Dzień 24: Melbourne – Abu Dhabi – Dusseldorf – Wiedeń

Wbrew obawom 15 godzinny lot minął szybko, przyjemnie i wygodnie. Jeden film, drugi film, krótka kilka godzin snu i ani się nie obejrzeliśmy, a już byliśmy nad Półwyspem Arabskim. Niestety z powodu mgły (dokładnie tak, mgła nad pustynią!) w Abu Dhabi krążyliśmy w powietrzu przez ponad 30 minut robiąc 300 dodatkowych kilometrów. Przez okna widzieliśmy jak kilka innych samolotów również zatacza kółka w powietrzu. Najpierw opóźniony start, teraz to i w konsekwencji zrobiło się 2h później niż mieliśmy lądować, a samolot do Dusseldorfu tuż tuż. Jednak w systemie rozrywki pokładowej wyczytałem, że większość samolotów odlatujących jest opóźniona także nie ma powodów do paniki.

Wychodzimy spokojnie z samolotu przez rękaw, tzn. na tyle spokojnie, na ile może iść człowiek, który od pół godziny nie pragnie niczego innego jak otwartej toalety w zasięgu wzroku.

Rzeczywistość trochę nas zaskakuje, ponieważ samolot do Dusseldorfu ma właśnie ostatnie wezwanie dwa terminale dalej. Bierzemy nogi za pas i biegniemy przez prawie całe lotnisko z terminala 3 do 1. Okazuje się, że nie jest tak źle, co prawda jesteśmy ostatni ale po przejściu przez bramkę bezpieczeństwa siedzimy w autobusie jeszcze parę minut. Dla pewności pytam dwa razy czy tak krótki czas na przesiadkę wystarczy, by nasz bagaż leciał z nami ale słyszę tylko, że mam się nie przejmować, będzie dobrze.

Samolot – tym razem A330 linii Air Berlin jest ledwie w połowie wypełniony. Nie jest to jakość Etihadu ale na jedzenie i jego ilość nie możemy narzekać. System rozrywki też zdecydowanie uboższy i jakość dźwięku dość niska, że ledwo można słyszeć film.

W Dusseldorfie mamy 3h20min na przesiadkę, a nie jest to zbyt przyjemne lotnisko w moim odczuciu. Co prawda jest darmowe wifi i gniazdka elektryczne ale jakoś tak zimno i ponuro. W miarę upływu czasu robimy się co raz bardziej senni i zmęczeni. W końcu w Australii (Victoria i Nowa Południowa Walia) dochodzi już 3 rano, a my jesteśmy na nogach drugi dzień.

Nad Europę nadciąga orkan Ksawery więc lądowania i starty robią się atrakcyjniejsze i bardziej rozrywkowe. Pomimo tego 1,5h lot do Wiednia przesypiamy w większości, z małą przerwą na kanapkę i herbatę. W sumie cała podróż od wylotu z Melbourne do lądowania w Wiedniu zajęła nam około 30 godzin.

Niestety na lotnisku w Wiedniu okazuje się, że moja walizka nie przyleciała. Zgłaszam ten fakt w odpowiednim miejscu i pozostaje mi tylko czekać na jakieś informacje.

Szczęśliwie piątego dnia od powrotu mój bagaż zostaje mi dostarczony do domu.

Dzień 23: Melbourne

Wymeldowujemy się z „The Nunnery”, bagaże zostawiamy na dole w przechowali i ruszamy na dalsze zwiedzanie Melbourne. Nie uchodzimy nawet pół kilometra i zaczyna padać. Na domiar złego targ jest zamknięty w środy i musimy schować się w restauracji. Dwie godziny później trochę przestaje ale postanawiamy wrócić do hostelu i tam znaleźć sobie jakieś zajęcie, szczególnie że Melbourne nie jest jakoś specjalnie fascynującym miastem jeśli chodzi o zwiedzanie. Popołudniu o dziwo się wypogadza i nawet wychodzi słońce. Robi się ciepło i  kontynuujemy obchód miasta. Docieramy do Royal Botanic Gardens, po których spacerujemy dość chwilę. Niesamowitym jest to, że w całej Australii, w każdym mieście, miasteczku, parku narodowym czy gdziekolwiek indziej mnóstwo ludzi uprawia jakiś sport. Od biegania, po fitness i jazdę na rowerze.

Po 17 wracamy do hostelu po bagaże i kierujemy się w stronę centrum. Niestety tramwaj City Circle nie jeździ już o tej porze i idziemy piechotą. SkyBusem docieramy na lotnisko w 15 minut. Do odlotu mamy jeszcze sporo czasu. Tym razem nie musimy niczego przepakowywać bo limit bagażu 32kg na osobę zdecydowanie nam wystarcza. Wrzucam więc do walizki wszystko to, czego nie mam ochoty nosić przez następne dwadzieścia kilka godzin włącznie z kurtką.

Od początku grudnia linie Etihad na trasie Melbourne – Abu Dhabi wprowadziły nowy, większy samolot – Boeing 777-300ER, który zastąpił mniejszego Airbusa A340. Rzeczywiście obłożenie jest stuprocentowe lub bliskie tego wyniku.

Dzień 22: Cairns – Melbourne

Przed wyruszeniem na lotnisko podjeżdżamy na plażę by zrobić sobie śniadanie, wysuszyć namiot, przepakować walizki i uprzątnąć auto.

Na lotnisku okazuje się, że niepotrzebnie przekładaliśmy rzeczy z jednej walizki do drugiej, bo i tak są one ważone razem, więc bez problemu mieścimy się w limicie 40kg. Do odlotu mamy jeszcze prawie 2h czasu, dlatego też na spokojnie jedziemy oddać samochód. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – nigdzie nie ma nas na liście ale szybko się to wyjaśnia. W ciągu tych 19 dni, kiedy to wynajmowaliśmy samochód, przejechaliśmy 6980km. Licząc średnio nie wychodzi to wiele bo ledwie 367km dziennie ale biorąc pod uwagę, że niejednokrotnie w dzień robiliśmy po 400km, a w nocy jeszcze 500km to bywaliśmy zmęczeni.

Do Melbourne lecimy na pokładzie nowiutkiego dziecka Boeinga, czyli Dreamlinerem 787 lini Jet Star. Z punktu widzenia pasażera nie mogę powiedzieć by różnica była ogromna. Jedyne co się rzuca w oczy to więcej miejsca nad głową, tzn. sufit jest wyżej oraz przestronniejsze okna przyciemniane za pomocą przycisków. System rozrywki jest płatny, więc zostaje mi patrzenie przez okno w jałową, spaloną słońcem ziemię Australii lub oglądanie jedynego darmowego programu o łowieniu ryb.

W Melbourne lądujemy o czasie. Nie można powiedzieć żeby było jakoś zimniej niż w Queensland, choć to pewnie dlatego, że ostatnie dni tam nie były szczególnie upalne. Ot takie sobie 23-28C. SkyBusem (28AUD w dwie strony) dostajemy się w ciągu 15min do centrum miasta. Przechodzimy dwie przecznice i łapiemy darmowy tramwaj kursujący po mieście – City Circle.

Idziemy do hostelu „The Nunnery” nieopodal Fitzroy Gardens. Meldujemy się, chwilę ogarniamy wszystko i ruszamy na zwiedzanie miasta. Niesamowite jest to, że w grudniu możemy sobie usiąść na zewnątrz, słońce świeci mocno i wysoko nawet o 18, podczas gdy w Queensland było już prawie ciemno. Oczywiście robi się chłodniej ale pogoda i tak jest niezła.

Spacerujemy po mieście, idziemy wzdłuż rzeki Yarra pod stadion, na którym rozgrywany jest Australian Open. Akurat mamy to szczęście trafić na koncert Biebera bo dość długo nie mogliśmy zrozumieć skąd się tam namnożyło tak dużo dziewczyn w wieku szkolnym.

Przy rzece mają swoje hangary kluby wioślarskie, a na wodzie pływają osady jedna za drugą.

Powoli robi się ciemno i chłodno, wracamy do hostelu po cieplejsze ubrania, statyw i wracamy do centrum by porobić trochę zdjęć i nakręcić kilka filmików. Szczególnie ładnie wygląda miasto z wieżowcami uchwycone z południowego brzegu.

Dzień 21: Daintree Rainforest

Korzystając z ostatniego pełnego dnia w Queensland postanawiamy się wybrać do największego tropikalnego lasu deszczowego w Australii – Daintree. Pogoda o poranku nie jest zbyt zachęcająca 23C, mokro po deszczu i pochmurno. Co prawda zjeżdżając z gór w stronę Cairns robi się cieplej ale i tak wciąż nie jest słonecznie. Mijamy ciężarówki schlapane błotem po dach, które prawdopodobnie jadą aż z Terytorium Północnego lub kto wie skąd jeszcze.

Momentami droga na północ przypomina Great Ocean Road, ponieważ ciągnie się wzdłuż brzegu, o który rozbijają się burzliwe fale oceanu.

Wjazd do parku jest możliwy po przepłynięciu promem rzeki Daintree (23AUD w dwie strony). Znaki ostrzegające przed krokodylami zamieszkującymi te okolice są bardzo powszechne od pewnego już czasu. Trzeba uważać żeby nie wchodzić w nieznanych miejscach do wody lub uważać chodząc po lesie.

Pierwszym miejscem, w którym zatrzymujemy się i idziemy na przechadzkę po dżungli jest Jindalba Boardwalk. My jednak nie wybieramy normalną ścieżkę, żadnych utwardzeń, umocnień. Jednym słowem „czysta” ziemia, a raczej momentami śliskie błoto.

Ja idę pierwszy, Maciek gdzieś za mną filmuje okolicę, gdy nagle zatrzymuję się jak wryty i szybko robię kilka kroków w tył. Maciek wpada na mnie nie wiedząc o co chodzi. Wskazuję mu chodzącego za drzewem potężnego kazuara, który widać nie przejął się spotkaniem z nami tak jak my z nim. Dziobie sobie spokojnie w ziemi wyszukując pożywienia i tylko czasem, gdy zbliżamy się za bardzo, podnosi głowę i przypatruje się nam. Jest naprawdę ogromny. Ma z 1,8m wzrostu, potężny tułów, masywne nogi i stopy przypominające te u dinozaurów. A poza tym jest bardzo piękny. Na głowie ma stwardniały róg, głowę koloru zielonkawego przechodzącą w niebieską szyję z czerwonymi nalotami.

Mieliśmy tylko jeden problem, ptak spacerował sobie po ścieżce i nie sposób było go minąć. Musieliśmy chwilę poczekać, aż dziobanie w ziemi mu się znudzi i pójdzie sobie dalej.
Spotkało nas dużo szczęścia, zarówno że spotkaliśmy kazuara w jego naturalnym środowisku, jak również, że to spotkanie zakończyło się spokojnie. Ptaki te potrafią być bardzo agresywne i stanowią zagrożenie dla ludzi w bezpośrednim kontakcie. Zdarzały się wypadki śmiertelne.
Jedyną niespodzianką jaka mi się przytrafiła była pijawka, którą odkryłem dopiero w samochodzie.

Jadąc dalej zatrzymujemy się w fabryce lodów oferującej prawie 40 różnych smaków. Wybór był naprawdę trudny.
W kolejnej lodziarni mamy z kolei możliwość obejrzenia wielu owocowych drzew wykorzystywanych do produkcji lodów.

W parku zatrzymujemy się jeszcze kilkukrotnie by wybrać się na spacer po lesie (Dubuji Boardwalk, Marrdja Boardwalk). Kładki prowadzą przez mangrowce, a tabliczki wyjaśniają i opisują życie lasu.

Docieramy do Przylądka Cierpienia (Cape Tribulation), gdzie kończy się asfaltowa droga, choć do Cooktown i najbardziej wysuniętego na północ przylądka Australii jeszcze mnóstwo kilometrów.

W drodze powrotnej mamy okazję raz jeszcze przyjrzeć się kazuarowi, który szybko przemyka się przez jezdnię i znika w zaroślach po drugiej stronie drogi. Spotkanie tych niezwykłych, groźnych i zagrożonych wyginięciem ptaków w ich naturalnym środowisku było chyba jednym z większych przeżyć jakich doświadczyliśmy w Australii.

Zapis śladu trasy z GPS.

Dzień 20: Wodospady, Lake Eacham, Kuranda

Jak zwykle wyruszamy dość wcześnie bo po 6. Z Bruce Hwy odbijamy parę kilometrów w prawo w stronę Mission Beach. Liczne znaki informują o niebezpieczeństwie spotkania kazuarów, jednak nam nie udaje się żadnego zobaczyć.

Nie wracamy jednak na główną drogę tylko wybieramy jedną z tras turystycznych – „Canecutter Way”. Za Innisfail skręcamy całkiem w bok i nie jedziemy prosto na Cairns tylko w głąb gór.

Nieopodal Milla Milla kupujemy herbatę wystawioną na sprzedaż tuż obok pól herbacianych, a następnie zjeżdżamy w boczną drogę do wodospadów – Mungali Falls, Zillie Falls i Milla Milla Falls. Przy tym pierwszym gotujemy sobie śniadanie, w końcu najwyższa pora, jest już po 10. Jako, że powoli zbliżamy się do końca naszej drogi, czyli do Cairns, musimy sukcesywnie pozbywać się wszelkich zapasów jedzenia. Gotujemy więc spaghetti z pomidorami, czosnkiem i co tam jeszcze mamy w samochodzie. Korzystamy w tym celu z kuchenki na paliwo płynne Primus OmniLite. Mimo, że można gotować za jej pomocą na ropie, nafcie i wszystkim innym co się pali, a także kartuszach z gazem, my używamy w tym celu benzyny 91 – takiej samej jaką tankujemy samochód. W ciągu dwóch tygodni gotując co najmniej dwa razy dziennie obfite posiłki zużyliśmy jej może około litra, jest więc bardzo wydajna, a zagotowanie litra wody to kwestia 2-3 minut.

Za Atherton skręcamy w stronę Lake Eacham, gdzie po raz pierwszy mamy problem z zaparkowaniem. Jest weekend i zjechało się trochę ludzi. Idziemy popływać na parę minut, oglądamy żółwie pływające w niebieskiej wodzie jeziora i jedziemy dalej.

Objeżdzamy Lake Tinaroo dookoła, zatrzymując się po drodze przy wielkim drzewie figowym. Jest naprawdę imponujące, a ze względu na swe ogromne wymiary ciężko oszacować jego wiek i wysokość. Droga wokół jeziora ciągnie się dłużej niż wynikałoby to z mapy, kończy się asfalt, a zaczyna szuter i taką drogą jedziemy przeszło godzinę.

Popołudniu docieramy do Kurandy, co do której mieliśmy chyba większe oczekiwania. Może dlatego, że jest już po godzinie 16 i miasteczko wygląda na wymarte. Targ zamknięty, muzea i informacja turystyczna także. Oglądamy tylko Barron Falls, które podobnie jaki inne wodospady niosą mało wody i nie są tak efektowne jak na zdjęciach, które widzieliśmy wcześniej.

W poszukiwaniu noclegu kierujemy się do parku narodowego, parę kilometrów za Speewah, gdzie można się bez problemów rozbić z namiotem. Są łazienki, prysznic, a także miejsce na ognisko, z którego wieczór korzystamy. Poza nami jest tam jeden Niemiec, więc wspólnie robimy ognisko i urządzamy pieczenie ziemniaków.

Dzień 19: Magnetic Island, Big Crystal Creek, Jourama Falls, Wallaman Falls

Wstaję skoro świt, pakuję się i idę w kierunku Florence i Radical Bay. O tej porze zatoczki jak i cała wyspa są wyludnione, choć jestem trochę zdziwiony, gdy w jednej z nich widzę zacumowaną motorówkę i ludzi kąpiących się w wodzie, szczególnie biorąc pod uwagę możliwość natknięcia się na meduzy, o czym informują znaki umieszczone na brzegu w całym Queensland.

Około 7:35 wychodzę na główną drogę biegnącą przez wyspę i mam jakieś 40 minut do najbliższego autobusu jadącego w stronę portu. Prom mamy o 9 i tak też jesteśmy umówieni z Maćkiem.

Do fortów zlokalizowanych na wyspie mam jakieś niecałe 3km i kusi mnie by tam pójść, jednak pokonanie prawie 6km w ciągu 40 min może być trudne. No nic, postanawiam zaryzykować i idę, szczególnie że w tamtej okolicy są większe szanse na spotkanie koali, które bardzo licznie zamieszkują wyspę. Przed 8 docieram do fortu, z którego rozpościera się panorama na wschodnią część Magnetic Island. Do odjazdu autobusu zostało mi już tylko 15 minut zatem warto się pospieszyć. Momentami muszę wręcz biec, co z ciężkim plecakiem i narastającym upałem jest bardzo męczące. Na domiar złego skończyło mi się picie, więc jedyne co mogłem zrobić to pić wodę, którą podczas śniadania sobie zagotowałem i profilaktycznie zachowałem na czarną godzinę. Koali niestety nie spotykam, są natomiast kakadu i walabia.

Na przystanek docieram dosłownie 2 minuty przed planowanym odjazdem autobusu. Łapię oddech i czekam. Czekam. Nadal czekam. Autobus nie przyjeżdża. Może jest opóźniony myślę sobie. Dopiero po chwili, gdy sprawdzam wszystko jeszcze raz, dociera do mnie, że po pierwsze to jest sobota i prom odpływa nie o 9 ale tuż przed 10, a po drugie to autobus nie jedzie po 8 ale przed 9, bo jest dopasowany do godzin wypłynięcia i przypłynięcia promu. Niepotrzebnie się tak spieszyłem.

Przed terminalem promowym spotykam Maćka, który już tam jest od paru minut, po czym idę do sklepu po coś do picia. Przegotowana ciepła woda w butelce plastikowej nie jest tym, czego się pragnie do zaspokojenia pragnienia. Pierwszy raz, nie licząc państw azjatyckich, spotykam się z tym, że w sklepie napoje z lodówki są droższe niż pozostałe.

Po powrocie na brzeg zatrzymujemy się w informacji turystycznej na chwilę, po czym jedziemy dalej na północ Bruce Highway.

Pierwszym przystankiem za Townsville jest Big Crystal Creek w parku narodowym Paluma Range. Są tam utworzone na rzece małe kaskady i naturalne baseny, do których skacze się z okolicznych skał. W tym też miejscu robimy sobie krótką przerwę, obieramy ananasa oraz mango i zajadamy się nimi. Są przepyszne – soczyste i słodkie.

Kilka kilometrów dalej, ledwie parę kilometrów od głównej drogi znajdują się Jourama Falls. Niestety na zbyt małą ilość niesionej wody nie są takie efektowne.

Jest bardzo ciepło, temperatura przekracza 32C, a wilgotność jeszcze potęguje to wrażenie. Zdejmuję więc aparat z szyi, opróżniam kieszenie z wszystkiego i wchodzę do jednego z basenów na rzece tak jak stoję, czyli w ubraniu.

Kolejnym miejscem, które odwiedzamy jest Wallaman Falls. Położony jakieś 50km od głównej drogi nie był naszym pierwotnym celem wycieczki, jednak najwyższy wodospad Australii (268m pojedynczego spadku wody) przyciąga i kusi. Po drodze na polach mijamy pasące się kangury oraz walabie. W pewnym momencie, gdy tak jedziemy wzdłuż gryzących trawę torbaczy postanawiamy zwolnić, by się im lepiej przyjrzeć. Auto jadące za nami też zwalnia i w tym momencie dwa kangury zrywają się do biegu. Jeden leci prosto w las, a drugi wzdłuż drogi, po czym nagle skręca i wyskakuje przed samochód jadący za nami, który szczęśliwie dla kangura, nie jedzie szybko. Przez tylną szybę obserwuję jak zwierzę się potyka tuż przed maską, upada na ziemię, turla i koziołkuje parokrotnie, po czym podnosi i ucieka na drugą stronę. Kangury to naprawdę nieprzewidywalne i głupie zwierzęta. Nie dość, że wyskakują tuż przed jadący samochód to często nie uciekają od razu na drugą stronę lecz biegną środkiem drogi.

Pierwszy raz też napotykamy na znaki drogowe ostrzegające przed kazuarami i od razu pragniemy, a raczej łudzimy się, że gdzieś je może zobaczymy. Dżungla jest jednak tak gęsta, że bez maczety nie dałoby się weń wejść, a ptaki tym razem nie chcą nam przejść przez drogę.

Wyjeżdżając z gór, w drodze powrotnej z parku narodowego Girringun i Wallaman Falls łapie nas porządna ulewa, która trochę obmywa nasz zakurzony samochód. Teraz ciemne chmury mamy za nami, a piękne słoneczne niebo i tęczę dosłownie na wprost. Do tego idealnie prosty odcinek drogi, soczysta zieleń i zero ludzi na horyzoncie czynią ten widok jednym z piękniejszych jakie widzieliśmy w tym odległym kraju.

W miarę jak robi się ciemno, znajdujemy miejsce obsługi podróżnych zwane po prostu „rest area”, na którym jest możliwość rozbicia namiotu i przenocowania. Obok nas nocują w busie dwie dziewczyny ze Szwajcarii, które rozpoczęły zwiedzanie Australii w Cairns, a które oddalone o 150km stanowi nasz cel podróży.

Pierwszy raz mam też wrażenie, że okoliczna przyroda zaczyna nas osaczać. Komary stają się dokuczliwe, na ziemi kumkają setki żab, a podczas gdy jadłem kolację z drzewa spadła z głośnym plasknięciem kolejna żaba tylko drzewna. Zwykle nie zachwycam się żabami ale ta była naprawdę ładna, zielona, z szeroko rozłożystymi palcami i okrągłymi wystającymi oczami.