Jeziora Kolsai

Z Kanionu Szaryńskiego do Saty, gdzie zaczyna się szlak w kierunku jezior Kolsai jest równo 100km. Jednak na transport publiczny nie mamy co liczyć. Zdajemy się na łut szczęścia i próbujemy łapać stopa. Aut jak na lekarstwo, ruch bardzo słaby. Pojedyncze pojazdy przejeżdżają raz na kilka minut. Pomimo tego, wcale nie musimy długo czekać. Pierwsze samochody nie zatrzymały się dlatego, że były pełne lub ewentualnie zatrzymały się by zapytać czy wszystko w porządku. To bardzo miłe.

Przy drodze

Przy drodze

Ledwo znalazłem sobie wygodne miejsce przy drodze, schowany pod plecakiem przed palącym słońcem, a już zatrzymuje się samochód chętny nas zabrać. Nie jedziemy długo, bo tylko do skrzyżowania z drogą odchodzącą w kierunku Saty, czyli jakieś 8km. Tam przesiadamy się do kolejnego auta, którym przyjechała dziewczyna odwożąca swoją mamę na skrzyżowanie. W Kazachstanie bardzo dobrze funkcjonuje płatny autostop. Wystarczy zamachać na jakiś samochód, jeśli kierowca się zatrzyma to ustalić cenę i można jechać. Bezpłatne podróżowanie też jest możliwe, co nam do tej pory skutecznie się udawało. Teraz jednak za 50km odcinek do Zhalanash dorzucamy się do paliwa (1000KZT). Krajobraz powoli ulega zmianie. Kończy się sucha, jałowa ziemia, pojawiają się ubogie trawy, jest nawet jedno drzewo, a w miarę jak zbliżania się do gór łąki pokrywają się kwiatami. Zhalanash to ostatnia ostoja cywilizacji, miejsce by uzupełnić zapasy przed ruszeniem w dalszą drogę do Saty. Tutaj nie mamy nawet za bardzo co liczyć na stopa i decydujemy się na taxi. Z góry jesteśmy na przegranej pozycji i nawet nie jesteśmy w stanie za bardzo obniżyć ceny bo i tak nie mamy innego wyjścia. Płacimy 5000 tenge i jedziemy.

Na piaszczystej, krętej drodze pył wdziera się do środka auta przez każdą szczelinę i wlot powietrza. Dosłownie siedzimy w chmurze pyłu pomimo zamkniętych okien. Droga mija nam szybko, szczególnie że za każdym zakrętem zachwycamy się widokami. Znów jest zielono, są drzewa, łąki, pastwiska no i góry.

Saty

Saty

Stacja benzynowa w Saty

Stacja benzynowa w Saty

Wysiadając spotykamy dwójkę Czechów, którzy właśnie wracają z nad jezior. My do przejścia mamy jeszcze całą wioskę, która jest dość rozległa, nim dotrzemy do właściwego parku. Dosłownie po paru metrach zatrzymuje się samochód, z którego wychyla się głowa kogoś kto za sam wygląd mógłby otrzymać pracę w jakichś tajnych służbach. Proponuje nam transport ale odmawiamy. Nie chcemy już dziś płacić za przejazd. Idziemy dalej ale ledwie po 5 minutach samochód znów podjeżdża. Kierowca rzuca, że podwiozą nas za darmo. Ładujemy się do bądź co bądź obszernego mercedesa i ruszamy. Ponownie chmura kurzu wypełnia wnętrze. Przy drążku zmiany biegów natomiast leży na w pół opróżniona litrowa butelka wódki. Kierowca i jego towarzysz trzymają się dzielnie i śmiało prują najpierw przez wioskę, a następnie przez step. Wychodzi na to, że jazda przez step jest wygodniejsza niż drogą.

IMG_3769 IMG_3770

W budce uiszczamy opłatę za wstęp do parku (ok 700 tenge za osobę + 700 za namiot na dzień) i maszerujemy dalej pieszo doliną powoli pnąc się w górę. Upał już zelżał, z niedogodności pozostał tylko ciężki plecak. Jednak i tym razem po około 3 km zostajemy zabrani na stopa i podwiezieni do pierwszego z jezior Kolsai przy którym rozbijamy namiot.

Jezioro Kolsai 1

Jezioro Kolsai 1

IMG_3781

Nazajutrz zostawiamy większość rzeczy przy namiocie i idziemy na wycieczkę do następnego jeziora – Kolsai 2. Wybieramy ścieżkę po lewej stronie jeziora ale tak gdzieś w połowie okazuje się, że to nie jest już ścieżka i musimy trochę przedzierać się przez krzaki i zmagać ze stromymi zboczami uważając przy tym aby nie spaść w dół do wody. Gdy już docieramy na drugą stronę jeziora wcale nie kończą się nasze trudności bo z racji faktu bycia po niewłaściwej stronie jeziora musimy jeszcze przekroczyć rzekę, która do niego wpada. Na szczęście wody jest gdzieś do pasa i największym problemem jest wytrzymać w niej dłużej niż minutę. Jest lodowato zimna. Dojście do drugiego z jezior zajmuje nam około dwóch godzin. Szlak jest w dobrym stanie ale musimy zrobić około 500m w pionie.

Kolsai 2

Kolsai 2

IMG_3795

Ludzie schodzący z góry odradzali nam dziś jeszcze wędrówkę do trzeciego z jezior mówiąc, że mam za mało czasu. Jest jednak dopiero 13, a do trzeciego jeziora jest tylko 5 kilometrów. Nie mogę uwierzyć, że idzie się tam aż trzy godziny. Postanawiamy sprawdzić i ruszamy. Zaraz na dole spotykamy jeszcze chłopaka z Ałmatów, który przyjechał na kilka dni na ryby i mieszka w namiocie zbudowanym z pali i brezentu. Częstuje nas kurtem czyli suszonym serem owczym. Bardzo twardy ale dobry. Użycza też na chwilę lornetki byśmy mogli sobie pooglądać okolicę i idziemy dalej. Ścieżka, czasem ledwie widoczna w wysokiej trawie, prowadzi przez ukwiecone łąki, wzdłuż jeziora lecz na znacznej już wysokości w stosunku do niego. Tempo mamy powiedziałbym normalne i do Kolsai 3 docieramy już po półtorej godzinie. O dziwo nie jesteśmy tam sami.

IMG_3797

Kolsai 3

Kolsai 3

Jezioro jest chyba najładniejsze ze wszystkich, pomimo że mniejsze od pozostałych dwóch. Z obu stron otoczone górami, które łagodnie opadają w stronę jeziora. Na wprost natomiast wpływa do niego rzeka, a w tle widać kolejne góry. Wyżej znajdują się jeszcze kolejne jeziorka ale raz ale nie mamy już na to czasu. Kuszącą myślą byłoby pójście wyżej i przekroczenie granicy z Kirgistanem. W ten sposób zeszlibyśmy do jeziora Issyk Kul i oszczędzili pokonywania tej drogi na około. Nie dostalibyśmy jednak pieczątki do paszportu i to mógłby być problem.

Wracamy zatem tą samą drogą, którą przyszliśmy. Spotykamy po drodze znów naszego znajomego, tym razem dostajemy więcej kurtu. Robimy sobie wspólnie zdjęcia, rozmawiamy chwilę i idziemy dalej żeby zdążyć zejść przed zmrokiem. Udaje nam się to ze sporym zapasem ale muszę przyznać, że czuję zmęczenie.IMG_3840

Rano zwijamy namiot i schodzimy na powrót do Saty. Tradycyjnie przechodzimy tylko fragment trasy po czym łapiemy stopa. Krętą, wąską, szutrową drogą pędzimy prawie 80km/h mocno trzymając się czego popadnie. Jadąc przez step ten kierowca także nie korzysta z drogi. Po prostu mknie przed siebie ponad 100km/h.

Zapis śladu wycieczki z GPS.

Reklamy

Ałmaty

O 5 rano ląduję na lotnisku w Ałmatach. Na zewnątrz jeszcze ciemno. Bezproblemowo i w miarę szybko, bez kolejek przechodzę odprawę paszportową i odbieram bagaż. Tutaj niestety niemiła niespodzianka – pasek w plecaku jest urwany i przytroczony namiot trzyma się resztkami sił. Wychodzę z lotniska i od razu czuję się jak w Azji za starych dobrych czasów słysząc nawoływanie taxi mister, taxi. Odpowiadam nie nada i wychodzę z parkingu.

Jest dość rześko, wręcz chłodno. Przyznam, że moje oczekiwania co do temperatury były znacznie wyższe.

Na przystanku (200m od lotniska po wyjściu z parkingu), w oczekiwaniu na pierwszy autobus (o 6 rano, nr 79, 80 tenge) pospiesznie próbuję przyszyć pasek do plecaka. Nie do końca mi się to udaje bo gdy podjeżdża autobus wbijam igłę, łapię plecak i wsiadam.

Pomimo niewielkiej odległości do centrum jazda zajmuje prawie godzinę. Wszędzie rozkopane ulice, autobus toczy się bardzo powoli. Na szczęście zza budynków wyłaniają się góry i ten widok wynagradza mi powolną jazdę. Wysokie, wciąż ośnieżone szczyty Tien Shan’u majaczą w oddali i rozpalają wyobraźnię na myśl o zbliżających się wędrówkach.

Na jednym z przystanków wsiada Ewa i od tego momentu podróżujemy razem. Tak się dobrze składa, że autobus jedzie w północne rejony miasta, gdzie mieszka Katerina, z którą jesteśmy umówieni przez Couchsurfing.

Na stacji benzynowej zaopatrujemy się jeszcze w benzynę do kuchenki, co by później już nie musieć szukać.

Pomimo wczesnej godziny i wyciągnięcia Kateriny z łóżka, gości nas pysznym śniadaniem, po którym mamy siły wyruszyć na wycieczkę w góry.

Z najbliższego skrzyżowania łapiemy autobus w stronę Wielkiego Jeziora Ałmatyńskiego. Mamy szczęście bo akurat nadjeżdża. W środku panuje tłok, pewnie dlatego, że 6 lipca to święto narodowe w Kazachstanie – Dzień Stolicy i zarazem prezydenta.

Park pierwszego prezydenta

Park pierwszego prezydenta

Dojeżdżamy do ostatniego przystanku GES–2, skąd czeka nas jeszcze 13km marszu do jeziora. Uchodzimy zaledwie paręset metrów gdy udaje nam się złapać stopa. Małżeństwo mieszkańców mających dom nieopodal jeziora jedzie na górę i zabierają nas do swojego jeepa. Podjazdy i serpentyny są momentami bardzo strome. Sama jazda zajmuje nam pół godziny, a spacer takim asfaltem byłby średnio przyjemny. Co więcej, gdy pierwszy raz spoglądamy na jezioro jesteśmy trochę rozczarowany. To bardziej sztuczny zbiornik niż górskie jezioro. Wody jakby trochę mało, a w dodatku strażnicy pilnują by nie podchodzić do jeziora.

IMG_3715 Wielkie Jezioro Ałmatyńskie

Postanawiamy zatem skierować swe kroki do obserwatorium, które położone jest 3km dalej wzdłuż drogi. Przechodzimy jednak ledwie ćwierć tej odległości, gdy zatrzymuje nas szlaban ze stojącym żołnierzem z karabinem. Nie możemy nadal iść „bo nie”. Co ciekawe, negocjować w sprawie przejazdu próbuje z nim miejscowy Kazach ale bez paszportu nie może przejechać. Próbuje go nawet przekupić jednak bezskutecznie. My mimo posiadania paszportów przy sobie też nie możemy przejść.

Patrząc na mapę może się wydawać, że od GES-2 przez GES-2, jezioro, a następnie przełęcz Zhusalykezen można zrobić ciekawą pętlę schodząc na powrót do GES-2 doliną Prokhodnaya. Jednakże przewodnik podaje, że droga Alma-Arasan jest zablokowana. Do tego dochodzi jeszcze ominięcie strażnika z karabinem przy szlabanie.

Skoro żadne z nas nie jest w stanie dotrzeć do obserwatorium bez względu na to czy mamy paszporty czy nie to postanawiamy wracać na dół. Kierowca zabiera nas do swojego nowiutkiego, pachnącego nowością Lexusa. Jazda upływa nam w bardzo komfortowych warunkach. W pewnym momencie musimy poczekać pół godziny bo na drogę spadły kamienie i trwa odblokowywanie. Jak jechaliśmy w górę to ruch był wahadłowy.IMG_3726

Przystajemy przed jednym z domów, w którym mieszkańcy sprzedają kumys i zostajemy poczęstowani tym tradycyjnym napojem. Kumys to nic innego jak sfermentowane mleko klaczy. Najczęściej zawiera w sobie trochę alkoholu. Przed wyjazdem spotkałem się z paroma ambiwalentnymi opiniami, czasem wręcz negatywnie obrazowymi w swych porównaniach. My jednak niczego takiego nie możemy powiedzieć. Może i kumys nie zostanie naszym ulubionym napojem to mimo, że pierwszy raz piliśmy go z czystej ciekawości to sięgaliśmy później po niego jeszcze kilkukrotnie. Zresztą warto nie ograniczać się do jednego kumysu, ponieważ w różnych miejscach, krajach jego smak się od siebie może sporo różnić.