Dzień 10 – Tokio – Mediolan

Przed pójściem na stację musimy wymienić jeszcze ze 20$, żeby móc kupić bilet na lotnisko Narita (1240 JPY) bezpośrednim pociągiem – przedłużeniem linii Asakusa.
Pomimo, że mieszkaliśmy na północy Tokio, to mija około pół godziny nim zwarta zabudowa ustępuje wiejskiemu krajobrazowi. Z okna widać, że coś, gdzieś w oddali budują czy też remontują, co jest o tyle nietypowe, że do tej pory nie spotkaliśmy nigdzie żadnych prac budowlanych, remontowych, renowacji, restauracji, rekonstrukcji, napraw. Niczego. Wydaje się, jakby wszystko co zostało zaplanowane jest już ukończone i nie wymaga dalszych poprawek.

Szybka odprawa bagażowa i parę minut na wydanie ostatnich jenów, ewentualnie jakieś śniadanie.
W sklepie bezcłowym znalazłem zielonego KitKata o smaku zielonej herbaty. Trzeba im przyznać, że w sklepach spożywczych, ale pewnie i w innych także, wiele ciekawych produktów począwszy od pakowanego sushi czy onigiri zawiniętego w nori po gotowe dania na gorąco.

Lot do Mediolanu odbywać się będzie na pokładzie Boeninga 777-200 z układem siedzeń 3-4-3.
Akurat mamy miejsca w otoczeniu samych Polaków. Obłożenie nie jest pełne i szczególnie rząd środkowy jest pustawy.
Lecimy też inną trasą niż z Rzymu do Osaki. Najpierw kierujemy się na północ, w kierunku Hokkaido. Przelatujemy nad Sapporo, nad zamarzniętym morzem Ochockim i o 15:40 czasu Japońskiego wlatujemy nad Rosję.

Załoga podaje jedzenie (włoskie lub japońskie, czyli twardy makaron lub ryż) i napoje. Niedługo później wlatujemy w strefę nocy na dalekiej północy. Momentami lecimy aż nad Morzem Karskim i Barentsa. System rozrywki jest jakiś taki starszy niż w poprzednim A330; ma mniejszy ekran, ale oferta multimedialna się nie zmieniła.
Zabijam czas oglądając „I have to buy new shoes” – świetny japoński film romantyczny, „The watch” – komedię amerykańską z Benem Stillerem i na „Prometeuszu” odpadam; czas na sen.

Na zachodzie niebo jaśnieje i gdy budzę się w okolicach Zatoki Fińskiej znów jest dzień. Przelatujemy w okolicach Gdańska, następnie w kierunku Zielonej Góry, na Pragę, Monachium i Innsbruck.
Godzinę przed lądowaniem w Mediolanie załoga serwuje zimny posiłek i napoje.
12h lot dobiegł końca. Nie było tak strasznie pod względem czasu spędzonego na pokładzie. Ale o ile we Włoszech dochodzi 18, o tyle w Japonii jest już prawie 2 w nocy i odczuwamy senność ze zmęczeniem.

Pociągiem (10€) jedziemy do centrum na stację Milano Central, skąd piechotą idziemy do hostelu.
W pokoju, a szczególnie na podłodze i łóżkach panuje niesamowity bałagan, że aż ciężko się połapać, które łóżka są wolne, a które zajęte. Razem z nami są w nim cztery dziewczyny z Montpellier, z którymi zamieniam jeszcze parę zdań.

Dzień 9 – Tokio

Na stacji metra kupujemy bilet całodniowy na wszystkie linie (Toei Line + Tokyo Metro Line, 1000 JPY) i linią Asakusa jedziemy do Ginzy, na stację Tsukijishijo. Tuż obok znajduje się słynny tokijski targ rybny, na którym odbywają się aukcje tuńczyka o 5 rano. Niestety od końca grudnia, do 20 stycznia nie mam możliwości jej oglądania. Około 11 na targu wszyscy już się pakowali, sprzątali, myli stoiska i skrzynie, a co niektórzy porcjowali i ważyli jeszcze jakieś ryby. Jednym słowem nie było wiele do oglądania, choć te kilka ryb, które udało nam się dojrzeć było wielkości średniego prosiaka.
Na wąskich uliczkach obok targu można było kupić wszelkie narzędzia jakie tylko mogą być potrzebne do zajmowania się rybami, choć i tak najdroższy nóż, jaki widziałem był w sklepie w Narze (64000 JPY). Zarówno w obrębie samego targu, jak i na pobliskich ulicach można zakosztować sushi. Przed lokalami ustawiały się kolejki i ludzie czekali, aż zwolni się jakieś miejsce. Analogiczna sytuacja jest w porze lunchu, gdy jedni siedzą i jedzą, drudzy czekają i stoją w kolejce tym jedzącym za plecami.

Z targu poszliśmy dalej przez Ginzę do Yonchome Intersection, gdzie skręciliśmy w prawo, w jedną z zapewne wielu tokijskich ulic, przy której mieszczą się sklepy znanych i drogich marek. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze budynek Sony i teatr Takarazuka.

Następną dzielnicą na naszej trasie zwiedzania była Roppongi. Zaczęliśmy od Tokyo Midtown – czyli małego miasteczka zmieszczonego na powierzchni kilku wieżowców. Centra handlowe, restauracje, biura i hotel. Przy jednej z ulic, w sklepie zoologicznym przez witrynę widzę małpą małpkę do kupienia, za bagatela 690000 JPY (28000 zł).
Roppongi Hills to kolejne skupisko centrów handlowych, restauracji, kin, rezydencji, stacji telewizyjnej, muzeum sztuki, obserwatorium i pewnie wiele jeszcze innych. Wokół Roppongi Hills są nawet wytyczone ścieżki spacerowe. Idąc już w kierunku stacji metra przechodzimy przez Azabu Juban Shopping Town – popularną okolicę handlową z ponad 300 letnią tradycją.

Jadąc do Shibuya, dziwnym trafem wysiadamy jedną stację za wcześnie i chwilę nam zajmuje zorientowanie się w naszym położeniu. Podjeżdżamy jednak dalej do Omote-Sando i kierujemy się w stronę parku.
Niedaleko znajduje się Takeshita Dori –uliczka o różnorodnym charakterze, szczególnie popularna wśród nastolatków. Mijamy dworzec, za którym bezpośrednio znajduje się Meiji Jingu Gyoen Park ze świątynią Meiji Jingu. Na placu przed wejściem trwa porządkowanie śniegu. Nie jakieś tam zwykłe odgarnianie tylko ładowanie na wózki i wywożenie do lasu.
Mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy, ponieważ z głośników umieszczonych gdzieś między drzewami dobiegają komunikaty, że park jest już zamknięty.

Zmierzamy ulicą w stronę najruchliwszego przejścia dla pieszych w Tokio. Światła dla pieszych zapalają się wszędzie równocześnie i można przechodzić w każdym kierunku, także na skos. Obok znajduje się też pomnik psa rasy akita – Hatchiko, który po śmierci swojego właściciela przychodził czekać na niego przed dworcem przez następnych dziesięć lat, aż do końca swych dni. Na podstawie tej historii nakręcono m.in. film pod tytułem „Mój przyjaciel Hatchiko” z Richardem Gere. Budynek Shibuya 109 to popularny symbol dzielnicy o tej samej nazwie.

Złapał nas już zmrok ale jedziemy jeszcze obejrzeć na szybko dzielnicę Shinjuku. Trafiamy na bardzo ładną, wąską i oświetloną lampionami uliczkę Yakitori, przy której mieszczą się małe knajpki.
Zataczamy pętlę wokół okolicznych wieżowców – Nishi Shinjuku Skyscrapers, ale dojście do nich prowadzi swoistą podziemną autostradą dla pieszych – długą na kilkaset metrów z oznaczeniami wyjść w wielu kierunkach.

Z kolei pobliskie Electric Street to cała ulica ze sprzętem elektronicznym wszelkiej maści, takich jak Yamada Denki, Big Camera czy Yodobashi Camera.

Wracamy już w kierunku hostelu, ale raz jeszcze wysiadamy na stacji Tsukijishijo, żeby wstąpić na sushi. Co prawda już prawie wszystko jest pozamykane, ale ta knajpka, którą upatrzyliśmy sobie rano jest nadal czynna.

Zamawiamy deskę z sushi i nigiri oraz miskę ryżu przykrytą z góry kilkoma gatunkami ryb. Do tego dostajemy miseczkę z jakąś zupą, wasabi oraz tradycyjną japońską zieloną herbatę i biały imbir dla lepszych doznań smakowych.

Przed dojściem do hostelu korzystamy z darmowych kuponów na sake w Khaosan Bar. Do wyboru poza sake, która smakuje jak woda z wytrawnym winem, miałem jeszcze coś innego i to był strzał w dziesiątkę. Umeshu, czyli śliwkowe wino. Naprawdę pyszne.

Po powrocie wdaję się jeszcze w rozmowę z Maureen – Indonezyjką z Kanady, która rozpoznaje u mnie balijski sarong. W razie czego mam już namiary na nocleg, gdy będę w centralnej Kanadzie.

Dzień 7 – Tokio

Przed 7 rano dojeżdżamy do dzielnicy Akhibara, znanej ze sklepów z elektroniką, grami i anime. Pogoda jest paskudna – pada obficie.

Linią Oedo Line podjeżdżamy trzy stacje w kierunku Asakusa, skąd idziemy piechotą przez niebieski most ( w zasięgu wzroku są jeszcze mosty czerwony, żółty, oliwkowy i zielony) prosto do hostelu. Ze względu na wczesną porę nie możemy jeszcze dostać pokoju. Zostawiamy zatem plecak i idziemy na spacer po Asakusa. Deszcz ani na chwilę nie ustaje. W Japonii w wielu miejscach, przed wejściami do budynków stoją porzucone parasolki, które można zabrać i korzystać. Jeśli natomiast nie chcemy utracić naszej parasolki, należy włożyć ją przed wejściem do środka w specjalnie w tym celu wystawione foliowe pokrowce i zabrać ze sobą albo skorzystać z zamknięcia na parasolki, jeśli oczywiście jest akurat dostępne w pobliżu.

Jest drugi poniedziałek stycznia i japońscy 20-latkowie przechodzą ceremonię wejścia w dorosłość – Seijin-shiki. Młode kobiety zakładają na tę okazję tradycyjne kimona i układają włosy w wymyślne fryzury.

Zwiedzamy jedną z najstarszych świątyń w Tokio – Sensjo-ji, pochodzącą z 628 roku. W okolicy pełno ludzi, a uliczka Nakamise-dori prowadząca do świątyni wypełniona jest straganami z pamiątkami.

W punkcie informacji turystycznej dostajemy mapę Tokio, mapy poszczególnych dzielnic, trasy proponowanych spacerów i co nieco o Nikko, do którego wybieramy się następnego dnia.
Z tarasu widokowego nad informacją (6 piętro) nie wiele widać bo deszcz zamienił się w obficie padający śnieg. Pierwszy w tym sezonie w Tokio.

Po wyjściu pan z informacji wybiega jeszcze za nami na chodnik w samym swetrze, żeby donieść jakieś broszury.

To, że pogoda jest niespecjalna, i że na półkuli północnej panuje kalendarzowa zima niektórym zdaje się w ogóle nie przeszkadzać i chodzą sobie w japonkach i białych skarpetkach. Co poniektórzy mają je z przodu obudowane przezroczystym plastikiem, a skarpetki są na dwupalczaste – z przedziałkiem na środku. Ot, takie japonki na zimę. Podobnie niektórzy uczniowie, którzy do szkoły ubierają mundurki – w przypadku niektórych chłopców spodenki są krótkie.

Gdy wieczór wychodzimy do sklepu, ulice i chodniki są nieodśnieżone. Wszędzie zalega gruba warstwa mokrego śniegu, ale nikt zdaje się tego nie roztrząsa. W każdym razie najlepiej iść ulicą, szczególnie, że ruch jak w nowy rok do południa.