Mapa podróży po Azji Środkowej

W ramach podsumowania i łatwiejszego zwizualizowania trasy przeze mnie przebytej dodaję mapę. Nie jest w 100% dokładna – z Murghabu do Khorogu nie jechaliśmy trasą M41 tylko przez Korytarz Wachański ale myślę, że daje ogólny obraz drogi.

Reklamy

Osz i planowanie wyjazdu do Pamiru

O 5 rano jadę na lotnisko (500s taxi), gdzie spotykam Ewę. Odlot mamy z terminala Manas 2, który jest położony jakieś 200 metrów przed głównym terminalem.

Odprawiamy się, nadajemy bagaż i po niedługim czasie wchodzimy na pokład. Pomimo, że linia Air Kyrgyz jest na czarnej liście unijnych przewoźników to na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od innych przewoźników. Poza oczywiście niezbyt wysokim standardem. Lecimy zwyczajnym 737. Mam szczęście siedzieć przy wyjściu awaryjnym i przede mną nie ma fotela. Widoki za oknem takie jak przez ostatnie parę dni czyli wszystko przymglone. Krótka noc dała mi się we znaki więc zasypiam w mgnieniu oka. Lot trwa jednak tylko 50 minut więc nie jest mi dane spać długo.

Pod lotniskiem unikamy nachalnych taksówkarzy i zaraz za parkingiem wsiadamy w autobus, który dowozi nas do centrum. Tam musimy trochę się natrudzić aby znaleźć Osh Guesthouse, który jest zlokalizowany na jednym z osiedli, a wejście do niego jest niezauważalne z głównej ulicy.

W hostelu spotykamy się z dziewczynami, które dotarły do Osz lądem i już zajęły się szukaniem transportu do Pamiru. Niestety kolokwialnie rzecz ujmując szału nie ma bo w hostelu zaproponowano im przy 6 lub 8 dniowy wyjazd do Pamiru, aż po Khorog za ponad 1200$ dla 6 osób.

Cały czas szukaliśmy lepszej opcji i jednocześnie negocjowaliśmy cenę. Zresztą bardziej interesował nas sam dojazd do Murghab aniżeli od razu cała wycieczka.

Poza nami zainteresowana wyjazdem była para Irlandczyków, a i czekaliśmy na Wojtka, który rano wyjechał z Biszkeku i miał dotrzeć późnym wieczorem.

W międzyczasie udaliśmy się na miasto, zrobić zakupy na lokalnym bazarze i zjeść przy okazji pyszne manty z ziemniakami. Wszystko zapijane oczywiście chłodnym kompotem. Naszej uwadze nie uszły też duże kubki z lodami za 25-30s, które próbowaliśmy już wcześniej kilkukrotnie.

Napełniwszy żołądki poszliśmy zobaczyć wzgórze Sulejmana – jedyne miejsce z listy UNESCO położone całkowicie w Kirgistanie. Według Koranu Sulejman był prorokiem, a malutka świątynia na szczycie wzgórza rzekomo wskazuje miejsce jego pochówku.

Wzgórze Sulejmana

Wzgórze Sulejmana

IMG_4320

Miejsce to jest wciąż popularne wśród lokalnych muzułmanów i stanowi najbardziej święte miejsce w całej Centralnej Azji.

Osz

Osz

Na wzgórzu mieści się jeszcze Narodowe Muzeum Historyczne i Archeologiczne z ponad 33 tysiącami zbiorów. W mojej jednak opinie jest ono bardzo przeciętne.

Muzeum

Muzeum

U jego podnóża natomiast znajduje się mała cukiernia z najróżniejszymi łakociami począwszy od ciastek, ciasteczek, drożdżówek i słodkich bułek po bakławę i jeszcze parę innych pyszności.

Wieczór, po długich debatach stwierdziliśmy, że zdecydujemy się na transport do Pamiru korzystając z usług hostelu. Wtedy jednak okazało się coś dziwnego, a mianowicie że kierowca jest już zajęty i spróbują nam zorganizować kolejnego. Jak słusznie podejrzewaliśmy może wiązać się to ze zmianą ceny. Na naszą niekorzyść oczywiście, ponieważ zależało nam na czasie i chcieliśmy wyruszyć już z rana.

Jako że był to ostatni dzień, który Ewa spędzała z nami, umówiliśmy się, że odprowadzając ją o 6 rano na autobus poszukam nam jakiegoś transportu do Pamiru.

Ponieważ hostel pękał w szwach i było dużo gości, zostaliśmy zakwaterowani w oddzielnym budynku niż dziewczyny. Nie mogliśmy zatem wiedzieć, że o 2 w nocy niespodziewanie kierowca się znalazł.

Biszkek i Park Narodowy Ala Archa

 
W Biszkeku, stolicy Kirgistanu jesteśmy już przed południem. Słońce ostro przygrzewa. Doświadczamy upału, jakiego nie było nam dane dotąd zaznać w tej części Azji. Termometry pokazują 42C w cieniu.
Rozstajemy się z dziewczynami, które idą szukać transportu do Osz. My natomiast udajemy się do hostelu, a po zrzuceniu plecaków idziemy na miasto organizować nasz transport do Osz. Chcemy lecieć samolotem, ponieważ przelot jest tylko 10$ droższy niż jazda autem, a zajmuje niecałą godzinę zamiast dwunastu. Przez Internet biletów kupić się nie da więc idziemy do agencji pośredniczącej i tam nabywamy nasze bilety. Co ciekawe cena jest ta sama jak bezpośrednio na stronie przewoźnika, którym w tym przypadku jest Air Kyrgyz – linia wpisana na czarną listę w UE.

Z nadzieją na jakieś ciekawe zakupy udajemy się na Osh Bazaar ale nie ma tam nic, czego by się nie dało kupić i u nas. Żadnych ciekawych wyrobów regionalnych. Raczej sama chińszczyzna.

Idziemy zatem bardziej do centrum na małe zwiedzanie. Miasto pod tym względem nie rzuca na kolana jednak na pierwszy rzut oka wydaje się bardziej przystępne niż Ałmaty.

Za centrum można przyjąć plac Ala Too przez który przebiega ulica Choy dzieląc go tym samym na część północną i południową. Na tej pierwszej mieści się parlament kraju – Kirgiskie Zgromadzenie Narodowe, pomnik „Erkendik” (Wolności) oraz maszt z flagą. Po przeciwnej stronie ulicy znajduje się natomiast Narodowe Muzeum Historyczne.

Plac Ala Too

Plac Ala Too

IMG_4262 IMG_4271

Kręcimy się po okolicy, obserwujemy zmianę warty pod parlamentem i biegające dokoła dzieci. Jest na tyle ciepło, że bez wahania, idąc tropem miejscowych wchodzę do fontanny w ubraniu i schładzam się nieznacznie.

Rano wybieramy się na wycieczkę do parku Ala Archa. Jedziemy taksówką bo tak było najszybciej i najprościej tam dojechać wcześnie rano. Płacimy 600 som za całość. Przed wjazdem do parku uiszczamy opłatę za wstęp i jedziemy jeszcze 12km do końca.

Na miejscu mamy wybór dwóch podstawowych tras (więcej, jeśli dysponujemy odpowiednimi umiejętnościami i sprzętem). Pierwszy ze szlaków prowadzi wzdłuż rzeki. Drugi natomiast, na który się decydujemy prowadzi do wodospadu (3km) i Ratsek Hut (kolejne 3km).

IMG_4290 IMG_4289

Początkowo ścieżka pnie się w górę, na jedno ze zboczy doliny, po czym przez pewien czas prowadzi na stałej wysokości w górze, ponad rzeką. Od wodospadu, który jest widoczny ze szlaku zaczyna się bardziej strome podejście. Do tego dochodzą luźne, osypujące się z pod nóg kamienie.

IMG_4294

Po 2,5h spokojnego marszu i podchodzenia pod górę docieramy do niewielkiej polany, na której stoi parę namiotów, a kawałek dalej Ratsek Hut. Przez okna widać łóżka w pokoju więc pewnie jest możliwość przenocowania. Ze wzgórza nad schroniskiem roztacza się widok na szary jęzor spływającego w dół lodowca, a z nad skał na wprost odrywają się kawały lodu i z głuchym łomotem uderzają o dno doliny.

IMG_4300

IMG_4302

Zejście do parkingu nie zajmuje nam dużo czasu. Zdziwieni jesteśmy tylko ilością ludzi. O ile wychodząc rano w góry na dole nie było nikogo, o tyle teraz jest wszystkie parkingi są pełne, a dookoła mnóstwo ludzi piknikujących nad rzeką. Dopiero później kojarzymy fakty, że to przecież koniec Ramadanu i wszyscy mają wolne.

Przy takich tłumach dotarcie do miasta stopem nie jest większym problemem. W górach temperatura była bardzo przyjemna, a zjeżdżając na dół obserwujemy na termometrze jak powoli wzrasta do 36C.

Po powrocie do hostelu poznajemy Wojtka, który dopiero co przyleciał z Brukseli do Biszkeku. Z kolei Ewa jedzie już wieczór na lotnisko, a ja zostaję w mieście i razem z Wojtkiem i nowo poznanym Indonezyjczykiem idziemy do pobliskiej stołówki „Smyak” na pyszne, a zarazem niedrogie manty (z ziemniakami), bliny i kompot.

Noc w hostelu mieszczącym się na 6 piętrze bloku jest tak ciepła, że po zrobieniu prania i nieustannym przewracaniu się z boku na bok postanawiam, że lepiej i chłodniej będzie mi spać w wilgotnym ubraniu.

Wieża Burana

Po powrocie z nad jeziora Song Kol łapiemy marszrutkę w kierunku Biszkeku ale wysiadamy 50km wcześniej – w Tokmok. Pierwsze miejsce, do którego kierujemy swoje kroki to …park. Idziemy bowiem nakarmić się melonami, które zakupiliśmy jeszcze w Kochkor. W trakcie oddawania się konsumpcji podchodzi do nas dwóch policjantów. Pytają czy wszystko w porządku i wdają się z nami w krótką rozmowę. Pytamy o miejsce na nocleg i proponują nam pobliskie jezioro. Koniec końców w szóstkę plus plecaki pakujemy się do małego VW Golfa i jedziemy nad jezioro. Nie jest to jezioro z prawdziwego zdarzenia. Coś bardziej jak park z małym stawem z ławeczkami, restauracją i wychodkami. Uiszczamy drobną opłatę i wchodzimy na teren ośrodka. Namioty rozkładamy na czymś co nazywa się topchan. Jest to coś jakby podest, platforma na nóżkach wyłożona dywanem, na której najczęściej stoi niski stolik. Dookoła leżą poduszki, na których można usiąść lub się o nie oprzeć. Jest to bardzo, bardzo wygodne i popularne w całej Azji Środkowej miejsce spożywania posiłków lub po prostu towarzyskich spotkań przy herbacie lub jakimś mocniejszym trunku.

Nie mamy za bardzo jak się dostać na powrót do Tokmok więc wychodzimy na drogę i próbujemy w czwórkę, z dużymi plecakami złapać stopa. Niby szanse marne ale dziewczynom się udaje już po dwóch minutach. Zabiera nas dwójka chłopaków z małą dziewczynką. Jakoś się mieścimy. Zawożą nas nie tylko do miasta ale od razu pod wieżę Burana. Podczas gdy oni czekają, my zwiedzamy wieżę. Wąskimi, ciasnymi i ciemnymi schodami wchodzimy na górę podziwiać roztaczającą się panoramę.

IMG_4260

IMG_4257

Kilka lat wcześniej wieża została gruntownie odnowiona bo jej wcześniejszy stan był podobno bliski zawaleniu. Nie jest to może i powalające na kolana miejsce ale z drugiej strony to jeden z niewielu zabytków z tak dawnych czasów jakie można zobaczyć w Kirgistanie.

Nie nadużywamy cierpliwości chłopaków i szybko uwijamy się ze zwiedzaniem, tym bardziej, że dużo do zwiedzania nie ma. Odwożą nas na dworzec w Tokmok i załatwiają marszrutkę w lokalnych cenach.

Song Kol

Z Karakol zmierzamy do Kochkor. To stamtąd chcemy się dostać nad jezioro Song Kol. Jednak nim tam dotrzemy robimy sobie krótki, dosłownie półgodzinny postój nad innym z jezior – Issyk Kul. Jest to największe jezioro Kirgistanu i drugie pod względem wielkości jezioro śródgórskie – po Titicaca w Ameryce Południowej. Relaksujemy się, pochłaniamy melona łamiąc przy tym drugą łyżeczkę (pierwszą złamały krowy gdy jadły moje spodnie) i podziwiamy ośnieżone szczyty górskie po drugiej stronie. Do Bałykchy docieramy stopem i próbujemy znaleźć jakiś transport do Kochkoru. Wszędzie jednak tylko propozycje taksówek. Zrezygnowani decydujemy pójść za miasto i tam spróbować szczęścia stopem. Nie doszliśmy jeszcze do skrzyżowania, gdy zatrzymał się kierowca busa i zabrał nas za 150 som. Nie długo byliśmy oddaleni od gór, a już ponownie w nie wjeżdżamy.

IMG_4142

Issyk Kul

Issyk Kul

IMG_4157 IMG_4161

Na miejscu rozglądamy się za jakimś transportem na jutro do Song Kol ale ciężko cokolwiek znaleźć. Udajemy się więc do CBT i tam za 3000 somów organizujemy sobie wycieczkę na cały dzień nad jezioro. Wieczór zdzwaniamy się z dziewczynami. Mówią nam, że postarają się zdążyć na 7 rano i zabrać się z nami nad jezioro.

W ramach luzu dziś jemy w restauracji i przy okazji ładujemy telefony z gniazdka. Przez poprzednie dni cały czas prąd czerpaliśmy z panelu słonecznego. Nosiliśmy go zamocowany do plecaka podczas górskich wędrówek. Azja Środkowa jest bardzo słonecznym regionem i z ładowaniem nie mieliśmy żadnych problemów.

Na noc namiot rozbijamy nad rzeką, w lesie za miastem.

Rano czekamy chwilę na dziewczyny jadące z Bałykczy i już wszyscy wspólnie jedziemy nad jezioro. Odległość jaką mamy do pokonania to 100km, z czego pierwsze 50 to droga asfaltowa o bardzo dobrej nawierzchni. Druga połowa prowadzi już przez góry i doliny. Wyjeżdżamy nawet na przełęcz mierzącą ponad 3700m. Przy drodze leży jeszcze sporo śniegu, a jest połowa lipca. Sezon trwa tu bardzo krótko, bo już w połowie sierpnia się kończy i bardzo szybko nadchodzi zima.

IMG_4185

Widoki z przełęczy

Widoki z przełęczy

Nad jeziorem korzystamy z możliwości wypożyczenia koni ale dostajemy tak mało ruchliwe, że ledwo im się chce chodzić, nie mówiąc o jakimś kłusie czy galopie. Zdecydowanie coś z tymi końmi jest nie tak. Jeden wyrzuca Ewę z siodła, drugi jest narowisty i gdy zbliża się do innych koni te zaczynają rżeć i wierzgać. Tylko Marysia dostała w miarę normalnego konia i po jakimś czasie zamieniam się z nią i mogę wreszcie pojeździć po okolicy.

W przerwie między jeżdżeniem na koniach spacerujemy wzdłuż porozstawianych jurt, które służą głównie turystom, choć tych o dziwo jak na lekarstwo. Oprócz nas jest może 4 cudzoziemców.

IMG_4198 IMG_4240

W jednym miejscu tubylcu stawiają właśnie jurtę wznosząc ją z gotowych patyków i wiążąc je sznurkiem do reszty konstrukcji. Dziewczyny od razu rzucają się do pomocy, łapią tyczki i próbują je dopasować w odpowiednie miejsce. Parę dodatkowych rąk do pomocy i budowa idzie całkiem sprawnie. Niestety dwadzieścia minut później cały włożony trud idzie na marne bo wszystko, z czym pomogły do tej pory się zawala. Trzeba zaczynać od nowa.

IMG_4222

IMG_4242

Przewodnik zachwalał Song Kol jako miejsce warte odwiedzenia. Pierwotnie nie mieliśmy planu tu być ale tak po prostu wyszło. Spodziewaliśmy się zatem meteorologicznego teatru. Wiedzeni ciekawością chcieliśmy przekonać się i zobaczyć na własne oczu jak tu jest. Szczerze mogę stwierdzić, że jezioro nas nie zachwyciło ale winę za to ponosi w głównej mierze pogoda. Owszem, było ciepło, nawet bardzo ciepło jak na wysokość, na której przebywaliśmy ale przejrzystość powietrza pozostawiała wiele do życzenia. Ledwo mogliśmy dostrzec góry wznoszące się przy drugim brzegu.

Kirgiski Tien Shan

Rano Samagan odwozi nas ponownie do miasta, na marszrutkę do Jety-Oghuz, skąd planujemy ruszyć na kilkudniowy trekking w góry. Na pożegnanie wręcza nam butelkę miejscowego koniaku. Bardzo miły gest z jego strony ale przyznam, że nawet nie mamy gdzie już włożyć tej butelki, tak pełne (i ciężkie) mamy plecaki. Pomimo, że Lonely Planet podawał, że o tej porze jest bezpośrednia marszrutka to Samagan mówi, że nie ma i musimy jechać z przesiadką. Wysiadamy więc przy głównej drodze, skąd taxi za około 200 somów docieramy do końca doliny czyli Jety-Oghuz Kurort.

Na końcu drogi możemy podziwiać jedną z geologicznych osobliwości Kirgistanu – Siedem Byków. Jest to kolorowa skała, a wręcz góra wznosząca się na wysokość kilkudziesięciu metrów , w której wiatr i deszcz rzeźbią od lat.

Siedem Byków

Siedem Byków

W momencie gdy przygotowujemy się do wyruszenia na szlak podjeżdża kolejna taksówka, z której wysiadają cztery osoby. Po chwili przysłuchiwania się rozmowie podchodzę bliżej i w ten sposób poznajemy Anię, Marysię, Roberta i Paulę. Choć każda dwójka z naszej szóstki ma trochę inny plan to wkrótce okaże się, że nasze drogi przeplotą się jeszcze wielokrotnie.

My ruszamy jednak oddzielnie, bo po upływie chwili chcemy zatrzymać się nad rzeką i na łonie przyrody zjeść śniadanie.

IMG_3941

Począwszy od Siedmiu Byków rozpoczyna się Dolina Kwiatów czyli Kok-Jaiyk. Szlak prowadzi głównie drogą, która czterokrotnie przecina rzekę. W Kirgistanie wjazd do parków jest możliwy autem więc możliwym jest również złapanie stopa i podjechanie paru kilometrów. Tak też udaje nam się zrobić. Wysiadamy na ogromnej polanie, z której zaczynają roztaczać się pierwsze widoki na góry. Nieopodal znajdują się też pierwsze jurty. Jedne wyglądają jak typowo turystyczne, z kolei dookoła innych beztrosko biegają dzieciaki podczas gdy starsi wykonują jakieś prace.

IMG_3945

Dalej ścieżka wije się wzdłuż rzeki, lasu i przecina kilkukrotnie mniejsze i większe polany, które okupują piknikowicze. My idziemy dalej robiąc jednak co jakiś czas krótkie przerwy na zrzucenie plecaków co by dać odpocząć umęczonym ramionom.

IMG_3957

Po przejściu siódmego mostu skręcamy w lewo. Dochodzimy odpoczywające na trawie dziewczyny i sami siadamy na kilkanaście minut. Obok kręcą się dzieciaki domagające się czekolady i coli ale po paru minutach się nudzą i odchodzą. Od tego momentu idziemy już razem. Nie dlatego, że tak się umówiliśmy ale dlatego, że mamy bardzo podobne tempo.

Gdy wychodzimy ponad granicę lasu odsłaniają się przed nami wspaniałe widoki. Rzeka, z początku bystra i wartka, wyżej rozlewa się na dolinę, płynie wolno i meandruje między zielonymi pastwiskami, na których pasą się konie, krowy czy owce. Dolinę od północy, południa i wschodu oddzielają wysokie granie, a dokładnie na wprost nas wznosi się ośnieżony wierzchołek, oświetlony zachodzącym słońcem. Jesteśmy zachwyceni widokami. Pierwszy dzień się jeszcze nie zakończył, a ja już planuję powrót zimą na skitury.

IMG_3971 IMG_3976 IMG_3977

IMG_3987 IMG_4012 IMG_4022

Zmęczenie daje nam trochę w kość, poza tym około 18 robi się chłodniej, a słońce coraz szybciej obniża się na nieboskłonie. Znajdujemy dobre miejsce pod namiot i rozbijamy się. Nocujemy na wysokości ponad 2600 m n.p.m. ale noc jest chłodna.

Nad ranem budzą nas krowy trącające pyskami nasz namiot. Gdy postanawiam wstać i sprawdzić co się dzieje jest już za późno. Wyciągnęły moje spodenki spod tropiku i zaczęły żuć. Wyciągam im je wręcz z pyska, rozganiam i idę przeprać do rzeki bo są całe oślizgłe. Trochę potargane także ale są to jedyne tak cienkie spodnie jakie posiadam.

Gotujemy sobie pyszne i pożywne śniadanie – płatki z bakaliami. Do tego ciepła herbata o poranku w otoczeniu pięknych krajobrazów i ruszamy dalej w trasę.

Doliną maszerujemy może jeszcze z pół godziny, mijamy namioty wspinaczy i odbijamy w lewo, w kierunku przełęczy Teleti (3750m). Od tego momentu zaczynamy mozolne podchodzenie co zajmuje nam około dwóch godzin. Wyżej pojawiają się pojedyncze płaty śniegu, które staramy się za każdym razem obchodzić co czasem wymaga podejścia kilkudziesięciu metrów. Najczęściej w górę. Ostatni z takich płatów śnieżnych postanawiam jednak lekko ściąć od góry, jednakże zabezpieczam się na wszelki wypadek dużym płaskim kamieniem, który przed każdym krokiem wbijam dla pewności w śnieg. Niestety, w jednej chwili dzieje się to, czego się obawiałem. But mi objeżdża i zaczynam zjeżdżać w dół. Udaje mi się zatrzymać dopiero po kilkunastu metrach. Nie było żadnego zagrożenia ale jestem trochę poobcierany.

Po drugiej stronie przełęczy śniegu znacznie więcej ale można spokojnie po nim zejść czy zbiec. Trzeba tylko uważać żeby noga nie wpadła za głęboko.

IMG_4041 IMG_4042 IMG_4048

W dolinie na dole ścieżka trochę nam niknie z oczu i idziemy tak, aby było najwygodniej. Ja na przykład pewien odcinek pokonuję brzegiem rzeki lub po wodzie. Później, gdy zaczyna się kosówka musimy parę metrów się przez nią przedrzeć. Zejście jest bardzo strome, ścieżka wąska, a podłoże czasem luźno związane. Musimy uważać. Schodzimy więc powoli. W tej sytuacji kijki by się bardzo przydały. Nie ma jednak tego złego bo szybko docieramy do doliny rzeki Karakol. Ledwo wychodzimy na polanę, gdy nadjeżdża strażnik parku – Marat. Ledwo otwiera drzwi swego samochodu, gdy rzuca pytaniem – „Polacy czy Czesi?”.

IMG_4060 IMG_4065

Wystawia nam bilety na pobyt w parku, jednak tylko na jeden dzień i podwozi Ewę i Anię wraz z plecakami do Karakol Base Camp. To tylko 2 kilometry więc my z Marysią idziemy dalej piechotą.

Rzeka Karakol rozlewa się tutaj momentami bardzo szeroko i trzeba sobie szukać miejsc do przejścia suchą stopą.

Po cichu mieliśmy nadzieję, że gdy dotrzemy do obozu to namioty będą już rozstawione, a woda będzie bliska wrzenia. No cóż, rozmarzyliśmy się za bardzo, bo dziewczyny tylko wyładowały plecaki i wdały się w pogawędkę z rodziną Rosjan. Od nich dowiedzieliśmy się, że alternatywna droga dojścia do jeziora Ala Kol jest nie do przejścia bez raków.

Dlatego trzymamy się pierwotnej koncepcji i rano zostawiamy plecaki w jurcie (50 somów) i ruszamy na lekko do jeziora. Obchodzimy obóz z tyłu żeby nie musieć iść po wodzie i tam trafiamy na drewniany most, po którym przechodzimy na drugą stronę. Z początku ciężko nam jest natrafić na szlak ale po chwili przedzierania się przez las odnajdujemy ścieżkę. Bez plecaków idzie się zdecydowanie przyjemniej, no i tempo mamy żwawe. W niecałe półtorej godziny docieramy do chatki stanowiącej bardzo prymitywne schronienie ale w przypadku niepogody jej obecność może okazać się nieoceniona. Po krótkim odpoczynku idziemy dalej w górę. Wychodzimy ponad las, zaczynają się kamienie, piargi i trzeba sobie wyszukiwać szlak. Mijamy wodospad i docieramy na półkę skalną skąd roztacza się widok na część jeziora. Woda jest intensywnie szmaragdowa ale to się zmienia w zależności od padania promieni słonecznych. Od południa jezioro odgradzają nagie, wysokie wierzchołki podczas gdy z drugiej strony zbocze jest łagodniejsze, bardziej trawiaste. Jesteśmy sami, delektujemy się chwilą i wpatrujemy w jezioro chowając zarazem przed wiatrem za kamiennym murkiem. W końcu jesteśmy na prawie 4000 metrów, a na sobie mamy tylko krótkie ubrania.
IMG_4078 IMG_4085
IMG_4100 IMG_4115

O w pól do trzeciej zaczynam schodzić. Idę pierwszy, dziewczyny kilka minut za mną. Każdy swoim tempem. W końcu niebawem i tak się gdzieś spotykamy na szlaku. Mijam jeszcze sporo osób idących mozolnie w górę z plecakami. Dwie godziny później jesteśmy już z Ewą na dole. Odbieramy plecaki z jurty i ruszamy doliną rzeki Karakol na dół. GPS pokazuje, że do przejścia są 24km. Co prawda Marat poprzedniego dnia mówił, że będzie w bazie i nas zwiezie na dół ale nie ma go więc ruszamy. Chcemy wyjść jeszcze żeby nie musieć dopłacać za kolejny dzień pobytu.

IMG_4118 IMG_4124 IMG_4132 IMG_4134

Cały czas idziemy wzdłuż rzeki, która raz płynie wartko, szybko wąskim korytem, a czasem rozlewa się na całą szerokość doliny płynąc leniwie i zmuszając nas do zdejmowania butów i przekraczania rozlewisk boso. Z tego powodu ubieramy nawet sandały ale po pewnym czasie z nich rezygnujemy bo nie amortyzują tak jak adidasy. Mam wrażenie, że idziemy bardzo szybko, gdy niespodziewanie podczas jednego z postojów doganiają nas dziewczyny. One postanawiają się rozbić kawałek dalej, a my idziemy jeszcze. Nie uchodzimy 500 metrów, gdy mijają nas pierwsze samochody. Nadzieja w sercach rośnie i jeden z nich się zatrzymuje. To strażnik parku – Marat. Pyta dlaczego na niego nie poczekaliśmy w bazie ale nie mieliśmy pewności, że na pewno pojedzie dziś na dół. Już wiemy dlaczego jest zawiedziony. Ta chęć zwiezienia nas to nie z dobrego serca tylko dla zysku. Teraz, gdy jesteśmy już prawie na dole to i zarobek będzie mniejszy. Godzimy się zapłacić po 200 som na osobę i jedziemy w dwójkę (dziewczyny nocują tutaj) do miasta. Dziewczyny polecały nam Hostel Nice przy ulicy Gebze 76. Rzeczywiście jest świetnie. Za 100 somów od osoby możemy rozbić namiot, a zrobić pranie za 60. Do tego do naszej dyspozycji jest czysta, przestronna kuchnia, toalety i prysznice z ciepłą wodą. Luksusy!

Poniżej zapisy ślady tras z GPS.

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Załączam też mapy, z których korzystaliśmy.

Karkara, granica kazachsko-kirgiska i Karakol

Tuż przed zmrokiem dotarliśmy do Doliny Karkara. Ostatnią osobą, która nas podwoziła był właściciel małego stada koni, który jechał właśnie na swoje pole zawieźć coś pracownikom. Tradycyjnie też jechaliśmy drogą alternatywną – przez step.

Na pastwisku rozbijamy namiot, dzieciaki przynoszą nam świeży chleb – lepioszkę. Odwdzięczamy się im cukierkami, których z początku nie chcą przyjść. Dopiero po chwili się przełamują. Zostawiona spokojnie w namiocie lepioszka tajemniczo znika po paru minutach. Jedynym podejrzanym jest któryś z psów. Niestety złoczyńca nie pozostawił żadnych śladów i możemy się tylko domyślać przebiegu zdarzeń.

IMG_3902

W dolinie Karkara

W dolinie Karkara

Wieczór jest naprawdę zimny, a w nocy zaczyna padać. Moje wyobrażenia o ciepłej, suchej Azji Środkowej zostają rozbite w drobny mak. Dziękuję sobie również w duchu, że pierwotny pomysł spania pod gołym niebem nie przeważył i mimo wszystko zdecydowałem się zabrać namiot. Nie wiem co byśmy zrobili w takiej sytuacji, a nie była to ostatnia zimna noc jaka nas czekała.

IMG_3914 IMG_3908 IMG_3911

Sezonowe przejście graniczne między Kazachstanem, a Kirgistanem było ledwie 2 kilometry przed nami i mieliśmy nadzieję, że łapanie stopa pójdzie nam tak dobrze, jak do tej pory. Srogo się pomyliliśmy. Jeśli już jechał jakiś samochód to raz na godzinę-półtorej i w dodatku albo był pełny albo tylko do najbliższej wioski.

Granicę przekroczyliśmy bezproblemowo. Sprawdzenie paszportów, bagażu. Standardowo. Trochę nie chciało mi się wypakowywać wszystkiego z plecaka i najpierw bez otwierania wytłumaczyłem celnikowi wskazując kolejno od góry i mówiąc „jedzenie, ubranie, śpiwór, namiot”. Nie udało mi się go tym przekonać i mimo wszystko musiałem go do połowy opróżnić i pokazać co tam skrywam.

W Kirgistanie od pewnego czasu obowiązuje nas ruch bezwizowy. Dostajemy pieczątki upoważniające do 60-dniowego pobytu. Oczywiście po tej stronie granicy ruch jest tak samo słaby i nie mamy co liczyć na podwiezienie. Jakikolwiek marsz też nie ma sensu bo do Karakolu jest ponad 100km. Siadamy na poboczu i czekamy. Jest dość zimno, wieje wiatr, a każdy pojawiający się na horyzoncie samochód rozbudza nasze nadzieje. Zabijając czas w oczekiwaniu na transport rozmawiamy chwilę z miejscowym pasterzem, który zgadza się przewieźć Ewę konno po okolicy. Informuje nas, że możemy parę kilometrów dalej znajduje się chata „pasjologa”, gdzie możemy skorzystać z telefonu i zadzwonić po taksówkę. Pojęcia nie mam kto to taki ale brzmi jak jakiś naukowiec. Kojarzy mi się z Paszczakiem z Doliny Muminków. Przypadek? Nie sądzę.

Gdy w końcu udaje nam się zatrzymać jakiś samochód, przejeżdżamy ledwie 3 kilometry do najbliższego skrzyżowania. Odtąd jednak idzie już znacznie łatwiej bo po chwili zabiera nas stara, czarna Wołga bez tylnej kanapy. Kierowca użycza nam jednak swojej kurtki abyśmy mieli na czym siedzieć. Najpierw zajeżdżamy na pastwisko, gdzie ładujemy auto po dach bańkami na mleko, tak że ledwie się mieścimy w dwójkę na przednim siedzeniu. Odrzucamy propozycję noclegu i jeszcze parę kilometrów jedziemy wspólnie po czym nasze drogi się rozdzielają i wysiadamy.

Zaczyna kropić i robi się jeszcze zimniej. Niedługo później znów łapiemy stopa. Tym razem jednak płatnego. Za 1500 somów Samagan – nasz kierowca zgadza się nas zawieźć do Karakolu. Jedziemy na skróty przez góry. Mały japoński, miejski samochód zdaje sobie świetnie radzić z drogą, która jest odpowiednia dla jeepa. W Kirgistanie bardzo popularne są auta japońskie, z kierownicą po prawej stronie. Mające po 200 000km przebiegu są w niesłychanie dobrym stanie, a ich ceny na rynku wtórnym zdają się być na odpowiednim poziomie dla Kirgizów.

IMG_3919 IMG_3916

Droga do Karakolu upływa nam szybko, szczególnie podczas rozmów. Pomimo słabej z naszej strony znajomości rosyjskiego udaje nam się poruszyć tematy turystyki, problemów rynku pracy w Kirgistanie i Polsce, a także dowiedzieć się, że kirgiskie krowy dają tylko 10 litrów mleka dziennie. Wszystko przez ubogość pastwisk i niedostatecznego karmienia paszą. Rozmawiamy także o warunkach uprawiania turystyki zimowej w okolicach Karakolu, co mnie niezmiernie ciekawi i każdego kogo mogę to wypytuję o ilość śniegu w górach zimą pod kątem narciarstwa skiturowego.

W miarę jak zbliżamy się do Karakolu, Samagan proponuje nam abyśmy podjechali do ciepłych źródeł znajdujących się w dolinie Altyn Arashan, na południe od miejscowości Teploklyuchenka.

Pomnik w parku zwycięstwa.

Pomnik w parku zwycięstwa.

W dolinie Altyn Arashan

W dolinie Altyn Arashan

Na koniec zostajemy zaproszenie na nocleg do domu Samagana (lub jego siostry). Z tego zaproszenia korzystamy chętnie. Nie musimy już przynajmniej szukać noclegu w mieście, co zawsze jest problematyczne.

Pewnym zaskoczeniem dla nas jest, że w domu nie ma nie tylko łazienki ale nawet toalety. Tę pierwszą zastępuje wąż ogrodowy, a drugą wychodek w ogrodzie. Po rozgoszczeniu się Samagan proponuje, że nas zawiezie do centrum, a gdy już zjemy to przyjedzie po nas i tak też się dzieje. Karakol to pierwsze większe miasto od czasu jak wyruszyliśmy tydzień wcześniej z Ałmatów. Pierwszy też raz od tamtego czasu nie musimy rozkładać namiotu, gotować na kuchence i spać w śpiworach.

Jesteśmy oczywiście bardzo zadowoleni i wdzięczni za ofiarowaną nam gościnę ale mycie się szlauchem przy świetle czołówki, w deszczu i wietrze o 22 do przyjemnych nie należy. Brrr!