Mapa podróży po Azji Środkowej

W ramach podsumowania i łatwiejszego zwizualizowania trasy przeze mnie przebytej dodaję mapę. Nie jest w 100% dokładna – z Murghabu do Khorogu nie jechaliśmy trasą M41 tylko przez Korytarz Wachański ale myślę, że daje ogólny obraz drogi.

Reklamy

Deportacja z Rosji

Bardzo często mam niesłychane szczęście w różnych sytuacjach, np. zostaję przygarnięty przez jakąś rodzinę gdy jestem chory (Chodżent) lub ktoś mnie podwiezie kiedy cały inny transport zawodzi, a brak sił by iść dalej (stop w Kazachstanie). Przypadków kiedy mogło mi się coś stać, a kończyło się ledwie zadrapaniami jest mnóstwo (wypadek na skuterze w Wietnamie, bycie rzucanym przez fale oceanu po ostrych koralowcach w Indonezji, itd., itp.). Zdaję sobie sprawę także z tego, że jeśli coś ma się przytrafić to przytrafi się właśnie mi. Nie ubolewam z tego powodu, po prostu zdaję sobie sprawę, że im częściej będę wyjeżdżał, tym częściej coś się może zdarzyć. Ot, statystyka.

Z drugiej jednak strony każde takie zdarzenie to kolejne doświadczenie, przygoda, a wiem że moje szczęście i tak sobie z tym poradzi. Tak też było i tym razem. Ale od początku..

Z hostelu na lotnisko wyjechałem około 1 w nocy, mimo że wymeldowałem się już o 10 rano. Jednak właściciel Topchan hostel (warto wymienić tę nazwę) – Roman, był tak sympatyczny, że pozwolił mi zostać ile tylko chcę i nie krępować się. Skorzystałem więc z tego zaproszenia i po powrocie z nad jeziora ułożyłem się na matach i czekałem na odpowiednią godzinę, kiedy to będę mógł wyruszyć na lotnisko. W międzyczasie dostałem wiadomość od Joe i Leo, że są już w Londynie, a przecież rozstaliśmy się zaledwie rano. Joe bez przeszkód powrócił z bazaru i kupił mi papryki.

Na lotnisku ostatnie przepakowanie, zabezpieczenie wszystkiego i udanie się do odprawy. Sprawne przemieszczanie uniemożliwiał mi zestaw do herbaty składający się z glinianego dzbanka, ośmiu czarek i dużej podstawki. Pomimo, że miałem to wszystko bezpiecznie owinięte folią i pianką i tak musiałem nieść to w rękach i dbać jak o jajko. Zakup zrobiłem już w Chiwie i od tamtego czasu chodziłem z tym cały czas w rękach. Nie inaczej było teraz na lotnisku.

Ustawiam się w kolejce do odprawy, podaję paszport, czekam na wydrukowanie kart pokładowych i wtedy pani mówi do mnie, że bagaż mam do odbioru w Moskwie (lecę do Mińska). Odpowiadam, że raczej nie bo bez wizy rosyjskiej nie jestem w stanie tego zrobić. Ona z kolei, że takie są procedury i muszę go tam odebrać. Odbijam piłeczkę mówiąc kolejny raz, że nie ma opcji.

Po chwili prosi mnie o przejście na bok i zaczekanie, aż przyjdzie ktoś z Aeroflotu i rozwiąże moją sytuację. Wiem, że w każdym cywilizowanym kraju (poza USA oczywiście) na tranzycie nie jest potrzebna wiza. Okazuje się, że tutaj jest inaczej i Rosja ma specjalne porozumienie z Białorusią i loty na trasie Moskwa – Mińsk są traktowane jako krajowe więc wymagane jest przejście do terminala krajowego i posiadanie wizy. Mój błąd, nie wiedziałem, nie sprawdziłem, nie domyśliłem się ale i nikt mi nie powiedział.

Chwilę później przychodzi jednak ktoś z linii lotniczej i rozentuzjazmowanym głosem mówi, że nie ma sprawy, wszystko załatwione. Nadadzą z Taszkientu telegram (telegram! Serio) do Moskwy i tam zgłoszę się na tranzycie, powiem że ja to ja i wszystko będzie wiadomo. Odbiorą mój bagaż i nadadzą go w moim imieniu. Super! Zatem lecę, bo przez chwilę obawiałem się jak to się skończy, a co gorsza moja uzbecka wiza kończy się za 20h i jedyny kraj, do którego mógłbym wjechać bez wizy do Kirgistan.

Od zawsze bardzo ceniłem sobie loty Aeroflotem ze względu na komfort podróży i ciepły posiłek na trasach europejskich (3 miesiące później podczas lotu do i z Tokio trochę zmieniłem zdanie) ale ten A330-200 był naprawdę niesamowicie wygodny. Dużo miejsca na nogi, siedzenia oddzielone dużą konsolą, a nie jakimś podłokietnikiem. Prawie całe 5h przespałem.

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku Sheremietievo udaje się na tranzyt po kartę pokładową do Mińska i już po 30 sekundach pani oznajmia mi, że tam to na pewno nie polecę. Sytuacja niejako się powtarza – potrzebuję wizę, której nie mam i nie mogę lecieć tam, dokąd bym chciał. Pani sięga po telefon, wykonuje parę telefonów, a z rozmowy wyłapuję m.in. pytania o wolne miejsca na loty przez Rygę, Warszawę i Kijów. Sugeruję, że mogą mnie wysłać przez jakieś inne miasto lub nawet przez Warszawę, gdzie wysiądę ale odpowiada, że nie jest to możliwe i jeśli chcę lecieć inaczej to muszę kupić nowy bilet. W zasadzie i tak muszę kupić nowy bilet aby wydostać się z tego międzynarodowego terminala. Trochę mi to nie w smak bo dlaczego mam kupować nowy bilet. A co jeśli nie miałbym na to żadnych środków. Oczami wyobraźni widzę siebie jak utykam na tym lotnisku na wieki wieków jak swego czasu bohater grany przez Toma Hanksa w filmie „Terminal”. Obawiam się tylko, że odprowadzając wózki nie nazbieram wystarczającej ilości monet na jedzenie.

W każdym razie biletu nie mam zamiaru kupować i pytam co dalej ze mną będzie. Pani odpowiada, że w takim razie czeka mnie deportacja. W sumie zawsze chciałem to przeżyć i dowiedzieć się jak to jest. Raz nawet miałem pomysł aby z Krymu popłynąć bez wizy do Rosji i spełnić zrealizować ten pomysł. Jak widać co się odwlecze to nie uciecze.

Zostałem poproszony o przejście na bok, oddanie paszportu i zaczekanie. W międzyczasie wpadłem na pomysł aby spróbować skontaktować się z ambasadą ale przed 9 nikt tam nie pracował, a po 9 nie byłem w stanie się dodzwonić. Olałem sprawę i czekałem. Godzinę później przyszła celniczka z dodatkowymi pytaniami typu miejsce zamieszkania, czy byłem w wojsku i czy świadomie przyleciałem bez wizy. Kolejne pół godziny później przyniosła pięć kartek papieru do podpisu (po rosyjsku). Z grubsza streściła mi poszczególne paragrafy, wytłumaczyła, że raz na jakiś czas trafia się im taka sytuacja i na moim miejscu też by wybrała deportację bo to najprostsze wyjście. Bałem się tylko czy trzy miesiące później w drodze do Tokio nie będę miał problemów w Moskwie ale powiedziała, że nie. Dostałem tylko do zapłaty mandat (30$). Miałem na to 60 dni więc tak naprawdę mogłem go wyrzucić do kosza i nigdy więcej nie próbować pojawić się w Rosji. Ale wiem, że pewnego dnia tam trafię, więc lepiej będzie zapłacić. Dodała jeszcze, że Aeroflot za niepoinformowanie mnie o konieczności posiadania wizy dostał także mandat – 700$.

Po wszystkich formalnościach zostałem przeprowadzony przez strefę tranzytową do terminala. Zadano mi pytanie dokąd chcę zostać deportowany. Tutaj miałem mały dylemat bo wahałem się między Vancouver, Seulem i Warszawą. Nie wiem czy by to przeszło ale pewnie gdybym wybrał Londyn bądź Madryt to nie byłoby problemu.

Niestety najbliższy lot Aeroflotu do Warszawy był dopiero za ponad 8h i tyle też przyszło mi czekać w terminalu. Miałem oczywiście swobodę poruszania się jak każdy inny pasażer, nie zostałem zatrzymany, przeszukany ani spałowany. Nie dostałem też żadnych talonów na jedzenie. Znalazłem sobie tylko jakiś koc bo klimatyzacja działała na pełnych obrotach i cierpliwie czekałem na swój lot.

Jezioro Charvak

Rano nadchodzi ten moment, kiedy rzeczywiście się rozstajemy. Leo zostaje w hostelu, a my z Joe jedziemy jeszcze wspólnie metrem. Ja wybieram się nad Jezioro Charvak, a Joe na Chorsu Bazar po ostatnie zakupy i ostrą paprykę dla mnie. Żeby nie było zbyt nudno – zostawia swój paszport w hostelu i nie chcą nas wpuścić do metra. Pytają nas chyba 10 minut dlaczego Joe nie ma paszportu przy sobie i mówią, że nie może wejść ale potem pojawia się jakiś zwierzchnik, który mówi, że nam wierzy i przepuszcza bez przeszkód. Cała ta sytuacja może wydawać się dziwna, niebezpieczna lub nieprzyjemna. Nic bardziej mylnego! Zdajemy sobie sprawę, że takie kontrole to jest ich obowiązek, a obecność policji na każdym kroku wcale nam nie przeszkadza. Poza tym takie kontrole na nas są przeprowadzane z ciekawości. Zazwyczaj padają pytania skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy, czy nam się podoba, czy mamy żony, dzieci, a jeśli nie to dlaczego i może tutaj sobie znajdziemy. Dla nas ma to swój urok i jest częścią tej kultury, którą przyjechaliśmy poznać. Pewnie stresowałbym się tym trochę gdybym próbował przemycić w plecaku trochę trotylu do metra. Martwię się tylko, że Joe wracając z bazaru może mieć znów problem i nie dogada się bo nie zna ani słowa po rosyjsku.

Metrem jadę na północ miasta aby tam złapać jakieś auto jadące w kierunku jeziora. Idzie mi to jak po grudzie ale może dlatego, że gdy zostaję sam to zawsze muszę chwilę się przyzwyczaić do ogarniania wszystkiego samemu. Zazwyczaj nawet gdy jestem w większej grupie to i tak wszystko załatwiam ja ale jak zostaję nagle sam to z początku często nie mogę się zorganizować. Tak już mam.

Z dwoma przesiadkami docieram do Gazalkent i tam łapię kolejny samochód, który w moim mniemaniu ma mnie dowieźć do jeziora. Tutaj trochę nie dogaduję się z kierowcą bo podaję mu nazwę miasta leżącego po drodze, a nie punkt docelowy i wysadza mnie 15km od jeziora. Jestem na kompletnym odludziu i za bardzo nie wiem jak pokonać te ostatnie kilometry. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, rozwiązanie przychodzi samo. W pobliskiej restauracji obiad je wycieczka Hindusów, którzy przygarniają mnie do swojego autokaru. Jakby tego było mało to nad jeziorem mają 2h przerwę na kolejny posiłek i proponują, że jeśli na nich zaczekam to zawiozą mnie z powrotem do Taszkientu. Idealnie! Postanawiam wykorzystać ten czas na spacer plażą wzdłuż jeziora i krótką kąpiel. Jest upał więc dla mnie w sam raz. 35C to temperatura, w której nie marznę i jestem w stanie wejść do wody bo nie jest zbyt zimna. Okolice Jeziora Charvak, które jest tak naprawdę rezerwuarem utworzonym poprzez wzniesienie 168m zapory, są inne niż reszta tego pustynnego kraju. Jest więcej zieleni, gór i w końcu jakaś woda. Widać, że jest to popularne miejsce wypoczynkowe dla mieszkańców stolicy i nic dziwnego – jest bardzo ładnie, zważywszy że Uzbekistan nie jest krajem obfitującym w tego typu atrakcje naturalne.

IMG_6279

IMG_6271

IMG_6276

IMG_6265

IMG_6275

IMG_6270

Po 2h zjawiam się w umówionym miejscu i razem z całą wycieczką wracam do Taszkientu. Ale mi się trafiło!

Powrót do Taszkientu

Z Chiwy, a konkretniej z Urgench wsiadamy w pociąg sypialny do Taszkientu. 18h jazdy, 1000km do przebycia i wagon plackartnyj, czyli esencja podróżowania po wschodzie. W wagonie takim mieści się około 50 osób i tak naprawdę nie ma prywatnej przestrzeni. Nawet łóżko, szczególnie jeśli mamy dolne, jest bardzo często za dnia okupowane przez współtowarzyszy podróży. Umożliwia to wzajemne poznawanie się, rozmowy i biesiady. Moje łóżko mieści się na górze, przy oknie, że wpadający przez nie wiatr delikatnie chłodzi i owiewa moją twarz. Z wolno sunącego przez pustynię pociągu obserwuję zmieniający się kolor piasku na co raz bardziej czerwony w miarę jak zbliża się zachód słońca.

Wypoczęci docieramy przed południem do Taszkientu i idziemy do hostelu. Tym razem śpimy po tej stronie miasta, a Chorsu Bazar znajduje się na jego północnym skraju. W drodze między stacją, a hostelem odkrywamy mały lokal, bez krzeseł i tylko z jednym stolikiem na chodniku, gdzie robią i sprzedają świeże manty i inne pierogi z ziemniakami lub mięsem. Do tego ostry sos i mamy najlepsze śniadanie, obiad i kolację w jednym. Co prawda w jednej chwili to jedzenie mi z Leonore lekko zaszkodziło ale i tak było warto.

Joe z Leo chcą zmienić swoje plany i wrócić wcześniej do domu jednak nie jest to takie proste bo zmiana biletu w Aerofłocie kosztuje więcej niż nowy bilet, a wszystkie loty Taszkient-Moskwa są na najbliższe dni w całości wyprzedane. Decydują się na kupno nowego w Uzbek Airlines i następnego dnia lecą bezpośrednio do Londynu z Taszkientu. Jest to zatem nasz ostatni wspólny dzień. Wykorzystujemy go jeszcze na krążenie po centrum, robienie wspólnych zdjęć i wspominanie wszystkich przeżytych wspólnie w Uzbekistanie przez ostatnie 10 dni. Nie ma co ukrywać, zżyliśmy się ze sobą. Przebywaliśmy razem 24/7, znosiliśmy swoje towarzystwo, choć było naprawdę sympatycznie. Można się czasem zastanawiać jakie są najtrudniejsze momenty w podróży. Można się wahać pomiędzy szukaniem noclegu na zabitej dechami dziurze w Kambodży o 22 podczas ulewnego deszczu, gdzie nikt w dodatku nie mówi po angielsku. Można przyjąć, że wchodzenie na kilkutysięcznik jest wyczerpujące, obdzierające z sił i miotające człowiekiem jak tylko przyroda tego zapragnie. Nie jest łatwo, gdy kilka tysięcy kilometrów od domu dopada choroba i rozkłada w łóżku bez ruchu. Skomplikowanie logistyczne jest organizowanie transportu do miejsc, w które ciągnie nas wyobraźnia. Jednak to wszystko są chwilowe trudności, zaledwie drobne przeszkody, które można łatwo przezwyciężyć, pokonać i iść dalej. Znacznie trudniej jest rozstać się z kimś, z kim dzieliło się razem te dobre i złe chwile, znosiło deszcz, wiatr, upał, niewygody oraz nachalnych sprzedawców oraz wspólnie cieszyło z widoków roztaczających się za każdym zakrętem. Pomimo relatywnie krótkiego czasu, jaki zwykle spędzamy ze sobą jesteśmy w stanie się dobrze poznać. Poznać na tyle aby za sobą tęsknić, wspominać, a co najważniejsze, aby podtrzymywać znajomość mimo dzielących nas kilometrów i wykorzystać każdą sposobność by gdzieś w tym małym wielkim świecie znów się kiedyś spotkać*.

*Z Joe spotkałem się trzy miesiące później w Tokio.

Moynaq

O 11 zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami spotykamy się z naszym kierowcą, który ma nas zawieźć co Moynaq. Po drodze, co jest już pewnego rodzaju rutyną, zatrzymujemy się u zięcia na straganie z melonami i dostajemy jak zwykle jakąś soczystą, dojrzałą sztukę. Wstępujemy jeszcze do domu na obiad – tak, plov, po czym już dość późno popołudniu jedziemy dalej. Przed nami ponad 350km przez prawie pustynię, a jeszcze w Nukus zatrzymujemy się w muzeum Savitsky’ego. Joe z Leo wstępują, a ja rezygnuję po tym jak musiałbym zostawić aparat w szatni.

Ostatnią miejscowość przed samym Moynaq mijamy kilkadziesiąt minut wcześniej. O dziwo momentami krajobraz z pustynnego zmienia się na bardziej trawiasty, pojawiają się drzewa. Przypomina mi to Australię. Do miasteczka dojeżdżamy tuż przed zachodem. Od razu kierujemy się na wzgórze-wydmę, z której roztacza się widok na wyschnięte dno jeziora i porzucone cmentarzysko statków. W latach ’60 do miasta nie prowadziła żadna droga lądowa – jak tłumaczy nam kierowca. Jedyny sposób dotarcia to wodą lub powietrzem. Ze względu na pustynnienie terenu spowodowane odprowadzaniem dużych ilości wody Amur Dari do kanałów nawadniających pola bawełny jezioro zaczęło zanikać i obecnie stanowi 10% swojej pierwotnej powierzchni. Tragedia ta oceniana jest jako największa współczesna katastrofa naturalna. Wody jeziora znajdują się ponad 200km od Moynaq i nie przewiduje się planów rewitalizacji. Jedynie Kazachstan podejmuje walkę na swoim terenie i stara się poprawić sytuację poprzez odgrodzenie północnej części jeziora od reszty.

IMG_6185

IMG_6196

IMG_6204

W obliczu tej katastrofy, mieszkańcy Moynaq są w ciężkiej sytuacji. Niegdyś miasto portowe utrzymujące się z rybołówstwa i przemysłu rybnego, dziś zmaga się z duchami przeszłości i problemami. Młode pokolenie wyjechało w poszukiwaniu pracy bardzo często zostawiając dzieci na wychowaniu dziadków. Obraz i uświadomienie sobie tej sytuacji jest naprawdę straszne i smutne.

IMG_6212

Po zachodzie słońca rozbijamy namiot nad pobliskim jeziorkiem. Gotujemy kolację na kuchence i wpatrujemy się w gwiazdy. Akurat przypada szczyt występowania Perseidów, więc kilka przelatuje po nieboskłonie. Ciężko nam jest oderwać wzrok od tak ugwieżdżonego nieba. Wygląda jakby obsypane świecącym brokatem. Pomimo, że za dnia panujący upał staje się czasem nieznośny nawet dla mnie, to w nocy robi się szybko chłodno. Na tyle chłodno, że około 3 postanawiam się ubrać, a o 5 wyjmuję śpiwór.

Na śniadanie szybki posiłek wraz z herbatą, której Joe nie mógłby sobie odmówić. Jak prawdziwy Anglik nosi przy sobie herbatę z przywiezioną z domu. Nie mam mu się co dziwić, ja zawsze zabieram ze sobą kisiel. Dobrze jednak, że zabraliśmy kilkanaście litrów wody w butelkach bo po tym jak zobaczyłem jakieś nicienie pływające w kubku z wodą straciłem ochotę nawet na gotowaną jeziorankę.

Raz jeszcze jedziemy na cmentarzysko statków aby zobaczyć je w pełnym słońcu. Widać, że zostały rozmontowane jak tylko się dało i nie zostało nic poza samym szkieletem. Jeden z napisów na burcie świetnie przedstawia obraz sytuacji – „all is left are stars and rust”.

IMG_6225

IMG_6219

IMG_6232

IMG_6243

Można się zastanawiać czy opłaca się tłuc się 350km po to żeby zobaczyć kilka zardzewiałych skorup statków rozrzuconych na piasku. Można być zawiedzionym, że nie ma już Jeziora Aralskiego, a Moynaq to istne zadupie na pustyni. Jednak patrząc takimi kategoriami warto zostać w domu i odpuścić sobie ten dylemat. Moim zdaniem Moynaq i wszelkie trudy dotarcia są warte poniesienia aby na własne oczy zobaczyć i uświadomić sobie ogrom tej katastrofy naturalnej, która dokonała się w przeciągu paru dekad na naszych oczach. Można sobie tłumaczyć, że to jest mała skala i bardzo konkretne działania doprowadziły do wysychania jeziora ale takich przypadków na świecie jest znacznie więcej i dziś niewielu z nas dostrzega konsekwencje naszych działań, a te mogą się kiedyś okazać zgubne w skutkach.

Chiwa

Aby wyjechać z Buchary musieliśmy ponownie udać się na dworzec za miasto, skąd odjeżdżały auta m.in. w kierunku Chiwy. Teoretycznie ze znalezieniem transportu nie było problemu, bo jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – transport znalazł nas sam. Jedynie cena nam nie odpowiadała. Kierowca chciał dwukrotnie więcej niż byliśmy gotowi zapłacić. Tłumaczył to tym, że pojedziemy przez pustynię, gdzie jest bardzo gorąco i samochód koniecznie musi być klimatyzowany. Bzdury! Negocjacje nie tyle szły ciężko, o ile prawie w ogóle nie sposób było opuścić ceny, a kierowca robił się co raz bardziej nachalny i w ogóle niesympatyczny. Jedyne ustępstwo na jakie był gotowy to obniżyć nieznacznie cenę ale tylko dla Leo, na co Joe zareagował z oburzeniem, że to seksistowskie i dyskryminujące. Zostawiliśmy więc Joe z plecakami, a razem z Leonore poszliśmy poszukać lepszej opcji. Nie było to trudne, bo znaleźliśmy po drugiej stronie targu. Tylko kierowca się nie chciał odczepić i chodził za nami. W końcu pogadał sobie z naszym nowym kierowcą, który zgodził się zabrać nas za znacznie niższą cenę. Jazda przez pustynię Kara Kum wcale nie była taka nieznośna jak nas straszono ale o tym w końcu wiedzieliśmy. Siedzieliśmy sobie w miarę wygodnie w trójkę na tylnej kanapie i podziwialiśmy krajobrazy, czyli głównie piach, od czasu do czasu przecięty leniwie snującą się Amur-Daria. Podpytywaliśmy także o sposoby dotarcia do Moynaq – dawnej osady rybackiej położonej wówczas nad brzegiem Jeziora Aralskiego. Z tej rozmowy zrodziło się zaproszenie do domu naszego współpasażera, który przywitał nas kolacją – słynny plov z przepysznymi melonami na deser. Poznaliśmy jego teścia, który to zaproponował zawieźć nas do Moynaq autem. Cena była mało atrakcyjna więc negocjowaliśmy w miarę możliwości, w końcu nie zależało nam dobijać targu już teraz i równie dobrze mogliśmy się rozejrzeć za transportem jeszcze w Chiwie. W konsekwencji zgodziliśmy się na 40$ od osoby plus dzisiejszy nocleg z kolacją i śniadaniem  w domu.

IMG_6056

IMG_6045

IMG_6057

IMG_6043

IMG_6096

Tak też się stało, nocowaliśmy na rozłożonych na ziemi matach – mój nowy, ulubiony sposób spania, tak bardzo przypominający namiot tyle, że z dachem nad głową.

Rano po śniadaniu wróciliśmy do Chiwy i umówiliśmy się na wycieczkę do Moynaq następnego dnia. Tymczasem jednak znaleźliśmy sobie nocleg wewnątrz murów miejskich i udaliśmy się na zwiedzanie, a w Chiwie jest co zwiedzać. Całe stare miasto, tak zwane Iczan Kala to jeden wielki zabytek. Stare budynki, mury, minarety, meczety, medresy i malutkie sklepiki czy warsztaty z rękodziełem wciśnięte gdzieś pomiędzy to wszystko.

IMG_6262

IMG_6117

IMG_6171

IMG_6115

IMG_6083

IMG_6055

Tuż za wschodnią bramą mieści się targ i sklepy. Ja jednak postanawiam wspiąć się na pobliski minaret by mieć widok na miasto z góry. Słońce mam za plecami więc idealnie do zdjęć. Jednak wejście na samą górę stanowi nie lada wyzwanie. Jest wąsko, nisko, ciasno, a wszystko oblepione odchodami nietoperzy i gołębi. Widok rekompensuje trudy wejścia choć przecież muszę jeszcze zejść, a to jeszcze gorsze od wchodzenia.IMG_6093

Cała Chiwa jest piękna, te wąskie uliczki, niebieskie mozaiki, labirynty korytarzy. Miejsce nie z tej ziemi. Gdy jednak zbliża się wieczór, a słońce chyli się ku zachodowi, dobrym miejscem na obserwowanie jak ciepłe promienie oświetlają mury miejskie nadając im wręcz czerwony kolor jest wieża na zachodnim skraju miasta. Stąd pięknie widać całe miasto jak na dłoni i można sobie tylko wyobrażać jak Rosjanie próbowali, początkowo bezskutecznie, zdobyć Chiwę, która pozostawała najdłużej broniącym się chanatem.IMG_6163

IMG_6132
IMG_6161

IMG_6118

IMG_6247

Buchara

Właściciel hostelu odwozi nas do centrum, choć piechotą z plecakami zajęłoby nam to mniej niż 10 minut marszu. Zastanawiamy się jak znajdziemy transport do Buchary, gdy nagle tuż obok nas zatrzymuje się bus, w środku którego siedzi dwóch starszych panów. Krótka wymiana zdań, negocjacja ceny i za 35000 som/os jedziemy do Buchary. Jesteśmy głodni, a w środku pachnie świeżym pieczywem. Pytamy czy możemy odkupić jedną lepioszkę ale możemy się po prostu poczęstować. Kupionego pierwszego dnia pobytu w Samarkandzie arbuza nie zdążyliśmy jeszcze zjeść więc Leonore go zabrała. Bus, mimo że zwykły, niczym się niewyróżniający to w jakiś magiczny sposób pozwala poczuć magię podróży. Siedzimy trochę ściśnięci na tylnej kanapie przy czym jedno siedzenie nie posiada oparcia. Nie zastanawiając się długo po prostu rozkładamy się z tyłu na plecakach i od teraz jedziemy w komfortowych warunkach – na leżąco. Kierowca z kolegą ciekawi nas zadają pytania z częstotliwością jedno na pół godziny. Zaczynają od tego skąd jesteśmy. Kilkanaście minut i kilometrów później pytają czy tam do nas potrzebne im są wizy. Serię pytań zamykają tym o średnie wynagrodzenie w naszych krajach.

Wysiadamy na obrzeżach miasta i idziemy szukać jeszcze transportu do centrum. Od razu też obskakują nas taksówkarze rzucając taką cenę, że mimowolnie wybucham śmiechem i idę dalej nawet nie wdając się w negocjacje. Po chwil znajdujemy taksówkarza, który za 1000 som od osoby, co jest śmiesznie niską ceną, zgadza się nas zabrać. Mówię, że nie mamy jeszcze noclegu i pytam czy może nam coś polecić. Parę minut później przychodzi właściciel jednego z pobliskich hoteli i zaprasza nas do siebie.

Hotel jakich wiele, a mimo tego bardzo klimatyczny. Prowadzony przez rodzinę z pokolenia na pokolenie. Wewnątrz mieści się centralny dziedziniec z topczanami. Idealne miejsce na popołudniowy relaks.

IMG_6023

IMG_6018

Rano, jak zwykle mamy w zwyczaju, rozpoczynamy zwiedzanie miasta. Zanim jeszcze upał zacznie nam dawać się we znaki.

Ze wszystkich zabytków, świątyń, medres i meczetów najbardziej zapadło nam w pamięć kilka. Pierwszy to Minaret Kalon wraz z meczetem o tej samej nazwie mogącym pomieścić 10000 wiernych i ulokowaną po przeciwnej stronie medresą Mir-i-Arab, która pięknie prezentuje się w zachodzącym słońcu. Drugim jest fotogeniczny Char Minor z czterema wieżyczkami zagubiony gdzieś w labiryncie wąskich uliczek i wciśnięty na mały placyk między domami.

IMG_5930IMG_5858

IMG_5874IMG_5925

IMG_5995IMG_6001

IMG_6005

IMG_5988

Char Minor

W Bucharze podobał nam się także bazar bardzo przypominający nasze krakowskie sukiennice. Ten jednak oszałamiał feerią kolorów z jedwabnych i bawełnianych szali, toreb z wielbłądziej wełny czy drobiazgowo zdobionych talerzy, filiżanek i czajników do parzenia herbaty. Dodatkowym doznaniem był unoszący się zapach przypraw i ziół. Zdecydowanie uwielbiam takie stragany!

IMG_5871

IMG_5909

IMG_5964

IMG_5992

Wyróżniającą się w mieście budowlą jest również Ark, czyli masywna forteca. W środku jednak niczym nie zachwyca i zdecydowanie lepiej prezentują się zewnętrzne, potężne i grube mury.

IMG_5933

Ark za czasów Wielkiej Gry, jak nazywa się walkę o wpływy na terenie Azji Środkowej między Imperium Brytyjskim, a Rosyjskim był świadkiem wielu tragicznych wydarzeń. Jednym z nich jest historia dwóch brytyjskich żołnierzy – pułkownika Charlesa Stoddart’a oraz kapitana Arthura Conolly’ego. Stoddart przybył do Buchary trzy lata wcześniej z misją zapewniania Emira Buchary Nasrullah Khan’a o przyjaźni z Brytanią.

Nie docenił on jednak megalomanii Emira i przybył bez prezentów i z listem nie od Królowej Wiktorii, którą Nasrullah uważał za równoważną dla niego, ale od gubernatora generalnego Indii. Co więcej, Stoddart naruszył protokół wjeżdżając do Ark zamiast iść pieszo. Emir wrzucił go do więzienia, gdzie spędził większość czasu w dole wypełnionym szczurami i innymi, również jadowitymi kreaturami.

Conolly przybył do Buchary w 1841 roku aby negocjować uwolnienie towarzysza. Emir jednak węsząc spisek przeciwko niemu, zawiązany rzekomo przez chanów Chiwy i Chodżentu i jego wrzucił do więzienia. W 1842 roku obu stracono na placu przez twierdzą.

Więcej o zarówno tych wydarzeniach, jak i całej wielkiej grze jaka rozgrywała się pomiędzy dwoma mocarstwami na ziemiach Azji Środkowej począwszy od Bosforu aż po Indie, Pakistan, a nawet Chiny można przeczytać w książce „Wielka Gra” Petera Hopkirka.