Powrót

Podróż powrotną odbywamy w ten sam sposób jak poprzednio tj. z Colombo na pokładzie Boeninga 747-400 do Jeddah z międzylądowaniem w Rijadzie. W przypadku tego lotu udaje mi się wybrać miejsca w biznes klasie, która zdecydowanie jest bardziej przestronna aniżeli ekonomiczna. W dodatku mieści się na górnym pokładzie, czyli tam gdzie kabina pilotów. Co prawda menu nie różni się niczym w porównaniu z klasą ekonomiczną, lecz i tak było wyjątkowo dobre. Do wyboru danie wegetariańskie z makaronem, kurczak lub ryba.

W Jeddah przesiadka jest dość długa, bo aż 8h, a lotnisko wyjątkowo skromne, jednakże na plus zasługuje fakt, że przy przejściu przez tranzyt dostajemy vouchery na lunch i kolację. Różnią się one tylko nazwą, ponieważ nieustannie serwują to samo, mianowicie panierowany kurczak z ryżem, suchą bułkę, jabłko i pepsi.

Z Jeddah odlatujemy o czasie, a i samolot do Paryża jest w tę stronę zdecydowanie bardziej zapełniony niż poprzednim razem. Można zaobserwować jak powoli, w miarę zbliżania się do lotniska de Gaulla zakrycia głowy znikają z twarzy kobiet. Nierzadko przebierają się całkowicie w zachodnie ubrania.  Podyktowane jest to francuskim prawem, które zakazuje zakrywania twarzy.

Ponownie kilka godzin oczekiwania i po spokojnym, rutynowym locie jesteśmy w Warszawie.

O ile w Jeddah o 1 w nocy temperatura wynosiła 28°C, w Paryżu w południe 12°C i świeciło słońce, o tyle w Warszawie wita nas zima, śnieg i temperatura oscylująca w granicach 0°C.

Reklamy

Dzień 12, 13, 14 – Negombo

Ostatnie trzy dni spędzamy nad Oceanem Indyjskim w Negombo. Czas ten poświęcamy na spacery po okolicy, kosztowanie lokalnych dań jak na przykład zupa krewetkowa, stek z rekina czy niezastąpione naleśniki.

Negombo jest zdecydowanie bardziej turystyczną miejscowością co szczególnie objawia się podczas robienia zakupów. Z reguły supermarket to jedno z niewielu miejsc, gdzie ceny są stałe, produkty opisane i można bez obaw kupować.  W Negombo jednak nie jest to prawda. Sprzedawcy zamiast używać kasy fiskalnej liczą na kalkulatorze i doliczają sobie dodatkowo za napoje z lodówki albo nie chcą wydawać reszty. Takie nieuczciwe zachowania strasznie psują wizerunek kraju, niszczą pozytywne wrażenie, które wywierają szczerzy i mili ludzie.

Dzień 11 – Badulla, Sigiriya

Z Kandy kierujemy się na północ – do Badulli, aby obejrzeć pięknie pomalowane jaskinie, w których znajdują się posągi Buddy. Ich powstanie datuje się na ponad 2000 lat temu jednakże rysunku wewnątrz pochodzą z XIX wieku.  U stóp wzgórza mieści się Złota Świątynia z największym posągiem Buddy na świecie jak głoszą informacje. Jednakże nie jest on nawet najwyższy na Sri Lance.

Popołudniu próbujemy zdążyć dotrzeć do Sigiriya – ogromnej skały, która stanowi dziedzictwo narodowe objęte patronatem UNESCO co ma swoje odwzorowanie w cenie – 30 USD za wstęp (tyle ile jeden dzień zwiedzania kompleksu Angkor w Kambodży)!

Na miejscu jesteśmy zaledwie godzinę przed zamknięciem, więc musimy się spieszyć, aby zobaczyć wszystko. Znaki przy ścieżce informują, aby nie hałasować ze względu na możliwy atak os. Pechowcom pozostaje stać nieruchomo i cicho –według zaleceń na tabliczkach.

Twierdza Sigiriya Rock powstała na życzenie króla Kasyapa w V w. n.e. Książe Kasyapa skłonił się do zabicia swego ojca, ówczesnego króla Sri Lanki. Doprowadziła do tego jego rządza władzy i chęć posiadania bogactwa ojca. Jego przyrodni brat w akcie zemsty pragnął unicestwić swego okrutnego brata. Jednak on znalazł skałę Sigiriya i zlecił swym poddanym wybudowanie tej oto twierdzy, która była dla niego oazą i schronieniem. W tym miejscu Kasyapa rządził jeszcze 19 lat, do momentu powrotu swego brata z Indii. W twierdzy można zobaczyć całkiem dobrze zachowane do dziś: wały obronne, wodne ogrody z basenami i fontannami, przepiękne freski znane na całym świecie, lustrzane ściany, graffiti, olbrzymie pazury lwów wykute z granitu oraz ruiny pałacu i łaźni królewskiej. Nieoficjalnie mówi się że Sigiriya uznawany jest za 8 cud świata. Zjawiskowa twierdza to niewątpliwie oryginalny zabytek dający świadectwo władczego rozkazu i nietypowej królewskiej zachcianki.

Z góry roztacza się widok na całą okolicę we wszystkich kierunkach. Słońce wolno chyli się ku zachodowi, a dookoła biegają małpy licząc na jakiś poczęstunek z rąk turystów.

Schodzimy gdy powoli robi się ciemno i szanse na złapanie autobusu maleją, szczególnie że wszyscy włącznie z kierowcą tuc-tuka sugerują, że ostatni odjechał pół godziny wcześniej. Nie zrażeni jednak tymi sugestiami czekamy chwilę i akurat podjeżdża jeden.
Po raz kolejny padają standardowe pytania od sąsiada na siedzeniu obok, który pyta skąd jestem, jak dotarłem na Sri Lankę i ile to w sumie kilometrów z Europy.

Dzień 9, 10 – Kandy

Rano łapiemy autobus do Kandy. Z dnia na dzień przemieszczanie się autobusami robi się coraz bardziej nużące i czasochłonne. Tym razem jednak autobus nie zatrzymuje się na każde skinienie, a wręcz pędzi i wyprzedza nieustannie. Droga do Kandy zajęła więc „tylko” 3h.

Po dotarciu na miejsce znajdujemy nocleg i idziemy na spacer po mieście. Obchodzimy jezioro dookoła, oglądamy gnieżdżące się na drzewach kormorany, pelikany i nietoperze. A wszystko to możliwe do zobaczenia w centrum miasta. W jeziorze natomiast pływają żółwie, a na brzegu wylegują się jaszczurki.

Świątynię Zęba (Sri Dalada Maligawa) odwiedzamy dopiero następnego dnia, ze względu na wymagany strój zasłaniający kolana i ramiona.
Jest to najważniejsza świątynia buddyjska na Sri Lance, w której mieści się rzekomo lewy górny siekacz Buddy, który według legendy ocalał ze stosu pogrzebowego. Zęba zobaczyć nie sposób, ale jest możliwość przejścia przed złotym relikwiarzem, w którym się on znajduje. Wpierw jednak należy odstać swoje w kolejce, która krótka nie jest.

Po wyjściu ze świątyni autobusem jedziemy do ogrodu botanicznego, w którym przechadzać się można wśród ogromnej ilości gatunków ciepłolubnych drzew. Znajduje się tam aleja obsadzona palmami kokosowymi, dom orchidei z wieloma kwiatami tego gatunku, ogród przypraw i ziół, wszelakie bambusy i wiele, wiele innych drzew.

W mieście na targu zaopatrujemy się w herbaty, przyprawy i zioła, które są tutaj tańsze niż w różnych ogrodach zielarskich rozsianych po wyspie, choć nadal droższe, aniżeli na zwykłym straganie przy ulicy.

Popołudniu mam szczęście, ponieważ idąc wzdłuż jeziora mam okazję podziwiać pływającego blisko pelikana, który niespodziewanie nurkuje i łowi rybę, która przez chwilę trzepocze w wielkim worku pod dziobem, a następnie zostaje przez niego połknięta.

Dzień 8 – Sinharaja Rain Forest

O 7:30 przyjeżdża po nas przewodnik by zabrać nas na wycieczkę. Mgła unosi się nad lasem, przez którą prześwieca poranne słońce. W pośpiechu wypijamy herbatę z limonką i jedziemy do lasu deszczowego. Po drodze kupujemy w sklepie woreczek soli, którą posypujemy zmoczone wodą buty i skarpety, co jak się później okazuje, skutecznie odstrasza pijawki.

Po drodze mamy okazję obserwować zimorodki, czaple białe, bawoły, czaple stojące na bawołach, a także ludzi uprawiających ryż. Na jednej z palm ktoś zbiera nektar z kwiatów na miód lub do produkcji alkoholu.

W lesie deszczowym spędzamy parę godzin spacerując ścieżką i obserwując lokalną faunę i florę. Przewodnik ciekawie opowiada i pokazuje różne rośliny, przyprawy i zioła, takie jak cynamon, imbir, kardamon, pieprz, a także wiele drzew. Z jednych z nich można pić wodę po przecięciu, a inne są trujące. Jeszcze inne służą do budowy głównie świątyń, ze względu na szlachetność drzewa, a pozostałe służą do wznoszenia konstrukcji pod lepianki. Ze świata zwierząt mamy okazję zobaczyć m.in. zieloną żmiję – trimeresurus, jaszczurkę zwaną kangurem ze Sri Lanki oraz buszujące nad głowami ogromne wiewiórki. W jednym miejscu napotykamy się na wiszące wysoko na drzewie gniazdo os, osiągające rozmiary około półtorej metra. Użądlenie sześciu os jest równe ugryzieniu kobry. W okolicy można dostrzec małe poletka pustej przestrzeni, pozbawione drzew. To właśnie miejsca, w których tubylcy poszukują w ziemi szafirów.

Wyjeżdżając już z parku dostrzegamy dwa wylegujące się na drzewach kameleony z niesamowicie długimi ogonami, a niedługo później mangusta przebiega nam przez drogę.

Autobus powrotny w kierunku Ratnapury mamy o 15, a o 14:30 jest z przesiadką. Decydując się na ten pierwszy mamy jeszcze trochę czasu by skorzystać z zaproszenia przewodnika i wstąpić do niego do domu w celu odświeżenia się i na mały lunch. Niestety po powrocie na dworzec okazało się, że autobus o 15 w dniu dzisiejszym nie jedzie i pospieszenie zapakowaliśmy się ponownie do busa i zaczęliśmy gonić nasz autobus. Po 30-40 min jazdy wąskimi uliczkami i zwijaniu asfaltu łapiemy autobus na postoju. Nim prawie dotrzemy do Ratnapury czeka nas jeszcze parę przesiadek i parę godzin podziwiania widoków za oknem. A przynajmniej dopóki nie zapadnie zmierzch.

Zapis trasy z GPS’u.

Dzień 7 – Haputale

Przed opuszczeniem Haputale i udaniem się w kierunku lasu deszczowego Sinharaja (rain forest) wsiadamy w lokalny autobus, który wiezie nas do Dambethenna, gdzie znajduje się fabryka herbaty założona przez sir Thomasa Liptona. Już sama droga jest bardzo malownicza, a zarazem wąska. Autobus pokonuje zakręt za zakrętem jadąc zboczem góry, jakby przez plantację herbaty porastającą wszystkie okoliczne wzgórza. Przy niektórych krzakach można dostrzec kobiety zbierające listki herbaciane. Tak naprawdę herbata jest drzewem, które w naturalnych warunkach potrafi osiągnąć do 18 metrów wysokości. Jednakże w celu produkcji herbaty, zbiera się tylko najświeższe listki z samego czubka, a zarazem nie pozwala się drzewu rozrastać, które pozostaje przez całe życie malutkim krzaczkiem.

Na wizytę w fabryce musimy chwilę poczekać ze względu na przeprowadzany właśnie audyt. Wolą chwilę wykorzystuję na fotografowanie dzieciaków w pobliskim przedszkolu.

Pół godziny później udaje nam się wejść do fabryki (RS 200). Dostajemy białe fartuchy i zwiedzanie rozpoczynamy od miejsca, w którym ważone są liście. Każda ze zbieraczek jest w stanie dostarczyć dziennie 18 kg świeżo zerwanych liści herbaty, za które dostaje zapłatę równowartości 4 USD. Następnie liście są rozsypywane i suszone na taśmach przez 16 godzin. Po tym czasie wędrują do wirówki na 20 minut, z której idą dalej taśmą do maszyny tnącej, których na ich drodze są w sumie trzy. Po takiej obróbce mechanicznej, liście herbaty przesiewane są przez kolejne sita, a następnie w postaci bardzo drobnego wręcz proszku rozsypywane na podłodze na 3 h w celu fermentacji. Po tym procesie herbata nabiera brązowawego koloru. Wszelkie zanieczyszczenia, włókna są z niej odfiltrowywane, co posłuży w przyszłości za nawóz. Ostatnim etapem jest coś w rodzaju piekarnika, gdzie przez 12 minut herbata przebywa w 120°C.

Herbaty jakie otrzymuje się to m.in. BOPF (Broken Orange Pekoe Fannings), BOP (Broken Orange Pekoe), które są najlepsze jakościowo. Najtańsza z herbat to po prostu zwykły, drobny brązowy pył, który po zalaniu wodą jest tak mocny, że miejscowi piją taką herbatę tylko z dużą ilością cukru i mlekiem.

Przed wyjściem udaje nam się załapać na nadprogramową degustację. Co prawda bus nam odjeżdża ale kierowca widząc, że idziemy czeka na nas na zakręcie. Jest trochę ciasno – 18 osób  w 12 miejscowym busie, ale jak się okazuje nie jest to szczyt ładowności. Chwilę później jedzie nas już 26, z czego 2 osoby wystają przez otwarte drzwi na zewnątrz. Szkoda tylko, że trochę wolnej przestrzeni na dachu pozostało niewykorzystane.

Z Haputale jedziemy do Palmedulla, gdzie przesiadamy się na autobus do Deniyaya. Pokonanie odcinka 75 km (Palmedulla – Deniyaya) zajmuje nam prawie 4,5 godziny.  Nie dość, że autobus zatrzymuje się na każde machnięcie ręką – jak taksówka to droga jest bardzo wąska i pnie się nieustannie w górę. Wleczemy się przeokropnie ale widoki rekompensują wszystko. Z obu stron rozciągają się wzgórza, od których opadają w dół doliny porośnięte herbatą. Obserwujemy jak mieszkańcy ładują herbatę na ciężarówki, myją się w potokach czy krzątają się w okolicy swoich domów, za które nierzadko służą zwykłe lepianki.

Dzień 6 – Park Narodowy Równina Hortona

Rano o 9:23 wsiadamy do pociągu jadącego w kierunku Colombo celem dotarcia do Ohiya – miasteczka położonego w pobliżu Parku Narodowego Równiny Hortona.
Tym razem pociąg jest zgoła odmienny od tego, którym jechaliśmy z Colombo na południe. Przede wszystkim jest nowy, czysty, posiada dwie toalety- w stylu zachodnim i azjatyckim, a także okna otwierają się w górę lub w dół.

Trasa jest bardzo malownicza i wiedzie zboczami gór porośniętych krzewami herbacianymi, a od czasu do czasu w oddali jawi się nam jakiś wodospad. Z jednej strony stoki opadają dolinami łagodnie w dół, a z drugiej, w oddali majaczą szczyty gór zasnute chmurami. W miarę jak pociąg piął się wyżej i wyżej, zaczęło robić się chłodniej, wjeżdżaliśmy w chmury, pociąg wił się między górami przejeżdżając przez liczne tunele.

W ostatniej chwili zauważam nazwę stacji i pospiesznie wysiadamy. Ohiya to zaledwie stacja kolejowa, parę domów i droga wiodąca w kierunku parku narodowego.

Pierwotnie planujemy zostać na noc i zostawiamy bagaże w pokoju. Do szlaku jest prawie 12 km i jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na tuk-tuka. Wstęp do parku jest horrendalnie drogi – 15$ od osoby plus 8$ opłata manipulacyjna.

Od visitor’s centre ścieżka prowadzi przez 9 km zataczając koło, by ponownie powrócić w to samo miejsce. O ile na dole pogoda była słoneczna, było ciepło, o tyle na wysokości prawie 2000 m n.p.m. jest chłodniej, a po niebie płyną chmury. Najpierw idziemy w stronę Małego (Lesser World’s End) i Dużego Końca Świata (World’s End), które stanowią największą atrakcję parku. Zaleca się, aby być tam przed godziną 9 rano, zanim ogrzane powietrze z dołu wzniesie się wyżej i przesłoni cały widok. Niestety my jesteśmy znacznie później i wszystko zasłaniają chmury. Ledwie na moment możemy dostrzec drogę pnącą się 870 m poniżej. Idąc dalej docieramy do wodospadu Baker’a.

Równina Hortona to płaskowyż z paroma wzgórzami, porośnięty trawą, niewielką ilością drzew oraz licznymi rododendronami. Jeszcze dwa wieku temu żyły tam słonie, na które licznie polowano, co doprowadziło do ich wyginięcia na tym obszarze.

Po powrocie do Ohiya decydujemy, żeby wrócić jednak pociągiem do Haputale skąd będzie się później łatwiej wydostać.
Na kolację zamawiam sobie kottu roti – danie zrobione z warzyw (marchew, por, kapusta, cebula) w połączeniu z siekanym ciastem naleśnikowym, podawane z tradycyjnym cejlońskim naleśnikiem pszennym roti oraz jajkiem, kurczakiem, rybą lub baraniną.