Dzień 53: Yogyakarta, Borobudur

Następnego dnia rano ponownie wybieram się, by zwiedzić pałac sułtana – Kraton (wstęp: 12500 + 1000 IRD za fotografowanie). Opisów po angielsku brak, więc tylko przechodzę z budynku do budynku oglądając ekspozycje i robiąc zdjęcia. Czekając na przedstawienie na głównym placu ktoś mnie zaczepia i okazuje się, że to para Holendrów, z którą jechałem razem w aucie z nad jeziora Toba do Medan na Sumatrze. To jakieś 2,500 km dalej! Na targu kupuję sobie spodnie w lokalnym stylu (40000IRD) i idę piechotą na ptasi targ. Został on niedawno przeniesiony z okolic Wodnego Pałacu i dojście zajmuje mi ponad pół godziny. Wbrew nazwie na targu nie sprzedaje się tylko ptaków, choć tych jest tam mnóstwo (sowy, papugi oraz drób), lecz można tam również spotkać wielkiego pytona w klatce, żółwie, koty, psy, małe małpki, myszy, duże i małe nietoperze, skorupiaki w pomalowanych skorupkach oraz kurczaki we wszystkich kolorach tęczy.

Z targu idę na dworzec żeby zapytać o autobus do Surabaya oraz sposób podjechać do Jombor Bus Terminal, z którego odjeżdzają autobusy do buddyjskiej świątyni Borobudur. Dojazd (10000 IRD) z obrzeży Yogyakarty zajmuje przeszło godzinę i gdy tam docieram jest już 15:20, a autobus powrotny jest o 17. Ponownie kupuję bilet studencki (85000 IRD) i muszę się bardzo spieszyć ze zwiedzaniem. W pobliżu jest podobno druga świątynia, podobno położona w jeszcze bardziej urokliwym miejscu, lecz niestety czas nie pozwala mi do niej dotrzeć. Spaceruję więc wzdłuż murów i w pewnym momencie spotykam Danę, która jechała ze mną w autobusie i również zastanawia się nad opcją powrotu do miasta. Okazuje się, że wyjście jest z innej strony niż wejście i żeby się wydostać należy obejść wszystko. Azjaci nie mają w zwyczaju chodzić zbyt szybko i ciężko mi jest się przebić w stronę wyjścia, a czas ucieka. Na zewnątrz dla pewności podjeżdzamy kilkaset metrów tuc-tuckiem.

W autobusie dla odmiany bilet w drogę powrotną kosztuje 15000 IRD ale nie dajemy się naciągnąć, szczególnie że nas obcokrajowców jest czworo. W konsekwencji płacimy tyle ile w pierwszą stronę, choć konduktor nie wydaje się być z tego faktu zadowolony.

Do pokoju znów muszę wracać z centrum piechotą, bo ostatni autobus już odjechał. Na chodnikach siedzą ludzie i piknikują jakby byli w centrum parku i siedzieli na trawie.

Reklamy

Dzień 52 – Yogyakarta

O 3:40 byłem już na miejscu, w Yogyakarcie. Trochę wczesna godzina, więc postanowiłem dla zabicia czasu pójść piechotą do mojego następnego hosta. Poza tym chciałem się trochę rozgrzać, bo zmarzłem w pociągu. Ragil odbiera mnie z przystanku naprzeciw hotelu Saphir. Jego mieszkanie jest dosłownie w głębi ulicy, na piętrze. Składa się z małego pokoiku i łazienki. Śpimy na materacach na podłodze, co jest bez wątpienia lepsze niż fotel w pociągu, zatem usypiam od razu.

Rano wsiadam w Trans Jogja bus (IR 3000) i jadę do centrum na Malioboro Street – główną ulicę miasta, wzdłuż której ciągną się sklepy z pamiątkami, stragany z ubraniami wykonanymi w technice batik. Jest to technika malarska polegająca na kolejnym nakładaniu wosku i kąpaniu tkaniny w barwniku, który farbuje jedynie miejsca nie pokryte warstwą wosku. Z reguły są to bardzo wzorzyste ubrania i na moje nieszczęście wszystkie podobne. Już od pobytu w Tajlandii planuję kupić sobie nowe ubranie, ale o ile z początku nie chciałem tego wozić ze sobą przez dwa miesiące, o tyle teraz nie mogę znaleźć niczego odpowiedniego.

Pobieżnie zwiedzam muzeum, niestety Kraton – pałac królewski jest już zamknięty dlatego idę do Wodnego Pałacu, z którego piechotą do Art Group – miejsca gdzie można zobaczyć proces tworzenia ubrań, obrazów wykonanych w technice batik.

Po południu jadę zwiedzić kompleks świątyń hinduistycznych Prambanan położony 18 km od miasta. Udaje mi się wejść na bilet studencki (IR 85000), choć to i tak wciąż czterokrotnie wyższa cena niż ta, która obowiązuje dla Indonezyjczyków. Po świątyniach spaceruję prawie do zachodu słońca, a zarazem do momentu, aż cały kompleks zostaje zamknięty.
Na przystanku gromadzi się pełno ludzi i wszyscy chcą jechać do miasta, dlatego udaje mi się załapać dopiero na drugi autobus. Ponownie jadę prosto do centrum na Malioboro Street. Jak się później okazuje, po godzinie 21 nie mam już autobusu powrotnego i drugi raz tego dnia czeka mnie czterokilometrowy spacer do mieszkania Ragila.

Podczas podłączania baterii do gniazdka robi się małe spięcie, wyskakuje parę iskier i cały budynek pogrąża się w ciemnościach. Z ładowania nici.