Osz i planowanie wyjazdu do Pamiru

O 5 rano jadę na lotnisko (500s taxi), gdzie spotykam Ewę. Odlot mamy z terminala Manas 2, który jest położony jakieś 200 metrów przed głównym terminalem.

Odprawiamy się, nadajemy bagaż i po niedługim czasie wchodzimy na pokład. Pomimo, że linia Air Kyrgyz jest na czarnej liście unijnych przewoźników to na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od innych przewoźników. Poza oczywiście niezbyt wysokim standardem. Lecimy zwyczajnym 737. Mam szczęście siedzieć przy wyjściu awaryjnym i przede mną nie ma fotela. Widoki za oknem takie jak przez ostatnie parę dni czyli wszystko przymglone. Krótka noc dała mi się we znaki więc zasypiam w mgnieniu oka. Lot trwa jednak tylko 50 minut więc nie jest mi dane spać długo.

Pod lotniskiem unikamy nachalnych taksówkarzy i zaraz za parkingiem wsiadamy w autobus, który dowozi nas do centrum. Tam musimy trochę się natrudzić aby znaleźć Osh Guesthouse, który jest zlokalizowany na jednym z osiedli, a wejście do niego jest niezauważalne z głównej ulicy.

W hostelu spotykamy się z dziewczynami, które dotarły do Osz lądem i już zajęły się szukaniem transportu do Pamiru. Niestety kolokwialnie rzecz ujmując szału nie ma bo w hostelu zaproponowano im przy 6 lub 8 dniowy wyjazd do Pamiru, aż po Khorog za ponad 1200$ dla 6 osób.

Cały czas szukaliśmy lepszej opcji i jednocześnie negocjowaliśmy cenę. Zresztą bardziej interesował nas sam dojazd do Murghab aniżeli od razu cała wycieczka.

Poza nami zainteresowana wyjazdem była para Irlandczyków, a i czekaliśmy na Wojtka, który rano wyjechał z Biszkeku i miał dotrzeć późnym wieczorem.

W międzyczasie udaliśmy się na miasto, zrobić zakupy na lokalnym bazarze i zjeść przy okazji pyszne manty z ziemniakami. Wszystko zapijane oczywiście chłodnym kompotem. Naszej uwadze nie uszły też duże kubki z lodami za 25-30s, które próbowaliśmy już wcześniej kilkukrotnie.

Napełniwszy żołądki poszliśmy zobaczyć wzgórze Sulejmana – jedyne miejsce z listy UNESCO położone całkowicie w Kirgistanie. Według Koranu Sulejman był prorokiem, a malutka świątynia na szczycie wzgórza rzekomo wskazuje miejsce jego pochówku.

Wzgórze Sulejmana

Wzgórze Sulejmana

IMG_4320

Miejsce to jest wciąż popularne wśród lokalnych muzułmanów i stanowi najbardziej święte miejsce w całej Centralnej Azji.

Osz

Osz

Na wzgórzu mieści się jeszcze Narodowe Muzeum Historyczne i Archeologiczne z ponad 33 tysiącami zbiorów. W mojej jednak opinie jest ono bardzo przeciętne.

Muzeum

Muzeum

U jego podnóża natomiast znajduje się mała cukiernia z najróżniejszymi łakociami począwszy od ciastek, ciasteczek, drożdżówek i słodkich bułek po bakławę i jeszcze parę innych pyszności.

Wieczór, po długich debatach stwierdziliśmy, że zdecydujemy się na transport do Pamiru korzystając z usług hostelu. Wtedy jednak okazało się coś dziwnego, a mianowicie że kierowca jest już zajęty i spróbują nam zorganizować kolejnego. Jak słusznie podejrzewaliśmy może wiązać się to ze zmianą ceny. Na naszą niekorzyść oczywiście, ponieważ zależało nam na czasie i chcieliśmy wyruszyć już z rana.

Jako że był to ostatni dzień, który Ewa spędzała z nami, umówiliśmy się, że odprowadzając ją o 6 rano na autobus poszukam nam jakiegoś transportu do Pamiru.

Ponieważ hostel pękał w szwach i było dużo gości, zostaliśmy zakwaterowani w oddzielnym budynku niż dziewczyny. Nie mogliśmy zatem wiedzieć, że o 2 w nocy niespodziewanie kierowca się znalazł.

Reklamy

Dzień 23: Melbourne

Wymeldowujemy się z „The Nunnery”, bagaże zostawiamy na dole w przechowali i ruszamy na dalsze zwiedzanie Melbourne. Nie uchodzimy nawet pół kilometra i zaczyna padać. Na domiar złego targ jest zamknięty w środy i musimy schować się w restauracji. Dwie godziny później trochę przestaje ale postanawiamy wrócić do hostelu i tam znaleźć sobie jakieś zajęcie, szczególnie że Melbourne nie jest jakoś specjalnie fascynującym miastem jeśli chodzi o zwiedzanie. Popołudniu o dziwo się wypogadza i nawet wychodzi słońce. Robi się ciepło i  kontynuujemy obchód miasta. Docieramy do Royal Botanic Gardens, po których spacerujemy dość chwilę. Niesamowitym jest to, że w całej Australii, w każdym mieście, miasteczku, parku narodowym czy gdziekolwiek indziej mnóstwo ludzi uprawia jakiś sport. Od biegania, po fitness i jazdę na rowerze.

Po 17 wracamy do hostelu po bagaże i kierujemy się w stronę centrum. Niestety tramwaj City Circle nie jeździ już o tej porze i idziemy piechotą. SkyBusem docieramy na lotnisko w 15 minut. Do odlotu mamy jeszcze sporo czasu. Tym razem nie musimy niczego przepakowywać bo limit bagażu 32kg na osobę zdecydowanie nam wystarcza. Wrzucam więc do walizki wszystko to, czego nie mam ochoty nosić przez następne dwadzieścia kilka godzin włącznie z kurtką.

Od początku grudnia linie Etihad na trasie Melbourne – Abu Dhabi wprowadziły nowy, większy samolot – Boeing 777-300ER, który zastąpił mniejszego Airbusa A340. Rzeczywiście obłożenie jest stuprocentowe lub bliskie tego wyniku.

Dzień 8: Upliscyche

Bagaże zostawiamy u Luki i idziemy na dworzec złapać marszrutkę do skalnego miasta – Uplistiche. Na jednej z głównych ulic Gori pierwszy raz od ponad tygodnia pobytu w Gruzji widzę pocztę. Znaczki w cenie bagatela 4 lari!

Zanim bus się napełni ludźmi i może wreszcie odjechać mija prawie godzina. Kierowca wysadza nas przy drodze, juz za wioską, skąd do skalnego miasta jest 15 minut piechotą, szczególnie że jeden z miejscowych pokazuje by iść wałem na skróty.

Bilety wstępu w takich samych cenach jak do Wardzi tj. 3 lari bilet zwykły, 1 – ulgowy. Powstanie zabudowań datowane jest na od V w n.e. aż do późnego średniowiecza.  Cały kompleks jest zdecydowanie mniejszy niż wspomniana już wcześniej Wardzia i zajmuje tylko trzy kondygnacje – południową (dolną), centralną i środkową (górną), z której to rozpościera się widok na całą dolinę wraz z wolno płynącą w dole rzeką Mtkwari.

W drodze powrotnej do Gori zatrzymujemy autobus – pierwszy, jakim mamy okazję podróżować w Gruzji. Podobno jest to znacznie wolniejszy, aczkolwiek tańszy środek transportu jednak na tak krótkim dystansie ciężko odczuć różnicę.

Wracamy po bagaże do Luki i ponownie wracamy na dworzec organizować transport w stronę Mesti. Nic jednak nie jedzie nawet do Kutaisi, więc jedziemy do Khashuri, gdzie mamy bez problemu się przesiąść na marszrutkę do Kutaisi. Tymczasem już na autostradzie nasz kierowca zatrzymuje inną marszrutkę i pospiesznie przesiadamy się na poboczu. Co więcej, cena za przejazd tą drugą marszrutką (kilkanaście kilometrów od Gori do Kutaisi) jest niższa niż gdy jechaliśmy pierwszy raz z Kutaisi do Khasuri.

W Kutaisi również nie ma nic w godzinach popołudniowych bezpośrednio do Mesti, więc po 17 jedziemy do Zugdidi, skąd podobno o 19 ma coś jeszcze jechać na Kaukaz. Dojeżdzamy z lekkim opóźnieniem, aczkolwiek kierowca zdaje się jakby na nas czekać. Robi jeszcze ostatnie zakupy, sprawdza czy damy się nabrać na dwukrotnie wyższą cenę (zwykle 20 lari/os) i po 20 wyjeżdzamy.

Po kilkunastru kilometrach mijamy zaporę Inguri na rzece o tej samej nazwie. Ma ona wysokość 272 m i jest drugą co do wielkości na świecie. Oddziela Gruzję od Abchazji, a prąd dzielony jest w stosunku 60 do 40. Jezioro, które utworzyło się na skutek jej budowy jest ogromne i mija kolejnych parę ładnych kilometrów gdy docieramy do jego końca.

W trakcie jazdy zatrzymujemy się kilkukrotnie, żeby kierowca coś przekąsił, zapalił oraz dostarczył zamówiony z Zugdidi towary do domów. Od razu też oferuje nam nocleg w Mesti. Docieramy tam po ponad 2,5h jazdy (100 km) i z racji późnej pory kierujemy się prosto do poleconego nam noclegu – u Róży (15 lari/os). Dom polozony jest na zboczu wzgórza i samemu ciężko by było tam trafić, szczególnie po ciemku, a moim zdaniem warto. Nie tylko ze względu na niską cenę ale również dlatego, że z okien w przedpokoju na piętrze rozciąga się widok na miasteczko i położony w oddali trójkątny szczyt jednego z czterotysięczników (4858 m) Tetnuldi.

Dzień 54: Yogyakarta – Malang

Ostatni dzień mojego pobytu w Yogyakarta zaczynam od udania się na dworzec w celu złapania busa do Malang. Jedyny bezpośredni autobus jest o 20, a mi pozostaje jedynie transport w kierunku Surabaya (30000 IRD, 8h) do Jombang, a potem jeszcze 3h (15000 IRD). Jadąc tak przez Jawę zauważam, że jest to dość płaska wyspa, pomimo że na jej terenie znajduje się wiele wulkanów. Autobus jedzie powoli, wlecze się wręcz i jakby tego było mało to zatrzymuje się na każde skinienie ręki co tylko dodatkowo wydłuża czas jazdy. Gdy wjeżdza na jakiś większy dworzec rozpoczyna się wyścig i przenośni sprzedawcy biegną co sił w nogach by wskoczyć do jeszcze jadącego autobusu i sprzedać jak najwięcej swojego towaru. Żeby nie było całkiem nudno to razem z nimi wskakują różnej maści artyści, którzy „umilają” jazdę śpiewaniem i graniem w zamian za parę groszy.

Do Malang docieram już po zmroku i mam problem, żeby porozumieć się z moim hostem, który najpierw mi tłumaczy jak mam do niego dotrzeć, a gdy już jadę w busie w jego kierunku pisze mi, że za chwilę będzie na dworcu, z którego właśnie wyjechałem. Pospiesznie wysiadam i wracam na dworzec piechotą, gdzie się w końcu spotykamy po kilku próbach domówienia się i kolejnej pół godzinie czasu oczekiwania.

Mieszkanie jest w iście studenckim stylu. Mówiąc to mam na myśli azjatycko-studenckie mieszkanie, przy którym niektóre garaże czy piwnice wyglądają na czyste i schludne. Najciekawszy jednak i tak był sposób zamykania i otwierania drzwi. Próbując dostać się z zewnątrz należało włożyć rękę przez okno, wziąć z parapetu klamkę umocowaną na sznurku i od środka włożyć ją w drzwi i w ten sposób otworzyć.

Dzień 10 – Pai – Chiang Mai – Bangkok

Do 9:30 muszę oddać swój skuter i przy okazji dowiaduję się, że nie ma już na dziś biletów do Bangkoku. Pozostaje mi wybrać powrót do Chiang Mai busem o 14:30. Jednak do tego czasu, po śniadaniu wybieramy się wspólnie z Ericą na jej skuterze w podobną trasę, jaką zrobiłem wczoraj. Z tą różnicą, że wstępujemy do parku z ciepłymi źródłami (200B). Ścieżka wokół źródeł ma ledwie kilkaset metrów i obejście wszystkie zajmuje mi parę minut. Na samej górze, przy źródle, temperatura wody wynosi 80°C. Intensywnie czuć siarkę, a miejscowi gotują w tej wodzie jajka. W miarę jak woda spływa niżej, ulega ochłodzeniu co pozwala na zanurzenie się w niej. W miejscu gdzie moczymy nogi i tak jest bardzo gorąco, znacznie cieplejsza niż powszechnie używana do kąpieli.

Wracamy do miasta żebym zdążył zjeść coś przed wyjazdem. Lokal ten sam co wczoraj ale tym razem biorę zupę z ryżem, kurczakiem, warzywami i mango shake.

Droga powrotna z Pai do Chiang Mai i te 700 ileś zakrętów nie pozwalają na odpoczynek wprawiając błędnik w spore zamieszanie.

Na dworcu autobusowym w Chiang Mai okazuje się, że bilety do Bangkoku kosztują w granicach co najmniej 600B, co jest sporym szaleństwem biorąc pod uwagę, że w centrum można było kupić już od 300-350B. Jednak znajduję bilet za 419B i w miarę dobrze wybieram miejsce, ponieważ siedzę obok wcześniej poznanej dwójki Amerykanów z Oregonu – Kyle’a i Jacksona i Chinki – Annie. Wygodnie nie jest, a klimatyzacja włączona przez cały czas robi swoje. Dopiero po jednym z postojów, o 2:30 kładę się na kocu na podłodze, przykrywam kolejnym i śpię wygodnie do rana.

O autobusach w Tajlandii słyszałem parę historii od kilku osób. Wybierając się w drogę warto skorzystać z państwowych firm, które zapewniają większe bezpieczeństwo oraz dwóch kierowców na długodystansowych trasach. W prywatnych autobusach kierowca jest zazwyczaj jeden i zdarzały się przypadki turystów, którzy odurzeni zmodyfikowaną klimatyzacją budzili się bez swoich rzeczy.

Nie wiem na ile są to historie prawdziwe, ani ile w tym miejskich legend jednak trochę rozwagi powinno w zupełności wystarczyć by uniknąć przykrych niespodzianek.