyłem, choć Ian mówił, że musiał pokazać swój identyfikator. Teraz dojście na szczyt było już tylko formalnością i na Mount Kinabalu (4090 m n.p.m.) stanąłem parę minut przed południem, a Ian zaledwie kilka minut przede mną. Przez cały czas w dodatku mieliśmy ładną pogodę z zaledwie paroma chmurami przetaczającymi się przez okoliczne szczyty, mimo iż strażnik ostrzegał, że po godzinie 9 szczyt zasnuwają chmury i idzie się we mgle. Co więcej, wystarczyła mi tylko bluza i krótkie spodnie.

Zejście było o dziwo łatwiejsze, choć zazwyczaj wolę podchodzić, aniżeli schodzić. Po tym morderczym wyścigu z czasem postanowiłem zwolnić, nacieszyć się widokami oraz porobić parę zdjęć. Wbrew pozorom droga w dół zajęła nam prawie tyle samo czasu, a zmęczenie i ból nóg dawały się we znaki. Na domiar złego ostatnie kilometry zaczęły się okropnie dłużyć, a każdy krok był co raz bardziej bolesny.

Gdy tylko przekroczyliśmy bramę początku/końca szlaku zaczęło padać. Bus odwiózł nas do siedziby parku, gdzie korzystając z wifi zbierałem siły, żeby się podnieść i przejść ostatnie 200 m do hostelu.

Byłem cały obolały, zmęczony i ledwo mogłem chodzić. W dodatku ciężko mi było uwierzyć, że się udało, co nie było wcale takie pewne. Przed 21 już spałem ale obolałe nogi budziły mnie przy każdej zmianie pozycji.