Dzień 19: Magnetic Island, Big Crystal Creek, Jourama Falls, Wallaman Falls

Wstaję skoro świt, pakuję się i idę w kierunku Florence i Radical Bay. O tej porze zatoczki jak i cała wyspa są wyludnione, choć jestem trochę zdziwiony, gdy w jednej z nich widzę zacumowaną motorówkę i ludzi kąpiących się w wodzie, szczególnie biorąc pod uwagę możliwość natknięcia się na meduzy, o czym informują znaki umieszczone na brzegu w całym Queensland.

Około 7:35 wychodzę na główną drogę biegnącą przez wyspę i mam jakieś 40 minut do najbliższego autobusu jadącego w stronę portu. Prom mamy o 9 i tak też jesteśmy umówieni z Maćkiem.

Do fortów zlokalizowanych na wyspie mam jakieś niecałe 3km i kusi mnie by tam pójść, jednak pokonanie prawie 6km w ciągu 40 min może być trudne. No nic, postanawiam zaryzykować i idę, szczególnie że w tamtej okolicy są większe szanse na spotkanie koali, które bardzo licznie zamieszkują wyspę. Przed 8 docieram do fortu, z którego rozpościera się panorama na wschodnią część Magnetic Island. Do odjazdu autobusu zostało mi już tylko 15 minut zatem warto się pospieszyć. Momentami muszę wręcz biec, co z ciężkim plecakiem i narastającym upałem jest bardzo męczące. Na domiar złego skończyło mi się picie, więc jedyne co mogłem zrobić to pić wodę, którą podczas śniadania sobie zagotowałem i profilaktycznie zachowałem na czarną godzinę. Koali niestety nie spotykam, są natomiast kakadu i walabia.

Na przystanek docieram dosłownie 2 minuty przed planowanym odjazdem autobusu. Łapię oddech i czekam. Czekam. Nadal czekam. Autobus nie przyjeżdża. Może jest opóźniony myślę sobie. Dopiero po chwili, gdy sprawdzam wszystko jeszcze raz, dociera do mnie, że po pierwsze to jest sobota i prom odpływa nie o 9 ale tuż przed 10, a po drugie to autobus nie jedzie po 8 ale przed 9, bo jest dopasowany do godzin wypłynięcia i przypłynięcia promu. Niepotrzebnie się tak spieszyłem.

Przed terminalem promowym spotykam Maćka, który już tam jest od paru minut, po czym idę do sklepu po coś do picia. Przegotowana ciepła woda w butelce plastikowej nie jest tym, czego się pragnie do zaspokojenia pragnienia. Pierwszy raz, nie licząc państw azjatyckich, spotykam się z tym, że w sklepie napoje z lodówki są droższe niż pozostałe.

Po powrocie na brzeg zatrzymujemy się w informacji turystycznej na chwilę, po czym jedziemy dalej na północ Bruce Highway.

Pierwszym przystankiem za Townsville jest Big Crystal Creek w parku narodowym Paluma Range. Są tam utworzone na rzece małe kaskady i naturalne baseny, do których skacze się z okolicznych skał. W tym też miejscu robimy sobie krótką przerwę, obieramy ananasa oraz mango i zajadamy się nimi. Są przepyszne – soczyste i słodkie.

Kilka kilometrów dalej, ledwie parę kilometrów od głównej drogi znajdują się Jourama Falls. Niestety na zbyt małą ilość niesionej wody nie są takie efektowne.

Jest bardzo ciepło, temperatura przekracza 32C, a wilgotność jeszcze potęguje to wrażenie. Zdejmuję więc aparat z szyi, opróżniam kieszenie z wszystkiego i wchodzę do jednego z basenów na rzece tak jak stoję, czyli w ubraniu.

Kolejnym miejscem, które odwiedzamy jest Wallaman Falls. Położony jakieś 50km od głównej drogi nie był naszym pierwotnym celem wycieczki, jednak najwyższy wodospad Australii (268m pojedynczego spadku wody) przyciąga i kusi. Po drodze na polach mijamy pasące się kangury oraz walabie. W pewnym momencie, gdy tak jedziemy wzdłuż gryzących trawę torbaczy postanawiamy zwolnić, by się im lepiej przyjrzeć. Auto jadące za nami też zwalnia i w tym momencie dwa kangury zrywają się do biegu. Jeden leci prosto w las, a drugi wzdłuż drogi, po czym nagle skręca i wyskakuje przed samochód jadący za nami, który szczęśliwie dla kangura, nie jedzie szybko. Przez tylną szybę obserwuję jak zwierzę się potyka tuż przed maską, upada na ziemię, turla i koziołkuje parokrotnie, po czym podnosi i ucieka na drugą stronę. Kangury to naprawdę nieprzewidywalne i głupie zwierzęta. Nie dość, że wyskakują tuż przed jadący samochód to często nie uciekają od razu na drugą stronę lecz biegną środkiem drogi.

Pierwszy raz też napotykamy na znaki drogowe ostrzegające przed kazuarami i od razu pragniemy, a raczej łudzimy się, że gdzieś je może zobaczymy. Dżungla jest jednak tak gęsta, że bez maczety nie dałoby się weń wejść, a ptaki tym razem nie chcą nam przejść przez drogę.

Wyjeżdżając z gór, w drodze powrotnej z parku narodowego Girringun i Wallaman Falls łapie nas porządna ulewa, która trochę obmywa nasz zakurzony samochód. Teraz ciemne chmury mamy za nami, a piękne słoneczne niebo i tęczę dosłownie na wprost. Do tego idealnie prosty odcinek drogi, soczysta zieleń i zero ludzi na horyzoncie czynią ten widok jednym z piękniejszych jakie widzieliśmy w tym odległym kraju.

W miarę jak robi się ciemno, znajdujemy miejsce obsługi podróżnych zwane po prostu „rest area”, na którym jest możliwość rozbicia namiotu i przenocowania. Obok nas nocują w busie dwie dziewczyny ze Szwajcarii, które rozpoczęły zwiedzanie Australii w Cairns, a które oddalone o 150km stanowi nasz cel podróży.

Pierwszy raz mam też wrażenie, że okoliczna przyroda zaczyna nas osaczać. Komary stają się dokuczliwe, na ziemi kumkają setki żab, a podczas gdy jadłem kolację z drzewa spadła z głośnym plasknięciem kolejna żaba tylko drzewna. Zwykle nie zachwycam się żabami ale ta była naprawdę ładna, zielona, z szeroko rozłożystymi palcami i okrągłymi wystającymi oczami.

Dzień 14: Waterfall Way – Byron Bay

Chmury, które nadciągnęły wieczór nad okolicę rano zniknęły prawie całkowicie. Pozostała tylko delikatnie parująca nad polami mgła. Jako, że jesteśmy dopiero na początku Waterfall Way to wiele wodospadów jest dopiero przed nami.

Odwiedzamy więc Dangar Falls, Ebor Falls i Wollombi Falls (jeden z najwyższych w Australii). W pobliżu tego ostatniego decydujemy się na parokilometrowy spacer ścieżką przez las i wzdłuż wąwozu.

Do Armidale podjeżdżamy zatankować i wracamy tą samą drogą, tyle że za Ebor odbijamy z głównej drogi na bardziej lokalną. Kolejny dzień serpentyn, zakrętów i jazdy po górach. Taka jest cała Australia. Albo długie, proste odcinki ciągnące się wzdłuż pół i farm albo zakręty po lesie deszczowym lub górach.

Mijamy Grafton i wjeżdżamy ponownie na Pacific Highway. Późnym popołudniem docieramy do Byron Bay. Przylądek Byron jest najbardziej wysuniętym punktem kontynentalnej Australii.

Wstępujemy na plażę pełną surferów oczekujących na wymarzone fale, kręcimy chwilę po okolicy i zastanawiamy co dalej robić. W końcu decydujemy się pojechać na kemping, rozbić pospiesznie namiot i wrócić przed zachodem słońca na przylądek, na którym stoi latarnia morska by porobić trochę zdjęć i nakręcić jakieś filmy.

Wydaje się nam, że zaczęły się właśnie wakacje, ponieważ pełno młodych ludzi w różnym wieku kręci się po całym miasteczku.

Dzień 12: Góry Niebieskie (Blue Mountains)

Z Royal National Park kierujemy się w stronę Gór Niebieskich, które nazwę swą wzięły od tego, że porastające je eukaliptusy wydzielają olejki tworzące niebieskawą mgiełkę unoszącą się nad górami. Jedziemy omijając Sydney, a następnie skręcamy na zachód w kierunku Penrith. W górach zastaje nas potężna ulewa z chwilowym gradem, która przynajmniej obmywa nam samochód z kurzu i pyłu.

Największa ilość wodospadów, dużych wodospadów znajduje się w okolicach miejscowości Katoomba (Wentworth Falls, Leura Falls, Bridal Veil Falls). W większości spływają one z wysokich klifów i spadają kilkadziesiąt metrów niżej do podnóża góry. Nieopodal wznoszą się „Trzy siostry” – formacja skalna powstała w wyniku erozji piaskowca stanowiąca lokalną atrakcję turystyczną, przy której gromadzi się sporo osób.

Wjeżdzamy jeszcze na Mt York Lookout podziwiać panoramę okolicy, po czym wracamy na Darling Causeway, pokonujemy przełęcz i Bells Line of Rd zjeżdżamy z gór. Droga wije się i kręci przez lasy i góry. GPS prowadzi nas bocznymi drogami wzdłuż farm i plantacji. Promem pokonujemy Mangrove Creek i zbliżając się do Newcastle zaczynamy poszukiwanie noclegu. Niestety na kilku kempingach całujemy klamkę jako, że jest już po 18 i wszystkie są pozamykane. Decydujemy się więc podjechać pod jedną z publicznych plaż, przy której są prysznice, umywalnie i tam rozbijamy namiot na uboczu.

Dzień 8 – Nikko

Czas na wycieczkę do Nikko. Niestety na skutek pomyłki wstajemy chwilę później i musimy się sprężać. Nie byłoby problemu gdybyśmy poszli prosto na dworzec, zamiast do stacji metra. Trochę błądzimy, szczególnie że po zasięgnięciu języka kazano nam iść w prawo zamiast w lewo – prosto w kierunku dworca. To nic. Nie ma tego złego.

Chodniki już nie tyle zasypane, co wręcz skute lodem, ale co kawałek ktoś go rozłupuje i zgarnia. Nawet paru facetów w krawatach. Pogoda wciąż nie przeszkadza, żeby dzieciaki do szkoły nie mogły iść w krótkich spodniach i spódniczkach.

Następny pociąg jest za godzinę, o 9:10. W międzyczasie kupuję coś na drogę w sklepie, a w informacji o Nikko (informacja o mieście oddalonym o 140 km na dworcu w Tokio) dowiaduję się, że korzystniej jest kupić World Heritage Pass (3600 JPY), który obejmuje podróż tam i z powrotem pociągiem Rapid, autobus w obrębie miasta, wstęp do Toshohu Shrine, Futarasan Shrine i Rinnoji Temple.

Gdy pociąg wjeżdża na peron, ludzie wysiadają z jednej strony, wchodzi obsługa sprzątająca, pan sprawdza czy nikt niczego nie zapomniał i dopiero po tym wszystkim otwierają się drzwi po naszej stronie.

W pewnym momencie za Tokio śnieg się kończy i ponownie zaczyna się w okolicach Nikko.

Parę minut po przyjeździe pociągu na dworzec podjeżdża autobus linii 2C i zabieramy się w kierunku świątyń. Na pierwszy ogień bierzemy słynny czerwony most (Shinkyo) w Nikko. Mimo, że okoliczne drzewa ani nie kwitną, ani nie mają kolorowych liści, to śnieg, niebieskie niebo i płynąca pod nim rzeka wystarczają, żeby było ładnie.

Kupon z biletu World Heritage Pass wymieniamy na sześć wejściówek do poszczególnych świątyń. W przeciągu paru ostatnich dni widzieliśmy już ich sporo, ale te są bogato zdobione, kolorowe i pięknie położone na stokach gór w towarzystwie strzelistych cedrów i sosen.

Z rozkładu jazdy, który mam w kieszeni wynika, że za 15 min jedzie autobus nad Jezioro Chuzenji. Starszy pan zapytany o drogę na przystanek zmienia swój kierunek marszu i prowadzi nas w odpowiednim kierunku.
Mając kilka minut czasu zaglądamy do pobliskiego sklepu, gdzie spotykamy ponownie pana i wręcza on nam niespodziewanie dwie gorące kawy w butelkach. W ramach wdzięczności częstujemy go batonem.

Co do napojów, to na każdym prawie rogu można spotkać automat do ich sprzedaży, w zależności od modelu, firmy, wybór jest różnoraki. W niektórych przypadkach można sobie wybrać czy chcemy np. kawę na ciepło czy na zimno. W puszcze lub małej butelce.

Wsiadamy do autobusu na przystanku nr 9 i jedziemy serpentynami w górę w kierunku jeziora (przystanek 24, 1900 JPY/2  os) na wysokość 1320 m n.p.n.

Po wejściu, pobiera się numerem z liczbą, oznaczającą, na którym przystanku wsiedliśmy. W czasie jazdy na tablicy nad przednią szybą wyświetlają się ceny, które zmieniają się dynamicznie po przekroczeniu przystanku. Przy wychodzeniu pokazujemy numerek kierowcy, który nalicza opłatę i odliczoną kwotę wrzucamy do automatu. Jeśli nie mamy odliczonej, możemy rozmienić monety lub banknoty (nie więcej niż 1000 JPY) w automacie.

Termometr wskazuje -3°C i wieje. Jest też zdecydowanie więcej śniegu.
Jezioro położone jest pośród gór, a przy brzegu stoją zacumowane łodzie i łódki-łabędzie czekające na nadejście cieplejszych dni. Spacerujemy po okolicy, oglądamy kolejną świątynię i idziemy w kierunku wodospadu Kegon (97m), szczególnie „popularnego” wśród samobójców.
Windą z poziomu parkingu można zjechać na dół wąwozu, my jednak obserwujemy go z tarasu widokowego. Gdzieś z boku przychodzi małpa – makak japoński, poskubać trawę. Jestem zaskoczony widząc je tutaj, o tej porze roku, ale zwierzę ma wyjątkowo gęste i zarazem piękne futro, a do tego czerwoną twarz i tyłek. Robię zdjęcia z dość bliska, a małpa wydaje się być spokojna i sympatyczna.
Schodzimy poziom niżej, a gdy chcemy wrócić schodami na górę nie mamy za bardzo jak, bo małpa siedzi na schodach, szczerzy zęby, syczy i bez skrępowania idzie w naszym kierunku z wyraźnie agresywnym nastawieniem. Pospiesznie wracamy na platformę, ale ona przyszła za nami i wciąż zachowuje się nieprzyjaźnie. Drugie schody są zasypane, więc nie mamy za bardzo wyjścia jak stawić czoła napastnikowi. Próbujemy je nastraszyć sposobem, który przewodnik stosował w sumatrzańskiej dżungli, czyli tupiemy, machamy rękami i robimy hałas, ale nic nie pomaga. Dopiero nagłe i szybkie natarcie na nią połączone z wcześniejszymi rucham okrzykami sprawia, że ucieka do góry po schodach. Ja zostałem trochę z tyłu i gdy próbowałem chwilę później wbiec po schodach małpa już na tam czekała, siedząc na poręczy w pozycji gotowej do skoku, a nie miałem ochoty, żeby wylądowała mi na głowie. Trzeba było jeszcze co najmniej dwukrotnie przypuścić na nią głośny szturm, żeby mieć  wolną drogę. Dwie inne małpy siedziały spokojnie na gałęziach, ale do tej chwilę wcześniej przyszła małpa małpka i poczuła się najwyraźniej w obowiązku ją bronić, przed jej tylko znanym niebezpieczeństwem. Małpia paranoja i nadopiekuńczość.
A ja naiwny myślałem, że japońskie małpy są spokojne i ułożone jak sami Japończycy.

Po tej przygodzie podjeżdżamy jeszcze autobusem parę przystanków do następnego wodospadu, w zasadzie kaskad – Ryuzu, długich na 20-parę metrów i szerokich na 10 m.  Ścieżka jest ledwo przedeptana i brniemy w śniegu po śladach. Ktoś nawet w rakietach szedł przed nami.
Z tego przystanku (nr 30) wracamy prosto do Nikko (1250 JPY), by zdążyć na ostatni pociąg do Tokio.

Dzień 9 – Pai

Na następną noc przenoszę się do innego miejsca, które wydaje się przyjemniejsze i bardziej zaludnione. Chatki co prawda wyglądają podobnie ale sprawiają wrażenie schludniejszych i bardziej zadbanych.

Wypożyczam skuter, tankuję do pełna (1,5l/70B) i jadę zwiedzać okolicę. Z początku ciężko mi odnaleźć właściwą drogę, ale gdy mi się to udaje, jadę w kierunku punktu widokowego, z którego z rozciąga się panorama na całą dolinę z Pai leżącym w dole. Widoki na całą okolicę piękne.

Wracając w dół zmierzam do wodospadu i mijam chińską wioskę. Ten wodospad, podobnie jak poprzednie w okolicach Chiang Mai niesie mało wody.

W drodze do miasta zaczyna lekko kropić i z każdą chwilą pada coraz mocniej. W momencie gdy parkuję skuter przed restauracją i chowam się pod dachem zaczyna mocno lać. Korzystając z przymusowej przerwy zamawiam słodko-kwaśne danie z ryżem, papryką i ananasem. Bardzo dobre.

Chwilę bez deszczu wykorzystuję na powrót do pokoju, a raczej szałasu.

Dwie godziny później chmury się rozstępują i ponownie wychodzi słońce. Robi się bardzo ciepło. Wyruszam na kolejną przejażdżkę. Tym razem nie mam problemów ze znalezieniem dobrej drogi, ponieważ zaczyna się zaraz w pobliżu miejsca, w którym mieszkam. Prowadzi częściowo u podnóża gór, wzdłuż pól ryżowych i kukurydzianych, z widokami na drugi kraniec doliny. Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymuję jest świątynia Wat Phra That Mae Yen położona na wzgórzu, z którego także rozpościera się widok niebylejaki na całą kotlinę.

Kilka kilometrów dalej wzdłuż tej samej drogi dojeżdżam do ośrodków oferujących wycieczki na grzbietach słoni po okolicznych lasach, nierzadko z kąpaniem (słoni) w rzece. Skręcam z utartego szlaku, zostawiam w tyle twardy asfalt i wjeżdżam na stromą ścieżkę prowadzącą w górę, przeoraną koleinami po spływających deszczach. Parkuję skuter na poboczu i piechotą idę na spacer po lesie kamieni, bo tak on się nazywa. Po pół godziny spaceru wracam do skutera i jadę dalej. Ciepłe źródła odpuszczam sobie na dziś i zostawiam na inny dzień, ponieważ nie jestem przygotowany na kąpiele i wracam w kierunku Pai.

Tuż przy drodze znajduje się kanion. Powierzchniowo nie jest duży, ale wąskie, ledwie metrowej szerokości ścieżki prowadzące grzbietem pomiędzy dwoma opadającymi prawie pionowo w dół ścianami mogą niektórym wydać się przerażające. Zabawiam tam dłuższą chwilę spacerując grzbietem kanionu do momentu aż jego ściany opadną w dół na tyle, że zrównają się z ziemią i mogę z drugiej strony wspiąć się ponownie do góry.

Wieczór na ulicach Pai spotykam Ericę, a niedługo później wpadamy wspólnie na dwójkę Rosjan poznanych w Divie, w Chiang Mai. Po powrocie do hostelu rozmawiamy z Louisem i Thibault o Curacao, skąd pochodzi Erica, o Polsce, Francji i ciekawych miejscach do jazdy na nartach w naszych krajach.