Dzień 51 – Mount Papandayan

Przed 5 rano wstajemy. Ja na wschód słońca, a oni bo nie mogą spać z zimna. Z początku nikt nie chciał iść na górę, ale w konsekwencji idziemy w trójkę. Wychodzimy ciut za późno, żeby zdążyć na wschód słońca ze szczytu, ale widoki i tak są ładne po drodze.

Wszędzie pełno pyłu i kurzu wulkanicznego, który w połączeniu z rosą tworzy błoto. Jak się okazuje, drugie pole biwakowe jest zaledwie 10 min drogi dalej od naszego. Jest to większa polana, na której rozłożonych jest parę osób. Niektórzy śpią przy ognisku na karimatach poubierani w co tylko mieli, inni korzystają z drewnianej konstrukcji zbudowanej z dużych liści.

Planowaliśmy wyruszyć w drogę powrotną już o 8, bo ja chcę zdążyć na pociąg z Bandung do Yogyakarty, a oni chcą wrócić wcześniej do Jakarty. Jednak nic z tego planu nie wyszło, bo chłopaki się znów ociągają. Jemy jeszcze jakieś śniadanie – ja zupki chińskie, a oni raczą się sardynkami w puszkach.
Słońce zaczyna mocno grzać, ponownie robi się upalnie, ja rozbieram się jak tylko mogę, Yohanes ubrał dodatkową koszulę z długim rękawem, a Ritzky zimową czapkę na głowę!
Marsz też nam się przeciąga, pogoda jest ładna, robimy więcej zdjęć, a oni dodatkowo zatrzymują się co kawałek.

Z parkingu odjeżdżamy około południa. Podwożą mnie do Bandung na dworzec. Jeszcze jeździmy po mieście w poszukiwaniu kantoru, bo kończą mi się indonezyjskie rupie. Bilet kupuje mi Yohanes, ponieważ nie jest to taka prosta sprawa jakby się z początku mogło wydawać. Należy wypełnić formularz, z którym należy następnie ustawić się do kolejki i swoje odczekać. Kasy pociągów dalekobieżnych i lokalnych są w innych miejscach. Podróż w trzeciej klasie zdecydowanie mi odradzają. Nie wiem czy jest bardziej niebezpiecznie niż w Tajlandii, ale z racji tego, że jest to pociąg nocny to wolę nie ryzykować. Niestety bilety w klasie business się skończyły i zostaje mi tylko executive (IR 200000).

Wejście na peron tylko za okazaniem biletu. W pociągu dostaję koc i poduszkę; przydają się bardzo bo jest zimno. Sam pociąg bardzo czysty i porządny, w moim wagonie fotele ustawione są dwójkami jeden za drugim.

Trasa na Sports Tracker

Dzień 5 – Pak Chong – Ayutthaya – Chiang Mai

Rano wracam pociągiem kawałek (2,5h) w kierunku Bangkoku by wysiąść w Ayutthaya – dawnej stolicy Tajlandii. Siadam naprzeciwko Taja, który jak się okazuje mówi po angielsku i udziela mi trochę informacji na temat kraju, miejsc wartych zwiedzenia i lokalnej kuchni. Zapisuje mi parę nazw dań na kartce bym mógł ją w razie czego pokazać w restauracji. Na dworcu w Ayutthaya od razu kupuję bilet na wieczorny pociąg do Chiang Mai (19:25 – 6:20, 586B), zostawiam plecak w przechowalni (10B)  i ruszam na zwiedzanie miasta. Najpierw spacerem do Wat Phanam Choeng (20B/ja free), gdzie znajduje się 19m posąg siedzącego Buddy. Z pod świątyni  promem (5B) przedostaję się na wyspę otoczoną trzema rzekami. W drodze na drugi koniec miasta zaopatruję się w sushi (5B/szt) i ananasa (20B). Poboczem lub bardzo szerokim, bitym chodnikiem spacerują słonie z turystami na grzebiecie. Nieopodal, w ich zagrodzie można wykupić bilet na przejażdżkę lub zakupić owoce do karmienia tych olbrzymów. Jednemu z nich opiekun wlewa wodę wężem do trąby, którą słoń następnie sobie przelewa do pyska. Obok stoją małe słoniątką pozujące do zdjęć. Mogłoby się wydawać, że słoń jest łysy ale tak naprawdę jego ciało porastają szczeciniaste, sztywne w dotyku włosy.

Kolejnym zabytkiem, który zwiedzam jest Wat Phra Si Sanphet, który do połowy XV wieku służył jako pałac królewski, a później przekształcony został na świątynię.  Swego czasu mieścił się w nim 16 metrowy Budda pokryty 250 kg złotem, z czasem przetopionym przez birmańskich najeźdźców. W przylegającym Wihaan Phra Mongkhon Bopit znajduje się największy siedzący posąg Buddy jaki można zobaczyć w Tajlandii.

Wracając spacerem przez park zauważam coś sporej wielkości płynącego przez staw. Wygląda jak duży jaszczur lub wąż. Z daleka ciężko stwierdzić. Przynajmniej wiem na przyszłość czego można się spodziewać po miejskich sadzawkach.

Przed odjazdem do Chiang Mai kupuję na bazarze grillowaną kukurydzę (10B), a na kolację zamawiam owoce morza z kiełkami (50B), które to (owoce morza) przypominają trochę omlet.

Pociąg o dziwo nadjeżdża punktualnie, co nie jest takie normalne jak pokazują wcześniejsze doświadczenia i opowieści Alexa. Na pierwszy rzut oka połowa przedziału to turyści z plecakami.

Po pociągu chodzi obsługa serwująca ciepłym posiłek (w cenie biletu). Ryż z czymś tam, bardzo ostry. Na szczęście za chwilę przynieśli wodę, ciastko na deser i koc. Przy włączonej klimatyzacji jest okropnie zimno.