Nowa Zelandia – Wyspa Południowa

Początek zaczął się dość niefortunnie, bo już na lotnisku w Katowicach okazało się, że nie mogę przewieźć roweru w bagażu rejestrowanym tylko muszę wykupić sprzęt sportowy. Absurdalna sytuacja bo spakowany rower nie przekroczył żadnych wymiarów ani limitów. Ot, zwykłe widzimisię obsługi. Na szczęście dalsza część podróży minęła względnie bez przeszkód nie licząc faktu, że tuż po wylądowaniu w Luton i odebraniu bagażu, spiesząc na autobus i człapiąc nieudolnie przez lotnisko z 40kg torbą na jednym ramieniu i 15kg na drugim, ta pierwsza zsunęła mi się wprost na kciuk, który nie wytrzymał naporu i wygiął się aż nazbyt intensywnie. Spowodowało to niemiłosierny ból, opuchliznę i wykluczenie kciuka z użytkowania na następne tygodnie.

Poruszanie się z tym bagażem po Londynie było prawie awykonalne. Każde 50m wymagało nieludzkiego wysiłku i paru minut przerwy na złapanie oddechu. Trzykrotnie zapytano mnie czy w środku są zwłoki, bo torba rozmiary miała słuszne.

Z urzędu pocztowego, obok którego przechodzę, odebrałem swoje nowe siodełko – Brooks Flyer. Stare poszło od razu do kosza. Nie było wyjścia, musiało się sprawdzić. Jakoś dowlokłem się do Victoria Station, gdzie za 20£ (12,5 za pierwszą dobę i 7,5 za każdą kolejną) mogłem zostawić rower w przechowalni. Tak naprawdę bardziej dzięki uprzejmości obsługi, bo torba była za duża i za ciężka by dało się ją prześwietlić. Tak lżejszy o kilkadziesiąt kilogramów poszedłem na miasto spotkać się z Magdą. Jako, że w Londynie byłem całkiem niedawno, bo schyłkiem ubiegłego lata, to spacerowanie nie było czymś, co by mnie akurat teraz najbardziej interesowało. Szczególnie w lutym. Co prawda temperatura i tak była znacznie powyżej 10C i świeciło słońce, co dawało 15C ciepła więcej względem tego, co zostawiłem za sobą w Polsce.

Wybrałem się na spacer do Camden Town, którego stragany i atmosfera bardzo mi się podobała. Poza tym podczas poprzedniej wizyty w Londynie wpadła mi w oko całkiem ładna torba, której chciałem się jeszcze raz przyjrzeć. Nie kupiłem jej jednak dlatego, że przede mną prawie dwa miesiące nieustannej podróży i trochę by przeszkadzała.

W następnych krokach udałem się do British Museum, w którym tym razem skupiłem się wyłącznie na najciekawszych w moim odczuciu i najbardziej interesujących eksponatach (kamień z Rosetty, zbroja samuraja, rzeźby Partenonu, itp). Po krótkiej wizycie skierowałem się do Nature i Science Museum. To pierwsze wybrałem najpierw, jako że do Science Museum była większa kolejka, a właśnie zaczynało padać, więc czym prędzej chciałem znaleźć się w środku. Po zakończonej wizycie w Science Museum była z kolei jakaś ewakuacja także na tym zakończyłem dzień zwiedzania i wróciłem do mieszkania.

Następny poranek rozpocząłem już skoro świt by mieć pewność, że we wszystkim zdążę. Wrzuciłem coś na ząb pomimo wczesnej pory i pojechałem na Victoria Station odebrać rower. Pomijając dźwiganie go od przechowalni do metra, to dotarcie na Heathrow z jedną przesiadką i to bez zmiany peronu, nie było trudne. Na lotnisku mogłem skorzystać z wózka, więc było mi już znacznie lżej. Zostały ostatnie przepakowania by choć w nieznacznym stopniu zbliżyć się do limitu 30kg. Szczęśliwie udało się , że nikt nie zważył mojego bagażu, a w drodze do stanowiska bagażu ponadwymiarowego dorzuciłem jeszcze parę drobiazgów by ulżyć sobie co nieco z podręcznego. Reszta poszła już jak z płatka, choć w połowie kontroli bezpieczeństwa przypomniałem sobie, że mam ze sobą większość kosmetyków. Na szczęście wszystkie poniżej 100ml, więc to nie problem. Pozostało mi już tylko w spokoju oczekiwać na boarding. Potężny A380 linii Thai Airways stał już zaparkowany przy rękawie.

Pomimo tego, że miałem miejsce przy samym oknie to jednak dość niefortunne, bo na środku skrzydła tego ogromnego kolosa. Jedyne co widziałem to niebo, a jeśli nie było chmur to widoki musiały być naprawdę ciekawe.

W niedługo po starcie załoga podała obiad, a poza tym czas spędzałem na oglądaniu filmów. Jakoś w połowie lotu wdałem się rozmowę z pasażerem z sąsiedniego fotela, który leciał do  Tajlandii na wakacje. Tak też na rozmowie i zerkaniu na film upłynęła nam dalsza część lotu. Im bliżej było do lądowania tym senność dawała się bardziej we znaki. Nad Bangkokiem powoli wstawał właśnie nowy dzień.

W kolejce do odprawy paszportowej spędziliśmy standardowo godzinę. Toby odebrał swój bagaż, a ja z kolei zostawiłem swój i wspólnie udaliśmy się na miasto.

IMG_0099

Bangkok przywitał nas pięknym słońcem, wysoką temperaturą i oczywiście egzotycznymi owocami, których tak mi brakowało, a które można było kupić tu na każdym kroku, czego sobie wcale nie odmawiałem. Królowały słodkie i soczyste ananasy, orzeźwiające kokosy, dojrzałe mango i papaje, a widząc smocze owoce wziąłem od razu dwa na dalszą drogę. Toby zameldował się w hostelu, a następnie udaliśmy się zwiedzać Wielki Pałac Królewski. Ludzi było wszędzie co nie miara, jakby w jakieś święto, o czym mogły świadczyć porozstawiane dookoła stragany. Jeżeli rzeczywiście było to święto to chyba jakieś wojskowe lub policyjne, na co wskazywały porozstawiane banery. Nie brakowało również plakatów i billboardów upamiętniających niedawno zmarłego króla, który cieszył się w Tajlandii ogromnym szacunkiem i uwielbieniem.

Giant statues in Bangkok national royal palace, Thailand

IMG_0075

Leżący Budda

IMG_0088

Pałac obeszliśmy dość pospiesznie ze względu na tłok, jaki w nim panował. W drodze do Wat Pho – świątyni leżącego Buddy trochę się zagadaliśmy, a że czas mnie powoli zaczynał gonić to świątynię obejrzałem już sam zostawiając Toby’ego z napotkanymi wcześniej turystami. W moim odczuciu Wat Pho jest zdecydowanie ciekawsza od Wielkiego Pałacu, a bilet wstępu pięć razy tańszy. Początkowo planowałem, że przejdę jeszcze przez chińską dzielnicę ale nie bardzo miałem już na to czas, więc zamiast tego pozwoliłem sobie na długi – kilkukilometrowy spacer w stronę stacji. Po drodze wstąpiłem do jakiegoś zapomnianego przez świat lokalu na zupę w zupełnie nieturystycznym miejscu. Jedzenie uliczne w Azji ma swój klimat i często jest smaczniejsze niż w typowej restauracji w zachodnim stylu.

IMG_0065

Pałac królewski

Na lotnisko docieram ze sporym zapasem czasu i przy bramce stawiam się dużo wcześniej. Ten – także 11,5h odcinek pokonam na pokładzie wysłużonego trochę A330-200. Po przeszło trzydziestu paru godzinach bez snu oczy mi się same zamykają i usypiam momentalnie po starcie. Budzę się tylko na posiłki i zmianę pozycji. Do żywych wracam dopiero gdzieś nad Morzem Tasmana – daleko po minięciu Australii. Coraz bardziej zaczynam się martwić czy aby 2,5h czasu na przesiadkę w Auckland to wystarczająco. Czeka mnie nie tylko kontrola paszportowa, gdzie na oficjalnej karcie imigracyjnej dla własnego dobra wolę zaznaczyć, że nigdy nie byłem deportowany oraz odpowiedzieć na parę standardowych pytań typu jak długo zamierzam pozostać w Nowej Zelandii, co będę tutaj robił i jak długo byłem w Tajlandii. Padają również pytania o mój pobyt w Azerbejdżanie oraz Iranie ale po tej bardzo standardowej procedurze dostaję wizę na trzy miesiące i spieszę odebrać bagaż, z którym następnie ustawiam się do kontroli biologicznej. Deklaruję posiadanie suchego jedzenia oraz sprzętu sportowego, więc czeka mnie jeszcze jedna kolejka do sprawdzenia tego wszystkiego. W zasadzie idzie łatwo i sprawnie, a sama kontrola zajmuje ledwie parę minut. Sprawdzana jest głównie czystość opon w rowerze i szpilek namiotu. Od terminala krajowego dzieli mnie 900m. Ścieżka jest oznaczona więc w dziesięć minut pchając wózek docieram na miejsce. Jestem trochę zakręcony szukając stanowiska odpraw bo z wielką torbą z rowerem w środku pakuję się aż do kontroli bezpieczeństwa! Po chwili do mnie dociera gdzie ja to chciałem wejść i wracam przeciskając się między linami. Całe szczęście, że parę godzin wcześniej na lotnisku w Bangkoku dokupiłem dodatkowe paręnaście kilogramów bo teraz mogę bez stresu rozpakować moje blisko 45kg i przestać udawać, że jak to, to przecież tylko 30kg (czyli tyle ile bagaż rejestrowany w Thai).

Lot do Queenstown położonego na południowej wyspie odbywa się na pokładzie samolotu lini JetStar, z którymi miałem już okazję lecieć przez Australię parę lat wcześniej. Niestety trafia mi się środkowe miejsce, w dodatku wśród azjatyckiej wycieczki i nici z rzekomo zapierających dech w piersiach widoków. Poza tym jestem troszkę zmęczony po przeskoczeniu 13 stref czasowych i zwiedzaniu Bangkoku, mimo sporej ilości snu złapanej w drodze do Auckland, więc korzystając z okazji ponownie zasypiam.

W Queenstown wita mnie piękne niebieskie niebo i słoneczne, ciepłe popołudnie. W punkcie Vodafone kupuję kartę SIM. Mają w ofercie bardzo fajny pakiet dla turystów – 200 minut w sieci (także na europejskie numery), 200 SMS oraz 3GB do wykorzystania przez 2 miesiące w cenie 49$. Są jeszcze inne pakiety ale ten najbardziej mi odpowiada.
W miejscu odbioru oversize luggage odbieram swój rower. Jak zawsze w takiej sytuacji mam obawy czy wszystko doleciało w całości ale szczęśliwie tak. Przed lotniskiem znajduje się punkt serwisowy dla rowerów z uchwytem w ścianie, na którym można zawiesić rower i zabrać się za składanie. Odwijam metry folii bąbelkowej i upycham ją z ledwością w koszu. Po godzinie jestem gotowy do drogi, choć wiem, że poprawianie ładunku, dopasowywanie sakw, dokręcanie wszystkich śrubek, pedałów, itp. jeszcze zajmie parę dni aby dojść do stanu, w którym wszystko będzie funkcjonowało jak w idealnie naoliwionej maszynie.

IMG_0117_a

Z lotniska do miasta jest dosłownie kawałek. Można powiedzieć, że lotnisko leży przy wjeździe do Queenstown. Zaczynam od stacji benzynowej, na której koniecznie potrzebuję kupić benzynę do kuchenki. Bez tego ani rusz żeby gotować. Mam przejściowe problemy z dostaniem takiej małej ilości paliwa ale proszę jednego z kierowców żeby mi odlał trochę do butelki. Nie był to dla mnie dobry interes bo za niecały litr chciał prawie 3$ ale czasem nie ma wyjścia. Później nauczony doświadczeniem będę korzystał tylko ze stacji samoobsługowych, gdzie najpierw obciąża się kartę, a później tankuję. Minusem takiego rozwiązania jest to, że przez parę dni potrafią na karcie zablokować kwotę rzędu 150$. Nieopodal w sklepie sieci PAK’n’SAVE robię zakupy spożywcze i dociążam rower prowiantem na najbliższe parę dni. Pierwsze zetknięcie z cenami w Nowej Zelandii jest szokujące i z czasem wcale nie będzie mi się łatwiej do nich przyzwyczaić. Po odhaczeniu tych rutynowych zadań na liście mogę wreszcie wyruszyć w drogę. Wiem, że niebawem będę przeklinał wszystko i narzekał na wiatr, nawierzchnię, pogodę i co się jeszcze tylko da ale teraz naprawdę nie mogę się doczekać jazdy, szczególnie po tylu godzinach spędzonych w podróży i samolotach. Poza tym miło jest się przejechać rowerem w piękne, ciepłe, słoneczne lutowe popołudnie. Z mapy wiem, że przy drodze wiodącej na południe wzdłuż jeziora Wakaitpu nie ma za bardzo miejsc na nocleg ale po niespełna 18km znajduję kawałek ustronnego, trawiastego terenu, który idealnie nadaje się pod namiot. Słońce zachodzi za górami parę minut przed 21 ale widno jest jeszcze przez godzinę. Niestety nie ma tu zejścia do jeziora ale przezornie wziąłem trochę wody do butelek więc mogę coś ugotować.

Dopiero następnego ranka po przejechaniu paru kilometrów znajduję idealne miejsce na postrój przy jeziorze. Woda nie jest zbyt ciepła ale za to jezioro Wakaitpu uchodzi za najczystsze na świecie – 99,9% czystości. Większe szanse są na to, że woda tegoż jeziora jest czystsza aniżeli butelkowanej. Nawet po tym jak postanowiłem się w nim wykąpać. Ahh, od razu lepiej po takim odświeżeniu i przebraniu w czyste ubrania.

IMG_0123_a

W Kingston wjeżdżam na jedną z wielu nowozelandzkich ścieżek rowerowych – Around the mountains prowadzącą dookoła gór Eyre. W większości nawierzchnia jest szutrowa i prowadzi w niewielkim oddaleniu od głównej drogi, poprzez pola i łąki. Wyjechałem też z Otago i znalazłem się w prowincji Southland. Im bardziej jadę na południe tym krajobraz staje się mniej górzysty. Powoli przechodzi we wzgórza i pagórki, pola, łąki i lasy. Do Alp Południowych jednak jeszcze wrócę i to w pełni, w momencie gdy będę jechał wzdłuż nich, przez nie i po nich. Ale to za parę dni. Miejsce na nocleg znajduję wręcz idealne, choć początkowo zaczynam się martwić bo perspektywy są słabe. Przede wszystkim w Nowej Zelandii nie można ot tak sobie nocować, gdzie się chce, a przynajmniej w teorii tak to powinno wyglądać. Przed wyjazdem spędziłem sporo czasu wertując przepisy i interpretacje by nie być zaskoczonym na miejscu. W praktyce istnieje ogólne przyzwolenie na nocleg na dziko ale wiele regionów bądź miast wprowadza swoje zakazy, co jest bardzo powszechne i stąd spora część kraju jest jakby wyłączona z takiego biwakowania. Są oczywiście wyznaczone ku temu miejsca, które dzielą się na „self-contained”, czyli nocowanie jest dozwolone w odpowiednio do tego przystosowanym pojeździe. Sprowadza się to po prostu do konieczności posiadania niebieskiej naklejki na szybie, która potwierdza posiadanie toalety na pokładzie. Wtedy jest się „self-contained”. W każdym innym przypadku, czy to nocując w samochodzie, namiocie czy jakkolwiek jeszcze inaczej zostają nam pozostałe miejsca. Tych z kolei też nie jest wcale mało, a z pomocą w ich odnalezieniu przychodzą dedykowane aplikacje na telefon. Dla podróżujących samochodem nie stanowi to problemu jeśli można podjechać dodatkowe parę-naście/dziesiąt kilometrów by skorzystać z takiego miejsca. Na rowerze to już nie jest takie hop jakby się chciało. Nie mniej jednak miejsce znajduję i to całkiem ładne bo nad rzeką. Ba, jest wręcz bardzo malownicze, położone jakby w ogromnej dolinie otoczonej znacznie oddalonymi górami. Tuż obok leniwie płynie rzeka i widać, że panuje teraz pora sucha bo wody w niej jest mało, a w razie konieczności do dyspozycji ma kilkukilometrowej szerokości płaską dolinę. Robię szybkie pranie, wcinam obiadokolację i kładę się do namiotu. Mimo, że przestawiłem się prawie od razu zarywając noc i następnie śpiąc w samolotach to senność w połączeniu ze zmęczeniem daję się we znaki i bardzo szybko usypiam.

IMG_0132_a
Noce nie są za gorące i ubieram na siebie co najmniej dwie warstwy ubrań. Dni z kolei są dla odmiany bardzo ciepłe, wręcz gorące. Momentami temperatura na liczniku bez większych problemów przekracza 35C, a poniżej 30C spada dopiero po godzinie 18. Przejeżdżając przez park The Catlins w cieniu sięgnęła 39C! Dość powiedzieć, że było gorąco, a pedałowanie w takiej pogodzie było lekkim wyzwaniem. Z drugiej strony lepiej tak aniżeli miałoby być zimno, deszczowo i paskudnie. Ale spokojnie, na wszystko przyjdzie pora. Już ja znam swoje szczęście. W The Catlins skończył się asfalt i jechałem szutrową, prawie bezludną drogą. Od czasu do czasu przejeżdżała tylko jakaś ciężarówka wioząc ścięte drzewa z lasu.

IMG_0135_aIMG_0140_aIMG_0155_aIMG_0158_aIMG_0159_a

Okolica początkowa przypominała bardzo nasze pagórkowate, zielone Pieniny czy Beskid Niski, a dopiero z czasem przeszła trochę w tropikalny, gęsty las. Dało się to odczuć między innymi przez duchotę jaka panowała w pobliżu. Powoli zaczynały dopadać mnie różne przygody i nieprzewidziane zdarzenia. A to zgubiłem śrubkę od bagażnika, który w następstwie osunął się i spadł prawie, że na ziemię, a to z kolei w nocy nie zamknąłem sakwy,  kiedy to zerwała się wichura i wywiała folię, którą był przykryty rower i do środka napadał deszcz. Po jednej nocy w chatce wędkarzy nad rzeką, w której postanowiłem przenocować by nie rozkładać namiotu zgubiłem pokrowiec na rower, z którym przyleciałem. Wróciłbym się po niego ale nie miałem do końca pewności, gdzie go tak naprawdę zostawiłem, a poza tym zorientowałem się jakieś dwa dni później i 150km dalej. Szkoda było wracać. Pokrowca było tym bardziej szkoda ale miałem półtorej miesiąca by rozważyć w jaki sposób zapakuję się i wrócę do domu. Pogoda cały czas dopisywała, dojechałem nawet do oceanu i parę kilometrów jechałem jego brzegiem aż do latarni morskiej Nugget Point. Przed Milton ponownie skierowałem się wgłąb wyspy. To co mnie wtedy uderzyło to to, że przy temperaturze 26C miałem wrażenie, że powietrze jest wręcz lodowate. Jakby włożyć głowę do zamrażarki. Dopiero parę kilometrów dalej od wybrzeża, po przejechaniu kilkunastu pagórków temperatura wróciła do znacznie przekraczającej 30C i standardowego upału. Zjawisko to wynika zapewne z faktu, że z Nowej Zelandii jest już stosunkowo blisko na Antarktydę, a przypływających stamtąd mas powietrza nic nie blokuje i zdarza się, że powietrze, które dociera nad wyspę jest lodowato mroźne. Nawet pomimo wysokiej temperatury w piękny, słoneczny dzień. W Lawrence rozpoczyna się kolejna ze ścieżek – Clutha Gold Trail, która od miejscowości Beaumont prowadzi wzdłuż rzeki Clutha. Szlak jest tak malowniczy, że aż ciężko go opisać. Ścieżka wije się razem z rzeką pomiędzy górami mijając po drodze opuszczone farmy lub po prostu wiodąc przez kompletne pustkowia. Korzystając z uroków sprzyjającej aury wskakuję do rzeki by się trochę ochłodzić i obmyć. Otago jest bardzo suche i dopiero z czasem rzuca się w oczy jak mało drzew tu rośnie, a tylko żółte, wyschnięte trawy pokrywają okoliczne wzgórza. Nie mniej jednak nie jest to krajobraz surowy.

IMG_0170_a

Latarnia w Nugget Point

IMG_0171_aIMG_0172_a
W miejscowości Alexandra robię większe zakupy, szczególnie potrzebuję kremu z dużym UV bo południowe słońce daje ostro popalić. Ma to pewnie związek z dziurą ozonową, która w tej okolicy jest powiększona i do ziemi dociera więcej promieniowania UV. Warto się dobrze nasmarować! Bagażnik dopełniam też prowiantem na najbliższe parę dni. Zazwyczaj rzadko jest tak, że w okolicy nie ma sklepów, a jeśli już to i na stacji benzynowej da się kupić najbardziej potrzebne rzeczy. Jedna w supermarkecie i wybór większy i ceny niższe. Najwięcej korzystam chyba z New World, a dużo cen jest niższych dla posiadaczy kart stałego klienta. Jako, że nie mam swojej to kasjerka skanuje swoją i rachunki są zwykle niższe o parę dolarów. Dopiero po jakimś czasie proszę o własną kartę i dostaję wersję tymczasową dla turystów w wydaniu papierowym. Nawet pod tym względem są przygotowani. Od Alexandra wjeżdżam na następną ścieżkę – Otago Central Rail Trail. Jak sama nazwa wskazuje, prowadzi ona dawną trasą kolejową dzięki temu jest szeroka, a wszelkie nachylenia są bardzo łagodne. Bardzo fajne uczucie, gdy nagle wjeżdżam na stacje, mijam perony, budynki dworca, w których obecnie mieszczą się kawiarnie czy inne lokale. Dzień mojego przejazdu to sobota i załapuję się nawet na jakiś wyścig. Przejeżdżając przez tłum gapiów załapuję się nawet na owacje i doping! Dalej trasa prowadzi przez jeszcze większe odludzia, wąwozy i góry. Jako, że jest to szlak kolejowy to jedzie się starymi mostami, tunelami, w których panują całkowite ciemności więc niezbędne jest skorzystanie z własnych źródeł światła.

IMG_0190_a

Rzeka Clutha

IMG_0194_aIMG_0203_a

Ponownie docieram do wybrzeża i napotkawszy ślady cywilizacji usiłuję kupić zapasowe śrubki, bo gubię je namiętnie. A to od bagażnika, a to od hamulców i tak ciągle coś. W Moeraki zatrzymuję się by pooglądać ogromne głazy na plaży po czym jadę dalej.

IMG_0208_aIMG_0211_aIMG_0215_a

Z Oamaru zaczyna się (lub kończy) ścieżka Alps 2 Ocean, którą podążę aż pod Górę Cooka/Aoraki w Alpach Południowych. Pierwszy dzień tej jazdy to głównie kręcenie przez pola i tereny rolnicze, na których nie wychodzę korzystnie czasowo aniżeli gdybym jechał prosto drogą. Po kilku dniach pochmurnej ale bynajmniej nie deszczowej pogody wracają upały i znów leje się ze mnie. Mijam pierwsze winnice, bo Otago słynie z dobrego wina. Uprawia się tutaj w szczególności Pino Noir, którego butelka leży w domu i czeka na swój moment.

IMG_0250_aIMG_0267_aIMG_0270_aIMG_0275_aIMG_0290_aIMG_0296_aIMG_0297_a

Mimo, że jadę w Alpy to podjazdy nie są straszne ale wszystko ciągle przede mną. Namiot rozbijam prawie w korycie wyschniętej rzeki ale po chwili namysłu postanawiam przesunąć się parę metrów w bok. Na opady się nie zanosi ale dookoła góry i gdyby w nocy parę kilometrów dalej spadł jakiś deszcz to wolę obudzić się suchym. Pod samą górę Cook’a nie dojeżdżam bo najbardziej zależy mi na zdjęciach, a w godzinach popołudniowych nic dobrego nie wyjdzie więc zbliżam się tylko na tyle by mieć dobre ujęcie i ruszam dalej. W międzyczasie małżeństwo podróżujących Nowozelandczyków zaprasza mnie na lunch do swojego kampera. Odpoczywam, posilam się, trochę rozmawiamy po czym kieruję się do Tekapo.

IMG_0312_a

IMG_0316

Góra Cooka

IMG_0334_a

Nadciąga zły wiatr!

Jeszcze nad jeziorem Pukaki robię kolejną pauzę i wcinając chleb tostowy z nutella delektuję się ostatnim bezpośrednim widokiem na Aoraki. Gdy tylko ruszam wpadam na silny wiatr wiejący w twarz lub z boku. Do Tekapo mam zaledwie 40km ale 30km zajmuje mi 3h. Nie sposób jechać. Jak okiem sięgnąć wszędzie równina i wiatr wiejący zza gór nie napotyka na żadne przeszkody (poza mną) i to ja obrywam najbardziej. Obawiam się zmiany pogody bo właśnie na grzbietach gór zatrzymały się potężne chmury i z niepewnością zastanawiam się co przyniesie następny dzień. Resztką sił docieram do miejsca, w którym mogę się spokojnie rozbić. Jest co prawda zakaz ale dochodzi 21, padam na twarz, słońce zaszło przed parunastoma minutami, robi się zimno i jestem głodny. Wiatr nie mija ani następnego dnia, ani nawet trzy i cztery dni później. O ile początkowo zrywa się dopiero popołudniami, o tyle później ostro dmucha już od samego rana. Czternastego dnia jazdy trochę się przeliczyłem w szukaniu miejsca na nocleg, bo z początku wydawało mi się, że dotrę tam już po 80km, z czego przy 70 miałem już dość przez wiatr. Dopiero jak spojrzałem raz jeszcze to zorientowałem się, że zostało mi jeszcze 40km, a wbrew pozorom mimo, że jechałem przez prawie całkowite odludzia to nie było nigdzie miejsca by się zatrzymać na noc. Trzeba było pokornie pochylić głowę i jechać przed siebie dalej. Trochę dopisało mi wtedy szczęście bo na pewien czas wiatr się odwrócił i z brakujących 40km, 25km zrobiłem w godzinę, a resztę dojechałem powoli z bocznym wiatrem.

IMG_0345_a

Kościół Dobrego Pasterza w Tekapo

IMG_0352_a

Przełęcz McKenzie

IMG_0367_a

Alpy Południowe najbardziej dały się odczuć gdy przejeżdżałem na zachodnią stronę wyspy. O ile podjazdy mi nie przeszkadzają bo każdy się kiedyś kończy, o tyle w przypadku wiatru nie ma takiej pewności – trzeba się męczyć. Zwykle staram się trzymać dziennego dystansu przekraczającego 100km ale teraz po 65km rezygnuję i rozbijam się nad jeziorem. Miejsce bardzo urokliwe, blisko wody, które niestety do ciepłych nie należy. Poza tym nie jest już tak wcześnie jak mógłbym przypuszczać z ilości (małej) przejechanych kilometrów. Tak więc relaksuję się przy namiocie, czytam książkę i pałaszuję garnek kisielu. Mam nawet ambitny pomysł, by nazajutrz wyruszyć wcześniej i spróbować uniknąć wiatru, który przybiera na sile popołudniu ale kończy się jak zwykle, czyli że zbieram się o normalnej godzinie. Nad ranem temperatura spada poniżej 5C! Jest bardzo zimno ale po części wynika to z faktu, że nocuję na wysokości ponad 600m n.p.m. w pobliżu jeziora. Mam bez wątpienia jakiegoś pecha, bo wiatr zaczyna wiać już od samego rana i oczywiście prosto w twarz. Mimo, że droga wije się górami, dolinami, a więc znacząco zmienia kierunek to nie przestaje wiać z przodu. Na Przełęczy Artura (740m n.p.m.), gdzie mieści się wioska, stacja kolejowa oraz informacja turystyczna zasięgam języka i niestety nie mam dobrych wieści. Ma wiać jeszcze 3-4 dni i nadchodzą opady deszczu.

IMG_0380_aIMG_0391_aIMG_0394_aIMG_0398_a

Wyjeżdżam z Canterbury i wjeżdżam do West Coast. Z przełęczy rozpościera się widok na wiadukt Otira, a pod nogami chodzą papugi kakapo – endemiczne, nielotne i zarazem najcięższe papugi na świecie. Historia gatunku jest dość ciekawa, o tym jak ewoluował do postaci nielotnej z powodu braku większych drapieżników i odizolowaniu wyspy. Niestety wraz z rozwojem osadnictwa i introdukcji nowych gatunków, kakapo stały się krytycznie zagrożone i wprowadzono zakrojone na szeroką skalę plany ich ochrony. Co nie zmienia faktu, że kakapo jest kłopotliwą i psotliwą papugą. Uwielbiają one na przykład wyciągać uszczelki z samochodowych okien. Do tego stopnia jest to uciążliwe, że podobno tworzy się dla nich specjalne place zabaw, na których mogą sobie ciągnąć różne gumowe elementy.

IMG_0460_a

Papuga kakapo

IMG_0402_aIMG_0416IMG_0420

IMG_0433_a

Uwaga kiwi

IMG_0444_a

Za Arthur’s Pass pogoda i krajobraz zmieniają się bardzo. Suche, trawiaste dotąd góry zostają zastąpione przez wszechzielone, gęste lasy, paprocie, a co kawałek skądś kapie i spływa woda. Szczęśliwie też zmienił się, a raczej osłabł i wiatr. Na nocleg docieram dość późno ale za to w fajne miejsce – nad jezioro w pobliżu Kumary. Woda jest znośna więc mogę się porządnie obmyć, a i mam z kim porozmawiać bo obok mnie rozłoży ma swój namiot Holender, który też zwiedza Nową Zelandię na rowerze.

IMG_0522_aIMG_0526_a

Nieopodal Hokitiki znajduje się jaskinia ze święcącymi robaczkami, do której chciałem dotrzeć, jednak na miejscu okazuje się, że to wcale nie jaskinia, a po prostu mała dolinka porośnięta mchem i paprociami, a w ciągu dnia nie sposób dostrzec święcących robaczków. Po zjeździe z gór uzupełniam zapasy jedzenia. Wychodzę ze sklepu z kilkoma siatkami zakupów i ledwo udaje mi się to wszystko poupychać w sakwy. Ruszam do oddalonego o parę kilometrów Wąwozu Hokitika, w którym wrażenie robi turkusowy kolor wody.

IMG_0467_a

IMG_0471_a

Hokitika

IMG_0482_a

IMG_0487_a

Wieczór znajduję odludną plażę nad jeziorem Kaniere, gdzie dosłownie metr od wody rozkładam namiot. Nie jest mi jednak dane na spokojnie delektować się otaczającą przyrodą bo po chwili osaczają mnie nieznośne, gryzące meszki. Kończy się tym, że kolację (bataty z mlekiem kokosowym) przygotowuję w namiocie i w pośpiechu wybiegam ze środka by postawić garnek na kuchence. Nadciągające od wieczora chmury zepsuły już nie tylko malownicze widoki ale i całą pogodę. Od rana intensywnie pada i jakoś nie czuję się w chęci do jazdy. Leżę w śpiworze, czytam książkę, uzupełniam notatki i uszczuplam zapas ciastek. Około 13 przestaje padać. Wyłapuję moment by zrobić jakieś jedzenie, spakować się i gdy godzinę później ruszam w drogę, zza szarych, deszczowych chmur przeświecają łaty niebieskiego nieba. Postanowiłem sobie, że jeśli tylko pogoda pozwoli to będę kontynuował jazdę szlakiem rowerowym „West Coast Wilderness Trail”. A zdecydowanie było warto! Kawałek za jeziorem szlak wjeżdża w dolinę. Z każdej strony góry, obok płynie rzeka i wszędzie dookoła zieleń. Ciemnozielone lasy porastające góry i jasnozielona trawa na łąkach i pastwiskach. Widoki obłędne. Z przeciwka jedzie trójka rowerzystów – z USA i Anglii. Zatrzymujemy się i rozmawiamy parę minut, po czym ruszamy każdy w swoim kierunku. Droga przechodzi w ścieżkę i zaczyna się wznosić zakosami na zbocze góry. Podjazd jest jednak bardzo łagodny i nie nastręcza problemów. Parę razy mijam innych rowerzystów jadących z przeciwka. Mijam Cowboy Paradise – miejsce, w którym można zatrzymać się na nocleg lub posiłek. Jadę jednak dalej. Odkąd zrobiła się piękna, słoneczna pogoda jakoś nabrałem energii i pędzę przed siebie. Od Cowboy Paradise ścieżka zaczyna tracić wysokość i pędzę co sił przez las. Ponownie nocuję przy Kapitea Reservoir w pobliżu Kumary. Tym razem jednak dzięki lepszej pogodzie mam i lepsze widoki na góry.

IMG_0512_a

Widoki na West Coast Wilderness Trail

IMG_0528_a

Ścieżka prowadzi dalej do Kumary i Greymouth choć teren jest już płaski i spokojny. Zaraz na początku jazdy łamie mi się płytka plastikowa w bucie SPD i od tego momentu przestaję się wpinać w pedały. Na postoju po drodze spotykam parę Nowozelandczyków, którzy dopiero przed chwilą zjechali z Arthur’s Pass i mówili, że w nocy był lekki przymrozek. Chyba mam szczęście, że mnie to ominęło, a i parę dni wcześniej, gdy tam nocowałem było bardzo zimno nad ranem. Przez cały dzień jadę wzdłuż lub główną drogą nr 6. Prowadzi ona zachodnim wybrzeżem wyspy więc z lewej strony mam bezkresny, niebieski ocean, a z prawej oświetlone południowym słońcem i obficie porośnięte paprociami strome zbocza gór. W Parku Narodowym Paparoa, którego skraj delikatnie styka się z oceanem, zatrzymuję się przy Pancake Rocks – miejscu, w którym skały warstwowe zbudowane z wapieni erodowały tworząc baseny przypływowe i przeręble (blowholes). W miarę jak popołudnie przemija i wieczór zbliża się coraz większymi krokami rozpoczynam poszukiwania miejsca na nocleg. Najpierw próbuję zjechać z głównej drogi między góry – wgłąb parku. Znaki od początku informują, że droga może być podatna na zalewanie ale jest tak sucho, że powódź mi nie grozi. Nie znajduję tam jednak dogodnego miejsca na rozbicie się i wracam na „szóstkę”.

IMG_0542_aIMG_0565_a

IMG_0573_a

Widoki są obłędne. Jadę krętą drogą z jednej strony mając ocean, a z drugiej oświetlone ciepłym światłem stoki. Między tym wszystkim jak wąska wstążka wije się droga, którą jadę. Oczom mym ukazują się złociste plaże i plan na noc zaczyna nabierać kształtów. Pozostaje tylko znaleźć odpowiednie zejście. Udaje się to parę kilometrów dalej. Jak zwykle nie przepadam za noclegiem na plaży bo piasek, bo hałas (tak, ocean w nocy jest nieznośnie głośny) i zwykle nie łączy się to z wodą pitną, tak tym razem jest bardzo klimatycznie i do samego zachodu delektuję się widokami. Odprowadzam słońce wzorkiem za horyzont i dopiero wówczas przystępuję do wieczornych prac i przyrządzenia kolacji.

IMG_0575_aIMG_0579_a

Poranek jest niemniej czarujący jak zmierzch, jako że wilgotna woda morska wraz z solą paruje z nad oceanu i unosi się w stronę gór.

IMG_0590_a

IMG_0591_a

Nieopodal Westport, na przylądku Foulwind robię sobie przerwę i idę na spacer z platformy widokowej obserwować pluskające się na brzegu foki. Jest ich kilka, między innymi samica z młodymi. Pomimo znaków drogowych przestrzegających przed obecnością pingwinów nie udaje mi się żadnego zobaczyć.
Samo Westport to tylko czas na uzupełnienie zapasów jedzenia i ruszenie dalej w górę wyspy. Jest to praktycznie ostatni punkt, w którym mogę odbić od zachodniego wybrzeża, ponieważ wyżej nie ma już żadnej drogi prowadzącej na wschód.

IMG_0599_a

Foki

IMG_0602_a

Jadę doliną wzdłuż rzeki Buller i drugi raz podczas tej wycieczki mam od razu mocne zderzenie z meszkami. Od tej pory wszystko staje się trudniejsze bo minutę od zatrzymania atakują dziką chordą. Spray na komary nie pomaga. Ubieram długie rękawiczki, czapkę, zasłaniam również usta, nos i zakładam okulary. Meszki wgryzają się w miejsca, gdzie choćby niewielki kawałek skóry pozostaje niezakryty. Rozbijanie namiotu i gotowanie to koszmar!

IMG_0604_a

Rzeka Buller

IMG_0609_aIMG_0620_a

Rano rezygnuję ze śniadania i zatrzymuję się dopiero godzinę później, w całkiem ładnym miejscu nad rzeką i co najważniejsze – nasłonecznionym. O tej porze meszki choć jeszcze się pojawiają to już sporadycznie. W Inangahua dojeżdżam do skrzyżowania z drogą 69, która w tej chwili jest jedyną drogą łączącą północ z południowym-wschodem wyspy. Z powodu osunięcia się ziemi w Kaikourze 14 listopada 2016 r. droga numer 1 została zamknięta (ponownie otwarta 15 grudnia 2017 r.) i cały ruch odbywa się właśnie tędy. Inangahua była również świadkiem trzęsienia ziemi z 1968 roku, w którym dość poważnie ucierpiała i do dziś nie powróciła do stanu sprzed wydarzenia.

W miejscowości Lyell rozpoczyna się jedna z ciekawszych tras rowerowych – Old Ghost Trail mająca 85km długości i status dość trudnej. Niestety nie nadaje się na mój ciężki i załadowany rower, a poza tym po dwóch dniach jazdy po górach znów wylądowałbym na zachodnim wybrzeżu. Może innym razem.

Przy początku szlaku znajduje się jednak kemping, parking i co najważniejsze – półotwarty budynek służący za miejsce piknikowe, który zamiast okien ma siatkę. Nie wiem jak inaczej w tej okolicy mógłbym się zatrzymać, odpocząć, zjeść i nie zostać jednocześnie zjedzonym. Przez meszki.

Nieopodal znajduje się najdłuższy wiszący most w Nowej Zelandii – 110m na rzece Buller w wąwozie o tej samej nazwie. Nie jest zawieszony jakoś wysoko nad lustrem wody i nie robi w moim odczuciu spektakularnego wrażenia ale pani mówi, że skoro przyjechałem na rowerze to mogę wejść za darmo. Po drugiej stronie znajduje się kilka krótkich ścieżek edukacyjnych na temat roślin, zwierząt i wydobywania złota.

IMG_0622_a

IMG_0624_aIMG_0631_aIMG_0641_aIMG_0626_a

Za Murchison odbijam w kierunku parku narodowego Nelson Lakes. Gdybym tylko zjechał parę kilometrów wcześniej w bardziej boczną drogę to może i nie dostałbym mandatu. A było to tak, że jadąc spokojnie usłyszałem nagle za plecami dźwięk koguta i migające światła radiowozu. Z początku nie spodziewałem się, że może chodzić o mnie, co też wyszło bardzo szybko. Okazało się, że w Nowej Zelandii jazda z kaskiem jest obowiązkowa. Przyznaję szczerze, że nie wiedziałem i nie spodziewałem się. Przejechałem już około 2400km niejednokrotnie mijając patrol policji i nie zwrócili mi wcześniej uwagi. Raz czy dwa słyszałem luźno rzucone od ludzi po drodze gdzie mam kask ale nie brałem tego jako wymóg. Na szybko policzyłem, że w takim razie kupię jakiś w Wellington…za plus minus tydzień i kolejne.. 500km. Policjant nie dał się jednak przekonać i powiedział, że bez kasku to on mnie dalej nie puści. Trochę patowa sytuacja bo odludzie jedno z tych większych, choć jak na Nową Zelandię to co jakiś czas jakieś miasteczka się zdarzają. Po chwilowej konsternacji policjant wpada na pomysł, że w Murchison jest jakiś sklep czy komis i może tam będą mieli kask. Przed radio wywołuje kolegę z posterunku żeby podjechał i się rozejrzał. Po chwili nadciąga odpowiedź, że kasku nie mają. Kolejna chwila do namysłu i kolejny pomysł. Ponownie prosi kolegę żeby podjechał, tym razem do jego jego domu i wziął stary, nieużywany już kask od syna. Pojawia się z nim kilkanaście minut później. Nie za bardzo mam ochotę jeździć w kasku, bo gdybym chciał to bym sobie z domu zabrał. Co jednak zrobić skoro trzeba. Parę minut później i 50$ mandatu mniej wyruszam dalej. Wszystko dlatego, że akurat padało i jechałem z gołą głową. W słoneczne dni najczęściej ubierałem czapeczkę, która pewnie z odległości nie rzucała się tak w oczy. Po upływie paru godzin i poprawie pogody kask trafia na bagażnik i trochę się obija. Jednym słowem przeszkadza. Suma summarum zostawię go na lotnisku przed wylotem.

Jeziora w parku Nelson witają mnie niestety deszczem. Malowniczo położone Rotoiti w takiej scenerii nie zachwyca więc po podładowaniu baterii w punkcie informacji ruszam dalej.

IMG_0643_aIMG_0649_a

W Wakefield docieram do kolejnej z wielu nowozelandzkich ścieżek rowerowych – Great Taste trail prowadzącej, jak może trochę nazwa sugeruje, przez winnice, sady, plantacje awokado oraz kiwi. W końcu to dom tych małych owłosionych, brązowych owoców. W Motueca, gdy próbuję skorzystać z bankomatu okazuje się, że ze względu na poprzednią wypłatę gotówki, która została zakwalifikowana jako podejrzana transakcja, mam zablokowaną kartę. Dobrze, że infolinia jest całodobowa i o 5 rano polskiego czasu po serii trudnych pytań udaje mi się ją zdalnie odblokować.

Nieopodal znajduje się park narodowy Abel Tasman. By tam jednak dotrzeć muszę przejechać przez przełęcz Takaka Hill na wysokości 790m. Prawie z poziomu morza na długości 15km wspinam się na tę wysokość po czym szybko zjeżdżam do doliny Takaka zakończoną miejscowością o tej samej nazwie. Nie wiem czy mogę to nazwać pechem czy szczęściem, że na 50km odcinku poprzez góry i lasy, przebijam oponę akurat 3km przed miasteczkiem. Nie pozostaje mi nic innego jak prowadzić rower i trzymać kciuki żeby tam był jakiś sklep rowerowy. Jest! Jakiś jest. Uff, nie powiem, ulga jest, choć nie od razu. Chwila niepewności utrzymuje się, gdy sprzedawca szuka opony i przez dłuższą chwilę nie może znaleźć odpowiedniego rozmiaru. Proponuje mi więc używaną 26×1,5″ czyli znacznie węższą od obecnych Marathon Schwalbe 2″. Ma jednak wkładkę antyprzebiciową, nie jest zniszczona i kosztuje tylko 10$. Korzystam z uprzejmości i narzędzi właściciela i od razu na miejscu dokonuję wymiany. Ubrudziłem się konkretnie więc i bieżąca woda jest sporym udogodnieniem.

IMG_0655_a

Zjazd z Takaka Hill

IMG_0661_a

Przyznam, że jedzie się super i gdy tak się zastanawiam co jeszcze mi się przydarzy, żądli mnie jakiś owad pokroju osy. Uderza we mnie w trakcie jazdy i wbija żądło w usta. Górna warga szybko rośnie do rozmiarów małej parówki i w efekcie wyglądam jak nieudany efekt powiększania ust u wiejskiego lekarza. Opuchlizna utrzymuje się do nocy, a jeszcze dnia następnego czuję zdrętwienie.

IMG_0664_a

Od parku Abel Tasman i zatoki Totaranui, do której zmierzam na nocleg dzieli mnie jeszcze jedna przełęcz, tym razem 300m, którą pokonuję w miarę lekko choć dopada mnie głód i chcąc nie chcąc muszę się jeszcze posilić i uzupełnić zapasy energii. Na kempingu w parku rozbijam namiot tuż za drzewami oddzielającymi mnie od plaży i zatoki. Fale w nocy ponownie hałasują. Zresztą nie tylko one. Po trawniku kręcą się ptaki weka, która są trochę upierdliwe. Może nie tak jak papugi kea ale podobnie. Zaglądają mi pod tropik namiotu i wyciągają garnki, które jak przystało na aluminium strasznie brzęczą, gdy się nimi obija jeden o drugi. Parę razy go odganiam ale co wrócę do środka i się położę to ptaszysko powraca. W końcu cierpliwość zostaje wyczerpana i ruszam odparować jego upierdliwość. Nalewam wody do garnka i biegając za upierdliwym weka odganiam go polewając wodą. Pomogło. Do rana mam spokój.

IMG_0672_a

IMG_0678_aIMG_0680_a

Poranek już nie taki piękny ani słoneczny. Zwijam namiot i pakuję się zanim zaczyna padać. A właściwie to deszcz łapie mnie w drodze na przełęcz jako, że wracam tą samą drogą. W zasadzie to sam wjeżdżam w tę chmurę, z której coraz mocniej pada. Podczas zjazdu klocki hamulcowe zaczynają sukcesywnie odmawiać posłuszeństwa. Klamki ściągnięte do końca, że rąk nie czuję, a mimo tego jadę w dół ponad 20km/h. Zwykle nie jest to oszałamiająca prędkość tyle, że teraz dochodzi do tego szutrowa droga z dużymi kamieniami, ostre zakręty i deszcz. Cieszę się w duchu, że przynajmniej na tej drodze przez dżunglę nie ma żadnych aut. W tej samej chwili jednak wyrzuca mnie z zakrętu na środek drogi prosto pod jadący z dołu samochód. Udaje mi się wybalansować między uderzeniem w auto, a przewróceniem się i ostatnie metry w dół pokonuję hamując butami. Powinienem chyba zacząć grać w gry losowe bo jakie jest prawdopodobieństwo, że w jednym momencie wysiądą mi oba hamulce? Parę kilometrów jestem w stanie jeszcze jechać bez hamulców ale pierwsze lekkie obniżenie terenu i pojawia się problem z wytracaniem prędkości. Na tę ewentualność jestem już jednak przygotowany i posiadam przy sobie zapasowe klocki. Wymieniam te z przodu i dalsza jazda odbywa się już bez zakłóceń.

IMG_0682_aIMG_0685_aIMG_0689_aIMG_0691_a

Trochę przerażeniem napawa mnie ponowny podjazd na Takaka Hill ale w tę stronę ma tylko 10km (czy. jest stromszy) i jakoś idzie to sprawniej.

Tylne hamulce zmieniam dopiero dwa dni później w Nelson. Sprzedawca ostrzega, że wybrane przeze mnie klocki bardzo piszczą ale to nic. Spoiler alert: piszczą jak zarzynane prosię. Wyhamowanie tego ciężkiego potwora podczas jazdy w dół zajmuje wiele metrów, a hałas jaki wydają zdaje się roznosić po całej dolinie, którą akurat się zapuszczam.

Pomimo, że jestem już bardzo blisko Picton, tj. miasta portowego, z którego popłynę na północną wyspę, robię jeszcze mały objazd przez Blenheim i winny region Marlborough, które odpowiada za 77% produkcji wina w Nowej Zelandii. Głównie są to Sauvignon blanc, Pinot noir i Chardonnay. Przejeżdżam przez i pomiędzy winnicami, które ciągną się może i nie po horyzont ale na pewno do podnóża najbliższych gór.

IMG_0750_a

Do Picton docieram popołudniu ale… ponownie je omijam. Rzucam tylko okiem na port, zatokę i zacumowane w niej łodzie z punktu widokowego nad miastem i jadę na podbój jednego z chyba bardziej znanych szlaków Nowej Zelandii – Queen Charlotte Track. Ten 70km prowadzi od Ship Cove do Anakiwa (i odwrotnie), a od paru lat jest również udostępniony dla rowerzystów. Bez problemu można go podzielić na mniej lub więcej odcinków i pokonać w sobie dogodnym tempie. Rowerem decyduję się tylko na pierwszy odcinek od Anakiwa do Te Mahia. Trasa nie jest trudna ale trzeba bardzo uważać. Wiedzie w końcu przez las, po górach i nawierzchnia czasem bywa mokra, śliska i przede wszystkim obfituje w kamienie i korzenie. Jazda z tak ciężkim rowerem jest tym bardziej wyzwaniem. Widoki jakie mi za to towarzyszą rekompensują wszelkie trudy. U stóp mam całe Marlborough Sound z wszelkimi zatoczkami wcinającymi się w zielone zbocza wzgórz, po którym pływają żaglówki i inne łodzie. Udaje mi się nawet dostrzec skaczące delfiny. Widoki zapierają dech. Zapewne gdybym miał mniej obciążony rower lub więcej czasu by wybrać się na cały szlak piechotą to bezapelacyjnie bym skorzystał. Następnym razem!

IMG_0780_a

Queen Charlotte Sound

IMG_0783_a

IMG_0792_a

Widoki poranka

Mimo, że Queen Charlotte Track przejechałem może zaledwie 20km to pozostała część drogi na ten dzień również jest malownicza. Wije się i wznosi wzdłuż zatoki, tak że u swojego boku z jednej strony nieprzerwanie mam piękne widoki.

IMG_0797_aIMG_0807_a

Tym razem będąc w Pikton nie jadę już nigdzie dalej. To jest koniec mojej podróży po południowej wyspie ale dopiero połowa przygody w Nowej Zelandii.

IMG_0769_a

Picton

Po 28 dniach jazdy, w których pokonałem 2562km spędzając 166h na siodełku i za kierownicą pora ruszyć na północ.

O 17 ładuję się na wieczorny prom do Wellington – stolicy kraju, gdzie czeka na mnie Matt z żoną Yilang – przyjaciele z poprzednich podróży, z którymi zawsze udało mi się gdzieś w dalekim świecie przy jakieś okazji spotkać i nigdy dwa razy na tym samym kontynencie.

Zapisy śladu z GPS z poszczególnych dni znajdują się tutaj.

Reklamy

Dzień 14 – Ko Phi Phi – Krabi – Penang (Malezja)

Dopakowuję wszystko, czego nie spakowałem wieczór i idę na prom odpływający o 9 do Krabi. Bus do Penang w Malezji jest o 11 i trochę się denerwuję, gdy rejs się przeciąga. Na szczęście kierowca czeka aż wszyscy wyjdą z terminala.

Drogi w Tajlandii są bardzo dobrej jakości, rzadko można napotkać jakieś wyboje czy dziury, a kierowca rozpędza się do 140 km/h momentami. Ja siedzę tuż obok niego, z przodu, wiec z mojej perspektywy nie wygląda to tak źle, ale z tyłu co jakiś czas ktoś krzyczy aby zwolnił. W pewnym momencie, kierowca nie daje rady wyhamować i by uniknąć najechania na poprzedzające auto, zjeżdża na przeciwległy pas ruchu, skąd nadjeżdża motocyklista. Próbuje on hamować ale wpada w poślizg, że tylne koło zaczyna go wyprzedzać. Na szczęście w ostateczności wszystkim się udaje zatrzymać i nic się nie dzieje. Po drodze, w Trang, zmieniamy busa na takiego ze spokojniejszym kierowcą, który wiezie nas już bezpośrednio do Malezji. Krótka kontrola paszportowa, prześwietlenie bagażu po stronie malezyjskiej, skanowanie odcisków palców i można ruszać dalej. Drogi nadal są w świetnym stanie, choć co jakiś czas na autostradzie bus podskakuje na łączeniach. Za to benzyna PB95 po 1,8RM (1,91zł).

Z początku nie wiedziałem nawet, w którym miejscu bus się zatrzyma ponieważ nazwa Penang jest używana w stosunku do całej wyspy, a zarazem stanu ale gdy kierowca zatrzymuje się by kogoś wysadzić przy drodze sam również wyskakuję ponieważ według wskazań GPS’u mam tylko 1,5 km drogi do miejsca, w którym mam dziś nocować. Co więcej nie posiadam przy sobie żadnych malezyjskich ringitów na autobus, a z wymianą może być ciężko bo jest już po 20.

Jedna pani, którą zapytałem po drodze o adres nie chciała nawet spojrzeć na kartkę ale psa w wózku dla dzieci to woziła. Na szczęście ktoś inny mi wytłumaczył jak tam dojść. Po drodze spotkałem jeszcze gościa z Turcji, który też przyjmuje osoby z couch surfing i zaprowadził mnie pod same drzwi. Ja też korzystam z couch surfing tej nocy. Drzwi otwiera nam współlokator tego, który zgodził się mnie ugościć. Mam słabą pamięć do imion, szczególnie obcobrzmiących. W każdym razie on jest z Filipin, a drugi z nich – Tran vu, z Wietnamu.

W poszukiwaniu czegoś na kolację i jakiegoś kantoru jedziemy do centrum handlowego. Jak na godzinę 22 w sklepach i na ulicach panuje dość duży ruch. Przy wyjściu ze sklepu ochroniarz sprawdza zawartość reklamówki z pozycjami na paragonie i przybija pieczątkę. Wracając do mieszkania spotykamy na dole Tran Vu wracającego z pracy.

Czuję się trochę rozgorączkowany i osłabiony już od poprzedniego wieczoru i postanawiam profilaktycznie zażyć Panadol.

Dzień 12 – Krabi – Ko Phi Phi

Przed 6 rano co jest dobrym czasem jak na 11h jazdy autobusem i przejechane 800km. Na dworcu w Krabi za bardzo innej możliwości nie mieliśmy jak kupić bilet na wyspę Ko Phi Phi (400B) wraz z transportem do portu. Odpływamy o 9 i rejs na wyspę zajmuje prawie 2h. Na południu Tajlandii pogoda zupełnie inna niż w poprzednie dni. Chmur niewiele, a słońce praży bardzo mocno. Kremu do opalania jeszcze kupić nie zdążyłem. Przepływamy obok lasu namorzynowego, drzew wyrastających prosto z morza, porośniętych bujną, intensywnie zieloną roślinnością.

Na nabrzeżu obowiązkowa opłata za wstęp na wyspę – 20B. Ruszamy na poszukiwania noclegu, choć wiemy, że nie będzie tanio. W końcu znajdujemy w głębi wyspy Sacha guest house i udaje nam się obniżyć cenę z 500B do 450B za 3-osobowy pokój. Jackson – brat Kyle’a woli zatrzymać się w dormitorium obok z poznanym 2h wcześniej Anglikiem. Ale za to mają tam hostelową małpę na smyczy i w pieluszce.

Wyspa jest znacznie droższa od pozostałych części kraju, w których dotąd byliśmy. Bardzo turystyczna z barami, restauracjami w zachodnim stylu. Bardzo ciężko znaleźć lokalne jedzenie, w którego poszukiwaniu obchodzimy okolicę i docieramy do podnóża punktu widokowego (wstęp 20B). Aby wejść na górę trzeba pokonać wysokie schody, a następnie piąć się ścieżką do góry. Zastanawiamy się jakby tu wejść na wysokie palmy i zerwać kokosy ale chwilę później okazuje się to zbędne bowiem znajdujemy ich sporo na ziemi. Te dojrzałe rozpoznajemy po dźwięku przelewającego się w środku mleka.

Żeby dobrze obrać kokos należy znaleźć ostro zakończony, wystający z ziemi patyk lub pręt, z których korzystają mieszkańcy. Potem trzeba uderzać kokosem w taki sposób, aby każde uderzenie zdzierało z niego brązowe włosy zwane koirą nie naruszając przy tym samej pestki czyli orzecha właściwego. Po obdarciu orzecha z koiry można go przebić lub wydrążyć otwór w jednym ze słabych punktów znajdujących się na górze – tzw. otworów kiełkowych. Teraz pozostaje tylko cieszyć się prawdziwym, w pełni naturalnym mlekiem kokosowym, które jest jednym z najlepszych izotoników. Dodatkowo rozbijając orzech o ziemię i separując skorupę od miąższu (bielma) mamy dodatkową przekąskę.

Z punktu widokowego nr 2 widać południową część wyspy, odseparowaną wąską, zabudowaną mierzeją. Kilka minut drogi dalej znajduje się punkt widokowy nr 3, z którego roztacza się bardzo podobny widok.

Penetrując dalej głąb wyspy docieramy do małej wioski. Miejscowi zapytani przez nas o jedzenie oferują nam ryż po 80B. Cena wyższa niż na dole. Na zachód słońca wracamy do punktu widokowego nr 2, przy którym zebrał się już mały tłum.

Obecnie wyspa wygląda całkiem normalnie i nie ma na niej śladów tsunami, które przeszło przez nią w Boże Narodzenie 2004 r. Na każdym kroku o tsunami przypominają tabliczki informujące, w którą stronę należy uciekać w przypadku gdyby wyspa znów była zagrożona.

Dzień 9 – Pai

Na następną noc przenoszę się do innego miejsca, które wydaje się przyjemniejsze i bardziej zaludnione. Chatki co prawda wyglądają podobnie ale sprawiają wrażenie schludniejszych i bardziej zadbanych.

Wypożyczam skuter, tankuję do pełna (1,5l/70B) i jadę zwiedzać okolicę. Z początku ciężko mi odnaleźć właściwą drogę, ale gdy mi się to udaje, jadę w kierunku punktu widokowego, z którego z rozciąga się panorama na całą dolinę z Pai leżącym w dole. Widoki na całą okolicę piękne.

Wracając w dół zmierzam do wodospadu i mijam chińską wioskę. Ten wodospad, podobnie jak poprzednie w okolicach Chiang Mai niesie mało wody.

W drodze do miasta zaczyna lekko kropić i z każdą chwilą pada coraz mocniej. W momencie gdy parkuję skuter przed restauracją i chowam się pod dachem zaczyna mocno lać. Korzystając z przymusowej przerwy zamawiam słodko-kwaśne danie z ryżem, papryką i ananasem. Bardzo dobre.

Chwilę bez deszczu wykorzystuję na powrót do pokoju, a raczej szałasu.

Dwie godziny później chmury się rozstępują i ponownie wychodzi słońce. Robi się bardzo ciepło. Wyruszam na kolejną przejażdżkę. Tym razem nie mam problemów ze znalezieniem dobrej drogi, ponieważ zaczyna się zaraz w pobliżu miejsca, w którym mieszkam. Prowadzi częściowo u podnóża gór, wzdłuż pól ryżowych i kukurydzianych, z widokami na drugi kraniec doliny. Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymuję jest świątynia Wat Phra That Mae Yen położona na wzgórzu, z którego także rozpościera się widok niebylejaki na całą kotlinę.

Kilka kilometrów dalej wzdłuż tej samej drogi dojeżdżam do ośrodków oferujących wycieczki na grzbietach słoni po okolicznych lasach, nierzadko z kąpaniem (słoni) w rzece. Skręcam z utartego szlaku, zostawiam w tyle twardy asfalt i wjeżdżam na stromą ścieżkę prowadzącą w górę, przeoraną koleinami po spływających deszczach. Parkuję skuter na poboczu i piechotą idę na spacer po lesie kamieni, bo tak on się nazywa. Po pół godziny spaceru wracam do skutera i jadę dalej. Ciepłe źródła odpuszczam sobie na dziś i zostawiam na inny dzień, ponieważ nie jestem przygotowany na kąpiele i wracam w kierunku Pai.

Tuż przy drodze znajduje się kanion. Powierzchniowo nie jest duży, ale wąskie, ledwie metrowej szerokości ścieżki prowadzące grzbietem pomiędzy dwoma opadającymi prawie pionowo w dół ścianami mogą niektórym wydać się przerażające. Zabawiam tam dłuższą chwilę spacerując grzbietem kanionu do momentu aż jego ściany opadną w dół na tyle, że zrównają się z ziemią i mogę z drugiej strony wspiąć się ponownie do góry.

Wieczór na ulicach Pai spotykam Ericę, a niedługo później wpadamy wspólnie na dwójkę Rosjan poznanych w Divie, w Chiang Mai. Po powrocie do hostelu rozmawiamy z Louisem i Thibault o Curacao, skąd pochodzi Erica, o Polsce, Francji i ciekawych miejscach do jazdy na nartach w naszych krajach.

Dzień 8 – Chiang Mai – Pai

Rano mogę sobie wypocząć dłużej, ponieważ wszystkie busy do Pai są pełne ze względu na święto pełni księżyca i bilet udało mi się kupić dopiero na godzinę 14:30.

Ostatni spacer po mieście, podczas którego w jednej z bocznych uliczek zjadam Pad Thai za parę groszy. Jest to typowe tajskie danie składające się z makaronu mieszanego podczas gotowania (stir fry), przypraw oraz w zależności od wyboru mięsa, owoców morza, jajek.

Z hotelu zabiera mnie jeep, który po odebraniu wszystkich ludzi po drodze dowozi nas na stację benzynową, gdzie następuje przesiadka do busa. Chiang Mai od Pai dzieli około 80 km ale droga była wyjątkowo trudna do zniesienia ze względu na ponad 700 ostrych zakrętów, które znajdują się na tym odcinku. Szczęśliwie mój żołądek znosi to dzielnie ale wysiadam z ogromnym uczuciem ulgi.

Nocleg znajduję po drugiej stronie rzeki, po przejściu bambusowego mostu w ośrodku z bambusowymi bungalowami do wynajęcia (100B). Chatki są skromnie wyposażone. W środku znajduje się jedna żarówka, łóżko z dziurawą moskitierą i coś co służy za łazienkę.

Samo Pai jest malutkie i jednocześnie turystyczne. Wszędzie pełno restauracji, które dziś alkoholu nie sprzedają z powodu wspomnianego wcześniej już święta pełni księżyca. Ulice pełne są spacerujących turystów i przenośnych straganów sprzedających naleśniki bądź herbatę nalewaną do wnętrza bambusa.

Dzień 7 – Chiang Mai

Ta noc również nie należała do przespanych. Jet lag wciąż daje w kość. Po 1 w nocy zamiast bezsensownego leżenia zrobiłem sobie parunastu minutowy jogging do sklepu 7-eleven po chleb tostowy, dżem i wodę. Można zgłodnieć od tej bezsenności.

O poranku w guesthousie obok wypożyczam skuter (150B) i jadę zwiedzać okolicę. Zaczynam od stacji benzynowej. Jako, że jest to moje pierwsze doświadczenie związane z jazdą lewą stroną odczuwam lekką niepewność. Okazuje się, że niepotrzebnie. Jazda po lewej stronie nie różni się niczym od tej po prawej, szczególnie na skuterze, który kierownicę ma na środku. Tajowie jak w życiu tak i na drodze kierują się życiową zasadą aby nie ulegać negatywnym emocjom i w przeciwieństwie do Wietnamczyków czy Indonezyjczyków są pod tym względem bardzo cierpliwi, spokojni, często się uśmiechają i nie trąbią.

Jadę na północ parę kilometrów za miasto do Królestwa Tygrysów – jak nazywa się ten park. Miejsce, w którym można wejść do klatki  z tymi zwierzętami i dotknąć je, pogłaskać, a nawet objąć. W ośrodku znajduje się duża liczba tygrysów w różnym wieku. Kupując bilet należy się zdecydować czy chce się stanąć oko w oko z dojrzałym osobnikiem, średniej wielkości (14-16 miesięcy i jest już sporą bestią), małym (6-8 miesięcy) czy najmniejszym kociakiem (3 miesięczne), który jest i tak dwa razy większy od kota domowego.

Pojawia się mnóstwo pytań czy aby tygrysy nie są pod wpływem narkotyków, co pozwala bezpiecznie z nimi przebywać w jednej klatce. Władze ośrodka tłumaczą, że są miłośnikami kotów i wszystko jest wyłącznie zasługą tresury od najmłodszych lat. Opiekunowie drewnianym kijem lekko klepią po głowie tygrysy gdy trzeba przywołać je do porządku.

Kupując bilet zdecydowałem się na wizytę u średnich, małych i najmniejszych tygrysów (1250B za pakiet, ubezpieczenie w cenie). Pierwsze było wejście do klatki z półtorarocznymi samicami, które mimo młodego wieku wyglądały na dorosłe. Tygrysice większe zainteresowanie wykazywały odgłosami prac dochodzącymi zza klatki niż chodzącym posiłkiem wewnątrz. Towarzyszył mi jak to zwykle ma miejsce jeden opiekun, którego jedyną bronią i ochroną był wspomniany wcześniej drewniany patyk. Uczucie niepewności mija szybko i podchodzę blisko by dotknąć tych dzików kotów i usiąść obok.

Z jednej strony dużą śpią i odpoczywają – jak to koty. Ale z drugiej, gdy tylko opiekun zacznie wymachiwać kijem zakończonym kolorowymi wstążkami na końcu tygrysy żwawo wstają i zaczynają zanim biegać i podskakiwać jak małe kociaki.

Stojąc oko w oko z tak doskonałym drapieżnikiem i zarazem czując jego oczy wpatrzone w moje to zaprawdę niezwykłe uczucie. Lekko przerażające ale niezwykłe. Szczęście, że już jadły, a jedzą sporo – pięć kurczaków na raz.

Po wyjściu z jednego wybiegu do drugiego. Tym razem do małych tygrysów, około półrocznych, których jest ponad pięcioro. Bawią się, leżą spokojnie, wchodzą na siebie, gryzą się i przewracają. Jednym słowem nie szczędzą sobie rozrywki.

Najdłuższa kolejka jest do pomieszczenia z tymi najmniejszymi. Przed wejściem jest umywalka aby można było umyć ręce oraz trzeba założyć klapki, a z boku stoją butelki z mlekiem do karmienia. Niektóre maluchy śpią nic sobie nie robiąc z tego, że ktoś próbuje je przesuwać ale natychmiast wstają gdy któreś z rodzeństwa zaczyna je szturchać i zaczepiać. W pewnym momencie gdy siedziałem obok jednego z tygrysków, ten postanowił przejść sobie przeze mnie zatrzymując się na chwilę by zrobić dobrą minę do zdjęcia.

Można się spierać o zasadność tworzenia takiej atrakcji i wykorzystywania w tym celu tygrysów. W końcu są to dzikie zwierzęta i każdy dorosły osobnik mógłby jednym machnięciem łapy poważnie kogoś poranić. Wzrok mają bystry i jak na koty są stosunkowo ruchliwe ale może prawdą jest, że przyzwyczajenie od małego do obecności człowieka nie wyzwala u nich agresji gdy są najedzone. Można na to spojrzeć z dwóch stron, ale z której by tego nie robić to niezaprzeczalnie wrażenia są niecodziennie i można powiedzieć – głaskałem tygrysa i patrzyłem mu w oczy.

Tuż za Królestwem Tygrysów jest wioska kobiet z długimi szyjami, wydłużonymi od noszenia na nich obręczy. Wstęp 500B. Postanawiam sobie odpuścić takie „plemię” pod masową, komercjalną turystykę i kieruję się dalej drogą w kierunku Samoeng. Po paru kilometrach zatrzymuję się w parku narodowym Doi Sutep – Pui (100B + 20B parking) i idę ścieżką w górę rzeki oglądać kaskady wodospadu Mae Sa. Sam park nie jest jakoś specjalnie interesujący, ot rzeka i ścieżka prowadząca wzdłuż niej, w dodatku niesie mało wody i kaskady nie są efektowne. Na pewnym odcinku ścieżka wiedzie po obu stronach rzeki, jednak po lewej stronie schody są zniszczone, deski połamane i pewne odcinki zamknięte. Bardziej niż park narodowy jest to miejsce rekreacyjne do piknikowania, kąpieli pod wodospadem i spacerów.

Przy tej samej drodze, którą dotarłem do parku znajduje się jeszcze ogród botaniczny i park słoni. Jadąc skuterem mam okazję zobaczyć dwa maszerujące poboczem słonie.

Wracając w kierunku Chiang Mai odbijam na jednym skrzyżowań w prawo, na drogę 1004. Mijam zoo i pnę się powoli w górę. Oglądam kolejny wodospad, nieopodal którego sprzedają na straganie upieczone owady. Wyżej zatrzymuję się w punkcie widokowym, z którego widać całe Chiang Mai. Przejeżdżam obok spacerującego po asfalcie skorpiona. Na oglądanie kolejnego wodospadu i pałacu Bhubing jest już zbyt późno ale mimo to wjeżdżam na górę do wioski Hmong Doi Pui. Niestety kolejne komercyjne miejsce. Bez porównania z tymi w Laosie czy Wietnamie. Zjeżdżam jak najszybciej na dół bo jest okropnie zimno na takiej wysokości, szczególnie podczas jazdy.

Wieczór w hostelu spotykam Ericę, z którą idziemy na targ wrzucić coś na ząb.

Pierwsza noc kiedy to usypiam wcześniej niż przed 2 w nocy i jet lag powoli odpuszcza.

Dzień 5 – Pak Chong – Ayutthaya – Chiang Mai

Rano wracam pociągiem kawałek (2,5h) w kierunku Bangkoku by wysiąść w Ayutthaya – dawnej stolicy Tajlandii. Siadam naprzeciwko Taja, który jak się okazuje mówi po angielsku i udziela mi trochę informacji na temat kraju, miejsc wartych zwiedzenia i lokalnej kuchni. Zapisuje mi parę nazw dań na kartce bym mógł ją w razie czego pokazać w restauracji. Na dworcu w Ayutthaya od razu kupuję bilet na wieczorny pociąg do Chiang Mai (19:25 – 6:20, 586B), zostawiam plecak w przechowalni (10B)  i ruszam na zwiedzanie miasta. Najpierw spacerem do Wat Phanam Choeng (20B/ja free), gdzie znajduje się 19m posąg siedzącego Buddy. Z pod świątyni  promem (5B) przedostaję się na wyspę otoczoną trzema rzekami. W drodze na drugi koniec miasta zaopatruję się w sushi (5B/szt) i ananasa (20B). Poboczem lub bardzo szerokim, bitym chodnikiem spacerują słonie z turystami na grzebiecie. Nieopodal, w ich zagrodzie można wykupić bilet na przejażdżkę lub zakupić owoce do karmienia tych olbrzymów. Jednemu z nich opiekun wlewa wodę wężem do trąby, którą słoń następnie sobie przelewa do pyska. Obok stoją małe słoniątką pozujące do zdjęć. Mogłoby się wydawać, że słoń jest łysy ale tak naprawdę jego ciało porastają szczeciniaste, sztywne w dotyku włosy.

Kolejnym zabytkiem, który zwiedzam jest Wat Phra Si Sanphet, który do połowy XV wieku służył jako pałac królewski, a później przekształcony został na świątynię.  Swego czasu mieścił się w nim 16 metrowy Budda pokryty 250 kg złotem, z czasem przetopionym przez birmańskich najeźdźców. W przylegającym Wihaan Phra Mongkhon Bopit znajduje się największy siedzący posąg Buddy jaki można zobaczyć w Tajlandii.

Wracając spacerem przez park zauważam coś sporej wielkości płynącego przez staw. Wygląda jak duży jaszczur lub wąż. Z daleka ciężko stwierdzić. Przynajmniej wiem na przyszłość czego można się spodziewać po miejskich sadzawkach.

Przed odjazdem do Chiang Mai kupuję na bazarze grillowaną kukurydzę (10B), a na kolację zamawiam owoce morza z kiełkami (50B), które to (owoce morza) przypominają trochę omlet.

Pociąg o dziwo nadjeżdża punktualnie, co nie jest takie normalne jak pokazują wcześniejsze doświadczenia i opowieści Alexa. Na pierwszy rzut oka połowa przedziału to turyści z plecakami.

Po pociągu chodzi obsługa serwująca ciepłym posiłek (w cenie biletu). Ryż z czymś tam, bardzo ostry. Na szczęście za chwilę przynieśli wodę, ciastko na deser i koc. Przy włączonej klimatyzacji jest okropnie zimno.