Dzień 60: Ubud – Gunung Kawi – Mother temple of Besakih, Bali

Spacerując wieczór po mieście spotkałem Danę. Rano umówiliśmy się, że wspólnie wypożyczymy skuter (50000 IDR) i zwiedzimy wyspę. Bierzemy przyciemniane kaski, ponieważ o ile w chyba całej południowo-wschodniej Azji nikt nie dba o prawo jazdy, o tyle na Bali policja lubi kontrolować turystów i wlepiać mandaty. Zakładamy długie spodnie, długie rękawy, a do tego jeszcze chustki na twarz. GPS jest wręcz nieoceniony i pomaga sprawnie poruszać się po wąskich, krętych uliczkach balijskich wiosek i doprowadzić nas bez problemów we właściwe miejsce. Jest jeszcze rano i jadąc wzdłuż pól mijamy nagich mieszkańców kąpiących i myjących się w rowach. Jeszcze inni robią w ten sposób pranie. Naszym pierwszym celem jest świątynia Gunung Kawi (wstęp 15000 IDR). W pasie przewiązujemy sobie sarongi i po schodach wzdłuż soczyście zielonych tarasów ryżowych schodzimy w dół do świątyni. Jest ona XI wiecznym kompleksem składającym się z dziesięciu wydrążonych w skale jaskiń. Mnie mimo wszystko najbardziej urzeka jej piękne położenie.

Następnie skierowaliśmy się w stronę Kintamani, gdzie mieściła się kolejna świątynia. Tym razem ograniczyliśmy się do obejrzenia jej z zewnątrz. W pobliskim budynku kobieto przygotowywały kwiaty na najbliższe święto pełni księżyca. Co ciekawe, nów był ledwie parę dni wcześniej.

Z okolicy rozpościera się ładny widok na dwa wulkany i jezioro Beratan. Boczną drogą jedziemy do Pura Besakih (Mother Temple of Besakih) uważaną za najbardziej świętą z balijskich świątń. Opłatę za wstęp (15000 IDR) uiszczamy już przy drodze, kilkaset metrów wcześniej. Wejście do wnętrza jest możliwe tylko z lokalnym „opiekunem” lub dla modlących się. Wolimy jednak obejść sobie świątynię na własną rękę i gdy widzimy niski murek – przechodzimy przez niego i już jesteśmy wewnątrz. Chyba jesteśmy jedynymi turystami, którzy zwiedzają świątynię samodzielnie i nie dali się naciągnąć na dodatkowe opłaty. W końcu bilety wstępu kupowaliśmy do świątyni, a nie tylko na dziedziniec. W środku oczywiście trwała jakaś ceremonia. Łatwo było się domyślić ponieważ na Bali codziennie ma miejsce ich kilka z różnych okazji, w wielu miejscach jednocześnie.

Powrót do Ubud zajmuje nam przeszło 1,5h, szczególnie że całe to obserwowanie drogi czy gdzieś nie stoi policja i w razie potrzeby chowanie się za samochodami było męczące. Kilka kilometrów dalej, na prostym odcinku drogi dwupasmowej już nie jest tak wesoło, gdyż policjant zatrzymuje wszystkich jak leci do kontroli. W tym samym czasie drugi sprawdza dokumenty. Gdy jednak ten pierwszy odwraca się od nas plecami by zatrzymać kolejnych motocyklistów powoli, niezwracając niczyjej uwagi odjeżdzamy unikając niepotrzebnych kłopotów i utraty gotówki na potencjalną łapówkę.

Reklamy

Dzień 59: Jawa – Bali

Wstajemy wcześnie by zdążyć na prom o 7 rano. Matt gdzieś zniknął po drodze gdyż ja szedłem wolniej sprawdzając i czytając pocztę. Przeprawa trwa godzinę (7000 IDR) i zmienia się czas o godzinę.

Matta spotykam dopiero po przedostaniu się na Bali, na dworcu w Gillmanuk, gdzie jak zwykle nawiązuje kontakt z tubylcami.
Wsiadamy do pierwszego autobusu (40000 IDR) odjeżdzającego w kierunku stolicy – Denpasar. Po przybyciu na miejsce i rozejściu się zamawiamy sobie jeszcze smażony makaron z orzeszkami ziemnymi – bardzo dobre. Przejeźdzamy jeszcze z głównego dworca na mniejszy, lokalny, z którego liczymy, że złapiemy coś dalej. Ja planuję dotrzeć do Ubud, a Matt do Kuta, gdzie jest umówiony ze swoją znajomą.

Niestety żaden bus nie jedzie i wydaje się, że się nawet na to nie zanosi. Odjazd nastąpi dopiero jak ludzie się zbiorą. A kiedy się zbiorą? Może jutro rano. Nie mając wyjścia bierzemy moto-taxi (40000 IDR/15km). Nie jest to wygodny środek transportu, szczególnie jeśli ma się na plecach duży plecak.

Znalezienie noclegu w budżetowej cenie nie jest łatwe. Większość pokoi zaczyna się od 200 000. Dopiero po pewnym czasie udaje mi się wynająć ładny, duży przestronny pokój z ogromnym łóżkiem z kolumnami. Do tego łazienka z ciepłą wodą, szafa, taras oraz śniadanie wliczone w cenę. Miła odmiana od tego, co wcześniej spotykałem w Indonezji. Ale to jest w końcu Bali.