Deportacja z Rosji

Bardzo często mam niesłychane szczęście w różnych sytuacjach, np. zostaję przygarnięty przez jakąś rodzinę gdy jestem chory (Chodżent) lub ktoś mnie podwiezie kiedy cały inny transport zawodzi, a brak sił by iść dalej (stop w Kazachstanie). Przypadków kiedy mogło mi się coś stać, a kończyło się ledwie zadrapaniami jest mnóstwo (wypadek na skuterze w Wietnamie, bycie rzucanym przez fale oceanu po ostrych koralowcach w Indonezji, itd., itp.). Zdaję sobie sprawę także z tego, że jeśli coś ma się przytrafić to przytrafi się właśnie mi. Nie ubolewam z tego powodu, po prostu zdaję sobie sprawę, że im częściej będę wyjeżdżał, tym częściej coś się może zdarzyć. Ot, statystyka.

Z drugiej jednak strony każde takie zdarzenie to kolejne doświadczenie, przygoda, a wiem że moje szczęście i tak sobie z tym poradzi. Tak też było i tym razem. Ale od początku..

Z hostelu na lotnisko wyjechałem około 1 w nocy, mimo że wymeldowałem się już o 10 rano. Jednak właściciel Topchan hostel (warto wymienić tę nazwę) – Roman, był tak sympatyczny, że pozwolił mi zostać ile tylko chcę i nie krępować się. Skorzystałem więc z tego zaproszenia i po powrocie z nad jeziora ułożyłem się na matach i czekałem na odpowiednią godzinę, kiedy to będę mógł wyruszyć na lotnisko. W międzyczasie dostałem wiadomość od Joe i Leo, że są już w Londynie, a przecież rozstaliśmy się zaledwie rano. Joe bez przeszkód powrócił z bazaru i kupił mi papryki.

Na lotnisku ostatnie przepakowanie, zabezpieczenie wszystkiego i udanie się do odprawy. Sprawne przemieszczanie uniemożliwiał mi zestaw do herbaty składający się z glinianego dzbanka, ośmiu czarek i dużej podstawki. Pomimo, że miałem to wszystko bezpiecznie owinięte folią i pianką i tak musiałem nieść to w rękach i dbać jak o jajko. Zakup zrobiłem już w Chiwie i od tamtego czasu chodziłem z tym cały czas w rękach. Nie inaczej było teraz na lotnisku.

Ustawiam się w kolejce do odprawy, podaję paszport, czekam na wydrukowanie kart pokładowych i wtedy pani mówi do mnie, że bagaż mam do odbioru w Moskwie (lecę do Mińska). Odpowiadam, że raczej nie bo bez wizy rosyjskiej nie jestem w stanie tego zrobić. Ona z kolei, że takie są procedury i muszę go tam odebrać. Odbijam piłeczkę mówiąc kolejny raz, że nie ma opcji.

Po chwili prosi mnie o przejście na bok i zaczekanie, aż przyjdzie ktoś z Aeroflotu i rozwiąże moją sytuację. Wiem, że w każdym cywilizowanym kraju (poza USA oczywiście) na tranzycie nie jest potrzebna wiza. Okazuje się, że tutaj jest inaczej i Rosja ma specjalne porozumienie z Białorusią i loty na trasie Moskwa – Mińsk są traktowane jako krajowe więc wymagane jest przejście do terminala krajowego i posiadanie wizy. Mój błąd, nie wiedziałem, nie sprawdziłem, nie domyśliłem się ale i nikt mi nie powiedział.

Chwilę później przychodzi jednak ktoś z linii lotniczej i rozentuzjazmowanym głosem mówi, że nie ma sprawy, wszystko załatwione. Nadadzą z Taszkientu telegram (telegram! Serio) do Moskwy i tam zgłoszę się na tranzycie, powiem że ja to ja i wszystko będzie wiadomo. Odbiorą mój bagaż i nadadzą go w moim imieniu. Super! Zatem lecę, bo przez chwilę obawiałem się jak to się skończy, a co gorsza moja uzbecka wiza kończy się za 20h i jedyny kraj, do którego mógłbym wjechać bez wizy do Kirgistan.

Od zawsze bardzo ceniłem sobie loty Aeroflotem ze względu na komfort podróży i ciepły posiłek na trasach europejskich (3 miesiące później podczas lotu do i z Tokio trochę zmieniłem zdanie) ale ten A330-200 był naprawdę niesamowicie wygodny. Dużo miejsca na nogi, siedzenia oddzielone dużą konsolą, a nie jakimś podłokietnikiem. Prawie całe 5h przespałem.

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku Sheremietievo udaje się na tranzyt po kartę pokładową do Mińska i już po 30 sekundach pani oznajmia mi, że tam to na pewno nie polecę. Sytuacja niejako się powtarza – potrzebuję wizę, której nie mam i nie mogę lecieć tam, dokąd bym chciał. Pani sięga po telefon, wykonuje parę telefonów, a z rozmowy wyłapuję m.in. pytania o wolne miejsca na loty przez Rygę, Warszawę i Kijów. Sugeruję, że mogą mnie wysłać przez jakieś inne miasto lub nawet przez Warszawę, gdzie wysiądę ale odpowiada, że nie jest to możliwe i jeśli chcę lecieć inaczej to muszę kupić nowy bilet. W zasadzie i tak muszę kupić nowy bilet aby wydostać się z tego międzynarodowego terminala. Trochę mi to nie w smak bo dlaczego mam kupować nowy bilet. A co jeśli nie miałbym na to żadnych środków. Oczami wyobraźni widzę siebie jak utykam na tym lotnisku na wieki wieków jak swego czasu bohater grany przez Toma Hanksa w filmie „Terminal”. Obawiam się tylko, że odprowadzając wózki nie nazbieram wystarczającej ilości monet na jedzenie.

W każdym razie biletu nie mam zamiaru kupować i pytam co dalej ze mną będzie. Pani odpowiada, że w takim razie czeka mnie deportacja. W sumie zawsze chciałem to przeżyć i dowiedzieć się jak to jest. Raz nawet miałem pomysł aby z Krymu popłynąć bez wizy do Rosji i spełnić zrealizować ten pomysł. Jak widać co się odwlecze to nie uciecze.

Zostałem poproszony o przejście na bok, oddanie paszportu i zaczekanie. W międzyczasie wpadłem na pomysł aby spróbować skontaktować się z ambasadą ale przed 9 nikt tam nie pracował, a po 9 nie byłem w stanie się dodzwonić. Olałem sprawę i czekałem. Godzinę później przyszła celniczka z dodatkowymi pytaniami typu miejsce zamieszkania, czy byłem w wojsku i czy świadomie przyleciałem bez wizy. Kolejne pół godziny później przyniosła pięć kartek papieru do podpisu (po rosyjsku). Z grubsza streściła mi poszczególne paragrafy, wytłumaczyła, że raz na jakiś czas trafia się im taka sytuacja i na moim miejscu też by wybrała deportację bo to najprostsze wyjście. Bałem się tylko czy trzy miesiące później w drodze do Tokio nie będę miał problemów w Moskwie ale powiedziała, że nie. Dostałem tylko do zapłaty mandat (30$). Miałem na to 60 dni więc tak naprawdę mogłem go wyrzucić do kosza i nigdy więcej nie próbować pojawić się w Rosji. Ale wiem, że pewnego dnia tam trafię, więc lepiej będzie zapłacić. Dodała jeszcze, że Aeroflot za niepoinformowanie mnie o konieczności posiadania wizy dostał także mandat – 700$.

Po wszystkich formalnościach zostałem przeprowadzony przez strefę tranzytową do terminala. Zadano mi pytanie dokąd chcę zostać deportowany. Tutaj miałem mały dylemat bo wahałem się między Vancouver, Seulem i Warszawą. Nie wiem czy by to przeszło ale pewnie gdybym wybrał Londyn bądź Madryt to nie byłoby problemu.

Niestety najbliższy lot Aeroflotu do Warszawy był dopiero za ponad 8h i tyle też przyszło mi czekać w terminalu. Miałem oczywiście swobodę poruszania się jak każdy inny pasażer, nie zostałem zatrzymany, przeszukany ani spałowany. Nie dostałem też żadnych talonów na jedzenie. Znalazłem sobie tylko jakiś koc bo klimatyzacja działała na pełnych obrotach i cierpliwie czekałem na swój lot.

Reklamy

Jezioro Charvak

Rano nadchodzi ten moment, kiedy rzeczywiście się rozstajemy. Leo zostaje w hostelu, a my z Joe jedziemy jeszcze wspólnie metrem. Ja wybieram się nad Jezioro Charvak, a Joe na Chorsu Bazar po ostatnie zakupy i ostrą paprykę dla mnie. Żeby nie było zbyt nudno – zostawia swój paszport w hostelu i nie chcą nas wpuścić do metra. Pytają nas chyba 10 minut dlaczego Joe nie ma paszportu przy sobie i mówią, że nie może wejść ale potem pojawia się jakiś zwierzchnik, który mówi, że nam wierzy i przepuszcza bez przeszkód. Cała ta sytuacja może wydawać się dziwna, niebezpieczna lub nieprzyjemna. Nic bardziej mylnego! Zdajemy sobie sprawę, że takie kontrole to jest ich obowiązek, a obecność policji na każdym kroku wcale nam nie przeszkadza. Poza tym takie kontrole na nas są przeprowadzane z ciekawości. Zazwyczaj padają pytania skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy, czy nam się podoba, czy mamy żony, dzieci, a jeśli nie to dlaczego i może tutaj sobie znajdziemy. Dla nas ma to swój urok i jest częścią tej kultury, którą przyjechaliśmy poznać. Pewnie stresowałbym się tym trochę gdybym próbował przemycić w plecaku trochę trotylu do metra. Martwię się tylko, że Joe wracając z bazaru może mieć znów problem i nie dogada się bo nie zna ani słowa po rosyjsku.

Metrem jadę na północ miasta aby tam złapać jakieś auto jadące w kierunku jeziora. Idzie mi to jak po grudzie ale może dlatego, że gdy zostaję sam to zawsze muszę chwilę się przyzwyczaić do ogarniania wszystkiego samemu. Zazwyczaj nawet gdy jestem w większej grupie to i tak wszystko załatwiam ja ale jak zostaję nagle sam to z początku często nie mogę się zorganizować. Tak już mam.

Z dwoma przesiadkami docieram do Gazalkent i tam łapię kolejny samochód, który w moim mniemaniu ma mnie dowieźć do jeziora. Tutaj trochę nie dogaduję się z kierowcą bo podaję mu nazwę miasta leżącego po drodze, a nie punkt docelowy i wysadza mnie 15km od jeziora. Jestem na kompletnym odludziu i za bardzo nie wiem jak pokonać te ostatnie kilometry. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, rozwiązanie przychodzi samo. W pobliskiej restauracji obiad je wycieczka Hindusów, którzy przygarniają mnie do swojego autokaru. Jakby tego było mało to nad jeziorem mają 2h przerwę na kolejny posiłek i proponują, że jeśli na nich zaczekam to zawiozą mnie z powrotem do Taszkientu. Idealnie! Postanawiam wykorzystać ten czas na spacer plażą wzdłuż jeziora i krótką kąpiel. Jest upał więc dla mnie w sam raz. 35C to temperatura, w której nie marznę i jestem w stanie wejść do wody bo nie jest zbyt zimna. Okolice Jeziora Charvak, które jest tak naprawdę rezerwuarem utworzonym poprzez wzniesienie 168m zapory, są inne niż reszta tego pustynnego kraju. Jest więcej zieleni, gór i w końcu jakaś woda. Widać, że jest to popularne miejsce wypoczynkowe dla mieszkańców stolicy i nic dziwnego – jest bardzo ładnie, zważywszy że Uzbekistan nie jest krajem obfitującym w tego typu atrakcje naturalne.

IMG_6279

IMG_6271

IMG_6276

IMG_6265

IMG_6275

IMG_6270

Po 2h zjawiam się w umówionym miejscu i razem z całą wycieczką wracam do Taszkientu. Ale mi się trafiło!

Powrót do Taszkientu

Z Chiwy, a konkretniej z Urgench wsiadamy w pociąg sypialny do Taszkientu. 18h jazdy, 1000km do przebycia i wagon plackartnyj, czyli esencja podróżowania po wschodzie. W wagonie takim mieści się około 50 osób i tak naprawdę nie ma prywatnej przestrzeni. Nawet łóżko, szczególnie jeśli mamy dolne, jest bardzo często za dnia okupowane przez współtowarzyszy podróży. Umożliwia to wzajemne poznawanie się, rozmowy i biesiady. Moje łóżko mieści się na górze, przy oknie, że wpadający przez nie wiatr delikatnie chłodzi i owiewa moją twarz. Z wolno sunącego przez pustynię pociągu obserwuję zmieniający się kolor piasku na co raz bardziej czerwony w miarę jak zbliża się zachód słońca.

Wypoczęci docieramy przed południem do Taszkientu i idziemy do hostelu. Tym razem śpimy po tej stronie miasta, a Chorsu Bazar znajduje się na jego północnym skraju. W drodze między stacją, a hostelem odkrywamy mały lokal, bez krzeseł i tylko z jednym stolikiem na chodniku, gdzie robią i sprzedają świeże manty i inne pierogi z ziemniakami lub mięsem. Do tego ostry sos i mamy najlepsze śniadanie, obiad i kolację w jednym. Co prawda w jednej chwili to jedzenie mi z Leonore lekko zaszkodziło ale i tak było warto.

Joe z Leo chcą zmienić swoje plany i wrócić wcześniej do domu jednak nie jest to takie proste bo zmiana biletu w Aerofłocie kosztuje więcej niż nowy bilet, a wszystkie loty Taszkient-Moskwa są na najbliższe dni w całości wyprzedane. Decydują się na kupno nowego w Uzbek Airlines i następnego dnia lecą bezpośrednio do Londynu z Taszkientu. Jest to zatem nasz ostatni wspólny dzień. Wykorzystujemy go jeszcze na krążenie po centrum, robienie wspólnych zdjęć i wspominanie wszystkich przeżytych wspólnie w Uzbekistanie przez ostatnie 10 dni. Nie ma co ukrywać, zżyliśmy się ze sobą. Przebywaliśmy razem 24/7, znosiliśmy swoje towarzystwo, choć było naprawdę sympatycznie. Można się czasem zastanawiać jakie są najtrudniejsze momenty w podróży. Można się wahać pomiędzy szukaniem noclegu na zabitej dechami dziurze w Kambodży o 22 podczas ulewnego deszczu, gdzie nikt w dodatku nie mówi po angielsku. Można przyjąć, że wchodzenie na kilkutysięcznik jest wyczerpujące, obdzierające z sił i miotające człowiekiem jak tylko przyroda tego zapragnie. Nie jest łatwo, gdy kilka tysięcy kilometrów od domu dopada choroba i rozkłada w łóżku bez ruchu. Skomplikowanie logistyczne jest organizowanie transportu do miejsc, w które ciągnie nas wyobraźnia. Jednak to wszystko są chwilowe trudności, zaledwie drobne przeszkody, które można łatwo przezwyciężyć, pokonać i iść dalej. Znacznie trudniej jest rozstać się z kimś, z kim dzieliło się razem te dobre i złe chwile, znosiło deszcz, wiatr, upał, niewygody oraz nachalnych sprzedawców oraz wspólnie cieszyło z widoków roztaczających się za każdym zakrętem. Pomimo relatywnie krótkiego czasu, jaki zwykle spędzamy ze sobą jesteśmy w stanie się dobrze poznać. Poznać na tyle aby za sobą tęsknić, wspominać, a co najważniejsze, aby podtrzymywać znajomość mimo dzielących nas kilometrów i wykorzystać każdą sposobność by gdzieś w tym małym wielkim świecie znów się kiedyś spotkać*.

*Z Joe spotkałem się trzy miesiące później w Tokio.

Taszkient

O poranku Misza z Ilją odwożą mnie marszrutką na przystanek na drugi koniec miasta. Tam przesiadam się do kolejnej, odjeżdżającej do Buston. Za ostatnie somoni robię zakupy w przydrożnym sklepiku i biorę kolejny transport, tym razem już do samej granicy.

Opuszczenie Tadżykistanu było bardzo proste i nie sprawiało trudności. Przechodzę na stronę Uzbecką, ustawiam się w kolejce po pieczątkę, a gdy już dostaję takową do paszportu idę dalej i wypełniam dwa egzemplarze urzędowych druków. Poza standardowymi informacjami i danymi osobowymi wpisuję również kwoty pieniężne jakie wwożę do kraju (podaję zarówno dolary jak i złotówki), a także sprzęt elektroniczny czyli aparat, obiektywy i telefon. Następnie przechodzę przez bramkę bezpieczeństwa wraz ze skanowaniem bagażu i trafiam do stanowiska, przy którym należy pokazać zawartość bagażu. Po otwarciu torby strażnik zainteresował się aparatem i prosi o pokazanie zdjęć. Tak się facet wciągnął w oglądanie Pamiru, Duszanbe i Gór Fan, że nie tylko zajęło mu to ładnych parę minut ale i w konsekwencji nie muszę otwierać plecaka tylko mogę sobie już iść.

Przed granicą oczywiście kilka taksówek chętnych zabrać do Taszkientu. Misza mówił, że przejazd powinien kosztować około 20 somoni czyli jakieś 4$. Dziwnie mało jak za 100km. Kierowcy jednak rzucają kwotą 30$ na dzień dobry. Odpowiadam, że to za drogo i przez chwilę negocjujemy po czym inny z kierowców na moją propozycję paru dolarów mówi „to jedźmy!”. Dołącza do nas jeszcze turystka z Niemiec. W drodze nadal negocjujemy cenę. Kierowca mówi, że zapłacimy po 15$ od osoby, na co ja odpowiadam, że nie ma takiej opcji ale i tak jedziemy dalej.

W miejscowości Syrdaria przejeżdżamy rzekę, która tutaj jest już znacznie mniejsza niż jeszcze w Chodżencie. W dodatku część zbiornika, do którego wpływa jest wyschnięta. Tak w praktyce najwyraźniej wygląda zabieranie wody rzekom poprzez odprowadzanie jej poprzez mnóstwo kanałów nawadniających. Do tego dochodzi problem, w obliczu którego Uzbekistan może się niebawem znaleźć, a mianowicie wstrzymanie „dostaw” wody, które większości płyną rzekami z Tadżykistanu. Sprawa wygląda tak, że Tadżykistan, który cierpi na częste braki energii elektrycznej, a zarazem leży w 90% na terenach górzystych nie wykorzystuje w pełni swojego położenia. Tylko 5% energii jest obecnie pozyskiwanej z wody. Jest potencjał ale brak infrastruktury. Od lat ’70 ubiegłego wieku budowana jest zapora w Rogun, której budowa była wielokrotnie przerywana m.in. przez rozpad Związku Radzieckiego czy powódź. Gdyby udało się ją wybudować to nie tylko Tadżykistan miałby dostęp do czystej energii ale starczyłoby jej również dla części Pakistanu i Afganistanu.

Z drugiej strony medalu znajduje się Uzbekistan, który zostałby odcięty od wody, ponieważ według obliczeń samo napełnienie zapory trwałoby 17 lat. Niewątpliwie przyczyniłoby się to do jeszcze większego pustynnienia i wysuszenia kraju, a napięte stosunki między sąsiadami nie ułatwiają sprawy. Jednak gdy parę dni później zapytałem to naszego przyszłego kierowcę to stwierdził, że nie ma się czego obawiać i do żadnego braku wody nie dojdzie.

Dojeżdżamy powoli do Taszkientu – stolicy i największego miasta Uzbekistanu. Niemka wysiada pod hotelem o tej samej nazwie i płaci 15$, choć mówiłem jej ile powinien kosztować kurs. Ja jadę dalej, taksówkarz podwozi mnie pod sam hostel parę kilometrów dalej. Płacę mniej więcej tyle ile powinienem, czyli 5$ i dorzucam jeszcze parę banknotów w somach.

Melduję się w hostelu, zostawiam plecak w klimatyzowanym pokoju i idę na miasto. Pierwsze kroki kieruję na pobliski Chorsu Bazar, gdzie muszę wymienić walutę. Nie chcę tego robić po oficjalnym kursie, który jest znacznie niższy od tego nieoficjalnego. Według tego drugiego za 1$ można dostać nawet 4600UZS. Po oficjalnym kursie tylko 2500UZS.

Chwila kręcenia się po bazarze i przed jednym z wejść zaczepia mnie pewien jegomość z reklamówką w ręce i proponuję wymianę. Negocjujemy kurs i po chwili staję się właścicielem kilkucentymetrowej grubości pliku banknotów o nominałach 1000 som. Taka ilość nie zmieściłaby się nawet do kieszeni. Wrzucam więc gotówkę do torby. Następnym razem będę też mądrzejszy i poproszę o banknoty 5000 som.

Wracając jednak do Chorsu Bazar to jest to bardzo duży targ umieszczony pod wielką, jakby cyrkową kopułą. Wewnątrz znajduje się mnóstwo straganów z produktami przeznaczenia spożywczego począwszy od ziół i przypraw, poprzez owoce, warzywa, a kończąc na mięsie. Na zewnątrz można dodatkowo znaleźć trochę ubrań plus arbuzy i melony sprzedawane prosto z uginających się bagażników samochodów osobowych.

IMG_5342

IMG_5387

Chorsu Bazar

Po małych negocjacjach kupuję trochę nektarynek żeby były na później, gdy będę spacerował po stolicy. Wrzucam je do torby i ruszam w miasto. Zanim to jednak nastąpi to na uliczce prowadzącej do bazaru posilam się lawaszem czyli swoistym odpowiednikiem kebabu lub tortilli. Czyli jest to po prostu mięso i warzywa owinięte cienkim ciastem.

Chociaż po Taszkiencie bardzo wygodnie przemieszczać się metrem to postanawiam przejść miasto w jedną stronę na nogach.

Tuż nieopodal wznosi się Juma – Meczet Piątkowy i medresa Kulkadash. Ta druga jest w remoncie ale udaje mi się zajrzeć do środka choć na chwilę.

IMG_5348

Idąc dalej główną ulicą miasta – Navoi mijam m.in. cyrk zbudowany przy majdanie Hadra, na którym w fontannach kąpią się dzieci. Jest naprawdę ciepło więc i ja ulegam pokusie by tuż pod drzwiami niemieckiej ambasady wskoczyć na chwilę do kanału Anhor by się ochłodzić. Nie jestem w tym osamotniony bo dookoła jest trochę ludzi, szczególnie młodzieży, kąpiących się w wodzie.

IMG_5362

Jedną z ciekawszych budowli, a zdecydowanie wyróżniającą się wśród nieskomplikowanej, socjalistycznej architektury Taszkientu jest pałac księcia Mikołaja Romanova II. Budynek ten obecnie stanowi siedzibę ministerstwa spraw zagranicznych.

IMG_5373

Na każdym kroku i rogu natykam się na policjantów pilnujących porządku. Tyle się naczytałem o tym, szczególnie w kontekście robienia zdjęć w mieście, że początkowo mam obawy w co mogę mierzyć z obiektywu i zanim nacisnę spust migawki afiszuję się z aparatem przy oku czekając aż ktoś zwróci mi uwagę. Gdy to nie następuje to przez nikogo niepokojony spokojnie robię zdjęcia. Tak naprawdę taka ilość służb mundurowych w niczym nie przeszkadza, a dzięki temu można poczuć się bezpiecznie. Uciążliwe może być korzystanie z metra, gdzie każdorazowo należy okazać paszport będąc obcokrajowcem i zawartość plecaka/torby. Odnoszę jednak wrażenie, że bardzo często podyktowane jest to ciekawością i chęcią zamienienia paru słów, zadania kilku pytań pokroju „skąd jesteś?”, „czym się zajmujesz?”, „czy masz żonę, dzieci?” oraz „dlaczego jeszcze nie? Może u nas sobie jakąś wybierzesz?”. Przy okazji wertowania paszportu policjanci zawsze też szukają uzbeckiej wizy więc niemożliwym byłoby jakiekolwiek jej przekroczenie.

IMG_5352

Cyrk

IMG_5488

IMG_5359

Pomnik ofiar trzęsienia ziemi

IMG_5358

IMG_5495

Park Navoi

IMG_5480IMG_5462IMG_5384IMG_5491

Następnego dnia postanawiam odwiedzić pozostałe miejsca, do których nie udało mi się dotrzeć wczoraj. Rozpoczynam od położonego niedaleko hostelu kompleksu religijnego Khast Imam (nazywanego również Khazrati Imom, Khazrati Imam, Khazrat Imam, Hast Imam, Khast Imom, Hast Imom). Po pobliskim trawniku beztrosko, niczym nie spłoszone spacerują sobie bociany w liczbie kilku sztuk. Wyglądają jak nasze, choć ich nogi są mniej czerwone. Pozwalają podejść na odległość metra i spokojnie zrobić parę zdjęć.

IMG_5413

Khast Imom

IMG_5458IMG_5443

Jednym z ciekawszych miejsc jakie odwiedziłem tego dnia było muzeum kolei – raj dla Sheldona (Big Bang Theory). Za cenę 4000 som – bo tyle kosztuje bilet, otrzymuję możliwość spaceru pomiędzy potężnymi, zabytkowymi, stalowymi gigantami. Wszystkie były ładnie odnowione, pomalowane i prezentowały się godnie jak na swój wiek. Do niektórych można było zajrzeć uprzednio wspinając się po drabince.

IMG_5531IMG_5539IMG_5533IMG_5560IMG_5517IMG_5515

Taszkient podobnie jak inne byłe stolice byłego Związku Radzieckiego może i nie oszałamia ale również nie odstrasza i nie odrzuca. Wbrew obiegowej opinie państwa policyjnego funkcjonariusze nie nastręczają trudności i nie naprzykrzają się. Najczęściej są po prostu ciekawi nas w takim samym stopniu jak my ich kraju.

IMG_5505

Amir Temur