Dzień 47 – wyspa Samosir

Drugiego dnia na wyspie także wypożyczamy skutery. Tym razem w cenie IR 70000, także zatankowane. Na początku objeżdżamy półwysep, na którym mieszkamy – Tuc Tuc, a po wyjechaniu na główną drogę kierujemy się na północ. Słońce grzeje w plecy i w spalony dnia poprzedniego kark.

Zatrzymujemy się przy kamiennych krzesłach liczących sobie około 300 lat, na których odbywały się narady plemienne i gdzie oskarżano winnych wszelakich zarzucanych im czynów, którym następnie zasłaniano oczy, nacinano skórę, a w rany wkładano chili i czosnek. Później obcinano im głowy, krojono i zjadano. Ciężko wyczuć na ile te przyprawy stanowiły torturę, a na ile były dodawane dla poprawienia smaku.

Kawałek dalej znajdują się kolejne kamienne krzesła. Za wejście do jednych z nich trzeba zapłacić IR 3000. Co prawda można dodatkowo obejrzeć chaty Bataków, które my już widzieliśmy dzień wcześnie i to w normalnych warunkach, w których żyją do dziś ludzie, a nie w muzeum. Bez wątpienia pierwsze miejsce, które obejrzeliśmy było najmniej skomercjalizowane, a do tego położone na skraju małego zagajnika, w bardzo ustronnym i cichym miejscu.

Po postoju dalej kierujemy się na północ, a potem lekko na zachód wzdłuż brzegu wyspy. Słońce ciągle mocno grzeje, szczególnie podczas postoju, gdy pęd powietrza przestaje chłodzić ciało. Od czasu do czasu zatrzymujemy się dla uwiecznienia ładnych widoków na zdjęciach.

Przed miasteczkiem Pangururaran skręcamy w prawo na wąską groblę, która łączy wyspę ze stałym lądem i jedziemy na ciepłe źródła. Już w okolicy śmierdzi siarką. Same ciepłe źródło to kompletnie nic ciekawego – basen wybudowany na tyłach restauracji z ciepłą wodą wlewającą się z jakiejś rury.

Zaczyna padać i po upale oraz słońcu nie ma już śladu. Jest za to zimno i mokro. Czekamy chwilę w restauracji, zjadamy małe co nieco i decydujemy się na powrót. Nie pada już szczególnie mocno ale na skuterze łapie się wszystkie krople. Dobrze, że po jakimś czasie przestaje całkiem. Zdejmuję pelerynę, która działa jak spadochron w czasie jazdy, bo w dodatku poziom paliwa drastycznie spada i obawiam się czy wystarczy na powrót. Gdy zatrzymujemy się, żeby oglądnąć podwójną tęczę wychodzącą wprost z wody w całej okazałości, sprawdzam poziom paliwa w zbiorniku i na oko wydaje się być wciąż w połowie pełny, mimo że wskazówka schodzi już na czerwone pole.
Nie mniej jednak postanawiamy zaryzykować i nadłożyć parę kilometrów, żeby podjechać ponownie do Tombok do restauracji na kolację.

Wieczór rozgrywamy kolejne partie bilardu z przerwą na kolację – pyszne curry z ryżem i ziemniakami.

Ciepłe źródło.

Reklamy

Dzień 46 – wyspa Samosir

Po pysznym śniadaniu (naleśniki z miodem i czekoladą, roti z pomidorami oraz herbata z imbirem) idziemy z Maikelem poszukać jakichś skuterów do wynajęcia. Znajdujemy za IR 75000 od razu z pełnym bakiem. Ja mam z ręczną skrzynią, a on dostał jakiś starszy automat, jako że nie jeździł do tej pory i był pełen obaw. Nie powiem, żeby poszło mu dobrze, ponieważ zjechał z drogi, przejechał przez trawnik i zatrzymał się w jakimś dole. Wtedy też właścicielka zorganizowała dla niego inny skuter z obawy przed uszkodzeniem jej. Kierujemy się na południe wyspy. Mijamy pobliską wioskę Tomok i jedziemy dalej. Droga robi się gruntowa, wyboista i pełna kamieni. Wjeżdżamy do jakiejś wioski. Drewniane domy na palach i dachy w kształcie łodzi to wioska lokalnego plemienia Bataków. Żyją oni bardzo prymitywnie i prosto ale tak jak wszyscy poznani do tej pory Indonezyjczycy są bardzo sympatyczni. Wsiadamy na skutery i jedziemy dalej drogą pnąc się w górę. O dziwo po jakimś czasie pojawia się dobrej jakości asfalt. Od czasu do czasu zatrzymujemy się, robimy zdjęcia i podziwiamy widoki z góry. Można odnieść wrażenie, że wysokie brzegi i jezioro w dole to fiord.
Z tyłu gonią nas ciemne chmury. Nie chcemy zmoknąć więc jedziemy dalej prosto na południe wyspy. Co rusz dostajemy potwierdzenie pozytywnego podejścia mieszkańców w stosunku do nas. Ludzie machają, wołają „hello”, czasem ktoś zatrąbi, co nie ma tym razem nic wspólnego z manewrem wyprzedzania skuterem. Z lewej lub prawej strony ciągną się pola ryżowe, tarasy, mijamy wszelakie zwierzęta – kurczaki, gęsi, świnie, bawoły wodne. Drewniane domki z wyglądające jak szałasy pasterskie, w które służą jako knajpki dla tubylców oraz miejsca, gdzie w razie potrzeby można kupić trochę benzyny w plastikowej butelce.

Wracając zauważamy, że pomimo chmur i chłodu jesteśmy opaleni, wręcz czerwoni, a najbardziej Maikel. Na jednym z postojów wyłapujemy dwa słowa, którymi określają nas miejscowi – „bule goreng” co znaczy ni mniej ni więcej jak „smażeni biali”. Słowem „bule” określa się właśnie osoby o jasnej karnacji. Generalnie uważa się, że słowo to ma wydźwięk neutralny, aczkolwiek może być użyte w formie obrazy. Natomiast „goreng” znaczy smażony. Np. smażony ryż to „nasi goreng”. I rzeczywiście byliśmy trochę przysmażeni.

Ciemne chmury nadal gdzieś tam wisiały, ale świecące jednocześnie z drugiej strony słońce sprawiało, że widoki stały się jeszcze piękniejsze.

Tym razem zatrzymujemy się w pobliskiej wiosce Tombok i zwiedzamy grobowce pierwszego, drugiego i trzeciego króla Bataków. Kosztujemy smażonych bananów na targu (IR 1000) i wstępujemy do restauracji na obiadokolację.

Wieczór w Bagus Bay – naszym guesthousie jest organizowane przedstawienie Bataków. Przerywamy zatem partię bilarda i oglądamy różne rytualne tańce i słuchamy regionalnych pieśni.