Dzień 48 – Samosir – Medan

Dziś wracam na stały ląd. Prom mam o 8 rano, a autobus o 9:30. Co prawda restaurację otwierają dopiero o 8, ale udaje mi się załapać wcześniej na chapatti z serem i pomidorami, naleśnik z czekoladą i herbatę z imbirem – przepyszne jak za każdym razem.

Odjazd trochę się przeciąga, bo kierowca jeszcze nie dojechał, ale to nic bo i tak mam cały dzień wolny. Maikela zostawiłem na wyspie, zresztą swoją pelerynę także suszącą się dalej na sznurku, a w busie poznaję za to parę Holendrów, którzy przylecieli do Indonezji zaledwie na dwa tygodnie.

Z kilku możliwości zatrzymania się w Medan dzięki uprzejmości osób z Couch Surfing postanawiam zatrzymać się u Rose, z którą wcześniej byłem w kontakcie, i której siostra – Nita odebrała mnie z lotniska. Wysiadam zatem kilkanaście kilometrów przed miastem na jakimś dworcu i muszę od razu oganiać się od natrętów. Odbiera mnie Nity kolega i skuterem jedziemy do niego jakieś 100 metrów zaledwie. Na Rose muszę poczekać do 17 aż wróci z pracy.

Gdy już wróciła to okazało się, że nie posiada klucza do domu, ale jako że drzwi  bardziej przypominały wejście do garażu niż do domu i były zamykane na kłódkę, więc Rose postanowiła odgiąć śrubokrętem skobel i w ten sposób weszliśmy do środka. I tak musieliśmy do wieczora siedzieć na zewnątrz, przed domem, ponieważ nikogo innego nie było w domu i jeszcze ludzie mogliby zacząć plotkować gdybyśmy byli sami w środku. A komary sobie poużywały.

Dom jest bardzo skromny i prosty. Ja śpię w pokoju, który raczej wypada nazwać izbą, jako że bardziej przypomina garaż, tylko bez samochodu. Żeby nie było mi samotnie to w rogu jest jeszcze kogut z kurą, które musieliśmy wpierw zagonić do środka, załapać, wrzucić do worka i umieścić w pudełku.
Łazienka z kolei to nagie betonowe ściany i kamienny zbiornik z kapiącą się doń zimną wodą, którą należy się polać w celu umycia.

Przed snem stoczyłem jeszcze małą dyskusję czy w ramach wyjątku mogę zamknąć drzwi do pokoju, których nikt nigdy nie zamyka oraz czy jest możliwość, aby wyjątkowo odstąpiły od codziennego rytuału śpiewania o 5 rano.

Przeglądając Internet przed snem znalazłem ofertę hotelu Novotel w centrum Bangkoku za 60 zł ze śniadaniem, ale postanowiłem, że zamiast w czterogwiazdkowym hotelu wolę zatrzymać się u Aleksa albo pójść do jakiegoś hostelu, gdzie w pokoju wspólnym będę miał okazję zamienić z kimś parę słów.

Reklamy

Dzień 47 – wyspa Samosir

Drugiego dnia na wyspie także wypożyczamy skutery. Tym razem w cenie IR 70000, także zatankowane. Na początku objeżdżamy półwysep, na którym mieszkamy – Tuc Tuc, a po wyjechaniu na główną drogę kierujemy się na północ. Słońce grzeje w plecy i w spalony dnia poprzedniego kark.

Zatrzymujemy się przy kamiennych krzesłach liczących sobie około 300 lat, na których odbywały się narady plemienne i gdzie oskarżano winnych wszelakich zarzucanych im czynów, którym następnie zasłaniano oczy, nacinano skórę, a w rany wkładano chili i czosnek. Później obcinano im głowy, krojono i zjadano. Ciężko wyczuć na ile te przyprawy stanowiły torturę, a na ile były dodawane dla poprawienia smaku.

Kawałek dalej znajdują się kolejne kamienne krzesła. Za wejście do jednych z nich trzeba zapłacić IR 3000. Co prawda można dodatkowo obejrzeć chaty Bataków, które my już widzieliśmy dzień wcześnie i to w normalnych warunkach, w których żyją do dziś ludzie, a nie w muzeum. Bez wątpienia pierwsze miejsce, które obejrzeliśmy było najmniej skomercjalizowane, a do tego położone na skraju małego zagajnika, w bardzo ustronnym i cichym miejscu.

Po postoju dalej kierujemy się na północ, a potem lekko na zachód wzdłuż brzegu wyspy. Słońce ciągle mocno grzeje, szczególnie podczas postoju, gdy pęd powietrza przestaje chłodzić ciało. Od czasu do czasu zatrzymujemy się dla uwiecznienia ładnych widoków na zdjęciach.

Przed miasteczkiem Pangururaran skręcamy w prawo na wąską groblę, która łączy wyspę ze stałym lądem i jedziemy na ciepłe źródła. Już w okolicy śmierdzi siarką. Same ciepłe źródło to kompletnie nic ciekawego – basen wybudowany na tyłach restauracji z ciepłą wodą wlewającą się z jakiejś rury.

Zaczyna padać i po upale oraz słońcu nie ma już śladu. Jest za to zimno i mokro. Czekamy chwilę w restauracji, zjadamy małe co nieco i decydujemy się na powrót. Nie pada już szczególnie mocno ale na skuterze łapie się wszystkie krople. Dobrze, że po jakimś czasie przestaje całkiem. Zdejmuję pelerynę, która działa jak spadochron w czasie jazdy, bo w dodatku poziom paliwa drastycznie spada i obawiam się czy wystarczy na powrót. Gdy zatrzymujemy się, żeby oglądnąć podwójną tęczę wychodzącą wprost z wody w całej okazałości, sprawdzam poziom paliwa w zbiorniku i na oko wydaje się być wciąż w połowie pełny, mimo że wskazówka schodzi już na czerwone pole.
Nie mniej jednak postanawiamy zaryzykować i nadłożyć parę kilometrów, żeby podjechać ponownie do Tombok do restauracji na kolację.

Wieczór rozgrywamy kolejne partie bilardu z przerwą na kolację – pyszne curry z ryżem i ziemniakami.

Ciepłe źródło.