Nepal w obiektywie Samyang AF 14 mm f/2.8

Zbliżający się wyjazd do Nepalu zmotywował mnie i przyspieszył od dawna odkładaną wymianę sprzętu. Od teraz wysłużonego i zasłużonego Canona zastąpiło nowe dziecko w rodzinie – Sony. Jako, że planowałem większą część swojego pobytu spędzić wysoko w Himalajach postanowiłem poszukać szerokiego szkła do kompletu. Bardzo szczęśliwie się złożyło, ponieważ dzięki uprzejmości firm Samyang Polska i Foto-Technika, na czas wyjazdu otrzymałem do testów obiektyw Samyang AF 14 mm o maksymalnym otworze przysłony 2.8. Czyli jest jasno!

Nie mogąc doczekać się przetestowania nowego zestawu w praktyce wybrałem się do pobliskiego parku celem przeprowadzenia paru eksperymentów. Zresztą chciałem przed wyjazdem dobrze zapoznać się z nowym obiektywem i tym jak będzie współpracował z aparatem. Bądź co bądź i aparat i obiektyw były dla mnie nowością. Po parudziesięciu minutach zabawy byłem bardziej niż ukontentowany.

Pierwsza większa okazja do zrobienia paru zdjęć pojawiła się już w stolicy Omanu – Maskacie, w którym miałem parę godzin czasu na zwiedzenie miasta. Wielki Meczet Sułtana Qaboos – obecnego władcy Omanu świetnie się do tego nadawał.

Fotografowanie architektury szerokokątnym obiektywem wymaga dobrego kadrowania, pilnowania linii, a nawet pomimo tego może pojawić się lekka dystorsja. Tutaj niczego takiego nie zaobserwowałem, a oto i efekty. Tę krótką, acz przyjemną wizytę w Omanie zdecydowanie zaliczam do udanych i owocnych.

Po stosunkowo krótkim locie zjawiam się w Katmandu – stolicy Nepalu. Przed wyruszeniem na wędrówkę po Himalajach organizuję niezbędne pozwolenia, sprawdzam sprzęt i wykorzystuję czas na spacer po okolicy.

Wiedziałem, że zdecydowanie większym wyzwaniem będzie fotografowanie w górach. Przede wszystkim musiałem mieć aparat zawsze pod ręką, a jednocześnie nie mógł mi przeszkadzać. Gdy pierwszy raz zobaczyłem obiektyw Samyang AF 14 mm to przyznam szczerze, że bardzo ucieszyły mnie jego zgrabne wymiary. Producent deklaruję wagę 485g, a mam wrażenie jakby to było mniej niż prawie pół kilograma. Osłona przeciwsłoneczna, która dla niektórych może stanowić minus, ze względu na brak możliwości założenia filtrów dla mnie była bardzo wygodna. Nie musiałem się obawiać, że ją gdzieś zgubię, a dość gruby dekielek wykorzystywałem często do zdjęć nocnych jako substytut statywu.

Autofokus spisywał się w dzień bardzo dobrze. Przeglądając zdjęcia miałem 100% idealnie trafionych. Zresztą przy takiej ogniskowej i choćby lekkim domknięciu przysłony odległość hiperfokalna zaczynała się bardzo blisko (mniej więcej od 2,5m) 

Większą trudność nastręczały jednak zdjęcia nocne, a z tych żal byłoby zrezygnować. Po pierwsze, że niebo nad masywem Annapurny upstrzone było milionami małych białych kropek i żadne światła sztuczne czy też księżyc nie przeszkadzały w obserwacji.Po drugie już się nie mogłem tego doczekać, bo wiedziałem, że ten obiektyw przy ujęciach nocnego nieba będzie idealny. Według wyliczeń uwzględniających wielkość matrycy w nowym Sony A7rIII, która ma aż 42 miliony pikseli, czas naświetlania powinien być dość krótkie by poruszenie gwiazd nie było widoczne. W efekcie należy bardzo podbić ISO żeby ilość światła docierającego do matrycy została odpowiednio zarejestrowana. Jak wspomniałem wcześniej, brak statywu rekompensowałem sobie ustawiając aparat na kamieniach i podpierając dekielkiem z obiektywu. W większość przypadków sprawdzało się to świetnie, szczególnie że odchylany ekran powstrzymywał mnie od kładzenia się na ziemi.

W nocy na autofokus nie miałem co liczyć i trzeba było przejść na ostrzenie ręczne. Jak tu jednak wyostrzyć skoro nic nie widać? Szczególnie, że Samyang posiada focus-by-wire i nie sposób posiłkować się skalą na obiektywie. Na szczęście zestaw Sony + Samyang działa świetnie w takich warunkach i od strony aparatu miałem możliwość wykorzystać focus peaking czyli podświetlania ostrych krawędzi. Bez tego przy focus-by-wire chyba nie miałbym szans poprawnie ustawić ostrości. Na szczęście ten sprzęt współpracuje świetnie i takie drobne różnice pozwoliły mi na wykonanie zdjęć, z których jestem zadowolony. Może troszkę boki zdjęcia przy przysłonie 2.8 mogłyby być ostrzejsze. Dobrze jednak, że obiektyw jest na tyle jasny, że zawsze można świadomie domknąć przysłonę o jedną czy dwie działki by ostrość pozostała bez bez zarzutu.

Po przejściu ponad 212km po Himalajach i zrobieniu tras Annapurna Circle Trail i Annapurna Base Camp wróciłem ponownie do Katmandu. Na spokojnie mogłem pospacerować, pozwiedzać i skupić się na szukaniu ciekawych ujęć. Szeroki kąt świetnie sprawdził się by uchwycić ogromne buddyjskie stupy.

Aparat Sony w połączeniu z jasnym, szerokim szkłem dał mi dodatkowe możliwości fotografowania po zmroku. Coś na co nie mógłbym liczyć z poprzednim sprzętem tutaj sprawdziło się wybitnie. Fotografowanie z ręki nocą nigdy nie było tak przyjemne i bezproblemowe. Oczywiście przy ogniskowej rzędu 14 mm trzeba dokładnie planować kompozycję, dbać o pierwszy plan i pilnować linii ale to już zadanie dla fotografującego, a nie dla sprzętu. 

Więcej zdjęć z Nepalu wkrótce dostępne tutaj.

Reklamy

El Bolson

Ponownie znajduję się na argentyńskim klasyku czyli drodze Ruta 40. Jadę do oddalonego o ponad 120km na południe El Bolson. Kręta droga wiedzie, a jakże by inaczej, między górami, lasami i jeziorami. Zachwycająca widokowo.

IMG_1295

O zmroku wysiadam w centrum miasteczka i idę na poszukiwanie kampingu. Od znajomej dostałem cynk, że się tutaj zatrzymali, więc z pomocą nawigacji GPS wiem dokąd mam się kierować. Dopiero po rozłożeniu namiotu orientuję się, że kamping jest podzielony na dwie części i znajomi rozłożyli się w tej drugiej. Gdy wreszcie udaje nam się na siebie natrafić wymieniamy się doświadczeniami z podróżowania po Patagonii, a także opowiadamy sobie wszystkie nasze ciekawsze przygody. Wspólnie analizujemy też dokąd by się tutaj wybrać nazajutrz na wycieczkę bo El Bolson słynie z szlaków po okolicznych górach. Z tego, a także z targu, na którym sprzedawane są lokalnie wytwarzane rękodzieła. Niestety ceny nie należą do okazyjnych i większość rzeczy jest możliwa do zdobycia w innych miejscach za niższą cenę.

2

Przed wyjściem w góry zaopatruję się w supermarkecie w coś do jedzenia po czym przez nic już nie powstrzymywany wyruszam na szlak. Tylko jednej rzeczy nie oszacowałem zbyt dobrze, mianowicie tego że szlak zaczyna się jakieś 8 km dalej i początkowo muszę przejść przez całe miasteczko, rzekę, a następnie wiejską szutrową drogą wędrować w górę. Próby łapania stopa nie przynoszą za bardzo rezultatu bo i ruch mały i kierowcy jadą w inne miejsca. Bonusem jest to, że pobocza porastają olbrzymie krzaki jeżyn, wysokie na ponad dwa metry – w większości już dojrzałych. Momentami idę z nogi na nogę, przysiadam nad rzeką by zrobić coś do jedzenia lub chwilę odetchnąć. W końcu jest połowa lutego – środek lata, żar leje się z nieba, a i spieszyć się nie ma dokąd. Po 11 km docieram do mostu, który umożliwi mi przejście na drugą stronę rzeki ale wpierw, jak grze, trzeba pokonać przeciwnika. Okazuje się, że mostu pilnuje strażnik, a wyjścia w górę są zalecane najpóźniej do godziny 14:30. Aktualnie jest prawie 17. Ooops, nie wiedziałem, że powinienem był się spieszyć. Swoim kulawym hiszpańskim tłumaczę mu, że pójdę szybko, że jestem z Polski, że my w ogóle szybko chodzimy i na pewno zdążę zrobić te pozostałe 17km do zachodu słońca. Przybija mi piątkę, życzy powodzenia i pozwala iść dalej. Co prawda nie planowałem iść szybko ale teraz i tak przyspieszam bo pod górę nie umiem chodzić powoli. Szlak pnie się bardzo stromo więc jeszcze bardziej się ze mnie leje. Ścieżka cały czas idzie lasem i tylko od czasu do czasu wychodzi na jakiś pagórek lub polanę, z której roztacza się widok na okolicę. Oznaczenia są dobre i widoczne, ścieżka wydeptana, co i tak nie przeszkadza mi się pogubić po drodze. Na którymś z zakrętów zamyślony idę prosto zamiast skręcić w lewo i schodzę w dół trafiając na nieczynną, zniszczoną zębem czasu zagrodę dla zwierząt. Trochę mi to nie pasuje, a mimo to brnę dalej i dalej. Dopiero gdy robi się na tyle wąsko, że bez maczety nie sposób pokonać te skarłowaciałe drzewa rezygnuję i wracam. Znalezienie ponownie szlaku nie było trudne, wystarczyło się bardziej zgubić by zachciało mi się porządnie poszukać znaków aniżeli usilnie próbować brnąć przed siebie.

1

3

Do Refugio Hielo Azul – bo tak nazywa się to miejsce, przychodzę po niecałych 3,5h od rozpoczęcia stromej wspinaczki w górę. Obok mnóstwa porozstawianych namiotów krzątają się ludzie. W wielu miejscach rozpalono już ogniska, co pewnie nie jest najprostsze bo większość drewna w okolicy została już wyzbierana. Znajduję dla siebie kawałek płaskiego terenu, rozkładam namiot i na miły koniec dnia przygotowuję smaczną kolację.

6

IMG_1268

Noc na wysokości prawie 1300m n.p.m. nie należała do zimnych ale tego po gorącym dniu można się było spodziewać. Poranek to taka odwrotność wieczoru. Brzmi to może i banalnie ale tak jest. Posiłek, składanie namiotu, pakowanie i wyruszenie w dalszą drogę. Dziś szykuje się mniej kilometrów do przejścia i nieco luźniejszy dzień. Przede mną przejście na drugą stronę gór – w następną dolinę. Najpierw wchodzę na przełęcz, nieopodal której, ledwie godzinę drogi od Refugio Hielo Azul mieści się inne schronisko – Refugio Natacion. Pięknie położone u stóp skalistych ścian nad małym, krystalicznie czystym stawem. Mijam to wszystko bez zatrzymania i idę dalej w las. Zejście do doliny rzeki Azul jest piekielnie strome i bardzo szybko tracę wysokość. Żar leje się z nieba, szczególnie w niezacienionych miejscach, z których rozciąga się panoramiczny, niczym nie przysłonięty widok na okoliczne góry, doliny i miasteczka w okolicy El Bolson. Po dotarciu do rozwidlenia przy Refugio Cajon del Azul skręcam w prawo, w kierunku wylotu doliny i wzdłuż rzeki (Rio Azul). Co prawda przede mną jeszcze 8km marszu ale jestem już na płaskiej, szerokiej leśnej drodze. Gdybym skierował się w drugą stronę to udałbym się w samo serce Andów, jeszcze ładnych kilka godzin marszu dalej do Ref. Laguitos. Okolica naprawdę obfituje w mnogość szlaków turystycznych. Pomimo środka sezonu nie ma też, czego można by się obawiać, tłumów ludzi.

5

4

Tuż po południu docieram do Wharton, gdzie natykam się na ślady cywilizacji, piknikujących ludzi i ogólnie sielankową atmosferę. Jest nawet szansa na wydostanie się stąd autobusem ale ten niestety jeździ ze dwa razy na dzień i rozkład nie za bardzo jest mi na rękę. Korzystam więc ze sprawdzonego sposobu i razem z czekającym na poboczu Włochem łapiemy wspólnie stopa do miasta. Z dwoma przesiadkami.

Niestety autobus do Bariloche dopiero co mi odjechał, następne kursy są w całości wykupione i wolne miejsca są dopiero na wieczór. Po ludziach stojących na poboczu Ruta 40 również nie widać dużych szans na złapanie okazji ale mimo wszystko próbuję zmierzyć się z tym wyzwaniem. Rozkładam panel słoneczny by podładować telefon i próbuję szczęścia. Daję sobie godzinę czasu, po upływie którego  wrócę do centrum po bilet na autobus. Jak łatwo zgadnąć, szczęście dopisuje mi po 55min stania i machania ręką. Wskakuję na otwartą pakę półciężarówki, a paręset metrów dalej zatrzymujemy się by dobrać jeszcze dwóch autostopowiczów. Jak wspominałem już wcześniej przy okazji Carretera Austral – jazda na otwartej pace z tyłu jest piękną przygodą. Do zniesienia nawet pomimo chłodu oraz wiatru, ponieważ piękne widoki rekompensują pozostałe niedogodności. Tak jak i wcześniej taka przejażdżka była pięknym dopełnieniem Carretera Austral, tak teraz dokonało się to samo dla Ruta 40. Nazajutrz ruszam po raz trzeci w czasie tego wyjazdu do Chile więc praktycznie żegnam się już z tą piękną drogą i pokonywaniem na niej kolejnych kilometrów.

 

IMG_1293

Zapisy śladów tras z GPS:

-El Bolson – Ref. Hielo Azul

-Ref. Hielo Azul – Wharton

El Chalten (Cerro Torre, Fitz Roy), Patagonia

El Chalten położony u stop Cerro Torre i Cerro Fitz Roy stanowi świetną bazę wypadową do parku i mekkę wszelkiej maści turystów i wspinaczy. Tych drugich jest tu zdecydowanie mniej bo okoliczne góry do łatwych nie należą i choć mierzą „ledwie” ponad 3000m n.p.m. to ich zdobycie wymaga niesamowitego doświadczenia, umiejętności i szczęścia do dobrej pogody. Spotkałem się z pogłoskami, że bezchmurne niebo, a co za tym idzie widok strzelistych wierzchołków na tle błękitnego nieba zdarza się ledwie parę dni w miesiącu. My właśnie mieliśmy to szczęście.

Już w nocy El Chalten przywitało nas bezchmurnym, rozgwieżdżonym milionami gwiazd niebem. Pierwszy w historii wizyt na południowej półkuli udało mi się dostrzec Krzyż Południa – charakterystyczny gwiazdozbiór południowego nieba. W wyniku precesji osi Ziemi (zmiany kierunku obrotu Ziemi) kilku tysięcy lat nie jest widoczny z terenów Europy.

Nocujemy na jednym z kilku kempingów, które o tej porze roku są licznie okupowane przez turystów, a rano pakujemy wszystko ponownie i ruszamy w góry na trekking.

Trasa do Jeziora Torre i położonej nieopodal bazy namiotowej nie jest wymagająca i powoli wznosi się coraz wyżej i wyżej. Ścieżka wije się między niskimi, trawiastymi wzgórzami, które przekroczone odkrywają widok na Cerro Torre wraz z sąsiednimi górami i lodowcem spływającym ze szczytów w dolinę.

IMG_0657_b

Pierwszy widok na Cerro Torre (najwyższy na zdj.)

W niecałe 3h docieram do prostego kampingu, rozbijam namiot i idę nad jezioro by usiąść pod jednym z kamieni na jego brzegu i oddać się lekturze książki Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”. Praktycznie na wprost mnie, dosłownie na wyciągnięcie ręki mam wznoszącą się zaraz za jeziorem ścianę Cerro Torre.

W miejscu, gdzie rzeka wypływa z jeziora znajduje się rozwieszona lina umożliwiająca podejście pod lodowiec. Rzeka jest co prawda wąska i mało rwąca ale podobno trzeba mieć jakiś dokument zezwalający iść dalej. Rozważam tę opcję przez chwilę bo mógłbym spokojnie przedostać się na drugą stronę zwisając głową w dół jak leniwiec i obejmując linę między nogami. W końcu w Tadżykistanie nie taką rzekę próbowaliśmy przekroczyć i to bez jakiejkolwiek pomocy.

IMG_0666_a

Uznaję jednak, że nie ma się co wysilać, spróbuję obejść jezioro idąc z drugiej strony piargiem. Maszeruję dobre trzydzieści minut, słońce grzeje w głowę niemiłosiernie, a ze mnie się prawie leje. Upał w Patagonii. W pewnym jednak momencie ścieżka się praktycznie urywa bo zbocze góry jest osunięte i kontynuowanie dalej bez liny byłoby trochę.. trudniejsze.

Nie wiem dlaczego nie zdecydowaliśmy się wieczór udać w kierunku Fitz Roy’a bo zaoszczędziłoby nam to trochę dnia ale z drugiej strony… ominąłby mnie spektakl światła jakie odegrało słońce wschodząc i rzucając iście płonące promienie słoneczne na góry. Trwało to zaledwie kilka minut bo gdy promienie doszły do połowy góry słońce zaszło za chmurę i straciło na sile.

IMG_0671_a

Cerro Torre

Po śniadaniu pakujemy wszystko i idziemy w kierunku Fitz Roy’a. Pogoda jest już mniej słoneczna, przeważają chmury choć są wysoko i nie powinno być najgorzej. Po 10km marszu przez lasy, łąki docieramy do rozwidlenia. W jedną stronę ścieżka prowadzi w górę – pod Fitz Roya, a w drugą w dół – do El Chalten. Na razie wybieram tę pierwszą i żwawo ruszam do góry. Nie chcę zostawiać plecaka w trawie więc niosę go ze sobą. Mijam bazę namiotową, rzekę i zaczynam wspinać się ostro w górę. Znak pokazuje coś około godziny na górę. Idąc swoim szybkim tempem zdołałem dotrzeć tam w 40 minut. Pod ścianą Cerro Fitz Roy także, a jakby inaczej, jest jezioro i spływający doń lodowiec. Piękna lazurowa woda dodaje koloru krajobrazowi surowych gór. Robię kilka zdjęć i pospiesznie schodzę na dół. Liczę, że może uda nam się jakoś wieczór wydostać z El Chalten w kierunku północnym.

IMG_0700_a

Fitz Roy

Z upływem kilometrów robię się co raz bardziej ciężko i czuję zmęczenie. W dodatku ubrałem niedosuszone skarpetki i zrobił mi się odcisk na podeszwie stopy. Dalej idę stając na jej krawędzi lekko utykając. Nieznacznie tylko zwalniam i na chwilę przystaję by wrzucić w siebie ostatnie resztki suchego pokarmu jaki mi pozostał w plecaku. Woda też się skończyła ale do dołu już niedaleko. Po 25 kilometrach i niespełna 6h marszu jestem na powrót na kempingu. Jest ciepło i słonecznie, że po wyjściu spod prysznica z mokrymi ubraniami ubieram je od razu na siebie i w kilkanaście minut wysycham.

IMG_0720_a

IMG_0722_a

El Chalten

Myślimy, że może uda nam się złapać stopa na wylocie z miasta ale stopowiczów jest już kilkunastu, a stojąca tam dwójka Francuzów czeka już dwie godziny bez powodzenia. Postanawiamy kupić bilety na wieczorny autobus do Los Antiguos (ok 1100 ARS).

Wolne godziny do odjazdu autobusu spędzamy w knajpce popijając yerba mate.

Przyznam, że od dłuższego czasu jeszcze będąc w domu chciałem spróbować tego tradycyjnego południowoamerykańskiego napoju i wstrzymywałem się z tym mówiąc, że pewnego dnia spróbuję go w jego ojczyźnie – Argentynie. Wszyscy też na to stwierdzenie mówili, że zdecydowanie nie będzie mi smakowało, że jest cierpkie i gorzkie. Pierwszy łyk wziąłem jeszcze jadąc dwa dni wcześniej samochodem i od razu polubiłem ten smak. Ba, zakochałem się w nim. Od tamtej pory, szczególnie po powrocie, nie wyobrażałem już sobie dnia bez yerby, a ostatnie wolne miejsce w plecaku wypakowałem różnymi jej gatunkami.

PS Wydostanie się z El Chalten stopem jest dość trudne i jest to opinia powszechna. Można jednak natrafić na głosy, że nie jest to niemożliwe. Niedługo później spotkałem znajomych, którym się to udało, jednak i oni nie mieli lekko. Żeby dostać się z El Chalten do Ruta 40 (90km) ustawili się na wylocie z miasta bladym świtem i niedługo później załapali się na transport jako pierwsi z kolejki. Nie przypuszczali jednak, że na poboczu słynnej Ruta 40 przyjdzie im spędzić ponad dobę! W dodatku nie mieli ze sobą zbyt dużo jedzenia i picia więc sytuacja zbliżała się do trudnej. Dopiero następnego dnia rano, po ponad 24h czekania złapali okazję, którą już notabene pokonali kolejne 1200km aż do El Bolson.

Zapisy śladów trasy marszu z GPS:

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b1e83be4b08eca091d9de3

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b4fcc0e4b0fd60246859b9

 

Ziemia Ognista

Lot z Sao Paulo do Buenos Aires, na lotnisko Aeroparque Jorge Newbery upłynął nam nie wiedzieć kiedy. Wychodząc z samolotu po chybotliwych schodach wita nas ciepłe, wilgotne argentyńskie powietrze, po czym udajemy się do kontroli paszportowej. Zmęczenie podróżą i Sao Paulo daje nam się we znaki i pozornie staramy się wyglądać przytomnie.

Na lotnisku ponownie spotykamy resztę towarzyszy podróży z pierwszego samolotu, którzy dla odmiany dzień spędzili w Buenos. Lot do Ushuaia mamy dopiero za parę godzin – o 4:40 rano więc spokojnie można się przespać. Ponieważ musieliśmy również odebrać bagaż by później nadać go ponownie, nic nie stoi na przeszkodzie bym wyciągnął materac, śpiwór i przespał te kilka godzin w bardzo komfortowych warunkach. Tak to mogę spać wszędzie!

Większość lotu do Ushuaia także przesypiam. Oglądam tylko nocny widok Buenos, który jest przepiękny i następnie budzę się długo po wschodzie słońca, który o tej porze roku następuje tutaj około 5:30. Lecimy wzdłuż lądu, brzegiem oceanu. Z jednej strony rozpościera się bezkresna toń wody, a z drugiej podobny ocean, tyle że traw, które dalej na południu przechodzą w góry. Hen na horyzoncie próbuję wypatrzeć kraniec ziemi, najdalszy punkt kontynentu – Przylądek Horn. Następnie samolot robi skręt o 90° przez prawe skrzydło, ocean zostaje za plecami, a za oknem mam same góry, jeziora oraz lasy. I ta pustka, ogrom przestrzeni nieskażonej ręką człowieka.

Lotnisko w Ushuaia jest nie tylko najbardziej na południe wysuniętym lotniskiem świata (jak i całe miasto), ale także pięknie położonym. Znajduje się na półwyspie, na kanale Beagle, więc podchodząc do lądowania ma się góry z obu stron, pod sobą wodę i dosłownie na sekundy przed dotknięciem pasa kołami woda znika i pojawia się asfalt. Ushuaia jest bramą do Antarktydy. Od tego najbardziej odludnego i bezludnego kontynentu dzieli ją tylko 1000km (to o 1500km mniej niż Australijskie Hobart, 1200km niż nowozelandzka Isla Stewart, 188km mniej niż chilijskie Punta Arenas czy 3200km mniej niż południowoafrykańskie Ciudad del Cabo). W związku z tym jest przystosowane do przyjmowania największych samolotów włącznie z 747 jak i francuskim Concordem, który lądował tu niegdyś.

IMG_0147_b

Widok od strony lotniska

Z lotniska do miasta idziemy piechotą, bo jest na tyle blisko, że chcemy się przejść. Rozstajemy się przy rondzie i każdy rusza w swoją stronę, choć niedługo później spotkamy się ponownie w centrum. Ja kieruję się w przeciwnym kierunku, gdzie jestem umówiony z Barbarą, która zatrzymała się na CouchSurfingu u Cynthii. Przyznaję, że ze znalezieniem odpowiedniego domu miałem sporo problemów, bo choć znałem dokładny adres to dość długo krążyłem po okolicy nie mogąc trafić.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy w Argentynie to kosze na śmieci zrobione ze starych beczek oraz wałęsające się psy. Mnóstwo psów.

Popołudniu wymieniam gotówkę w banku – odkąd Argentyna uwolniła kurs dolara nie ma potrzeby robić tego na tzw. niebieskim rynku. Kurs w banku jest praktycznie równy z tym ulicznym.

Po zakupach i śniadaniu decydujemy się na wycieczkę do Laguna Esmeralda, położonej 15km na północ od miasta. Busy odjeżdżają z dworca autobusowego, jednak nam przyjdzie poczekać, aż nazbiera się więcej pasażerów.

Ruszamy z parkingu ścieżką prowadzącą przez las, wśród traw w terenie otoczonym górami. Krajobraz przypomina ten skandynawski – podobna roślinność i ukształtowanie terenu. Po godzinie marszu docieramy do jeziora – Laguna Esmeralda. Na piaszczystej plaży relaksują się rodziny z dziećmi, studenci i turyści. Moje zdziwienie wywołuje fakt, że prawie wszyscy mają przy sobie yerba mate i kuchenkę, na której grzeję wodę. Nie mogę zrozumieć, jaki jest sens noszenia palnika, który daleki jest od lekkiego, tylko po to aby napić się mate w górach. Czy nie można się przez parę godzin obyć bez picia tego napoju? Jak widać nie można, o czym sam się wkrótce przekonam.

IMG_0173_a.jpg

IMG_0165_a.jpg

IMG_0161_a

Jezioro obchodzimy dookoła i po drodze natykamy się na gęś magelankę. A w zasadzie na całą rodzinę wraz z młodymi. W ogóle się nie boją i mam okazję przyjrzeć im się z bardzo bliska.

IMG_0184_b

Jezioro i otoczenie, w którym się znajduje bardzo przypomina mi Wielkie Jezioro Ałmatyńskie tylko w lepszym wydaniu. Nikt nie pilnuje by nie przekraczać barierek (których tutaj nie ma) i można swobodnie się poruszać.

IMG_0182_b

IMG_0176_a

Do parkingu wracamy tą samą drogą – szlak jest tylko jeden, a następnie łapiemy stopa do miasta. Mając do dyspozycji w pełni wyposażoną kuchnię przyrządzamy sobie prawdziwą ucztę na kolację – pizzę sztuk dwie!

Rano wybieramy się na kolejną wycieczkę – do parku narodowego Ziemi Ognistej, który znajduje się na zachód od Ushuaia. Aby tam dotrzeć należy skorzystać z jednego z wielu jeżdżących w tamtym kierunku autobusów. My jednak próbujemy szczęścia i z racji, że mieszkamy bliżej zachodniej części miasta idziemy na stopa. Stajemy tuż przed końcem asfaltu, bo dalej już tylko szuter i kurz. Nie czekam długo i już po 20 minutach łapiemy się na transport do parku. Wybieramy szlak prowadzący ścieżką wzdłuż oceanu. Szczerze mówiąc szlak, jakich wiele, widoki także. Nie był jakoś szczególnie powalający i oszałamiający widokami. Ot, po prostu las nas wodą, zatoka i góry gdzieś w tle. To nie tak, że było nieładnie, ale obiektywnie patrząc zachwytu jakoś nie było. Może to ja pozostawałem niewzruszony i niewrażliwy na piękno okolicy, a może po prostu zabrakło tego efektu ‘wow’.

IMG_0206.jpg

Najbardziej na południe wysunięta poczta

IMG_0216_a.jpg

IMG_0217_a

Spectacular scenic Lapataia Bay in Tierra del Fuego National Par

Gdy przysiadamy odpocząć na kamieniach podchodzi do nas jakiś ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Wyraźnie się nie boi, jest młody i do przemieszczania bardziej używa nóg jak kura, aniżeli skrzydeł. Siedzimy tak kilkanaście minut obserwując się nawzajem.

IMG_0240_a.jpg

Koniec szlaku wieńczy Zatoka Lapataia. Tutaj również, po 3045km ma kres droga krajowa numer 3, która ciągnie się od Buenos Aires. Ponownie łapiemy stopa i wracamy do miasta z sympatycznym małżeństwem. Styczeń-luty to sezon wakacyjny i z jednej strony popularne miejsca przeżywają większe natężenie turystów, a z drugiej łatwiej złapać stopa.

IMG_0252_a.jpg

Zatoka Lapataia

IMG_0247_a.jpg

Nieopodal portu w Ushuaia stoi słynna tablica ‘Ushuaia – fin del mundo’ – czyli koniec świata w dosłownym tłumaczeniu. Nie wiem czy Ushuaia jest końcem świata, bo w końcu dalej jest Antarktyda. Z drugiej strony coś się tu zdecydowanie kończy. Kończy się kontynent amerykański, dalej jest już tylko woda i nie ma nic, pustka w naszym rozumieniu świata. Ale czy takich miejsc na kuli ziemskiej nie jest mnóstwo? Czy odizolowane góry Pamiru, puste stepy Kazachstanu, gdzie jak okiem sięgnąć pustka, trawa i nicość to nie jest także koniec świata? Miejsce, w którym jest tylko wiatr, bo i życia w rozwiniętej formie brak. Czy Nordkapp, Syberia to nie jest także koniec świata, w którym świat jaki znamy zmienia się, na taki zupełnie obcy, dziki i… po prostu inny. Wychodzi z tego, że świat nie jak kij, ma wiele końców.

IMG_0153_bIMG_0158_a

Nieopodal stoi kolejna tablica, tym razem mniej turystyczna, choć może bardziej wymowna. Napis na niej: „Prohibido el amarre de los buques piratas ingleses” oznajmia, że zabronione jest przybijanie do brzegu pirackich statków brytyjskich. Związane jest to bezpośrednio z wojną o Falklandy/Malwiny. Ta druga nazwa żywo funkcjonuje w Argentynie, która rości sobie prawa do wysp, bezprawnie okupowanych przez Brytyjczyków – jak twierdzą Argentyńczycy. Na każdym kroku widać, jak podkreślają swój związek z Malwinami oraz jaką urazę żywią na tym tle do Brytyjczyków. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do bezludnych wysp Sandwich Południowy i Południowa Georgia.

IMG_0258_a.jpg

Ushuaia

IMG_0260_a.jpg

IMG_0263_a.jpgTrzeciego dnia pobytu w najbardziej wysuniętym mieście na ziemi (nie licząc chilijskiego Puerto Williams i Puerto Toro, które uznawane są za osady) postanawiamy się stąd wydostać i udać do Punta Arenas. Ponownie próbujemy szczęścia stopem i w tym celu wybieramy miejsce poza miastem. Choć świeci słońce to ciepło nie jest. W dodatku wieje. Po parunastu minutach stania z kartonem i wypisaną na nim nazwą miejscowości robi się chłodno i ubieram dodatkowo bieliznę termoaktywną. Jak łatwo przewidzieć, gdy jestem jedną nogą bez spodni podjeżdża i zatrzymuje się ciężarówka. Następuje pospieszne pakowanie, wrzucanie wszystkich ciuchów do plecaka, zakładanie spodni i butów. Kierowca zgadza się nas zabrać aż za Cieśninę Magellana, czyli 460km dalej – do Chile. Po drodze mamy okazję obserwować Ziemię Ognistą wraz ze wszystkimi jej urokami i pięknymi widokami.

W pewnym momencie na asfalcie widzę narysowaną żółtą gwiazdę. Jakby w Strażniku Teksasu tylko z wypisanym pod nią imieniem. Można by pomyśleć, że ktoś się podpisał, był tutaj, coś w stylu „tu byłem, Jorge”. Z tym, że te żółte gwiazdy oznaczają miejsca, w których ten ktoś zginął na drodze. Są malowane ku przestrodze. Jak nasze czarne punkty. Zresztą nie musimy długo czekać, bo po przekroczeniu granicy, gdy zaczyna się szuter i prędkość jazdy maleje do 10 km/h – przynajmniej naszej ciężarówki, mamy okazję obserwować wraki samochodów na poboczu, a w pewnym momencie nawet widzimy jak ze świeżo rozbitego samochodu wyciągają zawinięte w koc ciało. Dopiero 20 minut jazdy później mijamy nadjeżdżającą z przeciwka karetkę. Na szybką pomoc nie ma tu co liczyć. Powodem jest nadmierna prędkość, szuter i zakręty, które w połączeniu dają niebezpieczną kombinację i nietrudno wypaść z drogi.

IMG_0270_a.jpg

IMG_0273_a

Przeprawa promowa przez Cieśninę Magellana trwa krócej niż oczekiwanie w kolejce do wjazdu na tenże prom i niedługo później znajdujemy się po drugiej stronie. Na skrzyżowaniu się rozstajemy i pozostaje nam łapanie kolejnego stopa do Punta Arenas. Od miasta dzieli nas tylko 150 km ale znajdujemy się dosłownie pośrodku niczego, jest godzina 21 i jedyne na co możemy liczyć to łaska mijających nas kierowców, a tych w Patagonii jest jak na lekarstwo. Samochody mijają nas ledwie co kilkanaście minut. Rozważamy już rozbicie namiotu, aby nie robić tego po ciemku, choć do zmroku mamy jeszcze spokojnie dwie godziny czasu. W pewnym momencie jakieś małe futerkowe zwierzątko przechodzi przez drogę żwawo przebierając łapkami. Podchodzę bliżej by zrobić zdjęcie, a stworzonko prycha na mnie próbując być groźne. Nie żebym się bał ale jest to skunks patagoński i nie chcę zostać trafiony jego cuchnącą wydzieliną.

Ponownie szczęście nam sprzyja i już po niedługim czasie mamy transport do Punta Arenas, gdzie docieramy w 1,5h – jeszcze przed zapadnięciem nocy. Tym razem droga była prosta, asfaltowa, więc jazda minęła szybko.

Zapisy śladów tras z GPS:

Laguna Esmeralda

Park Narodowy Tierra del Fuego

 

Biszkek i Park Narodowy Ala Archa

 
W Biszkeku, stolicy Kirgistanu jesteśmy już przed południem. Słońce ostro przygrzewa. Doświadczamy upału, jakiego nie było nam dane dotąd zaznać w tej części Azji. Termometry pokazują 42C w cieniu.
Rozstajemy się z dziewczynami, które idą szukać transportu do Osz. My natomiast udajemy się do hostelu, a po zrzuceniu plecaków idziemy na miasto organizować nasz transport do Osz. Chcemy lecieć samolotem, ponieważ przelot jest tylko 10$ droższy niż jazda autem, a zajmuje niecałą godzinę zamiast dwunastu. Przez Internet biletów kupić się nie da więc idziemy do agencji pośredniczącej i tam nabywamy nasze bilety. Co ciekawe cena jest ta sama jak bezpośrednio na stronie przewoźnika, którym w tym przypadku jest Air Kyrgyz – linia wpisana na czarną listę w UE.

Z nadzieją na jakieś ciekawe zakupy udajemy się na Osh Bazaar ale nie ma tam nic, czego by się nie dało kupić i u nas. Żadnych ciekawych wyrobów regionalnych. Raczej sama chińszczyzna.

Idziemy zatem bardziej do centrum na małe zwiedzanie. Miasto pod tym względem nie rzuca na kolana jednak na pierwszy rzut oka wydaje się bardziej przystępne niż Ałmaty.

Za centrum można przyjąć plac Ala Too przez który przebiega ulica Choy dzieląc go tym samym na część północną i południową. Na tej pierwszej mieści się parlament kraju – Kirgiskie Zgromadzenie Narodowe, pomnik „Erkendik” (Wolności) oraz maszt z flagą. Po przeciwnej stronie ulicy znajduje się natomiast Narodowe Muzeum Historyczne.

Plac Ala Too

Plac Ala Too

IMG_4262 IMG_4271

Kręcimy się po okolicy, obserwujemy zmianę warty pod parlamentem i biegające dokoła dzieci. Jest na tyle ciepło, że bez wahania, idąc tropem miejscowych wchodzę do fontanny w ubraniu i schładzam się nieznacznie.

Rano wybieramy się na wycieczkę do parku Ala Archa. Jedziemy taksówką bo tak było najszybciej i najprościej tam dojechać wcześnie rano. Płacimy 600 som za całość. Przed wjazdem do parku uiszczamy opłatę za wstęp i jedziemy jeszcze 12km do końca.

Na miejscu mamy wybór dwóch podstawowych tras (więcej, jeśli dysponujemy odpowiednimi umiejętnościami i sprzętem). Pierwszy ze szlaków prowadzi wzdłuż rzeki. Drugi natomiast, na który się decydujemy prowadzi do wodospadu (3km) i Ratsek Hut (kolejne 3km).

IMG_4290 IMG_4289

Początkowo ścieżka pnie się w górę, na jedno ze zboczy doliny, po czym przez pewien czas prowadzi na stałej wysokości w górze, ponad rzeką. Od wodospadu, który jest widoczny ze szlaku zaczyna się bardziej strome podejście. Do tego dochodzą luźne, osypujące się z pod nóg kamienie.

IMG_4294

Po 2,5h spokojnego marszu i podchodzenia pod górę docieramy do niewielkiej polany, na której stoi parę namiotów, a kawałek dalej Ratsek Hut. Przez okna widać łóżka w pokoju więc pewnie jest możliwość przenocowania. Ze wzgórza nad schroniskiem roztacza się widok na szary jęzor spływającego w dół lodowca, a z nad skał na wprost odrywają się kawały lodu i z głuchym łomotem uderzają o dno doliny.

IMG_4300

IMG_4302

Zejście do parkingu nie zajmuje nam dużo czasu. Zdziwieni jesteśmy tylko ilością ludzi. O ile wychodząc rano w góry na dole nie było nikogo, o tyle teraz jest wszystkie parkingi są pełne, a dookoła mnóstwo ludzi piknikujących nad rzeką. Dopiero później kojarzymy fakty, że to przecież koniec Ramadanu i wszyscy mają wolne.

Przy takich tłumach dotarcie do miasta stopem nie jest większym problemem. W górach temperatura była bardzo przyjemna, a zjeżdżając na dół obserwujemy na termometrze jak powoli wzrasta do 36C.

Po powrocie do hostelu poznajemy Wojtka, który dopiero co przyleciał z Brukseli do Biszkeku. Z kolei Ewa jedzie już wieczór na lotnisko, a ja zostaję w mieście i razem z Wojtkiem i nowo poznanym Indonezyjczykiem idziemy do pobliskiej stołówki „Smyak” na pyszne, a zarazem niedrogie manty (z ziemniakami), bliny i kompot.

Noc w hostelu mieszczącym się na 6 piętrze bloku jest tak ciepła, że po zrobieniu prania i nieustannym przewracaniu się z boku na bok postanawiam, że lepiej i chłodniej będzie mi spać w wilgotnym ubraniu.

Kirgiski Tien Shan

Rano Samagan odwozi nas ponownie do miasta, na marszrutkę do Jety-Oghuz, skąd planujemy ruszyć na kilkudniowy trekking w góry. Na pożegnanie wręcza nam butelkę miejscowego koniaku. Bardzo miły gest z jego strony ale przyznam, że nawet nie mamy gdzie już włożyć tej butelki, tak pełne (i ciężkie) mamy plecaki. Pomimo, że Lonely Planet podawał, że o tej porze jest bezpośrednia marszrutka to Samagan mówi, że nie ma i musimy jechać z przesiadką. Wysiadamy więc przy głównej drodze, skąd taxi za około 200 somów docieramy do końca doliny czyli Jety-Oghuz Kurort.

Na końcu drogi możemy podziwiać jedną z geologicznych osobliwości Kirgistanu – Siedem Byków. Jest to kolorowa skała, a wręcz góra wznosząca się na wysokość kilkudziesięciu metrów , w której wiatr i deszcz rzeźbią od lat.

Siedem Byków

Siedem Byków

W momencie gdy przygotowujemy się do wyruszenia na szlak podjeżdża kolejna taksówka, z której wysiadają cztery osoby. Po chwili przysłuchiwania się rozmowie podchodzę bliżej i w ten sposób poznajemy Anię, Marysię, Roberta i Paulę. Choć każda dwójka z naszej szóstki ma trochę inny plan to wkrótce okaże się, że nasze drogi przeplotą się jeszcze wielokrotnie.

My ruszamy jednak oddzielnie, bo po upływie chwili chcemy zatrzymać się nad rzeką i na łonie przyrody zjeść śniadanie.

IMG_3941

Począwszy od Siedmiu Byków rozpoczyna się Dolina Kwiatów czyli Kok-Jaiyk. Szlak prowadzi głównie drogą, która czterokrotnie przecina rzekę. W Kirgistanie wjazd do parków jest możliwy autem więc możliwym jest również złapanie stopa i podjechanie paru kilometrów. Tak też udaje nam się zrobić. Wysiadamy na ogromnej polanie, z której zaczynają roztaczać się pierwsze widoki na góry. Nieopodal znajdują się też pierwsze jurty. Jedne wyglądają jak typowo turystyczne, z kolei dookoła innych beztrosko biegają dzieciaki podczas gdy starsi wykonują jakieś prace.

IMG_3945

Dalej ścieżka wije się wzdłuż rzeki, lasu i przecina kilkukrotnie mniejsze i większe polany, które okupują piknikowicze. My idziemy dalej robiąc jednak co jakiś czas krótkie przerwy na zrzucenie plecaków co by dać odpocząć umęczonym ramionom.

IMG_3957

Po przejściu siódmego mostu skręcamy w lewo. Dochodzimy odpoczywające na trawie dziewczyny i sami siadamy na kilkanaście minut. Obok kręcą się dzieciaki domagające się czekolady i coli ale po paru minutach się nudzą i odchodzą. Od tego momentu idziemy już razem. Nie dlatego, że tak się umówiliśmy ale dlatego, że mamy bardzo podobne tempo.

Gdy wychodzimy ponad granicę lasu odsłaniają się przed nami wspaniałe widoki. Rzeka, z początku bystra i wartka, wyżej rozlewa się na dolinę, płynie wolno i meandruje między zielonymi pastwiskami, na których pasą się konie, krowy czy owce. Dolinę od północy, południa i wschodu oddzielają wysokie granie, a dokładnie na wprost nas wznosi się ośnieżony wierzchołek, oświetlony zachodzącym słońcem. Jesteśmy zachwyceni widokami. Pierwszy dzień się jeszcze nie zakończył, a ja już planuję powrót zimą na skitury.

IMG_3971 IMG_3976 IMG_3977

IMG_3987 IMG_4012 IMG_4022

Zmęczenie daje nam trochę w kość, poza tym około 18 robi się chłodniej, a słońce coraz szybciej obniża się na nieboskłonie. Znajdujemy dobre miejsce pod namiot i rozbijamy się. Nocujemy na wysokości ponad 2600 m n.p.m. ale noc jest chłodna.

Nad ranem budzą nas krowy trącające pyskami nasz namiot. Gdy postanawiam wstać i sprawdzić co się dzieje jest już za późno. Wyciągnęły moje spodenki spod tropiku i zaczęły żuć. Wyciągam im je wręcz z pyska, rozganiam i idę przeprać do rzeki bo są całe oślizgłe. Trochę potargane także ale są to jedyne tak cienkie spodnie jakie posiadam.

Gotujemy sobie pyszne i pożywne śniadanie – płatki z bakaliami. Do tego ciepła herbata o poranku w otoczeniu pięknych krajobrazów i ruszamy dalej w trasę.

Doliną maszerujemy może jeszcze z pół godziny, mijamy namioty wspinaczy i odbijamy w lewo, w kierunku przełęczy Teleti (3750m). Od tego momentu zaczynamy mozolne podchodzenie co zajmuje nam około dwóch godzin. Wyżej pojawiają się pojedyncze płaty śniegu, które staramy się za każdym razem obchodzić co czasem wymaga podejścia kilkudziesięciu metrów. Najczęściej w górę. Ostatni z takich płatów śnieżnych postanawiam jednak lekko ściąć od góry, jednakże zabezpieczam się na wszelki wypadek dużym płaskim kamieniem, który przed każdym krokiem wbijam dla pewności w śnieg. Niestety, w jednej chwili dzieje się to, czego się obawiałem. But mi objeżdża i zaczynam zjeżdżać w dół. Udaje mi się zatrzymać dopiero po kilkunastu metrach. Nie było żadnego zagrożenia ale jestem trochę poobcierany.

Po drugiej stronie przełęczy śniegu znacznie więcej ale można spokojnie po nim zejść czy zbiec. Trzeba tylko uważać żeby noga nie wpadła za głęboko.

IMG_4041 IMG_4042 IMG_4048

W dolinie na dole ścieżka trochę nam niknie z oczu i idziemy tak, aby było najwygodniej. Ja na przykład pewien odcinek pokonuję brzegiem rzeki lub po wodzie. Później, gdy zaczyna się kosówka musimy parę metrów się przez nią przedrzeć. Zejście jest bardzo strome, ścieżka wąska, a podłoże czasem luźno związane. Musimy uważać. Schodzimy więc powoli. W tej sytuacji kijki by się bardzo przydały. Nie ma jednak tego złego bo szybko docieramy do doliny rzeki Karakol. Ledwo wychodzimy na polanę, gdy nadjeżdża strażnik parku – Marat. Ledwo otwiera drzwi swego samochodu, gdy rzuca pytaniem – „Polacy czy Czesi?”.

IMG_4060 IMG_4065

Wystawia nam bilety na pobyt w parku, jednak tylko na jeden dzień i podwozi Ewę i Anię wraz z plecakami do Karakol Base Camp. To tylko 2 kilometry więc my z Marysią idziemy dalej piechotą.

Rzeka Karakol rozlewa się tutaj momentami bardzo szeroko i trzeba sobie szukać miejsc do przejścia suchą stopą.

Po cichu mieliśmy nadzieję, że gdy dotrzemy do obozu to namioty będą już rozstawione, a woda będzie bliska wrzenia. No cóż, rozmarzyliśmy się za bardzo, bo dziewczyny tylko wyładowały plecaki i wdały się w pogawędkę z rodziną Rosjan. Od nich dowiedzieliśmy się, że alternatywna droga dojścia do jeziora Ala Kol jest nie do przejścia bez raków.

Dlatego trzymamy się pierwotnej koncepcji i rano zostawiamy plecaki w jurcie (50 somów) i ruszamy na lekko do jeziora. Obchodzimy obóz z tyłu żeby nie musieć iść po wodzie i tam trafiamy na drewniany most, po którym przechodzimy na drugą stronę. Z początku ciężko nam jest natrafić na szlak ale po chwili przedzierania się przez las odnajdujemy ścieżkę. Bez plecaków idzie się zdecydowanie przyjemniej, no i tempo mamy żwawe. W niecałe półtorej godziny docieramy do chatki stanowiącej bardzo prymitywne schronienie ale w przypadku niepogody jej obecność może okazać się nieoceniona. Po krótkim odpoczynku idziemy dalej w górę. Wychodzimy ponad las, zaczynają się kamienie, piargi i trzeba sobie wyszukiwać szlak. Mijamy wodospad i docieramy na półkę skalną skąd roztacza się widok na część jeziora. Woda jest intensywnie szmaragdowa ale to się zmienia w zależności od padania promieni słonecznych. Od południa jezioro odgradzają nagie, wysokie wierzchołki podczas gdy z drugiej strony zbocze jest łagodniejsze, bardziej trawiaste. Jesteśmy sami, delektujemy się chwilą i wpatrujemy w jezioro chowając zarazem przed wiatrem za kamiennym murkiem. W końcu jesteśmy na prawie 4000 metrów, a na sobie mamy tylko krótkie ubrania.
IMG_4078 IMG_4085
IMG_4100 IMG_4115

O w pól do trzeciej zaczynam schodzić. Idę pierwszy, dziewczyny kilka minut za mną. Każdy swoim tempem. W końcu niebawem i tak się gdzieś spotykamy na szlaku. Mijam jeszcze sporo osób idących mozolnie w górę z plecakami. Dwie godziny później jesteśmy już z Ewą na dole. Odbieramy plecaki z jurty i ruszamy doliną rzeki Karakol na dół. GPS pokazuje, że do przejścia są 24km. Co prawda Marat poprzedniego dnia mówił, że będzie w bazie i nas zwiezie na dół ale nie ma go więc ruszamy. Chcemy wyjść jeszcze żeby nie musieć dopłacać za kolejny dzień pobytu.

IMG_4118 IMG_4124 IMG_4132 IMG_4134

Cały czas idziemy wzdłuż rzeki, która raz płynie wartko, szybko wąskim korytem, a czasem rozlewa się na całą szerokość doliny płynąc leniwie i zmuszając nas do zdejmowania butów i przekraczania rozlewisk boso. Z tego powodu ubieramy nawet sandały ale po pewnym czasie z nich rezygnujemy bo nie amortyzują tak jak adidasy. Mam wrażenie, że idziemy bardzo szybko, gdy niespodziewanie podczas jednego z postojów doganiają nas dziewczyny. One postanawiają się rozbić kawałek dalej, a my idziemy jeszcze. Nie uchodzimy 500 metrów, gdy mijają nas pierwsze samochody. Nadzieja w sercach rośnie i jeden z nich się zatrzymuje. To strażnik parku – Marat. Pyta dlaczego na niego nie poczekaliśmy w bazie ale nie mieliśmy pewności, że na pewno pojedzie dziś na dół. Już wiemy dlaczego jest zawiedziony. Ta chęć zwiezienia nas to nie z dobrego serca tylko dla zysku. Teraz, gdy jesteśmy już prawie na dole to i zarobek będzie mniejszy. Godzimy się zapłacić po 200 som na osobę i jedziemy w dwójkę (dziewczyny nocują tutaj) do miasta. Dziewczyny polecały nam Hostel Nice przy ulicy Gebze 76. Rzeczywiście jest świetnie. Za 100 somów od osoby możemy rozbić namiot, a zrobić pranie za 60. Do tego do naszej dyspozycji jest czysta, przestronna kuchnia, toalety i prysznice z ciepłą wodą. Luksusy!

Poniżej zapisy ślady tras z GPS.

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Załączam też mapy, z których korzystaliśmy.

Dzień 5: Kazbek (5033 m)

Nie można powiedzieć, że dzwoniący o 4 rano budzik wyrwał nas ze snu, ponieważ chyba nikt z nas nie spał za dobrze z powodu zimna, małej przestrzeni, którą oferował nam namiot i zmęczenia.  Postanowiliśmy jeszcze trochę odczekać aż ekipa z Rumuni nas wyprzedzi. Po rozmowie na lodowcu poprzedniego dnia wynikało, że planują wyruszyć wcześnie rano i chcieliśmy dać sobie trochę czasu jeszcze i pozwolić im przetrzeć szlak. W konsekwencji minęło jeszcze z pół godziny zanim na dobre powstawaliśmy. Mi przyszło to tym trudniej z powodu zmęczenia, które nie ustąpiło jak do tej pory. Wypiliśmy tylko gorącą herbatę, którą zagryzłem paroma kostkami czekolady i zbieraliśmy się do wyjścia. Siły wciąż nie chciały mi wrócić i postanowiłem, że w takim stanie nie mam szans gdziekolwiek dojść i większy sens będzie jeśli jeszcze poleżę i około 8 spróbuję się gdzieś przejść, zaaklimatyzować, a następny dzień przeznaczę na zaatakowanie szczytu jeśli pogoda pozwoli. A trzeba przyznać, że o poranku widoki byłe piękne. Górujący wysoko nad nami stromy szczyt Kazbeku. Wokoło ośnieżone szczyty, niebieskie niebo i chmury zasnuwające doliny.

Owinąłem się dwoma śpiworami, ułożyłem wygodnie i w końcu mi było ciepło. Zostałem przeszkolony przez Elka jak obsługiwać jego kuchenkę i miałem zamiar jak najdłużej poleżeć bez zbędnego ruchu.

Trwało to może z 5 minut, kiedy stwierdziłem, że skoro mam iść później na Plateau sam to jednak wolę wyruszyć teraz razem z nimi i najwyżej wrócę, gdy zacznie brakować mi sił. Ubrałem wszystko co miałem do dyspozycji. Opaskę zamiast na uszy założyłem na szyję wraz z chustką, na głowę czapka, na ręce cieniutkie rękawiczki i skarpety. Z kijkami dłonie jednak trochę pracują i nie powinno być tak zimno.  Spakowaliśmy raki, czekan, trochę jedzenia, picie i ruszyliśmy w górę po kamieniach.

W okolicach czarnego krzyża weszliśmy na lodowiec i podążaliśmy po śladach naszych poprzedników choć śnieg był ubity i zmrożony. Pomimo pięknej pogody góry przesłaniały słońce, szliśmy cieniem i było zimno. Nie jakoś bardzo zimno, może w granicach -10C ale jak na nie zbyt dobrze dopasowane ubranie miało prawo mi być chłodno. Najgorzej w ręce.

Po około półtorej godziny marszu Kinga zdecydowała, że zawróci. Wzięliśmy jedną jej parę skarpetek, którą natychmiast ubrałem na ręce, uprzednio wkładając pod nie jakieś skrawki gazet. Łyknęliśmy kolejną tabletkę aspiryny choć głowa mnie nie bolała i czułem się zadziwiająco dobrze.

Jeszcze około 100 metrów poniżej Plateau minęliśmy Rumunów, z których ekipy wracały na dół dwie osoby, a cztery szły dalej. Weszliśmy w strefę słońca i wolnymi krokami parliśmy na przód. Widoki roztaczały się piękne. Za sobą mieliśmy lodowiec Gergeti, przed nami zielone, relatywnie płaskie tereny Osetii i Dagestanu w Rosji, na zachodzie w oddali majaczyły ośnieżone wierzchołki kaukaskich szczytów w Swanetii, a z prawej Kazbek czekający na nas. Od momentu przejścia przez Plateau byliśmy po rosyjskiej stronie granicy.

Zrobiliśmy sobie małą przerwę, poowijane ręce nie pozwalały na zbyt wiele dokładności ale jakoś udało się wygrzebać z kieszeni na wpół ujedzoną churkchelę, żel energetyczny z kieszeni i rurkę z bukłaka z Isostarem. Założyłem też już wcześniej raki ponieważ mam paskowe, których plastik izoluje od śniegu i poprawia komfort termiczny w butach.

Przed nami w niewielkim oddaleniu widzieliśmy cztery kolejne osoby – Gruzinów z przewodnikiem. Nie spieszyli się, ponieważ chcieli nas najwyraźniej przepuścić. Od tego momentu to nam przyszło torować szlak, a śnieg sięgał już do połowy łydek. Jeszcze przez parę metrów szliśmy trawersując zbocze, a później skręciliśmy pod kątem 90 stopni by zacząć mozolnie piąć się pod górę. Ściana była dość stroma, a głęboki śnieg skutecznie nas spowalniał. Zmienialiśmy się z Elkiem na prowadzeniu i torowaniu, choć na ostatnich metrach zostałem w tyle i zacząłem odczuwać głód. W ruch poszedł kolejny żel. Dostępu do grani szczytowej bronił około 2 m wysokości śnieżny nawis, po którym należało się wdrapać wbijając w nań dzioby raków. Obyło się bez wyjmowania czekana. Liczyłem, że to już gdzieś blisko, a okazało się, że od wierzchołka dzieli nas jeszcze jakieś 200 m (w pionie) i chyba dość słynna już ścianka. Nie była ona tak straszna jak ją opisywano w internecie i choć z początku ciężko mi było wykrzesać kolejne siły to w miarę nabierania wysokości szło mi się lżej. Nie wiem ile miała stopni nachylenia ale jeśli miałby porównywać to kojarzy mi się z zimowym podejściem pod Zawrat od strony Czarnego Stawu.

Po około 6,5 godzinach nie mieliśmy już dokąd wyżej iść. Tuż przed południem stanęliśmy na szczycie. O dziwo było cieplej niż na podejściu, a przynajmniej bezwietrznie. Mała chorągiewka powiewała wbita w śnieg. Poniżej Gruzini pokonywali właśnie nawis.
Zrobiliśmy parę zdjęć i po chwili zaczęliśmy schodzić. Na wszelki wypadek wyjęliśmy czekany, a kijki wrzucili do plecaka. Po pół godzinie schodzenia minęliśmy się z Rumunami, którzy jeszcze nie dotarli do nawisu. Z czekanem szło się już niewygodnie, bo nie sposób się na nim zeprzeć, żeby nie wbijał się w śnieg, a ciężko iść nie chwiejąc się w takim głębszym śniegu. Zatem do rąk wracają kijki, a czekan i raki ponownie wędrują do plecaka.

Na wysokości ok 4700 m wchodzimy w chmury, które od rana wstępowały wyżej i zastaje nas zamieć śnieżna. Wszystkie ślady zostały zasypane, wszędzie biel i biel. Nawet śnieg jest całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek faktury, także momentami nie jesteśmy w stanie ocenić czy idziemy w dół czy w górę. Na szczęście nigdzie nie ma w okolicy miejsc, skąd można by spaść. Co najwyżej czeka nas bardzo długi spacer w okolicach Plateau.

Ja miałem swój GPS w kieszeni, a Elek na ręce i to za pomocą jego Garmina schodziliśmy w dół. Choć jak wiadomo, GPS nie jest urządzeniem najdokładniejszym i próbując wracać po śladzie mimowolnie trochę zygzakowaliśmy.
Z minuty na minutę zmęczenie coraz bardziej dawało nam się we znaki i zaczęliśmy trochę się słaniać na nogach. Ręce ciągle mieliśmy poowijane w kilka warstw różnych strzępków odzieży, skarpetek i woreczków foliowych co uniemożliwiało, a przynajmniej skutecznie utrudniało wyciągnięcie jedzenia czy picia, a w moim przypadku nawet zapięcia rozpiętego guzika w spodniach, które nieustannie zaczęły mi opadać.

W pewnym momencie zeszliśmy poniżej chmur i w dole ujrzeliśmy kilka osób idących gęsiego na jednej linie. Szli oni na Plateau, skąd następnie chcieli zaatakować szczyt następnego dnia. My z kolei od tego miejsca mieliśmy już przetartą i jasną drogę przez lodowiec na dół. Mimo tego, przystawaliśmy jeszcze parę razy. Raz sobie nawet pozwoliliśmy usiąść na parę minut. Poczułem, że odpływam i zaczynają mi się śnić różne rzeczy. Za chwilę dociera do mnie z oddali głos Elka, mówiący że trzeba dalej iść bo on zasypia. Dopiero parę minut drogi od namiotu zrzuciliśmy wszystko, co mieliśmy na rękach i trochę się nawodniliśmy.
Po 3,5 godzinach schodzenia byliśmy wreszcie w namiocie. Jedyne o czym marzyłem wtedy to się położyć i odpocząć. To oraz napić się gorącej herbaty.

Pomimo wczesnej godziny nie bylibyśmy w stanie tego samego dnia powrócić do Kazbegi, dlatego resztę dnia odpoczywaliśmy i przesypialiśmy.

Zapis śladu trasy z GPS.