Kopenhaga na weekend

Co można robić w nudny, pogodowo nieobiecujący październikowy weekend? Można siedzieć pod kocem, pić kakao/wino/herbatę (niepotrzebne skreślić), czytać książki, grać w gry planszowe bądź oglądać filmy. A można też wybrać się do Kopenhagi. Nie pytajcie dlaczego akurat Kopenhaga. To był pomysł Marty, która jęczała żeby lecieć właśnie tam, by parę dni przed wylotem przeprowadzić się na drugi koniec kraju co skutecznie przekreśliło możliwość dotarcia na lotnisko. Lecę więc sam, a loty mam tak ustawione, że wylatuje w piątek wieczór i wracam dwa dni później, co pozwala wykorzystać prawie całe dwa dni na miejscu.

Z lotniska Kastrup jeździ całodobowe metro, dzięki czemu stosunkowo szybko docieram do mojego gospodarza – Ibrahima. Na nogach jestem już znacznie ponad 20h i zmęczenie daje o sobie znać ale Ibrahim jest na tyle ciekawą i sympatyczną osobą, że rozmawiamy prawie do drugiej w nocy.

img_3876_a

Żółte domy przy Sankt Pauls Gade i Borgergade

img_3876

Żółte domy przy Sankt Pauls Gade i Borgergade

img_3851img_3857_a

Rano przyjeżdżają jeszcze trzy dziewczyny z Mińska i robi się bardziej tłoczno. Pogoda zachęca do wyjścia więc robię to czym prędzej zanim zdąży się zepsuć. Kopenhaga nie jest duża, a Ibrahim mieszka bardzo blisko centrum, więc spokojnie mogę udać się na całodniowy spacer. Z Fredriksburg idę przez Ørstedsparken, gdzie na jeziorze odbywają się zawody żeglarskie. Następnie przechodzę przez targ Torvehallerne, który dopiero zaczyna się rozkładać i niektóre stragany są jeszcze nieczynne.

img_3818_a

img_3826_a

img_3831_a

Rosenborg

Kawałek dalej są znajdują się ogrody botaniczne, zamek Rosenborg i galeria narodowa – Statens Museum for Kunst. Najbardziej jednak moją uwagę przyciąga Kastellet. Położony na pięcioramiennej wyspie otoczonej fosą stanowi przykład jednej z najlepiej zachowanych fortec w północnej Europie. Spaceruję po wałach, skąd mam z góry widok na całą twierdzę prezentującą się ładnie w jesiennym słońcu.

img_3836_a

Statens Museum for Kunst

img_3882_a

Kastellet

img_3889_a

Kościół w twierdzy Kastellet

 

img_3899_a

img_3892_a

 

Pogoda powoli zaczyna się psuć i słońce na coraz dłużej zaczyna chować się za chmurami. Dodatkowo wieje chłodny wiatr potęgujący odczucie zimna.

Kopenhaska syrenka jak zwykle oblegana jest przez turystów choć jej sława wielokrotnie przewyższa jej urok. Tyle tylko, że dawno stała się już symbolem miasta i piękna czy nie, duża bądź mała i tak stanowi atrakcję. Dopiero później może przyjść rozczarowanie, że to „to”.

img_3917_a

Mała Syrenka

Następnym miejscem, do którego spaceruję jest pałac królewski Amalienborg. Właściwie było by powiedzieć, że to cztery pałace otaczające plac. Królowej nie ma w domu o czym świadczy brak flagi na maszcie.

img_3986_a

Amalienborg

img_3919_a

img_3930_a

Kościół Marmurowy ze swą ogromną kopułą wznosi się na końcu ulicy odchodzącej bezpośrednio z Amalienborg, ale niestety jest dziś zamknięty. Wrócę jutro.

img_3933_a

Kilka przecznic dalej znajduje się Nyhavn – XVII wieczne nabrzeże, kanał i dzielnica rozrywkowa Kopenhagi. Rozciąga się od Konens Nytorv aż do portu na południe od teatru. Przy braku słońca oświetlającego kolorowe fasady kamienic nie daje już takiego efektu „wow”.

img_3942a

Nyhavn

img_3941_a

 

img_4002_a

Christiania znana również jako Wolne Miasto Christiania to kolejny punkt na mojej trasie zwiedzania. Zasłynęła ona na świecie głównie jako potężny ośrodek ruchu hippisowskiego i kultury alternatywnej. Dzielnica powstała na początku lat ’70, kiedy to grupa hippisów zajęła opuszczone koszary rozsiane na obszarze 40ha w byłej jednostce wojskowej Christianshavn. Osiedlający się tu przybysze otwierali szkoły i przedszkola dla własnych dzieci, a okolicę szybko zapełniły prowizorycznie sklecone domostwa, nierzadko ciekawe pod względem architektonicznym. Główną i słynną ulicą Christiani jest Ulica Dealerów (Pusher Street), położona niedaleko głównego wejścia, gdzie mimo zakazu wprowadzonego przez władze nadal ustawione są stragany z haszyszem i marihuaną.

img_3953_a

Wychodząc z Christianii wracam mostem na drugą stronę, skąd z daleka widać Czarny Diament – kopenhaską bibliotekę królewską. Dalej mijam Børsen – budynek giełdy powstały w latach 1619 – 1625 i kawałek dalej skręcam w stronę pałacu Christiansborg, który do 1794 r. stanowił siedzibę królów Danii w Kopenhadze. Muzeum narodowe, które mieści się dosłownie parę kroków dalej zostawiam na inny dzień. Robi się już chłodno, a i zmęczenie daje o sobie powoli znać. Czas wracać.

img_3918_a

img_3945_a

img_3961_a

Christiansborg

W drodze powrotnej mijam ogrody Tivoli, które są już zamknięte po sezonie i wznowią swą działalność na krótki okres podczas Halloween.

img_3970_a

img_3973_a

img_3976_a

Miałem w planie wybrać się do jakiegoś pubu na mecz Polska – Dania ale całodniowy spacer i mała ilość snu poprzedniej nocy zwala mnie dosłownie z nóg. Ważne, że wygraliśmy.

Rano drugiego dnia pogoda nie jest już tak piękna jak w sobotę. Na szczęście nie pada, na co wskazywały prognozy pogody. Mogę dzięki temu powłóczyć się jeszcze trochę na świeżym powietrzu.

img_3968_a

Wychodząc od Ibrahima zmierzam najpierw na południe w kierunku położonych tam parków, a później odbijam ponownie do centrum. Znajduję się na placu ratuszowym, skąd dalej idę przez Stroget – handlową uliczkę, przy której mieści się wiele butików i sklepów. Jedynym do którego wchodzę jest ten z LEGO, w którym można nabyć gotowe zestawy jak i luźne klocki w kubeczkach.

img_3966_a

Kościół Marmurowy, który wczoraj był zamknięty, dziś jest otwarty więc zaglądam do środka by podziwiać największą, wspierającą się na 12 kolumnach, kopułę w Skandynawii.

Czasu mam mnóstwo więc wchodzę jeszcze do Muzeum Narodowego. W zasobach muzeum znajdują się eksponaty od epoki kamienia, brązu, żelaza po czasy współczesne opowiadające historie związane z Danią na przestrzeni 14000 lat. Z braku laku można się przejść ale przyznam, że muzeum w żadnym stopniu nie porywa i niczym specjalnym nie oczarowuje.

img_3873_a

img_3841_a

Było to ostatnie miejsce w mieście, które chciałem odwiedzić i teraz zmierzam już prosto na lotnisko. Czasu mam mnóstwo, nie pada więc powoli idę piechotą. Odprawiłem się już rano także teraz tylko przechodzę przez bramki bezpieczeństwa i kieruję się do odpowiedniego wyjścia. Obłożenie samolotu nie sięga nawet 20% i miejsca jest mnóstwo. Zresztą i tak siedzę przy wyjściu awaryjnym, więc  na przestrzeń na nogi nie mogę narzekać.

Jedyne czego może trochę jest mi szkoda to tego, że w drugim dniu pogoda nie była idealna i wycieczkę do zamków w Helsingor i Hilerod zdecydowanie warto odłożyć na kolejny raz, gdy znów będę w Dani.

Reklamy

Jezioro Charvak

Rano nadchodzi ten moment, kiedy rzeczywiście się rozstajemy. Leo zostaje w hostelu, a my z Joe jedziemy jeszcze wspólnie metrem. Ja wybieram się nad Jezioro Charvak, a Joe na Chorsu Bazar po ostatnie zakupy i ostrą paprykę dla mnie. Żeby nie było zbyt nudno – zostawia swój paszport w hostelu i nie chcą nas wpuścić do metra. Pytają nas chyba 10 minut dlaczego Joe nie ma paszportu przy sobie i mówią, że nie może wejść ale potem pojawia się jakiś zwierzchnik, który mówi, że nam wierzy i przepuszcza bez przeszkód. Cała ta sytuacja może wydawać się dziwna, niebezpieczna lub nieprzyjemna. Nic bardziej mylnego! Zdajemy sobie sprawę, że takie kontrole to jest ich obowiązek, a obecność policji na każdym kroku wcale nam nie przeszkadza. Poza tym takie kontrole na nas są przeprowadzane z ciekawości. Zazwyczaj padają pytania skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy, czy nam się podoba, czy mamy żony, dzieci, a jeśli nie to dlaczego i może tutaj sobie znajdziemy. Dla nas ma to swój urok i jest częścią tej kultury, którą przyjechaliśmy poznać. Pewnie stresowałbym się tym trochę gdybym próbował przemycić w plecaku trochę trotylu do metra. Martwię się tylko, że Joe wracając z bazaru może mieć znów problem i nie dogada się bo nie zna ani słowa po rosyjsku.

Metrem jadę na północ miasta aby tam złapać jakieś auto jadące w kierunku jeziora. Idzie mi to jak po grudzie ale może dlatego, że gdy zostaję sam to zawsze muszę chwilę się przyzwyczaić do ogarniania wszystkiego samemu. Zazwyczaj nawet gdy jestem w większej grupie to i tak wszystko załatwiam ja ale jak zostaję nagle sam to z początku często nie mogę się zorganizować. Tak już mam.

Z dwoma przesiadkami docieram do Gazalkent i tam łapię kolejny samochód, który w moim mniemaniu ma mnie dowieźć do jeziora. Tutaj trochę nie dogaduję się z kierowcą bo podaję mu nazwę miasta leżącego po drodze, a nie punkt docelowy i wysadza mnie 15km od jeziora. Jestem na kompletnym odludziu i za bardzo nie wiem jak pokonać te ostatnie kilometry. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, rozwiązanie przychodzi samo. W pobliskiej restauracji obiad je wycieczka Hindusów, którzy przygarniają mnie do swojego autokaru. Jakby tego było mało to nad jeziorem mają 2h przerwę na kolejny posiłek i proponują, że jeśli na nich zaczekam to zawiozą mnie z powrotem do Taszkientu. Idealnie! Postanawiam wykorzystać ten czas na spacer plażą wzdłuż jeziora i krótką kąpiel. Jest upał więc dla mnie w sam raz. 35C to temperatura, w której nie marznę i jestem w stanie wejść do wody bo nie jest zbyt zimna. Okolice Jeziora Charvak, które jest tak naprawdę rezerwuarem utworzonym poprzez wzniesienie 168m zapory, są inne niż reszta tego pustynnego kraju. Jest więcej zieleni, gór i w końcu jakaś woda. Widać, że jest to popularne miejsce wypoczynkowe dla mieszkańców stolicy i nic dziwnego – jest bardzo ładnie, zważywszy że Uzbekistan nie jest krajem obfitującym w tego typu atrakcje naturalne.

IMG_6279

IMG_6271

IMG_6276

IMG_6265

IMG_6275

IMG_6270

Po 2h zjawiam się w umówionym miejscu i razem z całą wycieczką wracam do Taszkientu. Ale mi się trafiło!

Dzień 11: Sydney

Noc nie należała do pogodnych i już wieczór zwiastował burze i deszcz. Na szczęście namiot wytrzymał bez problemów. Szkoda tylko, że pogoda rano nadal jest brzydka.

Zważywszy na fakt, że po drugiej stronie zatoki zaczyna się Sydney decydujemy przeprawić się promem z Bundeena do Cronulla (6$), a następnie wsiadamy w pociąg i jedziemy do Bondi Junction, skąd już tylko kilkanaście minut piechotą na jedną z najbardziej znanych i rozpoznawanych plaż nie tylko Sydney ale i całej Australii – Bondi Beach. Niestety pogoda nadal nie jest najlepsza i co chwilę musimy się chronić przed deszczem. Ścieżką wzdłuż wybrzeża idziemy kilkaset metrów i wracamy  na dworzec. Podjeżdżamy parę stacji na Martin Place i przez The Royal Botanic Gardens kierujemy się w stronę gmachu opery. Wydaje mi się, że na żywo nie robi takiego wrażenia jak na zdjęciach, choć i tak jest to niewątpliwie dzieło sztuki, zważywszy na to, że ma już swoje lata. Chwilę kręcimy się w okolicy, po czym ruszamy dalej na Sydney Harbour Bridge, z którego świetnie widać panoramę miasta oraz zatokę wraz z operą. Pogoda ponownie pokazuje pazur i zanosi się na deszcz. Gdy wysiadamy na stacji Cronulla leje jak z cebra, a do odpłynięcia promu mamy ledwie parę minut. Nie ma co zwlekać, biegniemy. Pomimo, że jest to ledwie kilkaset metrów jesteśmy kompletnie przemoczeni.

Berlin

Berlin – czyli krótki oddech i powrót do cywilizacji podczas pobytu w Parku Narodowym Ujście Warty. Jako, że będąc tam do Berlina nie było daleko (ok 80km) tak więc warto było sie wybrać. Samochód zostawiliśmy na przedmieściach co by nie było problemów z parkowaniem w centrum i przemieszczeniem się, bądź co bądź 4mln ludzi to nie mało, a jako środek lokomocji wybraliśmy rowery, tym bardziej, że słońce miło przygrzewało. Jednak po całym dniu podziwiania miasta byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Po pierwsze , dużym plusem jest bardzo rozwinięta sieć ścieżek rowerowych, co zresztą nie jest zaskoczeniem w takim mieście, w takim kraju. Jednakże Niemcy nie są tak zasadniczy jak na przykład Holendrzy czy Belgowie i poruszają się nie tylko po ścieżkach ale także po pasach dla busów lub po torowiskach tramwajowych, co sprawia, że to miasto jest naprawdę przyjazne rowerzyście i nie sprawia wrażenia nudnego, a rower jest tam bardzo popularnym i co bardzo ważne szanowanym środkiem, z punktu widzenia innych uczestników ruchu środkiem lokomocji. Mimo, że wzięcie roweru nie było błędem to miasto zaskoczyło mnie duża przepustowością ruchu, brak jakichkolwiek korków w centrum, oraz co więcej mnóstwem miejsc parkingowych w samym centrum. Kolejnym zaskoczeniem, jakże pozytywnym było dla mnie sporo terenów zielonych także w centrum tego ogromnego miasta, m.in pod Reichstagiem czy Katedrą Berlińską gdzie ludzie w samym środku miasta odpoczywali i opalali się. Co więcej nie dalej jak kilkaset metrów za Bramą Brandenburską można było zobaczyć kawałek lasu oraz berlińczyków przy grillu.
Spośród wielu zwiedzonych europejskich stolic Berlin zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Niestety nie wiem jak wygląda tam życie w środku tygodnia, jednakże podczas weekendu, wywarł na mnie dość miłe wrażenie.