Dzień 11, 12: Kutaisi i lot powrotny

Czas na powrót do cywilizacji (czyt: Kutaisi). Kolejny raz przybieramy się z wspomianymi już wcześniej Polakami z noclegu u Róży i razem wracamy do Kutaisi. Odkąd w 2010 roku 100 kilometrowy odcinek Zugdidi – Mestia został poszerzony i pokryty asfaltem dojazd zajmuje około 2,5h. W niedalekiej przyszłości planowana jest również utwardzona droga z Mestii do Uszguli z tym, że ma to być rzekomo beton, który oprze się trudnym warunkom atmosferycznym panującym w sercu Kaukazu.
Po drodze zatrzymujemy się by z bliższa zobaczyć zaporę Inguri i jedziemy prosto do Kutaisi.
Nocleg znajdujemy nieopodal katedry. Od razu organizujemy sobie transport na poranny samolot, a jako że jest nas już siedmioro załatwiamy marszrutkę.
Popołudnie spędzamy krzątając się po centrum. Zaglądamy m.in. na targ, w tym przypadku spożywczy. Azjatyckie targi, stragany, stoiska to jedna z rzeczy, które obecnie ciężko spotkać w tak naturalnym wydaniu jak to ma miejsce dalej na wschodzie. Krzątanina ludzi, mieszające się zapachy różnobarwnych przypraw, nierzadko żywe zwierzęta oraz możliwość degustacji przed zakupem i negocjowania cen sprawiają, że są one takie autentyczne. Co więcej, dla mnie osobiście jest to fotograficzny plac zabaw.

Rano samolot mamy już o 6:30, więc noc była bardzo krótka. W terminalu ponownie spotykam się z Elkiem i Kingą. Jest też parę osób, które widzieliśmy gdzieś pod Kazbekiem. Odkąd Wizz Air uruchomił loty z Katowic i Warszawy do Kutaisi dotarcie na Kaukaz stało się znacznie prostrze i tańsze.

Jedynym mankamentem tego nowego lotniska jest brak jakichkolwiek sklepów, barów czy chociażby automatów z napojami lub przekąskami ale to pewnie kwestia czasu i rozbudowy lotniska. Druga sprawa to to, że kontrola bezpieczeństwa jest bardzo szczegółowa, żeby nie powiedzieć upierdliwa. Warto zatem wcześniej dokładnie sprawdzić czy nie ma się przy sobie jakichś rzeczy, które mogłyby zostać uznane za niebezpieczne. Byliśmy świadkami odebrania elektrycznej szczoteczki do zębów, która posiada ostro zakończony szpikulec, na który nakłada się wymienne końcówki. Niestety do wyrzucenia.

Sam lot przebiega bardzo rutynowo i nudno. Po starcie z lotniska imienia Dawida Budowniczego kierujemy się nad Morze Czarne, przelatujemy nad Krymem, Lwowem i niedługo później lądujemy w Katowicach. W porównaniu z upałem, który panował ostatniego dnia naszego pobytu w Gruzji, pogoda na lotnisku w Pyrzowicach nie wita nas radośnie. Temperatura około 11C i deszcz.

 

Reklamy

Dzień 10: Mestia

Ostatniego dnia pobytu w sercu Kaukazu – Górnej Swanetii wybieramy się na małą wycieczkę. Rozważamy spacer w stronę lodowca Chaladi lub Jezior Koruldi. Po zasięgnięciu rady Róży, która sugeruje, że szlak do jeziorek jest ładniejszy, choć bardziej czasochłonny w porównaniu z trasą do czoła lodowca, który prowadzi w większości drogą i pozwala w dużej części na dojazd samochodem.
W związku z powyższym decydujemy się pójść w stronę jezior. Najpierw kierujemy się przez miasteczko w kierunku północnym, po czym w pewnym momencie skręcamy w prawo, bodajże w kierunku regionalnego muzeum etnograficznego. Od tego miejsca szlak pnie się w górę i wiedzie lasem przecinając po drodze ukwiecone łąki. Dotarcie do krzyża górującego nad Mestią zabiera przeszło dwie godziny. Dalej szlak prowadzi łagodniej aczkolwiek ciągle pod górę. Zgubić się trudno ponieważ należy podążać szeroką wręcz drogą. Na tej wysokości (2300 m) nie ma już drzew, jednak nadal kwitną różaneczniki zwane potocznie rododendronami lub azaliami. Na łąkach stoją jeszcze ze trzy małe szałasy pasterskie, a w ich pobliżu pasą się konie i krowy. Popołudniu chmury, które przysłaniały Uszbę znikają i odsłaniają położony dosłownie tuż tuż trudny i niebezpieczny szczyt o dwóch wierzchołkach. Zza pobliskiej grani wyłania się biała kopuła położonego już po stronie rosyjskiej Elbrusa. Pomimo, że szczyt jest oddalony o jakieś 15 km w linii prostej, a przesłaniająca go grań ma przeszło 3000 m n.p.m. to i tak znacząco wystaje ponad nią.
Jeziora Koruldi trochę rozminęły się z moimi wyobrażeniami, ponieważ spodziewałem się czegoś w rodzaju tatrzańskich stawów, a mnie przypominały one wodopoje dla koni, które pasły się nieopodal utworzone z wytopionego śniegu. Z tego powodu nie byłem pewien czy to już tutaj, czy powinienem jeszcze dalej iść. Wyszedłem więc prawie na 3000 m n.p.m. ale nie zapowiadało się, że na zboczu góry będzie jeszcze jakaś woda. Patrząc jednak na nie z góry i sposób w jaki w zielonej wodzie odbijały się okoliczne szczyty, niebo i chmury dodawał im niewątpliwie uroku.
W drodze powrotnej od krzyża postanowiliśmy wracać nie drogą, którą przyszliśmy rano tylko zejść w prawo. Szlak ten okazał się zdecydowanie krótszy (40 min do miasta) ale bardzo stromy i gorzej oznaczony, co może nastręczać pewnych trudności próbując nim podejść. W dodatku już w samej Mestii na odcinku około 100 metrów prowadzi korytem potoku.
Nawet jeśli jeziorka mogą wydawać się nie warte zachodu to widoki i otoczenie wysokich gór sprawia, że widoki są przepiękne, a trasa godna polecenia.

Zapis śladu trasy z GPS’u.

Dzień 9: Uszguli

Po śniadaniu planujemy dostać się do położonej w odległości 50 km od Mesti wioski Uszguli. Ze względu na trudny dojazd, tj. szutrową drogę i nie tyle napęd 4×4 co duży prześwit ceny transportu są bardzo wysokie.

Róża mówi nam, że w przypadku 8 osób jest w stanie zorganizować transport w cenie 100 lari za całość, jednak gdy pojawiamy się w odpowiednim miejscu, notabene u naszego kierowcy z dnia poprzedniego, okazuje się, że cena wynosi 200 lari, a nas jest tylko sześcioro. Na nic zdają się jakiekolwiek formy negocjacji, cena nie spada, a nie jesteśmy w stanie zorganizować dodatkowych osób celem obniżenia kosztów, więc postanawiamy spróbować zebrać więcej ludzi następnego dnia.

Po powrocie na kwaterę okazuje się, że para Polaków, która mieszka w pokoju obok ma wynajęty samochód i możemy zabrać się z nimi na wycieczkę do Uszguli.

Pokonanie odcinka 50 kilometrowej długości zajmuje nam przeszło trzy godziny.
W dodatku jakieś 6 kilometrów przed Uszguli w ciężarówce jadącej przed nami coś się psuje i staje na środku drogi, na wzniesieniu. Nie ma możliwości jej wyprzedzić, a zatem czekamy aż z góry przyjedzie druga ciężarówka i weźmie tą zepsutą na hol.
Dojazd mimo, że czasochłonny to po drodze podziwiamy widoki, które rekompensują trudy podróży. Mijamy również osoby, które cały ten odcinek pokonują czy to piechotą czy na rowerach.

Wioska położona jest na wysokości około 2200 m nad poziomem morza, a przynajmniej tyle pokazuje GPS i jest rzekomo najwyżej położoną zamieszkaną wsią w Europie. Abstrachując od tego, że to Kaukaz oddziela Europę od Azji i Rosja wraz z Elbrusem znajduje się po stronie Europejskiej, natomiast Gruzja należy już do Azji. Przynajmniej geograficznie i w teorii.

Czas spędzamy spacerując po okolicznych pagórkach i łąkach, na których pasą się konie, krowy lub jakaś świnia tapla się w błocie. Z góry obserwujemy malowniczą dolinę, z której wyrastają wysokie wieże obronne – tradycyjne zabudowania w Swanetii. Ich przeznaczeniem było magazynowanie żywności na całą długą zimę, a najwyższy poziom służył celom obronnym. Jeszcze dalej rozciąga się Mur (Ściana) Bezingi (Bezengi) – masyw o długości ponad 11 kilometrów i wysokości prawie 5000 metrów wraz z najwyższym szczytem Gruzji – Shkharą, z pod którego w dolinę spływają szerokie, szaro-niebieskie lodowce.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy jednej z wież obronnych nad rzeką, do której można wejść. Tylko aby dostać się na najwyższy poziom muszę wtargać drabinę ze sobą.

Co do czasochłonnej i całodniowej wycieczki do Uszguli to moim zdaniem jest to miejsce z kategorii absolutnych „must see”. Piękny krajobrazy, soczyście zielone łąki, wąwozy, doliny, rzeki wypływające spod lodowców i najwyższe góry starego kontynentu to wszystko razem tworzy iście sielski widok wart fatygi i zniesienia trudów dojazdu.

Dzień 8: Upliscyche

Bagaże zostawiamy u Luki i idziemy na dworzec złapać marszrutkę do skalnego miasta – Uplistiche. Na jednej z głównych ulic Gori pierwszy raz od ponad tygodnia pobytu w Gruzji widzę pocztę. Znaczki w cenie bagatela 4 lari!

Zanim bus się napełni ludźmi i może wreszcie odjechać mija prawie godzina. Kierowca wysadza nas przy drodze, juz za wioską, skąd do skalnego miasta jest 15 minut piechotą, szczególnie że jeden z miejscowych pokazuje by iść wałem na skróty.

Bilety wstępu w takich samych cenach jak do Wardzi tj. 3 lari bilet zwykły, 1 – ulgowy. Powstanie zabudowań datowane jest na od V w n.e. aż do późnego średniowiecza.  Cały kompleks jest zdecydowanie mniejszy niż wspomniana już wcześniej Wardzia i zajmuje tylko trzy kondygnacje – południową (dolną), centralną i środkową (górną), z której to rozpościera się widok na całą dolinę wraz z wolno płynącą w dole rzeką Mtkwari.

W drodze powrotnej do Gori zatrzymujemy autobus – pierwszy, jakim mamy okazję podróżować w Gruzji. Podobno jest to znacznie wolniejszy, aczkolwiek tańszy środek transportu jednak na tak krótkim dystansie ciężko odczuć różnicę.

Wracamy po bagaże do Luki i ponownie wracamy na dworzec organizować transport w stronę Mesti. Nic jednak nie jedzie nawet do Kutaisi, więc jedziemy do Khashuri, gdzie mamy bez problemu się przesiąść na marszrutkę do Kutaisi. Tymczasem już na autostradzie nasz kierowca zatrzymuje inną marszrutkę i pospiesznie przesiadamy się na poboczu. Co więcej, cena za przejazd tą drugą marszrutką (kilkanaście kilometrów od Gori do Kutaisi) jest niższa niż gdy jechaliśmy pierwszy raz z Kutaisi do Khasuri.

W Kutaisi również nie ma nic w godzinach popołudniowych bezpośrednio do Mesti, więc po 17 jedziemy do Zugdidi, skąd podobno o 19 ma coś jeszcze jechać na Kaukaz. Dojeżdzamy z lekkim opóźnieniem, aczkolwiek kierowca zdaje się jakby na nas czekać. Robi jeszcze ostatnie zakupy, sprawdza czy damy się nabrać na dwukrotnie wyższą cenę (zwykle 20 lari/os) i po 20 wyjeżdzamy.

Po kilkunastru kilometrach mijamy zaporę Inguri na rzece o tej samej nazwie. Ma ona wysokość 272 m i jest drugą co do wielkości na świecie. Oddziela Gruzję od Abchazji, a prąd dzielony jest w stosunku 60 do 40. Jezioro, które utworzyło się na skutek jej budowy jest ogromne i mija kolejnych parę ładnych kilometrów gdy docieramy do jego końca.

W trakcie jazdy zatrzymujemy się kilkukrotnie, żeby kierowca coś przekąsił, zapalił oraz dostarczył zamówiony z Zugdidi towary do domów. Od razu też oferuje nam nocleg w Mesti. Docieramy tam po ponad 2,5h jazdy (100 km) i z racji późnej pory kierujemy się prosto do poleconego nam noclegu – u Róży (15 lari/os). Dom polozony jest na zboczu wzgórza i samemu ciężko by było tam trafić, szczególnie po ciemku, a moim zdaniem warto. Nie tylko ze względu na niską cenę ale również dlatego, że z okien w przedpokoju na piętrze rozciąga się widok na miasteczko i położony w oddali trójkątny szczyt jednego z czterotysięczników (4858 m) Tetnuldi.

Dzień 7: Mccheta

Będąc w Tbilisi nie sposób nie zwiedzić Mcchety, która znajduje się zaledwie 20 km od stolicy. Dostać się tam można bardzo łatwo – ze stacji Didube marszrutką za około 1,5 lari.

Mccheta jest jednym z najstarszych gruzińskich miast, kolebką chrześcijaństwa w tym kraju, a współcześnie siedzibą gruzińskiego kościoła prawosławnego. Założona około roku 327, choć jej początki datuje się już na 1000 lat przed naszą erą co czyni ją jednym z najstarszych zamieszkanych nieprzerwanie miast na ziemi.

W mieście wpisanym na listę UNESCO znajdują się znajdują trzy kościoły. Zbudowany w 1130 roku kościół Samtavro będący obecnie częścią zakonu, katedra Svetiskoveli pochodząca z XI wieku oraz położony na wzgórzu kościół Jvari.

Zwiedzanie rozpoczynamy od Samtavro, nieopodal którego zatrzymuje się marszrutka z Tbilisi. Żeby wejść do środka należy zakryć kolana i ramiona, a w przypadku kobiet również nałożyć chustkę na włosy co jest standardem w kościołach prawosławnych.

Parę minut spacerem położona jest katedra, w której według legendy znajduje się szata Chrystusa, zakopana gdzieś pod fundamentami. Okoliczny żyd Elioz miał rzekomo być w Jerozolimie w momencie ukrzyżowania Chrystusa i powrócił do Mcchety wraz z szatą. Na skutek tego zdarzenia jego Siostra Sidonia później zmarła z powodu pasji wiary. Szatę pochowano wraz z nią, lata mijały, a ludzie zapomnieli właściwego miejsca spoczynku. Aż do czasu, gdy król Miriam zdecydował w IV wieku zbudować w Mcchecie katedrę i postawić na środku kolumnę, której nie dało się podnieść z ziemi. Dopiero po całonocnych modlitwach kolumna sama przemieściła się na właściwe miejsce – miejsce pochówku Sidonii. Od tamtego czasu kolumnie przypisuje się wiele cudów, a nazwa Svetitskhoveli znaczy „kolumna dająca życie”.

Widoczny w oddali na wzgórzu kolejny kościół to Jvari, do którego najłatwiej dotrzeć taksówką (15 lari, 30 km w dwie strony). W samym centrum kierowca dostaje mandat za omijanie progów zwalniających na linii ciągłej i jedziemy dalej. Razem z nami zabiera się również Peruwiańczyk obecnie mieszkający w Baku – Alvaro. Z pod kościoła rozpościera się widok na całą okolicę, na Mcchetę leżącą u zbiegu rzek Aragvi i Kury i położone za miastem góry.

Po powrocie do stolicy zabieramy bagaże i ponownie wracamy na stację Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do Gori – miasta narodzin Stalina.

W 45 tysięcznym mieście nie jest łatwo znaleźć nocleg ale pomagają nam w tym miejscowi, wykonują parę telefonów, narad i w końcu polecają nocleg u Luki, dokąd prawie z dworca zawozi nas taksówka (1 lari).

Dzień 6: Meteostacja – Kazbegi

Rano jedyne co nam pozostało to zwinąć namiot, co nie obyło się bez pomocy czekanów, ponieważ trochę miejscami przymarzł do śniegu. Pogoda była zdecydowanie lepsza niż podczas wchodzenia i co jakiś czas byliśmy zaskakiwani widokami, które ominęły nas w pierwszą stronę z powodu mgły. Jak się okazało, szlak prowadził skrajem głębokiego wąwozu polodowcowego, do którego od góry schodził jęzor lodowca Gergeti. Było również zdecydowanie cieplej i tuż po zejściu z lodowca postanowiłem zrzucić z siebie bieliznę termoaktywną, krótkie spodnie, trzy koszulki Elka oraz kurtkę.

Wysoko w górze przesuwały się chmury, które skutecznie przesłaniały na zmianę raz wierzchołek, a raz podstawę góry.  Mniej więcej od przełęczy na 3000 m poszliśmy inną drogą – na wprost, o której w pierwszą stronę nie mieliśmy nawet pojęcia. Prowadziła ona nadal skrajem wąwozu, a później skręcała w prawo by połączyć się znów ze ścieżką. Zejście pod kościółek świętej Trójcy zajęło nam zaledwie 3,5 godziny z wieloma przerwami na zdjęcia. Po drodze mijaliśmy spore ilości turystów pragnących tak jak my zdobyć Kazbek, z których zdecydowaną większość stanowili Polacy.

A i przy samym kościele było ruchliwie i tłoczno. To Gruzini przyjechali na wycieczkę skuszeni ładną pogodą w niedzielę. W tym też miejscu pożegnałem się z Kingą i Elkiem, którzy poszli na dół, a ja zostałem jeszcze chwilę na górze, by spotkać się z własną ekipą i razem wracać na noc do Tbilisi.

Zapis śladu trasy z GPS.

Dzień 5: Kazbek (5033 m)

Nie można powiedzieć, że dzwoniący o 4 rano budzik wyrwał nas ze snu, ponieważ chyba nikt z nas nie spał za dobrze z powodu zimna, małej przestrzeni, którą oferował nam namiot i zmęczenia.  Postanowiliśmy jeszcze trochę odczekać aż ekipa z Rumuni nas wyprzedzi. Po rozmowie na lodowcu poprzedniego dnia wynikało, że planują wyruszyć wcześnie rano i chcieliśmy dać sobie trochę czasu jeszcze i pozwolić im przetrzeć szlak. W konsekwencji minęło jeszcze z pół godziny zanim na dobre powstawaliśmy. Mi przyszło to tym trudniej z powodu zmęczenia, które nie ustąpiło jak do tej pory. Wypiliśmy tylko gorącą herbatę, którą zagryzłem paroma kostkami czekolady i zbieraliśmy się do wyjścia. Siły wciąż nie chciały mi wrócić i postanowiłem, że w takim stanie nie mam szans gdziekolwiek dojść i większy sens będzie jeśli jeszcze poleżę i około 8 spróbuję się gdzieś przejść, zaaklimatyzować, a następny dzień przeznaczę na zaatakowanie szczytu jeśli pogoda pozwoli. A trzeba przyznać, że o poranku widoki byłe piękne. Górujący wysoko nad nami stromy szczyt Kazbeku. Wokoło ośnieżone szczyty, niebieskie niebo i chmury zasnuwające doliny.

Owinąłem się dwoma śpiworami, ułożyłem wygodnie i w końcu mi było ciepło. Zostałem przeszkolony przez Elka jak obsługiwać jego kuchenkę i miałem zamiar jak najdłużej poleżeć bez zbędnego ruchu.

Trwało to może z 5 minut, kiedy stwierdziłem, że skoro mam iść później na Plateau sam to jednak wolę wyruszyć teraz razem z nimi i najwyżej wrócę, gdy zacznie brakować mi sił. Ubrałem wszystko co miałem do dyspozycji. Opaskę zamiast na uszy założyłem na szyję wraz z chustką, na głowę czapka, na ręce cieniutkie rękawiczki i skarpety. Z kijkami dłonie jednak trochę pracują i nie powinno być tak zimno.  Spakowaliśmy raki, czekan, trochę jedzenia, picie i ruszyliśmy w górę po kamieniach.

W okolicach czarnego krzyża weszliśmy na lodowiec i podążaliśmy po śladach naszych poprzedników choć śnieg był ubity i zmrożony. Pomimo pięknej pogody góry przesłaniały słońce, szliśmy cieniem i było zimno. Nie jakoś bardzo zimno, może w granicach -10C ale jak na nie zbyt dobrze dopasowane ubranie miało prawo mi być chłodno. Najgorzej w ręce.

Po około półtorej godziny marszu Kinga zdecydowała, że zawróci. Wzięliśmy jedną jej parę skarpetek, którą natychmiast ubrałem na ręce, uprzednio wkładając pod nie jakieś skrawki gazet. Łyknęliśmy kolejną tabletkę aspiryny choć głowa mnie nie bolała i czułem się zadziwiająco dobrze.

Jeszcze około 100 metrów poniżej Plateau minęliśmy Rumunów, z których ekipy wracały na dół dwie osoby, a cztery szły dalej. Weszliśmy w strefę słońca i wolnymi krokami parliśmy na przód. Widoki roztaczały się piękne. Za sobą mieliśmy lodowiec Gergeti, przed nami zielone, relatywnie płaskie tereny Osetii i Dagestanu w Rosji, na zachodzie w oddali majaczyły ośnieżone wierzchołki kaukaskich szczytów w Swanetii, a z prawej Kazbek czekający na nas. Od momentu przejścia przez Plateau byliśmy po rosyjskiej stronie granicy.

Zrobiliśmy sobie małą przerwę, poowijane ręce nie pozwalały na zbyt wiele dokładności ale jakoś udało się wygrzebać z kieszeni na wpół ujedzoną churkchelę, żel energetyczny z kieszeni i rurkę z bukłaka z Isostarem. Założyłem też już wcześniej raki ponieważ mam paskowe, których plastik izoluje od śniegu i poprawia komfort termiczny w butach.

Przed nami w niewielkim oddaleniu widzieliśmy cztery kolejne osoby – Gruzinów z przewodnikiem. Nie spieszyli się, ponieważ chcieli nas najwyraźniej przepuścić. Od tego momentu to nam przyszło torować szlak, a śnieg sięgał już do połowy łydek. Jeszcze przez parę metrów szliśmy trawersując zbocze, a później skręciliśmy pod kątem 90 stopni by zacząć mozolnie piąć się pod górę. Ściana była dość stroma, a głęboki śnieg skutecznie nas spowalniał. Zmienialiśmy się z Elkiem na prowadzeniu i torowaniu, choć na ostatnich metrach zostałem w tyle i zacząłem odczuwać głód. W ruch poszedł kolejny żel. Dostępu do grani szczytowej bronił około 2 m wysokości śnieżny nawis, po którym należało się wdrapać wbijając w nań dzioby raków. Obyło się bez wyjmowania czekana. Liczyłem, że to już gdzieś blisko, a okazało się, że od wierzchołka dzieli nas jeszcze jakieś 200 m (w pionie) i chyba dość słynna już ścianka. Nie była ona tak straszna jak ją opisywano w internecie i choć z początku ciężko mi było wykrzesać kolejne siły to w miarę nabierania wysokości szło mi się lżej. Nie wiem ile miała stopni nachylenia ale jeśli miałby porównywać to kojarzy mi się z zimowym podejściem pod Zawrat od strony Czarnego Stawu.

Po około 6,5 godzinach nie mieliśmy już dokąd wyżej iść. Tuż przed południem stanęliśmy na szczycie. O dziwo było cieplej niż na podejściu, a przynajmniej bezwietrznie. Mała chorągiewka powiewała wbita w śnieg. Poniżej Gruzini pokonywali właśnie nawis.
Zrobiliśmy parę zdjęć i po chwili zaczęliśmy schodzić. Na wszelki wypadek wyjęliśmy czekany, a kijki wrzucili do plecaka. Po pół godzinie schodzenia minęliśmy się z Rumunami, którzy jeszcze nie dotarli do nawisu. Z czekanem szło się już niewygodnie, bo nie sposób się na nim zeprzeć, żeby nie wbijał się w śnieg, a ciężko iść nie chwiejąc się w takim głębszym śniegu. Zatem do rąk wracają kijki, a czekan i raki ponownie wędrują do plecaka.

Na wysokości ok 4700 m wchodzimy w chmury, które od rana wstępowały wyżej i zastaje nas zamieć śnieżna. Wszystkie ślady zostały zasypane, wszędzie biel i biel. Nawet śnieg jest całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek faktury, także momentami nie jesteśmy w stanie ocenić czy idziemy w dół czy w górę. Na szczęście nigdzie nie ma w okolicy miejsc, skąd można by spaść. Co najwyżej czeka nas bardzo długi spacer w okolicach Plateau.

Ja miałem swój GPS w kieszeni, a Elek na ręce i to za pomocą jego Garmina schodziliśmy w dół. Choć jak wiadomo, GPS nie jest urządzeniem najdokładniejszym i próbując wracać po śladzie mimowolnie trochę zygzakowaliśmy.
Z minuty na minutę zmęczenie coraz bardziej dawało nam się we znaki i zaczęliśmy trochę się słaniać na nogach. Ręce ciągle mieliśmy poowijane w kilka warstw różnych strzępków odzieży, skarpetek i woreczków foliowych co uniemożliwiało, a przynajmniej skutecznie utrudniało wyciągnięcie jedzenia czy picia, a w moim przypadku nawet zapięcia rozpiętego guzika w spodniach, które nieustannie zaczęły mi opadać.

W pewnym momencie zeszliśmy poniżej chmur i w dole ujrzeliśmy kilka osób idących gęsiego na jednej linie. Szli oni na Plateau, skąd następnie chcieli zaatakować szczyt następnego dnia. My z kolei od tego miejsca mieliśmy już przetartą i jasną drogę przez lodowiec na dół. Mimo tego, przystawaliśmy jeszcze parę razy. Raz sobie nawet pozwoliliśmy usiąść na parę minut. Poczułem, że odpływam i zaczynają mi się śnić różne rzeczy. Za chwilę dociera do mnie z oddali głos Elka, mówiący że trzeba dalej iść bo on zasypia. Dopiero parę minut drogi od namiotu zrzuciliśmy wszystko, co mieliśmy na rękach i trochę się nawodniliśmy.
Po 3,5 godzinach schodzenia byliśmy wreszcie w namiocie. Jedyne o czym marzyłem wtedy to się położyć i odpocząć. To oraz napić się gorącej herbaty.

Pomimo wczesnej godziny nie bylibyśmy w stanie tego samego dnia powrócić do Kazbegi, dlatego resztę dnia odpoczywaliśmy i przesypialiśmy.

Zapis śladu trasy z GPS.