Odnośnik

Kliknij tutaj, aby przejść do galerii zdjęć z Japonii i Włoch.

Reklamy

Dzień 11 – Mediolan – Praga

Budzimy się wcześnie po takiej zmianie czasu, ale wstajemy o normalnej godzinie. Metrem podjeżdżamy do centrum – na stację Duomo, przy której mieści się katedra. Tuż obok znajduje się Galeria Wiktora Emanuela, a zaraz za nią najsłynniejsza opera świata – La Scala. Z zewnątrz rzeczywiście budynek wygląda przeciętnie, ale podobno w środku jest oszałamiający.
Zwiedzamy również kościół Santa Maria della Grazie, obok którego w muzeum mieści się obraz Leonarda da Vinci – Ostatnia Wieczerza. Szkoda, że wolne miejsca są dopiero na 12:30, kiedy to musimy już jechać na lotnisko. Mimo wszystko dwie godziny oczekiwania to i tak lepsze, niż rezerwacja z kilkutygodniowym wyprzedzeniem jak napisano w przewodniku.

Pogoda w Mediolanie iście wiosenna. Czyste niebo i blisko 10°C. Z autostrady, w drodze na lotnisko rozciąga się piękny widok na Alpy rozciągające się od lewej do prawej, na całej linii wzroku.

Do Pragi Alitalia ma code shareowy lot razem z AirOne i zgodnie z przewidywaniami nie ma co liczyć na posiłek czy inne dodatki, a podłokietniki i tacki skrzypią podczas prób manipulacji.

W Pradze pogoda już typowo zimowa. Leży śnieg i jest pochmurno. Z lotniska autobusem 119 jedziemy na stację Dejvice, z której metrem na dworzec kolejowy. Chwilę po 19 łapiemy pociąg powrotny do granicy z Polską, skąd wracamy do domu.

Dzień 10 – Tokio – Mediolan

Przed pójściem na stację musimy wymienić jeszcze ze 20$, żeby móc kupić bilet na lotnisko Narita (1240 JPY) bezpośrednim pociągiem – przedłużeniem linii Asakusa.
Pomimo, że mieszkaliśmy na północy Tokio, to mija około pół godziny nim zwarta zabudowa ustępuje wiejskiemu krajobrazowi. Z okna widać, że coś, gdzieś w oddali budują czy też remontują, co jest o tyle nietypowe, że do tej pory nie spotkaliśmy nigdzie żadnych prac budowlanych, remontowych, renowacji, restauracji, rekonstrukcji, napraw. Niczego. Wydaje się, jakby wszystko co zostało zaplanowane jest już ukończone i nie wymaga dalszych poprawek.

Szybka odprawa bagażowa i parę minut na wydanie ostatnich jenów, ewentualnie jakieś śniadanie.
W sklepie bezcłowym znalazłem zielonego KitKata o smaku zielonej herbaty. Trzeba im przyznać, że w sklepach spożywczych, ale pewnie i w innych także, wiele ciekawych produktów począwszy od pakowanego sushi czy onigiri zawiniętego w nori po gotowe dania na gorąco.

Lot do Mediolanu odbywać się będzie na pokładzie Boeninga 777-200 z układem siedzeń 3-4-3.
Akurat mamy miejsca w otoczeniu samych Polaków. Obłożenie nie jest pełne i szczególnie rząd środkowy jest pustawy.
Lecimy też inną trasą niż z Rzymu do Osaki. Najpierw kierujemy się na północ, w kierunku Hokkaido. Przelatujemy nad Sapporo, nad zamarzniętym morzem Ochockim i o 15:40 czasu Japońskiego wlatujemy nad Rosję.

Załoga podaje jedzenie (włoskie lub japońskie, czyli twardy makaron lub ryż) i napoje. Niedługo później wlatujemy w strefę nocy na dalekiej północy. Momentami lecimy aż nad Morzem Karskim i Barentsa. System rozrywki jest jakiś taki starszy niż w poprzednim A330; ma mniejszy ekran, ale oferta multimedialna się nie zmieniła.
Zabijam czas oglądając „I have to buy new shoes” – świetny japoński film romantyczny, „The watch” – komedię amerykańską z Benem Stillerem i na „Prometeuszu” odpadam; czas na sen.

Na zachodzie niebo jaśnieje i gdy budzę się w okolicach Zatoki Fińskiej znów jest dzień. Przelatujemy w okolicach Gdańska, następnie w kierunku Zielonej Góry, na Pragę, Monachium i Innsbruck.
Godzinę przed lądowaniem w Mediolanie załoga serwuje zimny posiłek i napoje.
12h lot dobiegł końca. Nie było tak strasznie pod względem czasu spędzonego na pokładzie. Ale o ile we Włoszech dochodzi 18, o tyle w Japonii jest już prawie 2 w nocy i odczuwamy senność ze zmęczeniem.

Pociągiem (10€) jedziemy do centrum na stację Milano Central, skąd piechotą idziemy do hostelu.
W pokoju, a szczególnie na podłodze i łóżkach panuje niesamowity bałagan, że aż ciężko się połapać, które łóżka są wolne, a które zajęte. Razem z nami są w nim cztery dziewczyny z Montpellier, z którymi zamieniam jeszcze parę zdań.

Dzień 9 – Tokio

Na stacji metra kupujemy bilet całodniowy na wszystkie linie (Toei Line + Tokyo Metro Line, 1000 JPY) i linią Asakusa jedziemy do Ginzy, na stację Tsukijishijo. Tuż obok znajduje się słynny tokijski targ rybny, na którym odbywają się aukcje tuńczyka o 5 rano. Niestety od końca grudnia, do 20 stycznia nie mam możliwości jej oglądania. Około 11 na targu wszyscy już się pakowali, sprzątali, myli stoiska i skrzynie, a co niektórzy porcjowali i ważyli jeszcze jakieś ryby. Jednym słowem nie było wiele do oglądania, choć te kilka ryb, które udało nam się dojrzeć było wielkości średniego prosiaka.
Na wąskich uliczkach obok targu można było kupić wszelkie narzędzia jakie tylko mogą być potrzebne do zajmowania się rybami, choć i tak najdroższy nóż, jaki widziałem był w sklepie w Narze (64000 JPY). Zarówno w obrębie samego targu, jak i na pobliskich ulicach można zakosztować sushi. Przed lokalami ustawiały się kolejki i ludzie czekali, aż zwolni się jakieś miejsce. Analogiczna sytuacja jest w porze lunchu, gdy jedni siedzą i jedzą, drudzy czekają i stoją w kolejce tym jedzącym za plecami.

Z targu poszliśmy dalej przez Ginzę do Yonchome Intersection, gdzie skręciliśmy w prawo, w jedną z zapewne wielu tokijskich ulic, przy której mieszczą się sklepy znanych i drogich marek. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze budynek Sony i teatr Takarazuka.

Następną dzielnicą na naszej trasie zwiedzania była Roppongi. Zaczęliśmy od Tokyo Midtown – czyli małego miasteczka zmieszczonego na powierzchni kilku wieżowców. Centra handlowe, restauracje, biura i hotel. Przy jednej z ulic, w sklepie zoologicznym przez witrynę widzę małpą małpkę do kupienia, za bagatela 690000 JPY (28000 zł).
Roppongi Hills to kolejne skupisko centrów handlowych, restauracji, kin, rezydencji, stacji telewizyjnej, muzeum sztuki, obserwatorium i pewnie wiele jeszcze innych. Wokół Roppongi Hills są nawet wytyczone ścieżki spacerowe. Idąc już w kierunku stacji metra przechodzimy przez Azabu Juban Shopping Town – popularną okolicę handlową z ponad 300 letnią tradycją.

Jadąc do Shibuya, dziwnym trafem wysiadamy jedną stację za wcześnie i chwilę nam zajmuje zorientowanie się w naszym położeniu. Podjeżdżamy jednak dalej do Omote-Sando i kierujemy się w stronę parku.
Niedaleko znajduje się Takeshita Dori –uliczka o różnorodnym charakterze, szczególnie popularna wśród nastolatków. Mijamy dworzec, za którym bezpośrednio znajduje się Meiji Jingu Gyoen Park ze świątynią Meiji Jingu. Na placu przed wejściem trwa porządkowanie śniegu. Nie jakieś tam zwykłe odgarnianie tylko ładowanie na wózki i wywożenie do lasu.
Mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy, ponieważ z głośników umieszczonych gdzieś między drzewami dobiegają komunikaty, że park jest już zamknięty.

Zmierzamy ulicą w stronę najruchliwszego przejścia dla pieszych w Tokio. Światła dla pieszych zapalają się wszędzie równocześnie i można przechodzić w każdym kierunku, także na skos. Obok znajduje się też pomnik psa rasy akita – Hatchiko, który po śmierci swojego właściciela przychodził czekać na niego przed dworcem przez następnych dziesięć lat, aż do końca swych dni. Na podstawie tej historii nakręcono m.in. film pod tytułem „Mój przyjaciel Hatchiko” z Richardem Gere. Budynek Shibuya 109 to popularny symbol dzielnicy o tej samej nazwie.

Złapał nas już zmrok ale jedziemy jeszcze obejrzeć na szybko dzielnicę Shinjuku. Trafiamy na bardzo ładną, wąską i oświetloną lampionami uliczkę Yakitori, przy której mieszczą się małe knajpki.
Zataczamy pętlę wokół okolicznych wieżowców – Nishi Shinjuku Skyscrapers, ale dojście do nich prowadzi swoistą podziemną autostradą dla pieszych – długą na kilkaset metrów z oznaczeniami wyjść w wielu kierunkach.

Z kolei pobliskie Electric Street to cała ulica ze sprzętem elektronicznym wszelkiej maści, takich jak Yamada Denki, Big Camera czy Yodobashi Camera.

Wracamy już w kierunku hostelu, ale raz jeszcze wysiadamy na stacji Tsukijishijo, żeby wstąpić na sushi. Co prawda już prawie wszystko jest pozamykane, ale ta knajpka, którą upatrzyliśmy sobie rano jest nadal czynna.

Zamawiamy deskę z sushi i nigiri oraz miskę ryżu przykrytą z góry kilkoma gatunkami ryb. Do tego dostajemy miseczkę z jakąś zupą, wasabi oraz tradycyjną japońską zieloną herbatę i biały imbir dla lepszych doznań smakowych.

Przed dojściem do hostelu korzystamy z darmowych kuponów na sake w Khaosan Bar. Do wyboru poza sake, która smakuje jak woda z wytrawnym winem, miałem jeszcze coś innego i to był strzał w dziesiątkę. Umeshu, czyli śliwkowe wino. Naprawdę pyszne.

Po powrocie wdaję się jeszcze w rozmowę z Maureen – Indonezyjką z Kanady, która rozpoznaje u mnie balijski sarong. W razie czego mam już namiary na nocleg, gdy będę w centralnej Kanadzie.

Dzień 8 – Nikko

Czas na wycieczkę do Nikko. Niestety na skutek pomyłki wstajemy chwilę później i musimy się sprężać. Nie byłoby problemu gdybyśmy poszli prosto na dworzec, zamiast do stacji metra. Trochę błądzimy, szczególnie że po zasięgnięciu języka kazano nam iść w prawo zamiast w lewo – prosto w kierunku dworca. To nic. Nie ma tego złego.

Chodniki już nie tyle zasypane, co wręcz skute lodem, ale co kawałek ktoś go rozłupuje i zgarnia. Nawet paru facetów w krawatach. Pogoda wciąż nie przeszkadza, żeby dzieciaki do szkoły nie mogły iść w krótkich spodniach i spódniczkach.

Następny pociąg jest za godzinę, o 9:10. W międzyczasie kupuję coś na drogę w sklepie, a w informacji o Nikko (informacja o mieście oddalonym o 140 km na dworcu w Tokio) dowiaduję się, że korzystniej jest kupić World Heritage Pass (3600 JPY), który obejmuje podróż tam i z powrotem pociągiem Rapid, autobus w obrębie miasta, wstęp do Toshohu Shrine, Futarasan Shrine i Rinnoji Temple.

Gdy pociąg wjeżdża na peron, ludzie wysiadają z jednej strony, wchodzi obsługa sprzątająca, pan sprawdza czy nikt niczego nie zapomniał i dopiero po tym wszystkim otwierają się drzwi po naszej stronie.

W pewnym momencie za Tokio śnieg się kończy i ponownie zaczyna się w okolicach Nikko.

Parę minut po przyjeździe pociągu na dworzec podjeżdża autobus linii 2C i zabieramy się w kierunku świątyń. Na pierwszy ogień bierzemy słynny czerwony most (Shinkyo) w Nikko. Mimo, że okoliczne drzewa ani nie kwitną, ani nie mają kolorowych liści, to śnieg, niebieskie niebo i płynąca pod nim rzeka wystarczają, żeby było ładnie.

Kupon z biletu World Heritage Pass wymieniamy na sześć wejściówek do poszczególnych świątyń. W przeciągu paru ostatnich dni widzieliśmy już ich sporo, ale te są bogato zdobione, kolorowe i pięknie położone na stokach gór w towarzystwie strzelistych cedrów i sosen.

Z rozkładu jazdy, który mam w kieszeni wynika, że za 15 min jedzie autobus nad Jezioro Chuzenji. Starszy pan zapytany o drogę na przystanek zmienia swój kierunek marszu i prowadzi nas w odpowiednim kierunku.
Mając kilka minut czasu zaglądamy do pobliskiego sklepu, gdzie spotykamy ponownie pana i wręcza on nam niespodziewanie dwie gorące kawy w butelkach. W ramach wdzięczności częstujemy go batonem.

Co do napojów, to na każdym prawie rogu można spotkać automat do ich sprzedaży, w zależności od modelu, firmy, wybór jest różnoraki. W niektórych przypadkach można sobie wybrać czy chcemy np. kawę na ciepło czy na zimno. W puszcze lub małej butelce.

Wsiadamy do autobusu na przystanku nr 9 i jedziemy serpentynami w górę w kierunku jeziora (przystanek 24, 1900 JPY/2  os) na wysokość 1320 m n.p.n.

Po wejściu, pobiera się numerem z liczbą, oznaczającą, na którym przystanku wsiedliśmy. W czasie jazdy na tablicy nad przednią szybą wyświetlają się ceny, które zmieniają się dynamicznie po przekroczeniu przystanku. Przy wychodzeniu pokazujemy numerek kierowcy, który nalicza opłatę i odliczoną kwotę wrzucamy do automatu. Jeśli nie mamy odliczonej, możemy rozmienić monety lub banknoty (nie więcej niż 1000 JPY) w automacie.

Termometr wskazuje -3°C i wieje. Jest też zdecydowanie więcej śniegu.
Jezioro położone jest pośród gór, a przy brzegu stoją zacumowane łodzie i łódki-łabędzie czekające na nadejście cieplejszych dni. Spacerujemy po okolicy, oglądamy kolejną świątynię i idziemy w kierunku wodospadu Kegon (97m), szczególnie „popularnego” wśród samobójców.
Windą z poziomu parkingu można zjechać na dół wąwozu, my jednak obserwujemy go z tarasu widokowego. Gdzieś z boku przychodzi małpa – makak japoński, poskubać trawę. Jestem zaskoczony widząc je tutaj, o tej porze roku, ale zwierzę ma wyjątkowo gęste i zarazem piękne futro, a do tego czerwoną twarz i tyłek. Robię zdjęcia z dość bliska, a małpa wydaje się być spokojna i sympatyczna.
Schodzimy poziom niżej, a gdy chcemy wrócić schodami na górę nie mamy za bardzo jak, bo małpa siedzi na schodach, szczerzy zęby, syczy i bez skrępowania idzie w naszym kierunku z wyraźnie agresywnym nastawieniem. Pospiesznie wracamy na platformę, ale ona przyszła za nami i wciąż zachowuje się nieprzyjaźnie. Drugie schody są zasypane, więc nie mamy za bardzo wyjścia jak stawić czoła napastnikowi. Próbujemy je nastraszyć sposobem, który przewodnik stosował w sumatrzańskiej dżungli, czyli tupiemy, machamy rękami i robimy hałas, ale nic nie pomaga. Dopiero nagłe i szybkie natarcie na nią połączone z wcześniejszymi rucham okrzykami sprawia, że ucieka do góry po schodach. Ja zostałem trochę z tyłu i gdy próbowałem chwilę później wbiec po schodach małpa już na tam czekała, siedząc na poręczy w pozycji gotowej do skoku, a nie miałem ochoty, żeby wylądowała mi na głowie. Trzeba było jeszcze co najmniej dwukrotnie przypuścić na nią głośny szturm, żeby mieć  wolną drogę. Dwie inne małpy siedziały spokojnie na gałęziach, ale do tej chwilę wcześniej przyszła małpa małpka i poczuła się najwyraźniej w obowiązku ją bronić, przed jej tylko znanym niebezpieczeństwem. Małpia paranoja i nadopiekuńczość.
A ja naiwny myślałem, że japońskie małpy są spokojne i ułożone jak sami Japończycy.

Po tej przygodzie podjeżdżamy jeszcze autobusem parę przystanków do następnego wodospadu, w zasadzie kaskad – Ryuzu, długich na 20-parę metrów i szerokich na 10 m.  Ścieżka jest ledwo przedeptana i brniemy w śniegu po śladach. Ktoś nawet w rakietach szedł przed nami.
Z tego przystanku (nr 30) wracamy prosto do Nikko (1250 JPY), by zdążyć na ostatni pociąg do Tokio.

Dzień 7 – Tokio

Przed 7 rano dojeżdżamy do dzielnicy Akhibara, znanej ze sklepów z elektroniką, grami i anime. Pogoda jest paskudna – pada obficie.

Linią Oedo Line podjeżdżamy trzy stacje w kierunku Asakusa, skąd idziemy piechotą przez niebieski most ( w zasięgu wzroku są jeszcze mosty czerwony, żółty, oliwkowy i zielony) prosto do hostelu. Ze względu na wczesną porę nie możemy jeszcze dostać pokoju. Zostawiamy zatem plecak i idziemy na spacer po Asakusa. Deszcz ani na chwilę nie ustaje. W Japonii w wielu miejscach, przed wejściami do budynków stoją porzucone parasolki, które można zabrać i korzystać. Jeśli natomiast nie chcemy utracić naszej parasolki, należy włożyć ją przed wejściem do środka w specjalnie w tym celu wystawione foliowe pokrowce i zabrać ze sobą albo skorzystać z zamknięcia na parasolki, jeśli oczywiście jest akurat dostępne w pobliżu.

Jest drugi poniedziałek stycznia i japońscy 20-latkowie przechodzą ceremonię wejścia w dorosłość – Seijin-shiki. Młode kobiety zakładają na tę okazję tradycyjne kimona i układają włosy w wymyślne fryzury.

Zwiedzamy jedną z najstarszych świątyń w Tokio – Sensjo-ji, pochodzącą z 628 roku. W okolicy pełno ludzi, a uliczka Nakamise-dori prowadząca do świątyni wypełniona jest straganami z pamiątkami.

W punkcie informacji turystycznej dostajemy mapę Tokio, mapy poszczególnych dzielnic, trasy proponowanych spacerów i co nieco o Nikko, do którego wybieramy się następnego dnia.
Z tarasu widokowego nad informacją (6 piętro) nie wiele widać bo deszcz zamienił się w obficie padający śnieg. Pierwszy w tym sezonie w Tokio.

Po wyjściu pan z informacji wybiega jeszcze za nami na chodnik w samym swetrze, żeby donieść jakieś broszury.

To, że pogoda jest niespecjalna, i że na półkuli północnej panuje kalendarzowa zima niektórym zdaje się w ogóle nie przeszkadzać i chodzą sobie w japonkach i białych skarpetkach. Co poniektórzy mają je z przodu obudowane przezroczystym plastikiem, a skarpetki są na dwupalczaste – z przedziałkiem na środku. Ot, takie japonki na zimę. Podobnie niektórzy uczniowie, którzy do szkoły ubierają mundurki – w przypadku niektórych chłopców spodenki są krótkie.

Gdy wieczór wychodzimy do sklepu, ulice i chodniki są nieodśnieżone. Wszędzie zalega gruba warstwa mokrego śniegu, ale nikt zdaje się tego nie roztrząsa. W każdym razie najlepiej iść ulicą, szczególnie, że ruch jak w nowy rok do południa.

Dzień 6 – Osaka

Ostatniego dnia w Osace wymeldowujemy się z hotelu, zostawiamy bagaż w przechowalni i idziemy powłóczyć się po mieście. Jest niedziela, więc korzystamy ze zniżkowego biletu całodziennego na metro (600 JPY).

Jedziemy na stację Tanimachi4-chome, od której już blisko do zamku w Osace. Budowę w 1583 roku rozpoczął Hideyoshi Toyotomi. Zamek został następnie podbity, zburzony, przebudowany ale niestety nie przetrwał nalotów bombowych podczas II Wojny Światowej. Został odbudowany i ukończony w 1997 roku i jest kopią oryginału. Jednak wnętrze w żadnym stopniu nie przypomina wnętrza japońskiego zamku. Znajduję się tam część muzealna.

W restauracji przed zamkiem kupujemy coś do jedzenia. Zamawianie polega na obejrzeniu sztucznych, plastikowych modeli posiłków i podaniu numeru kasjerowi przy wejściu. Po zapłaceniu dostajemy osobny kwitek, który podajemy obsłudze, a ta następnie przynosi zamówione przez nas jedzenie – kurczak z ryżem i curry oraz zupa także z ryżem. Plusem jest, że zazwyczaj do posiłków dostajemy wodę i/lub herbatę.

Przed wieloma restauracjami można zauważyć takie właśnie plastikowe talerze, które są bardzo pomocne przy podjęciu decyzji, co chcemy zjeść. Szczególnie, że jesteśmy bez szans, aby cokolwiek odczytać, bo menu w języku angielskim nie jest popularne.

Z zamku podjeżdżamy metrem w okolice Shitenno-ji – buddyjskiej świątyni skonstruowanej w 593 roku i uważanej za najstarszą w Japonii, choć od tamtego czasu była przebudowywana wiele razy i swój obecny kształt uzyskała w 1963 r.

Niedaleko znajduje się rzekomo owiana złą sławą okolica Shinsekai, w której mieści się Tsutenkaku Tower, czyli wieża o wysokości 103 metrów. Właśnie tam, w jednej z lokalnych knajpek udaje mi się podejść miejscowe danie – Okonomiyaki. Jest to rodzaj potrawy składającej się z wielu różnych składników pieczonych na rozgrzanej blasze. Ja zamawiam z wołowiną. W środku znajduje się jeszcze kapusta, a góra posypana jest przyprawami, polana jakimś sosem i majonezem. Wszystko to jem nabierając małą łopatką z nagrzanej przed sobą lady i kładąc drobne kawałki na miseczkę. Teraz pozostaje to tylko zjeść przy pomocy pałeczek.

Po odebraniu plecaka z hotelu, jedziemy jeszcze do dzielnicy Namba zrobić parę zdjęć nocnych. Dopiero teraz, a nie w ciągu dnia deptaki zapełniają się ludźmi i panuje niesamowity tłok i ruch. W dodatku jest tak jasno od neonów, że rezygnuję z użycia statywu.

O 21:50 mamy autobus do Tokio, więc spieszymy w kierunku Umeda Sky Building, aby zdążyć na odjazd. Mamy jeszcze trochę czasu, więc korzystając z okazji wjeżdżamy w kilkanaście sekund windą na 39 piętro i podziwiamy Osakę.
Autobus Willer Express, bo tak nazywa się nasz przewoźnik, jest bardzo komfortowy. Każdy fotel posiada coś jakby opuszczany daszek na głowę, aby światło nie raziło w oczu. Do tego koc i można jakoś spróbować się przespać do rana.