Dzień 7: Mccheta

Będąc w Tbilisi nie sposób nie zwiedzić Mcchety, która znajduje się zaledwie 20 km od stolicy. Dostać się tam można bardzo łatwo – ze stacji Didube marszrutką za około 1,5 lari.

Mccheta jest jednym z najstarszych gruzińskich miast, kolebką chrześcijaństwa w tym kraju, a współcześnie siedzibą gruzińskiego kościoła prawosławnego. Założona około roku 327, choć jej początki datuje się już na 1000 lat przed naszą erą co czyni ją jednym z najstarszych zamieszkanych nieprzerwanie miast na ziemi.

W mieście wpisanym na listę UNESCO znajdują się znajdują trzy kościoły. Zbudowany w 1130 roku kościół Samtavro będący obecnie częścią zakonu, katedra Svetiskoveli pochodząca z XI wieku oraz położony na wzgórzu kościół Jvari.

Zwiedzanie rozpoczynamy od Samtavro, nieopodal którego zatrzymuje się marszrutka z Tbilisi. Żeby wejść do środka należy zakryć kolana i ramiona, a w przypadku kobiet również nałożyć chustkę na włosy co jest standardem w kościołach prawosławnych.

Parę minut spacerem położona jest katedra, w której według legendy znajduje się szata Chrystusa, zakopana gdzieś pod fundamentami. Okoliczny żyd Elioz miał rzekomo być w Jerozolimie w momencie ukrzyżowania Chrystusa i powrócił do Mcchety wraz z szatą. Na skutek tego zdarzenia jego Siostra Sidonia później zmarła z powodu pasji wiary. Szatę pochowano wraz z nią, lata mijały, a ludzie zapomnieli właściwego miejsca spoczynku. Aż do czasu, gdy król Miriam zdecydował w IV wieku zbudować w Mcchecie katedrę i postawić na środku kolumnę, której nie dało się podnieść z ziemi. Dopiero po całonocnych modlitwach kolumna sama przemieściła się na właściwe miejsce – miejsce pochówku Sidonii. Od tamtego czasu kolumnie przypisuje się wiele cudów, a nazwa Svetitskhoveli znaczy „kolumna dająca życie”.

Widoczny w oddali na wzgórzu kolejny kościół to Jvari, do którego najłatwiej dotrzeć taksówką (15 lari, 30 km w dwie strony). W samym centrum kierowca dostaje mandat za omijanie progów zwalniających na linii ciągłej i jedziemy dalej. Razem z nami zabiera się również Peruwiańczyk obecnie mieszkający w Baku – Alvaro. Z pod kościoła rozpościera się widok na całą okolicę, na Mcchetę leżącą u zbiegu rzek Aragvi i Kury i położone za miastem góry.

Po powrocie do stolicy zabieramy bagaże i ponownie wracamy na stację Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do Gori – miasta narodzin Stalina.

W 45 tysięcznym mieście nie jest łatwo znaleźć nocleg ale pomagają nam w tym miejscowi, wykonują parę telefonów, narad i w końcu polecają nocleg u Luki, dokąd prawie z dworca zawozi nas taksówka (1 lari).

Reklamy

2013.05.09 – 12 – Chorwacja, Bośnia i Hercegowina

Decyzja o wyjeździe do Chorwacji była bardzo spontaniczna. Zobaczyłem ofertę przelotu z Warszawy do Zadaru w cenie 49 zł w dwie strony z bagażem rejestrowanym i wahałem się ledwie kilkadziesiąt sekund. Wylot był bardzo blisko, ponieważ już następnego dnia musiałem jechać do Warszawy by zdążyć na samolot. Na miejscu nie miałem zbyt wiele czasu – ledwie cztery dni, dlatego chciałem go wykorzystać jak najlepiej.

Po wymianie kilkunastu maili udało mi się porozumieć z paroma osobami poprzez forum internetowe i ustaliliśmy, że wspólnie wypożyczymy samochód i objedziemy trochę Chorwacji, a jeśli będzie to możliwe to wstąpimy również do Bośni i Hercegowiny.

Na lotnisku w Zadarze wynajęliśmy samochód na cztery dni (94€ + 40€ dodatkowe ubezpieczenie) i ruszyliśmy wybrzeżem w kierunku południowym, co rusz zatrzymując się by podziwiać widoki lub wejść do morza.

W Biogradzie wsiedliśmy na prom (12 HRK w jedną stronę) płynący na wyspę Pasman, gdzie spędziliśmy trzy godziny krążąc po okolicznych wzgórzach. W ten sposób dotarliśmy do klasztoru Benedyktynów, który mieścił się na jednym z nich. Niestety godziny otwarcia (16-18) nie pozwalałby nam na wejście do środka.

Pod wieczór docieramy do Trogiru – malowniczego małego miasteczka wpisanego na listę dziedzictwa narodowego UNESCO. Pomarańczowe słońce oświetla jasne budynki nadając im ciepłych barw, co czyni je wręcz idealnymi do fotografowania. Przechadzanie się wąskimi, kamiennymi uliczkami z jasnego kamienia to również wielka przyjemność. Maj to jeszcze okres zdecydowanie przed sezonem, więc okoliczne lokale są w przeważającej mierze puste, a miasto nie jest zatłoczone.

Rano jedziemy do Splitu, w którym również zwiedzamy stare miasto. W moim odczuciu jest ono podobne do Trogiru, tzn. nadmorski deptak obsadzony palmami z poustawianymi ławkami, wąskie, wysokie uliczki i tylko ludzi jakby więcej.

Jadąc dalej na południe, docieramy do Omisa, w którym to zmieniamy kierunek i serpentynami jedziemy wgłąb lądu, w stronę gór. Drogi są tutaj węższe ale i spotykamy na nich mniej samochodów. Po kilkudziesięciu kilometrach ponownie docieramy do wybrzeża zjeżdżając ku Riwierze Makarskiej.

Aby dotrzeć do Dubrovnika musimy przejechać przez wąski (14 km) pas lądu będący terytorium Bośni i Hercegowiny. Jednak kontrola graniczna jest pobieżna i ogranicza się do szybkiego sprawdzenia naszych paszportów.

Dubrovnik, czyli miejsce kręcenia popularnego ostatnio serialu  „Gra o tron” na podstawie książki o tym samym tytule to filmowa Złota Przystań. Tutaj turystów jest już zdecydowanie więcej, szczególnie na głównych ulicach starego miasta, gdzie gromadzą się dodatkowe tłumy w związku z jakąś paradą, która się dziś odbywa. Ja szukam dla siebie ciekawych ujęć, w związku z czym zaglądam w najwęższe uliczki, które notabene świecą pustkami i chronią przed południowym słońcem.

Z Dubrovnika do granicy z Bośnią i Hercegowiną jest ledwie kilkanaście kilometrów, a i kontrola paszportowa jest trochę dłuższa, choć bez większych trudności. Na pierwszy rzut oka kraj ten jest bardziej spokojny, senny i pusty niż Chorwacja. Droga prowadząca od granicy wiedzie poprzez góry i prawie nie mija się żadnych zabudowań. W miejscowości Stolac próbujemy wymienić walutę, jednakże w sobotę po godzinie 13 wszystkie urzędy są już pozamykane. Okazuje się, że nie jest to problemem ponieważ w Bośni i Hercegowinie oprócz ichniejszych marek można płacić w euro lub chorwackich kunach.

O ile na wybrzeżu pogoda była słoneczna, o tyle tutaj niebo zasnuły chmury i zrobiło się chłodniej. Od czasu do czasu na przednią szybę spada parę kropli deszczu.

Do Mostaru – naszego celu w Bośni i Hercegowinie docieramy we wczesnych godzinach przedpołudniowych. Miasto słynie ze starego mostu rozpiętego nad rzeką Naretwą. Na moście kotłuje się tłum turystów i przejście tych kilkunastu metrów z jednej strony na drugą zajmuje długie minuty, szczególnie że kostki są śliskie i wiele osób idzie powoli.
Stary most jest popularnym miejscem, z którego oddaje się skoki do wody. Za tę chwilę „przyjemności” należy uiścić opłatę w wysokości 25€ w klubie skoczków, który ma swoją siedzibę na jednym z końców mostu.

Wieczór postanawiamy kierować się już na północ, tym razem jednak jadąc przez Bośnię i Hercegowinę, aby w miarę wcześnie dotrzeć do Jezior Plitwickich. Żałuję tylko, że trzeba było jechać nocą, ponieważ gdy jeszcze było widno, droga prowadziła wąwozami wzdłuż rzek. Raz pięła się serpentynami w górę na przełęcz by następnie łagodnie opaść po drugiej stronie. Z każdej strony góry, lasy, a widoki musiały zapierać dech.

W okolice parku docieramy już w środku nocy, ponieważ jazda po drogach Bośni i Hercegowiny to sama przyjemność – tak samo jak po Chorwacji. Nawet w dzień nie ma tłoku, jazda auto za autem to naprawdę rzadkość – tak samo jak dziury. W dodatku wszyscy przestrzegają przepisów i nie jeżdżą szybko. Trzeba tylko uważać na Bośniackie fotoradary, które są w żaden sposób nieoznaczone.

Pogoda rano jest fatalna. 8C i pada mocny deszcz. Niestety zwiedzanie nie tyle w takich warunkach, co w letnim ubraniu nie ma sensu. Dzięki uprzejmości obsługi parku udaje nam się wejść jedynie na taras widokowy i zrobić parę zdjęć, po czym pospiesznie wracamy do samochodu i kierujemy się w stronę wybrzeża.

Ledwie pół godziny później i kilkanaście kilometrów dalej deszcz powoli ustaje, temperatura się podnosi, a niebo wypogadza. Gdy docieramy ponownie do Zadaru jest już bardzo ciepło, choć wietrznie. Ostatni dzień spędzamy na kręcenie się po mieście i okolicach. W wielu domach można bez problemu kupić wino i rakiję domowej roboty (20-30 HRK) z czego również i my korzystamy.

O 21 jesteśmy umówieni na oddanie samochodu na lotnisku, więc pomimo, że odlot dopiero mamy po północy to udajemy się tam wcześniej. Na szczęście czas szybko mija, a w związku z małym ruchem na zadarskim lotnisku odprawa zaczyna się 3,5 h przed odlotem.

Tak oto kończy się mój pierwszy pobyt na Bałkanach, choć bez wątpienia nie ostatni, ponieważ zostało parę miejsce, których nie udało mi się odwiedzić podczas tych intensywnie spędzonych czterech dni i cieszę się, że miałem możliwość bycia w tylu nowych miejscach

Dzień 3 – Galle – Tissamaharama

Rano raz jeszcze spacerujemy po holenderskim forcie w Galle. Jest sobota i pary młode urządzają sobie sesje fotograficzne. Na kamieniu wyleguje się potężna jaszczurka, a siedzący obok kot z początku wyraża nią zainteresowanie, by zapewne stwierdzić po chwili, że ani zjeść się nie da, ani zjedzonym się nie zostanie, więc już bez skrępowania przysiada się obok.
Na stylowych uliczkach można gdzieniegdzie spotkać obwoźnych handlarzy spędzających owoce na swoich wózkach, a ja podczas fotografowania rzemieślnika szlifującego kamienie księżycowe pod sklepem dostaję od niego mały kawałek na pamiątkę.

Z dworca autobusowego w Galle jedziemy lokalnym autobusem do Matary. Autobus potrzebuje prawie 1,5h, żeby pokonać dystans 44km dzielący oba te miasta. Bierze się to po części z tego, że kierowca zatrzymuje się, gdy tylko ktoś machnie ręką, co może mieć miejsce nawet kilkukrotnie na odcinku paruset metrów.

W Matarze przesiadamy się na autobus jadący bezpośrednio do Tissamaharamy, zwanej przez wszystkich po prostu Tissą, miasteczkiem leżącym w bezpośrednim sąsiedztwie parku narodowego Yala. Tym razem autobus nie zatrzymuje się co rusz i jazda jest bardziej płynna, a kierowca wyprzedza na potęgę. W pewnym momencie zahacza lekko o kierowcę tuk-tuka ale niezrażony jedzie dalej. Pech chce, że chwilę wcześniej wyprzedziliśmy dwóch policjantów na motorze, którzy zatrzymują nasz autobus. Zjawia się też poszkodowany kierowca tuk-tuka w stanie bardzo niezadowolonym. Chwilę dyskutują, policja najwidoczniej nie chce marnować swojego czasu i prawie natychmiast odjeżdża,  kierowca naszego autobusu wręcza temu z tuk-tuka parę banknotów, a jeden z pasażerów rozgania całe to zbiorowisko i najprawdopodobniej zachęca do kontynuowania jazdy. Tak jest, po co tracić czas, w końcu to tylko stłuczka i ucieczka z miejsca zdarzenia. Dzień jak co dzień.

Niestety w Hambantocie zmieniamy autobus, na taki pamiętający jeszcze czasy Holendrów czy Anglików będących we władaniu wyspą, w którym przy wyższej prędkości (czyli bagatela ok 60 km/h) odnosi się wrażenie, że jeszcze trochę  tych wibracji, a teleportuje się on do innego wymiaru.
W autobusie jeden z tubylców zaczyna zachwalać nam swój nocleg, pokazuje zdjęcia i książkę z wpisami zadowolonych gości. Dajemy się skusić i nie żałujemy. Pomimo tego, że cena świetna (RS 1500) to willa położona jest nad brzegiem jeziora, w którym żyją m.in. krokodyle. Jednego udało się nam nawet dostrzec wylegującego się pod drzewem. Z tego też powodu cała posiadłość otoczona jest drutem kolczastym. Kilka okolicznych drzew jest dosłownie obleganych przez wiszące na nich do góry nogami nietoperze. Miejscowi mówią, że ich liczbę szacuje się na 100 000 sztuk. Poza tym nie jest problemem dostrzec spacerujące białe czy siwe czaple, pływającego po jeziorze pelikana, latające nad głowami zielone papugi i skaczące po drzewach małpy. Węży podobno nie ma ze względu na podmokły teren i schyłek pory deszczowej, ale w drodze do miasta nagle się zatrzymujemy, bo któryś z tubylców dostrzegł węża gdzieś w trawie. Gdy zatrzymaliśmy się, żeby mu się lepiej przyjrzeć to już go nie było.

Dzień 2 – Colombo – Ambalangoda – Galle

O 8:30 ze stacji Colombo Fort jedziemy pociągiem do Bentoty, aby zwiedzić wylęgarnię żółwi. Pomimo, że pociąg dzieli się na trzy klasy to ciężko rozróżnić, gdzie która się zaczyna czy kończy.  O wolne miejsce ciężko więc siadam w przejściu na podłodze i przez otwarte drzwi obserwuję okolicę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, momentami zaledwie parę metrów od oceanu. Na pokonywanym przez nas odcinku w 2004 roku w pociąg uderzyła fala tsunami zabijając w ponad 1500 pasażerów. Obecnie ślady zniszczeń nie są już widoczne.

Jeden z poznanych w wagonie tubylców po chwili rozmowy zachęca nas, abyśmy wysiedli jedną stację dalej – w Ambalangodzie, skąd do żółwi w Koskogodzie jest rzekomo bliżej.
Dworzec opuszczamy bez większych trudności, mimo że bilet mieliśmy tylko do poprzedniej stacji.
Ze 150 rupii za kilometr obniżamy cenę do 80 i jedziemy tuk-tukiem zwiedzać pobliską wylęgarnię żółwi.

W ośrodku (wstęp Rs 500) mamy możliwość bliżej poznać aż pięć gatunków tych poczciwych zwierzaków. Najbardziej popularny jest żółw zielony, a następnie żółw oliwkowy, żółw szylkretowy, żółw skórzasty, żółw karetta. Jaja przypominające piłeczki ping-pongowe zakopane są w piaskowych kopczykach.  Ich czas wykluwania różni się w zależności od gatunku,  ale wszystkie wahają się w granicach 30 dni. Do ośrodka znoszą jaja między innymi zwykli ludzie, którzy dostają za każde parę groszy więcej, aniżeli płacą restauratorzy, którzy skupują je w celu przyrządzenia później omletów z żółwich jaj. Po wykluciu małe żółwiki przenoszone są do zbiornika z wodą, w którym dorastają i gdy są już na tyle duże, aby można je bezpiecznie wypuścić, przenosi się je nad ocean, gdzie podążają już w swoją stronę.

W innych zbiornikach pływają większe żółwie – osiągające w granicach 10-15 kg oraz niepełnosprawne, które na przykład straciły płetwy zaplątując się w sieci. Dorosłe osobniki w zależności od gatunku osiągają 150 – 200 kg i do 2 m długości. Żyją nawet i do 200 lat.
W jednym ze zbiorników pływał bardzo rzadko spotykany żółw albinos. Zabronione było dotykanie czy chociażby wkładanie rąk do wody aby chronić go przed różnymi chorobami. Jednak biedak i tak nie ma szczęścia. Raz, że albinosy żyją zdecydowanie krócej od innych przedstawicieli swojego gatunku, a dwa, że żółw ten stanowi atrakcję całego ośrodka w takim stopniu, że nieustannie ktoś przy nim siedzi i go pilnuje.

Po wyjściu z ośrodka jedziemy do ogrodu z ziołami, gdzie na początek zostajemy poczęstowani pyszną herbatą z imbirem, kardamonem i cynamonem, a następnie oprowadzono nas po ogrodzie, w którym pokazano nam jak rosną m.in. wanilia, szafran, imbir, pieprz, ananasy, cynamon, pieprz i parę jeszcze innych roślin, z których wyrabiają tam lekarstwa na różne przypadłości.

Przy pomocy odpowiednich wyciągów z czerwonego ananasa można zrzucić do 6 kg w ciągu miesiąca. Cynamon służy do pozbycia się szumów w uszach, bólu głowy i migren, olejek sandałowy zmieszany z czymś jeszcze pozwala pozbyć się wszelkich problemów związanych ze skórą, a podobno stosowanie go przez dwa miesiące usuwa nawet tatuaż. Ja w ramach testów poddałem się zabiegowi depilacji kawałka nogi kremem na bazie szafranu. Po 10 minutach wystarczyło tylko zetrzeć i wszystkie włosy same wypadły. Według informacji powtórzenie zabiegu parokrotnie w ciągu miesiąca gwarantuje brak owłosienia na najbliższe dwadzieścia (20) lat! Z preparatu korzystają m.in. mnisi do golenia głów. Ja od siebie mogę powiedzieć, że po trzech tygodnia na nodze nadal nie mam praktycznie żadnych śladów odrastania.
Minusem są jednak ceny, które w zależności od rodzaju specyfiku zaczynają się w granicach 25 USD za małe opakowanie. Warto jednak udać się do jednego z takich miejsc, aby dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, a ewentualny zakup zostawić do momentu wizyty na jednym z lokalnych targów (np. w Kandy), gdzie ceny są nawet 3-4 krotnie niższe.

Z ogrodu jedziemy do kopalni kamieni szlachetnych, w której wydobywa się głównie kamień księżycowy, a od czasu do czasu trafi się jakiś szafir. Z 12 m dołu ręcznie wydobywa się urobek i następnie przesiewa w wodzie. Obok inni pracownicy szlifują wydobyte kamienie. Zwiedzanie nie byłoby kompletne bez obowiązkowej wizyty w sklepie, w którym próbują wcisnąć nam cokolwiek byle tylko coś sprzedać.

Kierowca tuk-tuka wysadza nas przy głównej drodze i od razu łapiemy autobus do Galle, którego kierowca cierpliwie czeka aż przeniesiemy swoje plecaku do środka.

W Galle nocleg znajdujemy wewnątrz fortu wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tym razem nocleg jest ciut lepszy, jest ciepła woda, a poza tym bardzo duszno.

Na posiłek udajemy się do typowo lokalnej knajpki, w której jadają miejscowi. Za serwetki służą kawałki starych gazet, które po użyciu rzuca się na ziemię. Wszyscy nas obserwują, a ktoś z obsługi dosłownie stoi nad nami przez cały czas i pyta czy czegoś nie potrzebujemy jeszcze.
Samo jedzenie oczywiście bardzo ostre. Jadłem już pikantne dania w Azji Pd-Wsch., ale bezsprzecznie te na Sri Lanca należą do najostrzejszych jakie gdziekolwiek spotkałem. Ja zajadam się hoppers(appam), czyli swego rodzaju plackami wyrabianymi z mleka kokosowego i sproszkowanego ryżu moczonych w sosie z czosnku i chili. Pycha!

Hoppers

Hoppers

2010.06.15 – 30 – Szwecja

Plan wyjazdu rowerem do Skandynawii zrodził się w mojej głowie już znacznie wcześniej. Wcześniej nawet niż wycieczka do Budapesztu, Bratysławy i Wiednia. Gdy zbliżała się wiosna uznałem, że najwyższa pora go zrealizować. Jednak zanim wyruszyłem w drogę musiałem odpowiednio do tego celu przygotować zarówno siebie jak i rower. Trochę przekornie postanowiłem prawie w ogóle nie jeździć na rowerze, bo w najbliższym czasie będę miał go powyżej uszu, a zamiast tego skupić się intensywnie na bieganiu i wzmocnieniu kondycji. Co się tyczy natomiast sprzętu, to zdecydowania tylna sakwa była za mała, aby spakować się do niej na bliżej nieokreślony okres czasu. Zakupiłem zatem bagażnik na przód z sakwami MSX, zmieniłem przednią piastę i założyłem z wbudowanym dynamem i podłączyłem urządzenie, za pomocą którego mogłem ładować GPS i telefon. Przy okazji wymieniłem opony, zmieniłem kasetę i wyregulowałem przerzutki. I to by było na tyle.
Pakowanie czas zacząć. Nie wiedziałem jeszcze jak długo planuję przemierzać skandynawskie ziemie, ale wiedziałem, że muszę być jak najbardziej samowystarczalny i przygotowany na różne sytuacje.
Do roweru zabrałem tylko trzy zapasowe dętki i linki hamulcowe, a do tego dwa klucze imbusowe, którymi mogę wyregulować większość rzeczy. Ułożyłem także menu, w skład którego wchodziły m.in. owsianki, kaszki Nestle, mleka w proszku, musli, kuskus, makaron spaghetti i sosy, pasztety oraz zupki chińskie, gorące kubki, jakieś batony, czekolady i Plusssz w proszku. Samo jedzenie ważyło ponad 11 kilogramów. Do tego zestaw garnków oraz palnik i kartusze z gazem.

Co do ubrań, to tutaj także musiałem się liczyć z bardzo zmiennymi i różnorodnymi warunkami atmosferycznymi, dlatego poza zwykłymi koszulkami i spodenkami rowerowymi zabrałem także kurtkę jesienną i zimową na rower, spodnie zimowe, ocieplacze na buty, rękawiczki rowerowe, czapkę i na wszelki wypadek także folię NRC. Namiot, ciepły śpiwór, karimata, aparat oraz kosmetyczka. Jadąc parę lat wcześniej z Węgier na Słowację, zmęczony, obolały i pod wiatr miałem ze sobą tylko trzy bandaże elastyczne, a jak na złość od pedałowania bolały mnie dwie kostki i dwa kolana, dlatego tym razem postanowiłem się lepiej zaopatrzyć w rzeczy, które mogą okazać się nieocenione podczas nadwyrężenia mięśni, ścięgien czy stawów i umożliwią mi dalszą jazdę. Z grubsza to wszystko.

Tak się złożyło, że akurat w podobnym okresie znajomi jechali swoim kamperem na ryby do Szwecji i zaoferowali, że mnie podwiozą, więc postanowiłem skorzystać i zabrałem się z nimi.

Ruszyliśmy wspólnie do Gdańska, skąd wieczór zaokrętowaliśmy się na prom do Nynashamn – miejscowości 60 km na południe od Sztokholmu. Po niecałych 20 godzinach spokojnego rejsu dopływami na miejsce. Wypakowuję rower z luku, składam rower w całość, zakładam sakwy i od tego momentu jestem skazany sam na siebie. Wstępnie założyłem sobie, aby dziennie przejechać średnio 140 km.

Pierwsze parę noclegów miałem upatrzonych z Google Earth, za pomocą którego znalazłem sobie parę przyjemnych jak mi się wtedy wydawało, polan nad jeziorami, gdzie będę mógł spokojnie rozbić namiot i przenocować. Dzięki skandynawskiemu prawu swobodnego dostępu do natury mogłem nocować prawie wszędzie na łonie natury, gdzie miałem tylko ochotę, byle trzymać się 100 m od najbliższych zabudowań i nikomu nie przeszkadzać. Jakie był moje rozczarowanie, gdy dotarłszy na przedmieścia Sztokholmu, nad upatrzone wcześniej jezioro, okazało się, że nie ma tam za bardzo miejsca na rozbicie namiotu i cudem znalazłem kawałek płaskiego terenu ze znośnym zejściem do jeziora, gdzie w konsekwencji rozbiłem namiot. Obok przebiegała droga prowadząca do pobliskich domów, ale zarówno ja jak i prawdopodobnie mieszkańcy również, postanowiliśmy nie zwracać na to uwagi. Ugotowałem sobie kuskus z sosem i zabranym z domu mięsem na pierwszy posiłek i położyłem się wcześniej spać, żeby odpocząć i nabrać sił na następny dzień.

Już około piątej rano potrzeba toalety zbudziła mnie i wyszedłem tak jak spałem – w bluzie i spodenkach. Założyłem tylko buty. Pech chciał, że pszczoły czy osy upodobały sobie okolice mojego namiotu i jak tylko wysunąłem się z niego zostałem zaatakowany. Butów oczywiście nie ubrałem porządnie, bo nie planowałem w nich odchodzić daleko, więc od razu je zgubiłem i zacząłem uciekać aż na drogę w samych skarpetkach. Jedyną radą na to było rozpalić ognisko. Byłoby miło, gdyby się udało, ale od wieczora wszystko zdążyło zawilgnąć i tyle z tego było. Żebym nie popadł w monotonię, to pod kamieniem odkryłem jakieś wijące się małe węże. Tego było już za wiele. Podjąłem decyzję, że czas się zbierać. Ugotowałem sobie śniadanie, ubrałem się, spakowałem i pojechałem zwiedzać Sztokholm.

Miałem oczywiście mapę ze sobą, ale korzystanie z GPS’u okazało się nieocenione i pozwoliło mi zaoszczędzić sporo czasu na błądzenie po mieście. Jako, że jest to moja druga wizyta w stolicy Szwecji, ograniczyłem się do małej rundki po mieście, przejeździe pod pałac królewski i na stare miasto (Gamla Stan).

Jadąc dalej, w jednym ze sklepów kupuję kiełbasy i wieczór rozpalam ognisko. I tak bym je rozpalił, bo ilość komarów uniemożliwia swobodne poruszanie się wokół namiotu, a pierwszą rzeczą po zatrzymaniu się, a przed rozbiciem namiotu jest zakrycie jak największej powierzchni ciała i posmarowanie całej reszty środkiem na komary.

Ruch na drogach jest znikomy, zresztą nie ma się to dziwić, to Szwecja. Mimo tego GPS prowadzi mnie w jeszcze bardziej boczne i mniej uczęszczane drogi, co nie oznacza pogorszenia się jakości nawierzchni. To wciąż jest południowa Szwecja, dlatego stosunkowo często mijam gospodarstwa rolne i farmy. W pewnym momencie kończy się asfalt i jestem zmuszony wjechać na drogę szutrową. Pomimo tego nadal jedzie się dobrze i utrzymuję w miarę szybkie tempo, na tyle na ile szybko można jechać rowerem ważącym 50 kg. Niespodziewanie w lesie mijam łosia, a właściwie łosicę, która przygląda mi się tak samo jak ja jej.

W Falun postanawiam odpuścić zwiedzanie kopalni miedzi, dlatego że byłbym zmuszony czekać do godziny 12 na wejście z przewodnikiem angielskojęzycznym. Postanawiam jechać dalej, w końcu Falun to nie koniec świata i jeszcze tu pewnie wrócę.
Im bardziej oddalam się od głównych dróg i jadę w kierunku północno-zachodnim, tym drogi robią się pustsze. Nie jest to jeszcze całkowita pustka, bo samochody mijają mnie od czasu do czasu, ale kto zna Skandynawię, ten wie, że duży ruch w naszym rozumieniu się nie zdarza.

Moim celem jest park niedźwiedzi Gronklitt w Orsie. Dobrze, że zdecydowałem się tam dojechać jeszcze tego samego dnia, ponieważ dwunastokilometrowy podjazd wymęcza mnie doszczętnie i nie jestem w stanie znaleźć odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Decyduję się zatem na kawałek płaskiej powierzchni w pobliżu samego parku. Obok jest wielka rura a la przejście pod drogą, w której zostawiam rower, ponieważ zaczyna padać. Tej nocy ubieram na siebie prawie wszystkie ubrania, począwszy od trzech par skarpet, krótkich spodni, dwóch par długich, koszulkę, bluzę, kurtkę jesienną, zimową, czapkę i rękawiczki. Śpiwór powinien zapewniać komfort w granicach +5C, ale jest piekielnie zimno i decyduję się jeszcze na okrycie się folią NRC. Jak się okazuje nie był to najlepszy pomysł, ponieważ para wodna zaczyna się skraplać na śpiwór, który robi się w efekcie mokry.
Jakoś wytrzymuję do rana, a o godzinie 10, termometr w ośrodku niedźwiedzi pokazuje 9C. Nie wiem ile mogło być w nocy, ale zważywszy, że zaspy śniegu obok toru biegowego utrzymują się jeszcze w połowie czerwca, to mówi samo przez się.

W ośrodku oprócz niedźwiedzi brunatnych są także niedźwiedzie polarne, tygrysy, ryś, wilki oraz rosomaki. Rysia niestety nie udaje mi się dostrzec, rosomaki sobie wesoło hasają po wybiegu, tygrysy leżą albo leniwie przechadzają, wilk, bo tylko jednego widziałem, pokonuje właśnie jakiś życiowy dystans i z równą częstotliwością przebiega wzdłuż ogrodzenia przy którym stoję.
Niedźwiedzi brunatnych jest kilka i w różnym wieku. Jest samica z małymi, są młodociane niedźwiedzie oraz w pełni dorosłe. Największe są te przywiezione z Kamczatki – Piotr i Sonia.
Polarne z kolei skaczą na główkę do stawu i zajadają się jabłkami i pomarańczami.
Cały ośrodek jest tak zbudowany, że pomimo stosunkowo niewielkiej ilości zwierząt zajmuje bardzo dużą przestrzeń i jego domownicy mają naprawdę sporo miejsca dla siebie. Co więcej, ścieżki prowadzą tak, że z każdej strony można podglądać zwierzęta, nawet jeśli w danej chwili przebywają gdzieś daleko od ogrodzenia.

Temperatura na szczęście rośnie, wychodzi słońce i długie ciepłe ubrania zamieniam ponownie na krótkie. Kontynuuję jazdę prosto na północ. Za sobą zostawiłem miasteczka i wioski, a przede mną tylko las, las i las. Oraz pagórki, z których roztacza się widok na ten las. Nie ma żadnych sklepów, stacji benzynowych i tylko raz na dwadzieścia kilometrów mijam parę domów. Przy drodze stoi znak ostrzegający o niedźwiedziach, a z wizyty w ośrodku przypominam sobie mapę z zaznaczonymi trasami niedźwiedzi odczytanymi z ich obroży z GPS’em oraz to, że droga którą się poruszam przecina ten teren mniej więcej w środku.

Co wieczór dochodzę do większej wprawy w znajdowaniu sobie ciekawych miejsc na nocleg i tym razem wybrałem niewielki półwysep położony nad jednym z okolicznych jezior. Cisza, spokój, w pobliżu prawie żywej duszy nie ma. Namiot rozbijam niecały metr od krystalicznie czystej ale zimnej wody. Dochodzi 23, gdy słońce chowa się poniżej linii drzew.

Skręcam w kierunku północno-wschodnim. Droga, którą jadę jest wyjątkowo odludna. W ciągu godziny mija mnie zaledwie jedenaście samochodów. Dopiero gdy zbliżam się do miasta pojawia się cywilizacja. Do sklepów wstępuję głównie po to, aby kupić coś do picia i ewentualnie pieczywo. Cały czas korzystam z własnych zapasów, wodę nabieram z jezior albo z przydrożnych toalet. Świetne jest to, że w wielu miejscach, co ileś kilometrów znajdują się miejsca wypoczynku przy drogach. Poza stołami, ławkami znajdują się tam zazwyczaj toalety z ciepłą wodą i gniazdkiem. Świetnie miejsca. Zdecydowanie lepsze to niż kąpiel w lodowatych wodach jeziora.

Zataczam koło i kieruję się ponownie na południe, w kierunku Falun. Mówiłem, że znów tam się kiedyś wybiorę. Trochę mam pecha i droga na odcinku trzydziestu kilometrów jest w remoncie. Bez asfaltu o żwirowej nawierzchni. Nie dość, że spod kół samochodów unosi się kurz i pył, to jeszcze koła zapadają się w tym żwirze. Wiatr, jakżeby inaczej, wieje w twarz, a droga prowadzi pod górkę. Z uczuciem ogromnej ulgi wjeżdżam ponownie na asfalt i docieram do miasta. Rozbijam się w tym samym miejscu co poprzednio – przy wjeździe do miasta, nad jeziorem i w pobliżu toalet. Czego chcieć więcej.

Tym razem już jadę pod kopalnię i idę na wycieczkę z przewodnikiem. Rower zostawiam przed budynkiem, ale w Szwecji się nie obawiam, że ktoś sobie przywłaszczy moje jedzenie bądź ubranie.
Kopalnia rozpoczęła wydobycie miedzi już prawdopodobnie około IX wieku, a największy rozwój przypada na wiek XVII.  Była motorem napędowym budowy pobliskiego szpitala i rozwoju medycyny, jako że urazów nie brakowało. W miarę jak kopalnia stawała się głębsza, górnicy musieli pokonywać większe odległości żeby się do niej dostać. Jednym ze sposobów było zejście po drabinach trzymając w zębach pochodnie, co nierzadko skutkowało utratą zębów. Drugim natomiast jazda ogromną beczką poruszającą się z góry na dół. O ile drugi sposób może wydawać się wygodniejszym, o tyle owa beczka nie zatrzymywała się na poszczególnych poziomach i trzeba było do niej wskoczyć i następnie z niej wyskoczyć. A szyb był głęboki, więc lepiej nie spudłować. Obecnie kopalnia jest zamknięta, ale jednym z produktów ubocznych jest czerwony składnik, którego używa się jako pigmentu do farb, które stały się szwedzkimi farbami narodowymi.

W miarę przemieszczania się na południe tereny stawały się bardziej zaludnione. Lasy ustępowały miejsca polom uprawnym, częściej pojawiały się wioski i miasteczka i nawet jakoś bardziej płasko było. Jednego wieczoru miałem nawet wiatr w plecy. Najwyższa pora zresztą.

Po drodze zatrzymywałem się oczywiście i zwiedzałem różne miejsca, które wydawały mi się ciekawe. M.in. przejeżdżałem obok jednej ze śluz na śródlądowej drodze wodnej łączące Sztokholm z Goeteborgiem.  Poza tym moje dni sprowadzały się do bardzo prostych czynności. Wstać, przygotować śniadanie, złożyć namiot w międzyczasie i ruszyć w drogę. Jechać, jechać, jechać. Przerwa na posiłek i to nie koniecznie dlatego, że byłem głodny, ale opadałem z sił. Dlatego niezmiernie ważnym było dostarczać do organizmu odpowiedniego paliwa. Problem pojawiał się, gdy byłem już tak najedzony, a mimo to słabłem. Najgorsze były poranki, ponieważ w perspektywie miałem kilka ładnych godzin pedałowania. Wbrew pozorom najbardziej bolały dłonie –od trzymania kierownicy, która z kolei była tak dociążona sakwami, że jazda bez trzymania nie wchodziła w grę. Im bliżej wieczoru tym lepiej mi się jechało. Może świadomość, że już niedługo i rozbiję ponownie sobie namiot, zjem kolację i się położę dodawała mi sił. O ile w dzień jechałem w okularach przeciwsłonecznych, o tyle wieczór nie miałem nic do ochrony oczu i wpadające owady stanowiły problem, ponieważ nie sposób było je później wyjąć zakurzonymi palcami bez żadnego lusterka.

Jednego wieczoru znalazłem sobie również bardzo piękne miejsce na nocleg. Na idealnie przystrzyżonej trawie, nad brzegiem jeziora i pod drzewem stojącym na samym środku trawnika. Uznałem, że pod tym drzewem będzie w sam raz. Nie przewidziałem tylko, że przez całą noc będą z niego spadały szpilki wprost na mój namiot wywołując tym samym uporczywe odgłosy.

W ostatnie trzy dni, kiedy zarezerwowałem to zarezerwowałem już prom, musiałem się trochę sprężać. Nie żebym do tej pory się ociągał, ale od tej chwili miałem wyznaczoną datę i godzinę, kiedy to miałem stawić się w porcie, do którego jeszcze prawie 420 km i zaledwie trzy dni na ich pokonanie.  O dziwo tak się rozpędziłem, że jechałem od świtu do zmierzchu i pokonanie ponad 170 km na załadowanym rowerze nie stanowiło większego problemu. Nie wiem na ile to kwestia tego biegania przed wyjazdem, bo już po pierwszych dniach jazdy stwierdziłem, że do jazdy takim czołgiem potrzeba znacznie więcej sił. Pogoda dopisywała i poza jednym dniem, kiedy to padało może dwie godziny, panował upał jak na Szwecję. Prawie od rana do wieczora jechałem ubrany na krótko i zauważyłem też o ile zwiększyłem masę mięśniową ud.

Ostatniego dnia pozostało mi już tylko dojechać do Karlskrony i o ile poprzedniego dnia pierwszy raz przeciętna prędkość wyniosła ponad 19 km/h, o tyle tym razem przekroczyłem 20.

W Karlskronie obowiązkowe lody na rynku, ostatnie zakupy w supermarkecie, a przez resztę czasu odpoczynek nad ciepłym Bałtykiem z miską spaghetti.

Do Gdyni przypływam nad ranem i już przy wyjeździe z terminala promowego jakiś samochód wymusza na mnie pierwszeństwo i skręca tuż przed moim kołem. W Szwecji takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć. Na tamtejszych drogach byłem jak święta krowa. Nawet jeśli do skrzyżowania miałem jeszcze ze 100 metrów, to samochody spokojnie czekały aż dojadę, a mogły skręcić bezpiecznie parę razy. Jeśli z kolei jechałem ścieżką rowerową przez skrzyżowanie na wprost nikomu nie przyszło do głowy, aby skręcać w prawo zanim przejadę. Z tego też powodu hamulce były najmniej eksploatowanym elementem roweru.

Pociąg mam dopiero wieczór, więc postanawiam pojeździć trochę po Trójmieście. Najpierw ścieżką rowerową wzdłuż morza jadę do Gdańska na stare miasto. Wracając zahaczam o Sopot, gdzie spędzam popołudnie, a przed udaniem się na dworzec w Gdyni jadę na Skwer Kościuszki, gdzie stoi m.in. Dar Pomorza i ORP Błyskawica.

Wejście do pociągu przez wąskie drzwi z rowerem to też jest sztuka w polskich kolejach. Jakoś się udaje dotargać do przedziału i położyć na górnych półkach. Obawiam się trochę czy nie spadnie mi na nogi, co staje się też chwilę później. Ale montuję go raz jeszcze, tym razem pewniej i sam w pustym przedziale jadę już do domu.

Pomimo, że wycieczka była naprawdę wymagająca pod względem wytrzymałościowym, zarówno jeśli chodzi o kondycję fizyczną jak i ze strony psychicznej, aby nie rzucić tym wszystkim w trzy diabły, gdy przez cały dzień wiał w twarz wiatr i zrzucał z drogi to pozwoliła mi doświadczyć ciekawych przygód w tak pięknym kraju jakim niewątpliwie jest Szwecja. Przebyte odległości może nie zwalają z nóg, ale biorąc pod uwagę ciężar całego bagażu wraz z rowerem, który przyszło mi przemieszczać i tak uznaję to za niezły wynik. Zresztą nie o odległości i czasy mi chodziło, a o nacieszenie się piękną przyrodą, spokojem jazdy i niedźwiedziami rzecz jasna.

Trochę statystyk

Trochę statystyk

Dzień 4- Kioto

Rano jedziemy na zwiedzanie Kioto. W hotelu kupuję promocyjne bilety (690 JPY) ze stacji Shin-Immamiya do stacji Osaka i z Osaki do Kioto. Pociąg jedzie dość szybko, nie zatrzymuje się na wszystkich przystankach i 50km dzielących oba miasta pokonuje w niespełna pół godziny. W pociągach zamiast telewizorów z reklamami wiszą papierowe plakaty oraz jeden z napisem „saving electricity”.

W informacji turystycznej na dworcu w Kioto dostaję mapę miasta i parę wskazówek. Tuż przed wejściem wznosi się Kyoto Tower, która może być pomocna w określeniu swojego położenia. Podobne wieże są również m.in. w Osace i Tokio. Idąc za radą pani z informacji turystycznej i przewodnika Lonely Planet, zwiedzanie zaczynamy od świątyni Kiyomizu-Dera (autobus 220 JPY, wstęp 300 JPY). Obejście całego kompleksu zajmuje trochę czasu. Poniżej głównego budynku znajduje się mały wodospad – Otowa-no-taki, pod którym można przejść i za pomocą zbiorniczka na długim kiju, dezynfekowanego każdorazowo za pomocą promieniu UV, nabrać wody z wodospadu, która według wierzeń ma terapeutyczne właściwości.

Po wyjściu ze świątyni kierujemy się uliczką Chawan-zaka, obsadzoną sklepikami sprzedającymi lokalne rękodzieło, przekąski i pamiątki, a następnie przechodzimy uliczkami Ninen-zaka i Sannen-zaka – prawdopodobnie najbardziej uroczymi w całym Kioto. Wzdłuż nich ciągną się stare, drewniane domy, tradycyjne sklepy i restauracje, a także wiele herbaciarni i kawiarni. Ishibei-koji to kolejna z uroczych, brukowanych uliczek zdecydowanie wartych przespacerowania się.

W drodze do kolejnej świątyni mijamy pieszych rikszarzy, którzy ubrani w tradycyjny strój (m.in. buty podzielone na dwie części, coś a la japonki) ciągną swe riksze z pasażerami po ulicach Kioto.

Kodaj-ji (600 JPY) to kolejna z świątyń na naszej drodze. Moim zdaniem najpiękniejsza. Pozostaje mi sobie tylko wyobrazić jak wygląda ta, i wiele innych, gdy na przełomie marca i kwietnia drzewa wiśniowe, zwane sakura zakwitają, ale nie owocują! Co roku Japończycy śledzą prognozy przesuwającego się frontu kwitnienia wiśni, który od lutego zaczyna się na Okinawie i przesuwa na północ, aż do Hokkaido, gdzie dociera na początku maja. Razem z przyjaciółmi udają się wtedy do parków, świątyń na oglądanie kwiatów – towarzyskie spotkania w formie pikniku.

Zwiedzamy jeszcze ogromną Chion-in, której główna hala jest obecnie w remoncie i potrwa jeszcze kilka lat i nad którym wzniesiono tymczasowy budynek, który wygląda na bardzo trwały, jakby miał tam stać jeszcze wiele wiele lat, a nie tylko na czas trwania renowacji.

Chwilę kręcimy się po Yasaka-jinja, a potem przechodzimy do parku Maruyama-koen. Słowo „jinja” (ang. shrine) określa się w Japonii świątynie shintoistyczne – tradycyjnej religii w kraju kwitnącej wiśni.

Wszystkie budowle są piękne, zadbane i nie widać po nich, że mają nawet i w niektórych przypadkach ponad 1000 lat.

Ostatnim punktem zwiedzania jest park Maruyama-koen – dobre miejsce na odpoczynek podczas ciepłych dni, w którym znajduje się najbardziej znana wiśnia w Kioto – wielki Gion shidare-zakura.

Po zmroku wracamy do Osaki w ten sam sposób jak przyjechaliśmy do Kioto. Idziemy piechotą przez całe miasto, a wspomniana wcześniej wieża służy nam jako punkt odniesienia.

Niewątpliwie Kioto, z 17 miejscami wpisanymi na listę dziedzictwa narodowego UNESCO, ponad 1600 buddyjskimi świątyniami i 400 shintoistycznymi jinja jest jednym z najbardziej bogatych kulturowo miast na świecie. Można śmiało stwierdzić, że stoi na równi w szeregu z takimi miastami jak Paryż, Londyn czy Rzym i jest jednym z tych miast, które są warte zwiedzenia przynajmniej raz w życiu i które powinno być na czele każdego planu zwiedzania Japonii.

Zobacz trasę na Sports Tracker